niedziela, 30 listopada 2008

Pierwszy dzień nowego roku, czyli „Ad te levavi animam meam”

Zastanawiałem się, co można napisać w 1. niedzielę Adwentu, ale umysł mam zbyt ociężały dzisiaj... Więc tylko jedna myśl o Ewangelii: „Nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem” (Mk 13,35).

Te określenia pór dnia i nocy przeszły częściowo do liturgii. Jeden z piękniejszych hymnów św. Ambrożego (którego, z niewiadomych względów, nie ma w polskim brewiarzu) – Aeterne rerum conditor – określany był często jako „hymnus ad galli cantum”, czyli właśnie „na pianie koguta”. W Liturgia Horarum pojawia się w jutrzni niedzielnej. Co więcej, bożonarodzeniowa pasterka, która nam się kojarzy z północą, w tzw. rycie z Sarum, czyli średniowiecznym rycie Kościoła z Salisbury, bardzo popularnym w Anglii jeszcze w epoce Tudorów [sic!], pasterka określona jest jako „missa ad galli cantum”. Północ raczej zastrzeżona była dla tego, co nazywamy teraz oficjum czytań.

A to prefacja na 1. niedzielę Adwentu, czyli 4. przed Narodzeniem Pańskim, z mojego ukochanego mszału biskupa Leofrica (10. wiek, Exeter):

Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Twoją własną, szczególną cechą jest to, żeś dobry i całkowicie niezmienny. Błagamy, łaskawy bądź naszym modlitwom, i okaż swemu Kościołowi miłosierdzie, o które prosimy. [Spraw to] objawiając Twemu ludowi tajemnicę wcielenia Twego Syna Jednorodzonego, i sakrament Jego cudownego powtórnego przyjścia*). Niech wszystkie narody poznają, że wypełniło się to, co niegdyś obiecałeś przez proroków, i niech otrzymają godność Twych przybranych dzieci ci, których ozdabia wyznanie wiary w prawdę.

I jeszcze na koniec jedna antyfona z pierwszych nieszporów: po polsku mamy w niej chwałę Pana, która napełnia cały świat – i zawsze nasuwał mi się tu obraz obłoku, napełniającego Namiot Spotkania czy świątynie Pańską. Ale w tekście łacińskim mamy ‘claritas’, a nie ‘gloria’. Wprawdzie w Wulgacie słowa te, w odniesieniu do Boga, są często wymiennie używane, to jednak ‘claritas’ wyraźniej kojarzy się ze światłem, z blaskiem. Czyli mamy obraz świata, rozjaśnianego blaskiem Przychodzącego z daleka.

Ecce nomen Domini venit de longinquo, et claritas eius replet orbem terrarum.
______________________
*) Prawdopodobnie tym sakramentem powtórnego przyjścia Chrystusa jest, w rozumieniu autora prefacji, Eucharystia.

Koniec roku

Śp. prof. Świderkówna kiedyś wspomniała, że liczy lata od października do października, według roku akademickiego, uniwersyteckiego. Niedawno to samo powiedział mi znajomy z Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego – być może większość pracowników naukowych, czy naukowo-dydaktycznych, a może nawet i studentów, tak liczy lata.

Zdecydowana większość zwykłych zjadaczy chleba odlicza rok od sylwestra do sylwestra. Taki układ, czyli od 1 I do 31 XII, mają kalendarze, nawet kościelne rubrycelle. Nawet papież 31 XII przewodniczy nieszporom dziękczynnym za miniony rok – ale są to przecież pierwsze nieszpory 1 I, uroczystości Maryi Bogurodzicy. Ale też – o czym nie wszyscy wiedzą – papież przewodniczy uroczystym nieszporom, które w liturgii Kościoła naprawdę otwierają nowy rok –  pierwsze nieszpory pierwszej niedzieli Adwentu.

Ten nowy rok przychodzi po cichu, niepostrzeżenie, bez fajerwerków, bez Gaudeamus, z dnia na dzień, w całkiem powszedni sposób. Ale dla mnie od wielu już lat to jest nowy rok, i kiedy myślę o roku minionym, sięgam pamięcią nie do 1 I, ale do grudnia jeszcze, do Adwentu i Niepokalanego Poczęcia, do św. Łucji i św. Jana od Krzyża, do Bożego Narodzenia (i własnych urodzin zaraz po nim). Żałuję, że nie wydaje się kalendarzy od 1. niedzieli Adwentu, takich ściśle liturgicznych. Może kiedyś...

W każdym razie, wszystkim czytającym ten tekst składam serdeczne życzenia dobrego nowego roku!

PS A tak przy okazji: w Anglii od XII wieku do 1752 rok prawniczy i kościelny zaczynał się 25 III. W mszałach sprzed XII wieku cykl liturgiczny zaczyna się od Bożego Narodzenia, wigilia tego święta to pierwsza msza nowego roku. I jeszcze jedna rzecz, która bardzo mi się podoba – niektórzy starsi księża ten zwyczaj znali, a początków jego szukać należy w późnym średniowieczu: w ostatnią sobotę przed Adwentem, czyli w ostatni dzień starego roku, odmawiano oficjum i odprawiano mszę o świętej Dziewicy (tak samo też było w ostatnią sobotę przed Popielcem) – jeśli, oczywiście, pozwalały na to liturgiczne przepisy, tzn. nie wypadało akurat jakieś święto (przy Adwencie może to być chociażby dzień Andrzeja Apostoła).

piątek, 28 listopada 2008

Ostatni tydzień roku

„Dies irae” kojarzy się głównie z „Requiem” Mozarta (gdzie, nota bene, muzyka doskonale pasuje do słów tej sekwencji), i z modlitwą za zmarłych. Tymczasem jest to tekst odnoszący się par excellance do Dnia sądu, do „owego Dnia”, o którym tak często mówili prorocy, Dnia, którego także wszyscy oczekujemy – aż zaświta w naszych sercach, jak pisze Piotr Apostoł.

Lubię „Dies irae”, lubię ten ostatni tydzień roku, kiedy sekwencja ta pojawia się jako hymn w Boskim oficjum. Bo pamiętając o miłosierdziu naszego Pana, pamiętać też trzeba o Jego sądzie, o nieuniknionym sądzie, o dniu ostatnim, który „solvet saeclum in favilla”, w popioły obróci cały nasz świat: niebo i ziemię, i wszystkie „elementy” (cf. 2 P 3:10). Ufność nasza i nadzieja jest w miłosierdziu Pana, spes mea apud eum, jak mówi Psalmista (Ps 39:8). Ale sąd naszego Pana nadejdzie, jest jak najbardziej realny, chociaż nie wszyscy w to wierzą (por. 2 P 3:3-7). I ten sąd powinien w nas budzić trwogę, świętą trwogę:

Quantus tremor est futurus,
Quando iudex est venturus,
Cuncta stricte discussurus!

czwartek, 27 listopada 2008

Wszyscy jesteśmy debilami, czyli filolog i brewiarz

Tytuł może brzmieć cokolwiek obraźliwie, jako że w potocznym języku słowo „debil” brzmi dosyć jednoznacznie, i raczej niezbyt pochlebnie. Dla filologa jednak słowo istnieje w dużej mierze poprzez swą etymologię.

Polski ‘debil’ pochodzi, mówiąc obrazowo, od łacińskiego „debilis” (forma ‘debil’ pojawia się tylko w archaicznej łacinie), co znaczy: słaby, bezsilny; kaleki, zwłaszcza kulawy (za „Słownikiem łacińsko-polskim” pod red. M. Plezi). Tymże właśnie uroczym słowem określa nas Liturgia Godzin, przynajmniej dwa razy.

W hymnie dziennym z oficjum czytań na poniedziałek I i III tygodnia, czytamy (lub śpiewamy):

Aeterna lux, divinitas,
in unitate Trinitas,
te confitemur debiles,
te deprecamur supplices.


Polski przekład oddaje słowo „debiles” przez „grzeszni” – nawet całkiem dobrze, bo naszą kondycję, po niefortunnej przygodzie w raju (tak sparafrazował zdanie Grzegorza Wielkiego pewien angielski profesor), można określić jako ułomną i słabą. Dosłowny przekład tej strofy brzmi tak: Wieczna światłości, Bóstwo, Trójco w jedności, Ciebie wyznajemy my, słabi, Ciebie błagamy, błagalnicy. Chociaż słabi, chociaż ułomni, jednak staramy się wyznawać wiarę w Trójcę. (Czasownik confiteri może też znaczyć ‘sławić’, tzn. wyznawać, że ktoś jest wielki, dobry i wspaniały – jak to się zdarza w wielu psalmach: Confitemini Domino, quoniam bonus – chociaż łączy się wtedy z innym przypadkiem.)

Inny hymn, w którym pojawia się słowo ‘debilis’, to hymn ad nonam, czyli na modlitwę popołudniową: Ternis horarum terminis, z czego w polskim przekładzie zrobiono „W hołdzie pokornej modlitwy” [???] (Wydaje mi się, że kiedyś widziałem bardziej wierny przekład: Trzy razy godzin potrójnych / przemija czas ustalony.) W polskim brewiarzu ten hymn jest zastrzeżony dla II tygodnia, w łacińskiej Liturgia horarum jest jednym z dwóch hymnów do wyboru, niezależnie od tygodnia psałterza. (Jeżeli dobrze pamiętam hymn ten znany był już Cezaremu z Arles. Chociaż... zajrzałem teraz do hymnarza z Durham, z 10. wieku, i ta strofa brzmi trochę inaczej, chociaż reszta hymnu jest niezmieniona.)

Hymn nawiązuje do sceny z trzeciego rozdziału Dziejów Apostolskich – do uzdrowienia przy bramie świątyni chromego od urodzenia. Stąd w hymnie pojawia się Piotr, który mocą Imienia Jezusa przywrócił władzę w nogach żebrakowi w jerozolimskiej świątyni. Trzecia strofa hymnu brzmi jak następuje:

Et nos psallamus spiritu,
haerentes sic apostolis,
ut plantas adhuc debiles
Christi virtute dirigant.


Dosłownie: I my śpiewajmy w duchu, tak przylgnąwszy do apostołów, aby nogi, dotąd kulawe/ułomne, mocą Chrystusa wyprostowali. W polskiej wersji mamy apostołów, którzy mocą Chrystusa wiodą nas bezpieczną drogą. Jakieś nawiązanie do poruszania się, chodzenia, zachowano (droga), ale jednak nie oddaje to dobrze idei oryginału. Oto jesteśmy ułomni, kulawi. (Augustyn pisze w jednym z kazań, że nogi nas bolą, i dlatego trudno nam iść do Światła.) Ale – wspominając wydarzenie spod bramy zwanej Piękną – mamy nadzieję, że święci apostołowie, mocą daną im przez Chrystusa Pana, uzdrowią nas, dadzą siłę naszym nogom, abyśmy mogli podążać ku naszemu Panu. Mamy nadzieję, że wyprostują nasze krzywe nogi, abyśmy pewnie i prosto stanęli przed obliczem Boga. Wezmą nas za rękę, jak chorego w Jerozolimie, i tak „przylgniemy” do nich.

Jeszcze raz nazywamy samych siebie ‘debiles’, aczkolwiek już poza łacińską Liturgią Godzin. W angielskiej wersji oficjum, jako jedna z antyfon do świętej Dziewicy, odmawianych po komplecie, pojawia się pieśń O sanctissima, O piissima, dulcis Virgo Maria. Trudno mi coś więcej o niej powiedzieć – dowiedziałem się tylko, że Beethoven skomponował do niej muzykę. W każdym razie, w jednej ze strof czytamy: Ecce debiles, perquam flebiles, salva nos, o Maria! Oto [jesteśmy] słabi/ułomni, w samej rzeczy, we łzach pogrążeni, ratuj nas, Maryjo! Tym razem wyznajemy naszą ułomność wobec Tej, która jedyna nie była jej poddana, dzięki swemu Niepokalanemu Poczęciu.

Tak, jesteśmy słabi, jesteśmy ułomni, kalecy, chromi...

piątek, 14 listopada 2008

Ubogie bogactwo

Żal mi hymnów. A dokładniej, hymnów z nocnego oficjum czytań, które zniknęły z polskiej Liturgii Godzin. Święty Sobór potwierdził, że oficjum, zwane teraz godziną czytań (a dawniej matutinum), zachowuje w chórze charakter godziny nocnej, to jednak pozwolił na takie przerobienie tejże godziny brewiarzowej, aby mogła być odprawiana o różnych porach dnia.

W związku z tym, łacińska Liturgia Godzin w okresie zwykłym zamieszcza po dwa hymny dla godziny czytań. Jeden przeznaczony jest na oficjum odmawiane w nocy, ewentualnie bardzo wcześnie rano, drugi zaś używany jest wtedy, kiedy godzina czytań odmawiana jest w ciągu dnia. Te hymny, przeznaczone na godziny nocne, są bardzo starożytne, i odwołują się do symboliki światła i nocy, do czuwania i oczekiwania. Dlaczego zniknęły one z polskiego brewiarza? W pierwszym i drugim tygodniu psałterza mamy hymny, które łacińskie wydanie przeznacza na dzień, a w trzecim i czwartym – rodzimą twórczość. Owszem, niektóre z tych hymnów są bardzo piękne, jak np. „Na początku było Słowo” z niedzieli czwartego tygodnia czy „Jak błyskawica znak Twój zajaśnieje” z czwartku trzeciego tygodnia. Nie zastąpią one jednak hymnów nocnych: taki np. „Mediae noctis tempus est”, na niedziele drugiego i czwartego tygodnia. Hymn, który wspomina paschalne wyjście z Egiptu i nawiązuje do wyjścia nowego Izraela, Kościoła, z ciemności grzechu. Druga część tego hymnu, przeznaczona na poniedziałek, mówi z kolei o pannach czekających na Oblubieńca. A hymny pierwszego i trzeciego tygodnia? Np. ze środy: ad confitendum surgimus / morasque noctis rumpimus, wstajemy, aby chwalić Boga, i przerywamy nocny spoczynek. Albo niedzielny hymn, w którym sławimy dzień pierwszy ze wszystkich dni, i kiedy modlimy się: surgamus omnse ocius / et nocte quaeramus pium, / sicut Prophetam novimus, powstańmy wszyscy szybciej, w nocy szukajmy łaskawego Boga, tak, jak wiemy, że czynił to Prorok – a tu możemy od razu mieć skojarzenia i do psalmisty (często zwanego prorokiem przez Ojców Kościoła), i do Izajasza. W psalmie 63 czytamy przecież: „myślę o Tobie na moim posłaniu i o Tobie rozważam w czasie moich czuwań”, a Izajasz pisze: „moja dusza jest spragniona Ciebie w nocy” (Iz 26:9).

Niestety, te hymny zginęły dla nas, tak jak i podział hymnów wszystkich godzin na dwie serie, jedną dla pierwszego i trzeciego tygodnia, drugą – dla drugiego i czwartego. Mamy za to nowe hymny, jak wspomniałem, niektóre naprawdę piękne, ale jednak... trochę szkoda.

Jeszcze jedna rzecz różni polski brewiarz od łacińskiego oryginału: nowotestamentalne pieśni w nieszporach. Tekst łaciński ma stały zestaw siedmiu kantyków z Nowego Testamentu, które różnią się tylko antyfonami – znowu mamy tu dwie serie, odpowiednio dla pierwszego i trzeciego oraz drugiego i czwartego tygodnia. W polskiej wersji tygodnie parzyste zyskały nowe kantyki (chociaż czy wszystkie z nich się na takie pieśni nadają?). Powie ktoś, że to wzbogaca modlitwę (a właściwie: ubogaca, bo to koszmarne słowo robi wielką karierę w kręgach kościelnych), czyni ją bardziej różnorodną. Pewnie tak, ale czyni ją także bardziej „rozedrganą”, szybko się nużącą, skoro potrzebuje wciąż nowych bodźców. O ile jest to zrozumiałe przy modlitwie prywatnej, to przy liturgicznej nie jest najlepszym rozwiązaniem. A poza tym, co zrobić z papieskimi katechezami-komentarzami do nieszpornej liturgii? Tam mamy zestaw kantyków zgodny z wersją łacińską, więc nie znajdziemy żadnego komentarza np. o pieśni z hymnem o miłości...

Trochę to wszystko nowinkarskie, a odcinające się od tradycji. Co by szkodziło w godzinie czytań dać do wyboru dwa hymny? W końcu są zgromadzenia, gdzie tę godzinę odmawia się w nocy, i hymny mówiące o czuwaniu, wstawaniu ze snu etc. byłyby bardzo na miejscu.

środa, 12 listopada 2008

Do biegu gotowi...

Wszyscy się śpieszą. Ja też. Czas zdaje się nam uciekać, albo przynajmniej pędzić tak szybko, że trzeba się nieźle natrudzić, żeby za nim nadążyć. Trochę jak Czerwona Królowa i Alicja po drugiej stronie lustra.

Śpieszymy się, żeby zdążyć ze wszystkim, a wcale nie mamy czasu więcej. Koszmar. I ten koszmar pojawia się także w liturgii. Nie będę się rozwodził nad długością celebracji, zastanawiał się, czy msza odprawiona w 20 minut jest gorsza od tej, na którą poświęcono pół godziny etc., etc.

Chciałbym zwrócić uwagę na kilka drobiazgów (drobiazgi są zawsze najprzyjemniejsze). Takie np. zapalanie świec. Wychodzi kościelny na pięć minut przed mszą i zapałką, ewentualnie zapalniczką,  zapala świece. Zapalają się łatwo, bo to przecież świece na olej. 30 sekund, świece zapalone. Jeszcze zapomniałem dodać, że kościelny truchcikiem przybiega do i odbiega od ołtarza, bo przecież trzeba się pośpieszyć, żeby zdążyć. Na szczęście nie wszędzie tak jest. W moim kościele, św. Marcina, świece są prawdziwe, a ich zapalanie zaczyna się jakiś kwadrans przed mszą. Siostra zakrystianka robi to powoli, do ołtarza podchodzi miarowym krokiem, zapala świece od tych najbliżej ołtarza stojącej zaczynając (a gasi w odwrotnej kolejności); każdą zapaloną świecę „oporządza”, dokładając kawałeczki wosku, żeby paliła się miarowo i nie za szybko. Żadnego biegania, żadnej próby zapalenia wszystkich świec jedną zapałką.

A taki np. celebrans... Sadzi do ołtarza susami jak na olimpiadzie (niestety, nie wiem, jako istota asportowa, jak się ta dziedzina sportu nazywa), tylko sutanna i alba poświstują. Czasami jeszcze kolebie się na boki, jak jakiś „ziom” (chyba tak się to nazywa...), kołyszący się w rytm muzyki słuchanej w czasie marszu.  W takim samym tempie podchodzi do rozdawania Komunii, a potem wraca do zakrystii. Byle szybciej. Oczywiście, rzadko się zdarzy, aby zadał sobie trud sprawdzenia w mszale przed mszą prefacji etc., to się robi w czasie mszy, nerwowo i głośno przewracając kartki. Ale przecież zawsze można improwizować, jak pewien amerykański ksiądz, we mszy przez którego odprawianej miałem nieszczęście uczestniczyć w Londynie. Poza słowami konsekracji wszystko było improwizacją i radosną twórczością (pardon, TFUrczością) kapłana, z pewnością zadowolonego ze swojej inwencji i wielkiej oszczędności czasu w niedzielny poranek. Oczywiście, zawsze można przyśpieszyć odmawianie modlitw, najlepiej na jednym oddechu i broń Boże bez żadnych chwil milczenia, bo po co to komu. Zawsze mnie zadziwia, jak można odmówić modlitwę ofiarowania „Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata” w trakcie uniesienia i natychmiastowego postawienia na ołtarzu pateny czy kielicha. W rezultacie można zaoszczędzić całkiem sporo minut, ofiarowanie chleba i wina plus modlitwa Azariasza, plus umycie rąk, trzy minuty.

Z drugiej strony, może jestem niesprawiedliwy, bo przecież często ksiądz się stara poświęcić Panu więcej czasu w czasie tzw. kazania. Dobrze, jeśli ktoś umie drzemać na siedząco, ja nie potrafię – nawet kiedy odczytywany jest kolejny list episkopatu... Ciekawe, że w czasie kazania celebrans na zegarek z reguły nie spogląda, ale po prefacji jest to gest obowiązkowy: „druga czy trzecia modlitwa eucharystyczna?”, bo na pierwszą, oczywiście, czasu nie ma.

Kochani księża, kościelni, organiści, posługujący etc. – zwolnijcie! Przynajmniej w czasie liturgii zapomnijcie o czasie; parafrazując słowa Najwyższego z Księgi Wyjścia: zdejmijcie buty codzienności, bo czas, w którym się znajdujecie, jest czasem świętym!