czwartek, 30 września 2010

Święci zapoznani, święci nieznani (viii)

Czyli o tym, co może zagrażać zbawieniu.

Dużo o św. Wirgiliuszu (lub Wergiliuszu, bo i taką formę jego imienia można spotkać; po irlandzku: Ferghil) nie wiem, nie zdołałem go jeszcze dobrze poznać. Był irlandzkim mnichem, porządnie wykształconym, dotarł do Europy, został opatem klasztoru św. Piotra w Salzburgu, i, po 755, biskupem tego miasta. Wiadomo, że nie przepadał za nim inny święty, Winfrith Bonifacy, biskup Moguncji, który na kontynent przybył z Anglii i cieszył się poparciem Rzymu.

Bonifacy krytykował m.in. geograficzne poglądy Wirgiliusza. Dużo o nich nie wiemy, wzmianki pojawiają się tylko w korespondencji Bonifacego z papieżem Zachariaszem. Otóż Wirgiliusz wierzył, że pod naszym (w rozumieniu jego współczesnych)  światem istnieje drugi, z własnymi mieszkańcami, własnym słońcem i własnym księżycem. Zachariasz ostrzega, że takie poglądy groźne są dla zbawienia i samego Wirgiliusza, i tych, którzy będą go słuchać. Czy Wirgiliusz miał na myśli po prostu Antypody, czy może chodziło mu o Inny Świat, znany z irlandzkich mitów (cf. Sídhe) – nie wiadomo.

Kładę się, zasypiam, znowu się budzę, uczę w nowicjacie

Blog jest rodzajem internetowego dziennika lub pamiętnika. Taki napis pojawia się za każdym razem, gdy chcę dodać blogowy wpis. Pewnie dlatego, że tak wbiło się to zdanie w moją podświadomość, tyle piszę, chociaż do dziennika jeszcze mi trochę brakuje.

Początkowo chciałem opisać 24 godziny z życia filologa, ale byłoby to zbyt męczące, i dla mnie, i dla czytelników. Meandry myśli, szukającej etymologii, zastanawiającej się nad formami nazwisk mieszkańców służewieckiego klasztoru, przebijającej się przez słowniki w poszukiwaniu głosek laryngalnych... Będzie więc krótko.

Wczoraj, późnym wieczorem, rozmawiałem z moją przyjaciółką ze studiów, Emilią, na temat zdań łacińskich, które nadają się na początkowe zajęcia. W większości podręczników mamy miłe, proste zdania typu: Puellae in silva cantant et saltant. Tunicae puellarum albae sunt. Doszliśmy jednak do wniosku, w oparciu o własne, długoletnie doświadczenia nauczycielskie, że lepiej sprawdzają się w nauce zdania takie, jak np.: Casam ancillarum succendit puella. Matrona ridet et filiam occidit (z długim pierwszym ‘i’). Postea in silva eam sepelit.*) Nowicjatowi dzisiaj te zdania bardzo się podobały, być może nawet zaczynam dostrzegać w nich (rozbudzać?) poczucie humoru, jako że dotąd sprawiali wrażenie strasznie poważnych, zwłaszcza w porównaniu z poprzednikami, których serdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję, że w Krakowie żyje się dobrze, i że dwaj benedyktyni, studiujący wraz z wami, was nie zepsują.)

Kładąc się spać uświadomiłem sobie, że nie przeczytałem fragmentu z Listu do Rzymian, który mi przesłał Dominik. Zacząłem naprędce czytać, w rezultacie wysłałem esemes: Ten fragment jest strasznie trudny, nic nie rozumiem. Dobranoc. Chwilę potem dostałem odpowiedź: Nareszcie! Nie chodziło bynajmniej o to, że „nareszcie dobranoc”, ale o to, że nareszcie ja – nauczyciel – nie rozumiem. Fragment jest bowiem dosyć poplątany teologicznie, ale i językowo nie należy do najłatwiejszych, o czym jednak Dominikowi nie wspomniałem – byłaby to straszna kompromitacja. (Bogu dzięki, że nie ma czasu na czytanie blogów, więc się nie dowie.) Nic to, pomyślę nad nim dzisiaj. To tylko (aż?) sześć wersetów, z czego jakaś 1/5 to imiona własne.

Rano zaś, przed zajęciami w nowicjacie, czekając, aż ostygnie herbata z mlekiem, zajrzałem do „Iliady”, aby się przygotować na jutrzejsze zajęcia. Być może fakt, że na schodach spotkałem wcześniej Chaberka (dlaczego wszyscy mówią „Chaberek”, a nie „Michał”?), którego uczyłem greki biblijnej wieki temu, sprawił, że fragment z drugiej księgi skojarzył mi się z Magnificat. Otóż Agamemnon mówi o Dzeusie, że zburzył on cytadele wielu miast, i wiele jeszcze zburzy, bo moc jego, potęga, jest bardzo wielka: tou gar kratos esti megiston. W hymnie świętej Dziewicy nie ma wprawdzie mowy o burzeniu miast, tylko o zrzucaniu władców z tronu (nawiasem mówiąc, tron pojawił się dziś w nowicjacie), ale to samo greckie słowo, kratos, tam się pojawia, jako określenie działania Boga. (Wydaje mi się zresztą, że, jeśli poszukać dobrze w Starym Testamencie, znajdą się tam wzmianki o Panu, które miasta obraca wniwecz, np. Sodomę... Ktoś bystrzejszy ode mnie pewnie znajdzie. O, np. jest w psalmie 9:7!) Takie sobie językowe skojarzenia i myśli o potędze blogów. Pardon: bogów.

I to by było na tyle. Jak mi się jeszcze coś ciekawego, etc., etc.
__________________________
*)Przy omawianiu AA doskonałe są zdania: Filio canente mater ridet. Matre occisa puer ridet. Można je przetłumaczyć na wszystkie cztery sposoby.

wtorek, 28 września 2010

Owoc nieba, ziemi i pracy rąk ludzkich

Benedykt XVI w swoich homiliach często nawiązuje do liturgicznych tekstów i znaków, zarówno tych z dawnej liturgii, jak np. w homilii Niedzieli Palmowej roku 2007, kiedy mówił o procesji do drzwi kościoła, jak i z nowej*), jak np. w homilii Bożego Ciała 2006 roku.

Mówi w niej papież o chlebie, zrobionym z odrobiny mąki i wody, i zauważa, że w liturgii Kościół modli się, przeznaczając ten chleb na ofiarę dla Pana, nazywając go owocem ziemi i pracy rąk ludzkich.

Mamy tendencję do podkreślania znaczenia owej ludzkiej pracy, jej trudu: trudu rolnika i trudu piekarza (czy może, w przypadku hostii, zakonnic-piekarek). Ale, podkreśla Benedykt, chleb nie jest tylko naszym dziełem – jest też darem. To nie my sprawiamy, że ziemia wydaje plon: to dzieło Stwórcy. Nie możemy sami wytworzyć ziarna, nie możemy sami wytworzyć słonecznych promieni, nie możemy sami wytworzyć wody, potrzebnej i dla wzrostu ziarna, i dla zrobienia chleba. Wydaje się to takie oczywiste, że aż nie zdajemy sobie z tego sprawy: że są rzeczy, których nie możemy wytworzyć, nie możemy stworzyć, a korzystamy z nich codziennie.

Hostia staje się w pewien sposób syntezą całego stworzenia, owocem „współpracy” nieba, ziemi i człowieka. Papież zauważa, że w ten sposób całe stworzenie dąży do przebóstwienia, do udziału w owej uczcie weselnej nowego nieba i nowej ziemi, którą zapowiada Pismo. Całe stworzenie oczekuje wyzwolenia, udziału w wolności dzieci Bożych, jak naucza św. Paweł.

Szkoda, że ludzie tak rzadko o tym myślą.
______________________________
*) Na co jakoś rzadko zwracają uwagę ci, którzy rozwodzą się nad ukochaniem dawnej liturgii przez papieża. Cóż, każdy dostrzega to, co chce, szkoda tylko, że – w przeciwieństwie do papieża – jednostronnie. A może ich to gorszy?

poniedziałek, 27 września 2010

Bóg wszechmogący

Jak objawia się wszechmoc Boża? Pismo święte mówi nam o stwórczej wszechmocy Boga, o Jego władzy nad wszystkim, co istnieje: cokolwiek zechce, Pan czyni na niebie i na ziemi, na morzu i w świecie podziemnym (Ps 135:6).

Wczorajsza kolekta w zadziwiający sposób opisuje Bożą wszechmoc: otóż najbardziej, najpełniej objawia się ona w przebaczaniu i w miłosierdziu: omnipotentiam tuam parcendo maxime et miserando manifestas. Bóg miłosierny, który przebacza i odpuszcza ludzkie grzechy, jest Bogiem wszechmogącym.

Kiedy w konfesjonale słyszymy słowa kapłana: i ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ziemia się nie trzęsie, błyskawice nie rozświetlają nieba, gwiazdy nie spadają, wicher gwałtowny nie huczy, morze się nie burzy – a jednak właśnie wtedy Bóg objawia swoją wszechmoc, robi coś niesamowitego, coś naprawdę wielkiego i wspaniałego.

Wielkie i godne podziwu są Twoje dzieła, Panie, Boże wszechmogący! (Ap 15:3)

niedziela, 26 września 2010

Oczyszczanie Pisma zamiast oczyszczania serca

W drugim wieku niejaki Marcjon starał się oczyścić naukę chrześcijańską z niepotrzebnych, jego zdaniem, dodatków, mających swe źródło w Starym Testamencie. Ewangeliści bowiem, nauczał, połączyli prawdziwy przekaz Jezusa, dobrego zbawcy, z okrutnymi obrazami starotestamentalnego złego demiurga, czyli Jahwe.

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach znalazłoby się miejsce dla anty-Marcjona. Ileż to mamy w Ewangelii niepotrzebnych dodatków! Skalpel w dłoń i tnijmy żywe Słowo Boga!

Weźmy np. J 3:17: Bóg bowiem [nie] posłał swego Syna na świat po to, aby osądził świat, [ale po to, aby świat zbawił]. Wyciąć trzeba pierwsze [nie] i cały fragment od [ale]. Taka wersja jest przecież bardziej prawdopodobna.

Albo Mt 9:13: Zrozumiejcie, co znaczy: Chcę [miłosierdzia, a nie] ofiary; [nie] przyszedłem bowiem, aby wezwać sprawiedliwych, [lecz grzeszników]. Wycinamy [miłosierdzia, a nie], dalej drugie [nie] i [lecz grzeszników]. Jesteśmy wszak sprawiedliwi, do nas przyszedł Pan.

Czy chociażby Mt 7:1-5 – wyciąć cały fragment, zostanie nam piękne zdanie nie dawajcie psom tego, co święte,  i nie  rzucajcie pereł przed prosiaki. Od razu poczujemy się lepiej, bo przecież tego właśnie nie robimy, więc spełniamy nakaz samego Pana. A wezwanie, by nie sądzić innych, belki i drzazgi – kto by się przejmował...

A Mt 13:28-30? Przypowieść o kąkolu w pszenicy. Mówią mu niewolnicy: Czy chcesz, abyśmy poszli i zebrali kąkol? On zaś rzecze: [Nie, bo wyrywając kąkol, wyrwalibyście wraz z nim pszenicę. Pozwólcie obu rosnąć aż do żniwa, a w czasie żniwa powiem żeńcom:] Zbierzcie najpierw kąkol i powiążcie w pęczki, aby je spalić, pszenicę zaś zbierzcie do mojego spichlerza. Musimy wyciąć od [nie] aż do [żeńcom]. Po co czekać aż do żniw?

Jeszcze Łk 18:9-14: przypowieść o faryzeuszu i poborcy podatkowym (czyli, w polskim przekładzie, celniku). Ostatni werset mówi, że to celnik odszedł do domu usprawiedliwiony, nie faryzeusz. Wyciąć to! Jeszcze sobie ktoś pomyśli, że w bólu i żalu uniżając się przed Bogiem, uznając własną grzeszność, można uzyskać przebaczenie! Nie, powinnością człowieka jest stać przed Bogiem i wyliczać swoje dobre uczynki, jednocześnie opowiadając Mu o grzechach innych.

Uprzedzając prawdopodobną krytykę powiem, że nie zamierzam wycinać z Ewangelii fragmentów, które mówią o sądzie, o potępieniu, płaczu i zgrzytaniu zębów, nieugaszonym ogniu... Nie, one są ważną częścią Jezusowego przesłania, ale mają sens tylko wtedy, kiedy stoją obok słów mówiących o miłosierdziu, nawróceniu, szukaniu tego, co zginęło. Nawrócić się trzeba nie z lęku przed sądem Bożym, ale z miłości; kochać, bo jest się kochanym. Gdyby Bogu zależało - w obecnych czasach - bardziej na sądzie i potępieniu niż na miłosierdziu i przebaczeniu, czy posyłałby do ludzi św. Faustynę Kowalską? Jaki sens miałoby zapowiadanie Bożego gniewu, jeśli nie zapowiedziałoby się najpierw Jego miłosierdzia, które jest ocaleniem przed gniewem? Czy apostoł Jakub nie napisał, że miłosierdzie triumfuje nad sądem, chlubi się, okazuje swą dumę przed sądem (Jk 2:13)? Po co Ojciec posłał na świat Syna jako Zbawiciela – nie lepiej było posłać Go od razu jako Sędziego, który zmiótłby cały świat, może ze cztery osoby by się ostały?

Jacyż musimy być święci i doskonali, i sprawiedliwi, jeśli rościmy sobie prawo do sądzenia, w kategoriach tak śmiertelnie poważnych jak wieczne zbawienie lub wieczne potępienie, innych. Nawet Najświętsza Maryja, wolna od jakiegokolwiek grzechu, prawdziwie święta, doskonała i sprawiedliwa (dzięki łasce i miłosierdziu Boga), nie rości sobie takich praw. Jest zbyt pokorna.

Jeśli mówimy o sądzie, czy mamy pewność, że się wobec niego ostaniemy? Nie wchodź na sąd ze swym sługą, Panie, bo żaden żyjący człowiek nie ostoi się wobec Twego sądu, modlił się psalmista (Ps 143:2). Mówiąc o wiecznym potępieniu, czy jesteśmy pewni, że go unikniemy? Wszak Bóg nawet w aniołach i gwiazdach może znaleźć winę (cf. 2P 2:4; Hi 25:5) – jakimiż zatem świętymi powinniśmy być, jeśli oczekujemy przyjścia Pana na sąd, co więcej, jeśli pragniemy je przyśpieszyć (cf. 2P 3:11sq)! A może jesteśmy na tyle przebiegli, że tylko dla siebie zachowujemy słowa Pana o miłosierdziu, dla innych mamy tylko te o sądzie i potępieniu?

piątek, 24 września 2010

Na marginesach (iv)

Warto zwrócić uwagę na rozróżnienie między liczbą pojedynczą a mnogą w 21. punkcie Konstytucji o liturgii.

Liturgia składa się z części niezmiennej (parte immutabili), ustanowionej przez Boga, i z części podległych zmianom (partibus mutationi obnoxiis), które mogą lub nawet powinny się zmieniać w miarę upływu czasu (można też przetłumaczyć: kiedy zmieniają się okoliczności), jeśli wkradłyby się w nie przypadkiem rzeczy, które niezbyt dobrze odpowiadają najgłębszej naturze samej Liturgii, albo jeśli okazałyby się mniej stosowne.

Niby oczywiste, wszyscy to wiedzą, powtarzają w najrozmaitszych dyskusjach. A potem nagle słyszymy o „mszy wszechczasów”, w której ani jedna jota, ani jedna kreska nie może zostać zmieniona.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Romano Guardini pisał, że nie ma takiej ziemskiej władzy, nie ma takiej ludzkiej istoty, która byłaby w stanie dokonać takiego Ustanowienia jak to, którego dokonał Chrystus Pan, Bóg i człowiek prawdziwy: ustanowienia Eucharystii, kultu, który obejmuje nie jedno plemię czy jedną grupę, ale całą ludzkość, po wszystkie czasy. To jest owa pars immutabilis. Z kolei Pius XII mówił do liturgistów w 1956 roku, że w liturgii jest część niezmienna, święta, która przekracza czas, ale są w niej także elementy zmienne, przejściowe, czasami nawet wybrakowane (sic!). Te słowa odnieść trzeba i do idealizowanej tak często liturgii trydenckiej. Joseph Ratzinger pisał w czasie Vaticanum II, że Trydent odniósł połowiczny tylko sukces, reakcja na protestantyzm była całkowicie nieadekwatna do samego problemu. Liturgia potrydencka przestała być żywą historią, została niejako zabalsamowana i skazana na uwiąd. Im mniej było w niej prawdziwej pobożności, tym więcej zwracano uwagę na ścisłe przestrzeganie rubryk. Jako dowód tego niepełnego sukcesu potrydenckiej reformy liturgicznej Ratzinger podaje przykłady wielkich świętych okresu kontrreformacji: Teresę od Jezusa, Jana od Krzyża, Ignacego – który duchowość nie miała swych źródeł w liturgii, rozwijała się właściwie obok niej. (Warto też zauważyć, że Trydent bynajmniej nie zahamował rozwoju protestantyzmu – tu także trudno mówić o sukcesie tego Soboru.)

Można powiedzieć, że historia się powtórzyła, i sam kard. Ratzinger to zauważył: liturgia przestała być żywą historią i po Soborze Watykańskim II, ale w inny sposób. O ile po Trydencie została w pewien sposób zmumifikowana i zunifikowana, o tyle po Vaticanum II została zbyt gwałtownie wskrzeszona i wybujała (można sobie przypomnieć piękną metaforę kardynała o odnawianiu fresku, na który w ciągu wieków nałożyły się różne zanieczyszczenia i niepotrzebne dodatki). Jedno i drugie wynika z niewłaściwego zrozumienia owych partes mutationi obnoxiae. Myślę, że to, co stara się zrobić Benedykt XVI, ze swoją hermeneutyką ciągłości, to znalezienie jakiegoś wypośrodkowania między nadmierną idealizacją i nadmiernym potępianiem jednego i drugiego Soboru. A to bardzo trudne zadanie, chociaż trudno znaleźć do niego kogoś lepszego niż Joseph Ratzinger.

wtorek, 21 września 2010

Pasterze i książęta

Kto odmawia Boskie oficjum po polsku, dzisiaj w jutrzni śpiewał lub recytował responsorium z tekstów o Apostołach: Ustanowiłeś ich pasterzami * Na całej ziemi. Bardzo ładnie, Apostołowie są przecież jak najbardziej (dusz)pasterzami.

Tymczasem w oryginale responsorium to brzmi: Constitues eos principes * Super omnem terram. Każdy, kto choć trochę zna Wulgatę, wie od razu, że to werset z psalmu 45 (44):17. Natchniony poeta opiewa w tym psalmie zaślubiny króla, i kończy swą pieśń życzeniami licznego potomstwa: będziesz miał synów, i ustanowisz ich książętami nad całą ziemią. To właśnie znaczy dzisiejsze responsorium: Ustanowisz ich książętami * Nad całą ziemią. (Co do różnicy czasów, przeszły czy przyszły: Wulgata ma to do siebie, że różnie tłumaczy aspekty czasowników hebrajskich, które właściwie, ściśle rzecz biorąc, czasu jako takiego nie mają, wyrażają tylko aspekt czynności, dokonany lub niedokonany. W tym psalmie akurat treść wskazuje na przyszłość: jesteśmy na królewskim weselu, zatem dopiero spodziewamy się królewskich potomków [nie sądzę, aby ślub był przyśpieszony, jak to często ma miejsce w tym kraju]. W oderwaniu jednak od kontekstu biblijnego, a w odniesieniu do świętych Apostołów, można by przyjąć, że mamy już czynność dokonaną. Ale to tak tylko przy okazji.)

Książęta czy pasterze... W gruncie rzeczy, różnica niewielka, być może polscy tłumacze byli jej  świadomi. Wszak w tekstach bliskowschodnich, a poprzez nie także w literaturze greckiej, władca bywa nazywany pasterzem – pasterzem ludów, pasterzem swego ludu. Prowadzi swój lud jak pasterz, jak pasterz się nim opiekuje (przynajmniej w założeniu; może lepiej byłoby powiedzieć, że jak pasterz decyduje, kto ma iść na rzeź...)

niedziela, 19 września 2010

Msza trzech krzyży

Kilka luźnych myśli po papieskiej mszy w katedrze westminsterskiej.

Bardzo lubię tę katedrę, jej – jak to ujął mój angielski przyjaciel – bizantyński przepych. Jest piękna.

Papież w homilii mówił o ofierze Krzyża, tożsamej z ofiarą Eucharystii. Mówił o krucyfiksie, wiszącym nad głównym ołtarzem, o rozpostartych ramionach Chrystusa. Mówił o naszym udziale w ofierze eucharystycznej, zjednoczeniu z ofiarą samego Chrystusa. Co szczególnie zwróciło moją uwagę, to słowa Benedykta XVI o świeckich (nawiązał tu do Soboru Watykańskiego II – jak widać, wbrew temu, co niektórzy pisali, ten papież do Soboru się odwołuje i cytuje jego teksty). Dlaczego? Otóż nie dalej niż wczoraj czytałem krytyczne uwagi Josepha Ratzingera o negatywnej definicji świeckich w teologii – nie kapłani, nie zakonnicy, coś pomiędzy. Wyzwaniem dla teologii jest wypracowanie jakiejś innej, pozytywnej definicji wiernych świeckich w Kościele. Papież podkreślił, że na mocy chrztu wszyscy jesteśmy ludem kapłańskim, stąd tak ważne jest nasz udział w ofierze Chrystusa, dokonującej się we mszy.

Co do samej liturgii: piękne naczynia liturgiczne! Jednorodne ornaty koncelebransów. Takież mitry biskupie. Mitra papieska – wspaniała! Nie widziałem dokładnie, jacy święci na niej byli wyobrażeni, chyba Piotr i Paweł. Cudowny śpiew – jednak Anglicy mają wspaniałą tradycję kościelnego śpiewu, pielęgnowaną przez Kościół anglikański, skąd, jak sądzę, zapożyczył ją Kościół katolicki. Ludzie w kościele śpiewają, i to nie pod nosem. Chór śpiewa z przejęciem, ze skupieniem, zupełnie inaczej niż chóry na mszach watykańskich. Cantus actuosus... Procesja z Ewangeliarzem do wysokiej ambony, znajdującej się dosyć daleko od ołtarza, niemal w nawie. Wszystko powoli, bez pośpiechu. Brak barierek i linek, na co mi zwrócił uwagę znajomy: nie ma jakiegoś oddzielenia ludzi od ołtarza, jakiegoś sztucznego dystansu. Porządny dym z kadzielnicy. Tu pewnie niektórzy się zgorszą: diakoni przyjęli Komunię stojąc przed ołtarzem, a przy papieżu, udzielającym Komunii wiernym, stały ze świecami dwie ministrantki.

A dlaczego trzy krzyże? Jeden wiszący między nawą a prezbiterium, o którym papież mówił w kazaniu, jeden na ołtarzu katedry, a jeden na ołtarzu, przy którym papież odprawiał mszę.

PS Nie wątpię, że wielu czytelników ucieszy i napełni dumą wiadomość, że wśród koncelebransów był prymas jedynej prawdziwie katolickiej Polski.

piątek, 17 września 2010

Na marginesach (iii) + zagadka

Jeszcze jako kardynał, Benedykt XVI pisał w przedmowie do książki Guardiniego Pan o swoistym istnieniu i czytaniu Biblii – życiu Biblii – w liturgii: liturgia jest prawdziwym, żywym środowiskiem dla Biblii.  Konstytucja Sacrosanctum Concilium w punkcie ósmym bardzo ładnie pokazuje, samym swoim tekstem, to przenikanie się Biblii i liturgii.

Po łacinie, w oryginalnym tekście Konstytucji, zwroty zaczerpnięte z liturgii łatwo wychwycić między biblijnymi cytatami:

[Liturgia caelestis] (1) quae in sancta civitate Ierusalem, ad quam peregrini tendimus, celebratur, (2) ubi Christus est in dextera Dei sedens, (3) sanctorum minister et tabernaculi veri; (4) cum omni militia caelestis exercitus hymnum gloriae Domino canimus; (5) memoriam Sanctorum venerantes partem aliquam et societatem cum iis speramus; (6) Salvatorem exspectamus Dominum nostrum Iesum Christum, (7) donec ipse apparebit vita nostra, et nos apparebimus cum ipso in gloria.

Liturgia ziemska ma być przedsmakiem liturgii niebiańskiej, sprawowanej w świętym mieście Jeruzalem, do którego my, wędrowcy, dążymy, tam, gdzie Chrystus zasiada po prawicy Boga, Sługa [zajmujący się] świętymi ofiarami i prawdziwym przybytkiem. W liturgii ziemskiej śpiewamy Panu hymn pochwalny razem ze wszystkimi zastępami wojska niebieskiego; wspominamy świętych i mamy nadzieję na jakiś udział we wspólnocie z nimi; oczekujemy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jako Zbawiciela, aż On sam, nasze życie, objawi się, a my razem z Nim ukażemy się w chwale.

Ponumerowałem zdania w łacińskim tekście, i podaję do nich odnośniki biblijno-liturgiczne:
(1) Ap 21:2; Hbr 13:14
(2) Kol 3:1
(3) Hbr 8:2
(4) zakończenie prefacji
(5) Kanon rzymski, odpowiednio: Communicantes i Nobis quoque
(6) Flp 3:20
(7) Kol 3:4

A teraz zagadka: kto tak napisał o otwarciu Soboru Watykańskiego II?

Wyraźnym znakiem tego niepokoju [panującego wśród Ojców przed Soborem] było znużenie nieskończenie długimi ceremoniami liturgicznymi. Z pewnością nie była to obiektywna ocena, ale odsłoniła coś o wiele głębszego: mianowicie, liturgia otwierająca Sobór nie obejmowała (wciągała, angażowała) wszystkich obecnych, i nie odznaczała się wewnętrzną spójnością. Jaki sens miało sprowadzenie 2500 biskupów, i mnóstwa wiernych obecnych w bazylice, do roli tylko obserwatorów ceremonii, w której głos mieli tylko ją celebrujący i chór Kaplicy Sykstyńskiej? Czy to, że nie oczekiwano od obecnych aktywnego uczestnictwa, nie było znakiem jakiejś nieprawidłowości, którą należało naprawić? Czemu ‘Credo’ musiało być powtórzone po mszy, skoro sama msza zawiera w sobie wyznanie wiary? Po co dodatkowa, ozdobna liturgia Słowa, skoro w samej mszy były odpowiednie [dla rozpoczęcia Soboru] czytania (Epistoła i Ewangelia)? Czemu poza mszą śpiewano długie litanie, skoro w samą liturgię mszalną można włączyć odpowiednie modlitwy wstawiennicze? Dwie zupełnie różne liturgie zostały w ciągu lat ustawione obok siebie, boleśnie ukazując niebezpieczną archaizację, która spowiła mszę od czasów Trydentu, tak że prawdziwe znaczenie różnych jej części przestało być zrozumiałe. Ludzie już nie rozumieli, że intronizacja Ewangelii, wyznanie wiary i wstawiennicze modlitwy zawarte już były w samej mszy.

Habent suos gustus lectores

Niedawno ktoś mi powiedział, że w blogach ludzie najchętniej czytają i najliczniej komentują te teksty, które albo mówią o banałach, albo są w jakiś sposób sensacyjne. Obawiam się, że to prawda.

Pisałem o powiązaniu Środy Popielcowej z Wielką Sobotą – cisza. Pisałem o Konstytucji o liturgii – cisza. Pisałem o czytaniu Pisma w oryginale – może zdarzył się jeden komentarz. Pisałem o filologii – jakieś dwa komentarze. Pisałem o ekologii – nikt nie zareagował. Pisałem o ludziach pozbawionych domów w wyniku trzęsienia ziemi – mało kogo to obchodzi. Pisałem o książkach – nikogo nie interesują. Pisałem o oszczerstwach rzucanych na Szymona Hołownię – raptem dwie osoby zareagowały. A napisałem, że polskość nie określa mojej tożsamości – ileż wpisów się od razu pojawiło! To dopiero sensacja! Nie wiem, czy ludzi bardziej podnieca moja niechęć wobec polskości, czy wobec jakichkolwiek, nie tylko polskich, narodowo-ojczyźnianych idei. A może przeszkadza im, że wolę patrzeć z perspektywy kosmicznej, a nie z narodowej? Lómendil wywołał niesamowite zgorszenie, stał się wielką sensacją, gdyż wyraził swoje poglądy, napisał coś o sobie.

Strach pomyśleć, jaką popularnością cieszyłby się tekst, w którym opisałbym swoje problemy gastryczne. To dopiero byłaby gorsząca sensacja!

Aż szkoda pisać. Szkoda się starać.

środa, 15 września 2010

Lubię patrzeć

Lubię szczególnie trzy momenty w czasie mszy, kiedy kapłan, przy pewnych gestach i czynnościach, odmawia po cichu modlitwy. Można patrzeć i przeżywać (cf. Sacrosanctum Concilium 33).

Primo, kiedy wlewa do kielicha wino i wodę. Niektórzy do wody używają specjalnej łyżeczki, inni leją wprost z ampułki. Szczególnie mi się podoba – a widziałem po raz pierwszy, jak robił to Dominik Jurczak (OP) – kiedy kapłan wlewa wodę na kształt krzyża. (Pewnie trochę jej wtedy więcej niż przy użyciu łyżeczki, trzeba uważać, żeby wina nie było za mało.) Czynność, wydawać się może, zupełnie prosta, ale właśnie przez tę prostotę niezwykle poruszająca. Towarzyszy jej modlitwa, wieki temu związana z Bożym Narodzeniem, która wspomina Wcielenie. Tajemnicze połączenie tej wody i tego wina przypomina, że Chrystus, Bóg prawdziwy, przyjął nasze śmiertelne człowieczeństwo. Boskie wino swego nieśmiertelnego życia połączył z wodą naszej śmiertelności. Kapłan modli się, abyśmy mogli mieć udział w Jego Bóstwie.

Secundo, kiedy kapłan, odmówiwszy błogosławieństwo nad chlebem i winem, nisko się pochyla i odmawia fragment modlitwy, zapisanej w Księdze proroka Daniela: modlitwy Azariasza w piecu ognistym. Błaga, aby Bóg nas przyjął, gdy stajemy przed Nim w pokorze i skrusze serca, i aby nasza ofiara była Mu miła. Azariasz modlił się pośród płomieni, przypominając niejako Bogu, że nie ma już świątyni w Jerozolimie, nie można składać ofiar całopalenia, libacji, kadzidła... Prosił, aby on sam i jego towarzysze, wrzuceni do ognia, stali się sami ofiarą dla Boga. Złączeni z Chrystusem – co symbolizowała już woda w winie – my też mamy stać się ofiarą dla Boga.

Papież Innocenty III podaje jeszcze inną interpretację tego skłonu. Kapłan działa in persona Christi, a ten głęboki skłon (nie wszyscy księża porządnie go wykonują; podoba mi się, kiedy angażuje się weń całe ciało, kiedy kapłan pochyla się aż do poziomu ołtarza) ma przypominać o uniżeniu Chrystusa Pana, o którym czytamy w Liście św. Pawła do Filipian: Chrystus Jezus zrezygnował z zewnętrznych oznak swego Bóstwa, upokorzył się, stał się człowiekiem poddanym śmierci, i to śmierci na krzyżu, najnędzniejszej, najbardziej haniebnej (cf. Flp 2:6-11).

Tertio, już pod koniec mszy, po udzieleniu Komunii wiernym, kapłan puryfikuje – czyli oczyszcza – patenę i kielich. Chodzi o to, aby nie zostały na nich żadne cząstki świętej Hostii, żadne krople konsekrowanego Wina. Kapłan obmywa też wtedy nad kielichem swoje palce – winem i wodą albo samą wodą – i odmawia piękną modlitwę, którą znam na pamięć po łacinie, a nie potrafię zapamiętać po polsku: Quod ore sumpsimus, Domine, pura mente capiamus, et de munere temporali fiat nobis remedium sempiternum. (Cośmy ustami spożyli, Panie, obyśmy czystą duszą przyjęli, a z daru doczesnego niech powstanie dla nas lekarstwo wieczne.) To doskonałe podsumowanie udziału w Eucharystii, przyjęcia Komunii świętej, jej skutków. Św. Augustyn pisał, że Eucharystia ma nas przemienić w Tego, którego w niej przyjmujemy. I tak wracamy do wlewania wody i wina do kielicha: mamy mieć udział w Bóstwie Chrystusa, poprzez udział w tej ofierze, w którą sami wchodzimy, jak nam o tym przypomina modlitwa Azariasza.

wtorek, 14 września 2010

Czerwony czy biały?

Święto Podwyższenia (czy też, jak inni tłumaczą – Triumfu) Krzyża Pańskiego kojarzy się nam liturgicznie z kolorem czerwonym: kolor krwi, przelanej na krzyżu, a jednocześnie kolor królewski, jak to ujął w śpiewanym dziś w nieszporach hymnie Wenancjusz Fortunatus: crux ornata Regis purpura.

Tymczasem papież Innocenty III na to święto zalecał biały kolor szat liturgicznych. Dlaczego? Otóż, tłumaczył, w tym dniu nie wspominamy Męki Pańskiej, ale triumf i zwycięstwo, i chwałę Krzyża.

Skoro już mowa o kolorach: zobaczyłem dziś na pierwszej stronie „Naszego Dziennika” tytuł: Protesty przeciw krzyżowi są bezbożne i antypolskie. Co jest w nich antypolskiego? Czy może inaczej: co Krzyż Chrystusa ma wspólnego z polskością? Krzyż jest znakiem zbawienia całego świata, wszystkich ludzi; jak to ujmuje dzisiejsza kolekta: Chrystus przyjął śmierć na krzyżu, aby zbawić rodzaj ludzki, genus humanum – a nie (tylko lub w jakiś szczególny sposób) gens Polonorum. Wiązanie Krzyża z narodowością jest głupotą, i to niebezpieczną głupotą. Krzyż nie jest własnością jakiegoś narodu. Krzyż należy do całego świata, jeśli więc już miałbym powiedzieć, anty-czemu są protesty krzyża, powiedziałbym: są antyludzkie – bo Krzyż jest zbawieniem dla wszystkich ludzi. Czy może jeszcze lepiej: są antykosmiczne. Tak. Czytamy dziś w Ewangelii, że Bóg posłał swojego Syna nie po to, aby kosmos (tak jest w greckim tekście) osądził, ale aby go zbawił (J 3:17).

poniedziałek, 13 września 2010

Mało znana (?) książka

W latach trzydziestych minionego wieku Romano Guardini, przed niedzielną mszą świętą, wygłaszał dla swoich wiernych krótkie katechezy, mające pomóc im w przeżywaniu Eucharystii. Potem, po kilku minutach milczenia, zaczynał sprawować mszę.

Te katechezy-medytacje zebrano i wydano w 1939 roku jako Besinnung vor der Feier der Heiligen Messe. Nie wiem, czy istnieje polski przekład tej książki; czytałem ją po angielsku. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedna z najważniejszych dla mnie i najlepszych książek o przeżywaniu Eucharystii.

Guardini pisze o tym, jak przygotować się do przeżywania mszy. (Wyraża to angielski tytuł – Preparing Yourself for Mass – chociaż jednocześnie nie oddaje w pełni sensu tytułu niemieckiego.) Pisze, wydawać by się mogło, o sprawach doskonale znanych, niemal banalnych, o których słyszeliśmy na lekcjach religii czy rekolekcjach, od rodziców czy księży: o skupieniu, o milczeniu, o tworzeniu wspólnoty, zgromadzenia wiernych, o znaczeniu ołtarza... Niby wszystko o tym wiemy, prawda? Cóż nowego można powiedzieć?

A jednak Guardini, jak dla mnie, mówi coś nowego, czy może: mówi w nowy sposób. Taka na przykład cisza i słuchanie. Słowa z pierwszych dziesięcioleci minionego stulecia brzmią niesłychanie aktualnie: zatraciliśmy zdolność słuchania, staliśmy się ludźmi czytania. A w liturgii trzeba słuchać. Guardini pisze o liturgii słowa: trzeba słuchać czytań, a nie śledzić ich zapis w mszaliku. Wszak, jak naucza św. Paweł, wiara się bierze ze słuchania. Może teraz trudno znaleźć na mszy kogoś, kto z mszalikiem w ręku w niej uczestniczy. Ale widziałem wiele razy w czasie oficjum brewiarzowego, jak uczestnicy nie słuchają lektora, odczytującego czytanie (np. w godzinie czytań), ale niby-słuchają, śledząc tekst w swoich brewiarzach. Spróbujcie jednak kiedyś naprawdę słuchać (zakładam, że lektor umie dobrze czytać). Słuchać z uwagą, całkowicie świadomie. Doznanie jest piorunujące!

Pisząc o słowach w liturgii, Guardini dzieli je na cztery grupy. Słowo przychodzi od Boga jako Objawienie: to są te słowa, które słyszymy w mszalnych czytaniach, częściowo też w antyfonach (Guardini pisze o introicie, graduale, offertorium etc.; w naszych czasach mamy tylko introit, antyfonę na wejście, i antyfonę komunijną; usłyszeć je jednak można chyba tylko na mszach „cichych”). Od Boga także przychodzi słowo działające, sprawcze: to są par excellance słowa Konsekracji, kiedy kapłan in persona Christi mówi: To jest Ciało moje... to jest kielich Krwi mojej – a chleb i wino stają się Ciałem i Krwią naszego Pana. Od nas z kolei, od uczestników liturgii, pochodzą słowa uwielbienia i słowa prośby. Częściowo wyrażają się one znowu w antyfonach i psalmach, a nade wszystko w modlitwach Kościoła: kolekcie, modlitwie nad darami, modlitwie po Komunii, modlitwach wstawienniczych anafor etc.

Niebezpieczeństwa, przed którymi przestrzega autor, które mogą być przeszkodą w przeżywaniu mszy, to przyzwyczajenie, sentymentalizm i słabość ludzkiej natury. Na tę ostatnią nikły mamy wpływ, zwłaszcza w odniesieniu do innych (nie mogę przecież sprawić, aby ktoś przestał być zmęczony, albo aby jego odczucie liturgicznych znaków było głębsze), ale z przyzwyczajeniem i sentymentalizmem możemy walczyć. Musimy się ćwiczyć, szkolić – nie darmo, pisze Guardini, liturgia jest określana jako officium, obowiązek. Nie zawsze jego wypełnienie przychodzi nam łatwo, potrzebny jest nasz wysiłek.

Kilka rzeczy w tej książce mnie razi, np. poplątany nieco opis żydowskiej wieczerzy paschalnej, skłonność autora do wpadania w abstrakcyjne rozważania, czy gwałtowne odrzucanie mitów w Biblii (aczkolwiek trzeba wziąć pod uwagę, co Guardini rozumie przez mit; generalnie można powiedzieć o pewnych biblistycznych brakach czy niedociągnięciach autora, przynajmniej w omawianej książce). Ale nie pomniejszają one w żaden sposób wartości tej książki.

Jeśli nie była ona dotąd tłumaczona na polski – może warto to zrobić?

niedziela, 12 września 2010

Metod ana wat

Bóg jeden wie. Tak pisze anonimowy autor dydaktycznego poematu staroangielskiego o losie człowieka po śmierci: tylko Bóg wie, gdzie podąży dusza po śmierci, gdzie się skierują wszystkie duchy, które po dniu śmierci oczekują wyroku na kolanach*) Boga.

Przypominają mi się te słowa, kiedy w czasie mszy słyszę modlitwę za zmarłych w IV czy V Modlitwie Eucharystycznej: Pamiętaj (...) o wszystkich zmarłych, których wiarę jedynie Ty znałeś. 

Wielu katolików chciałoby decydować o tym, kto będzie zbawiony, kto zasługuje na raj, a kto nie, kto spełniał wszystkie przepisy Bożego prawa, a kto uchybił w jednym chociaż, i w związku z tym nie może być zbawiony. Wydaje się im, że wiedzą lepiej niż sam Bóg.  A On inaczej widzi niż człowiek, bo patrzy na serce, a nie na to, co widoczne dla oczu (cf. 1 Sm 16:7).

Quorum fidem tu solus cognovisti. Te słowa są pełne tajemnicy, której przeniknąć nikt z nas nie zdoła, i wyrażają szacunek wobec wszechwiedzy i wszechmocy Boga – szacunek, którego tak często nie odczuwamy, bo sami chcemy być jak Bóg (cf. Rdz 3:5). A On jest większy, zawsze większy. Nie wolno o tym zapomnieć.
_____________________
*) Dosłownie na łonie, w objęciach Boga, ale przetłumaczyłem „na kolanach”, bo kojarzy mi się z podobnym określeniem losu ludzi u Homera.

Spójrzmy z podziwem na to maleńkie słowo, które zawiera w sobie wielką nadzieję.

Czytamy w Ewangelii, że pasterz tak długo idzie za zagubioną owcą, aż ją znajdzie. Gospodyni tak długo szuka zagubionej drachmy, aż ją znajdzie. Nieważne, jak długo: nie ustanie, dopóki nie znajdzie.

Tak pisał prorok o tajemniczym Słudze Najwyższego: nie osłabnie, nie zniechęci się, aż wypełni wolę Bożą na ziemi (cf. Iz 42:4).

sobota, 11 września 2010

Zdrajcy Kościoła

Miałem napisać o ważnej, a mało znanej książce o liturgii. Napiszę następnym razem. Teraz napiszę o czymś, co mnie zbulwersowało.

W pewnym, ukazującym się co tydzień, szmatławcu, którego nazwę z litości przemilczę, a który regularnie kupuje jeden z moich krewnych, ubolewa się, iż w mediach na temat wiary i moralności wypowiadają się najczęściej ci, którzy Kościół zdradzili. Któż to taki? Zacytuję: Niejaki „intelektualista” Bartoś, były dominikanin, Szymon Hołownia, który dwukrotnie przerwał nowicjat u tychże dominikanów czy były jezuita Stanisław Obirek, znany z ataków na Jana Pawła II i uwiedzenia Szoszany Ronen, żony byłego izraelskiego dyplomaty pracującego w Polsce.

Dużo byłych w jednym zdaniu... Nawet nie wiedziałem o uwiedzeniu żony byłego dyplomaty, a tu proszę, autor nawet jej imię i nazwisko doskonale zna... Bartoś nie zasłużył na wspomnienie imienia... Cóż za brak stylistycznej symetrii!

Pomińmy panów Bartosia i Obirka, zastanówmy się nad Hołownią. Dwa razy przerwał nowicjat w zakonie dominikanów: czy to znaczy, że zdradził Kościół?

Uważni czytelnicy mojego blogu wiedzą, że bardzo przeżywałem odejścia moich chłopców z nowicjatu. Byli mi bliscy, i rozstanie z nimi było zawsze jakimś smutkiem. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy myśleć, że zdradzili Kościół, czy nawet, że zdradzili swoje powołanie! Moi „dorośli” już, czyli po ślubach wieczystych, dominikańscy uczniowie tłumaczą mi co jakiś czas, że nowicjat jest czasem rozeznania, rozpoznania swojej drogi. Jest czasem, kiedy można podejmować decyzję, a odejście z niego nie jest przecież złamaniem jakichkolwiek ślubów, gdyż pierwsze śluby, czasowe, na rok, składają bracia na koniec nowicjatu dopiero. Wtedy dopiero się zobowiązują, wobec Boga, Najświętszej Maryi, całego Kościoła i prowincjała, że przez rok będą trwać w posłuszeństwie, według reguły św. Augustyna i zakonnych konstytucji, w Zakonie Braci Kaznodziejów.

Ustawienie w jednym szeregu z Bartosiem i Obirkiem, którzy odeszli ze swoich zgromadzeń wiele lat po złożeniu ostatecznych ślubów, Hołowni, który dwa razy przerwał nowicjat (a z tego, co pamiętam, dwa razy taki akt jest dozwolony; u jezuitów można tylko raz próbować), czyli czas rozpoznania woli Bożej, pytania Boga, czy chce go mieć u dominikanów – jest haniebne. Pisanie, że zdradził Kościół – obraźliwe, oszczercze i ohydne. Szkoda, że pisujący we wspomnianym szmatławcu nie zadali sobie trudu, aby poznać kościelne prawo i zasady dominikańskiego życia.

piątek, 10 września 2010

Zagadka papieska

Wczoraj jeden z moich przyjaciół dał mi do przeczytania kazanie pewnego księdza, niewątpliwie pobożnego i bogobojnego, i niewątpliwie takież było i owo kazanie. Niestety, zapamiętałem z lektury tylko jedno zdanie.

Otóż kaznodzieja powiedział był: W encyklice rozpoczynającej jego pontyfikat św. Pius X jasno wyraził ideę, etc.

Niestety, w poprzedzającym to zdanie fragmencie nie znalazłem informacji, czyj pontyfikat rozpoczynał św. Pius X. Może ktoś wie? Jest wprawdzie wzmianka o św. Tomaszu z Akwinu, ale: (i) jest ona dosyć odległa od zdania o pontyfikacie, trudno byłoby ją z nim połączyć; (ii) z tego, co mi wiadomo, Akwinata papieżem nigdy nie został.

Z podobną zagadką spotkałem się kiedyś w jednym z przekładów Pisma świętego. Przeczytałem mianowicie w Ewangelii Janowej: Jezus podniósł jego oczy do nieba. Niestety, też nie podano, czyje to były oczy... Na szczęście, w przypadku Ewangelii, mogłem zajrzeć do oryginału i sprawa się wyjaśniła...

czwartek, 9 września 2010

Na marginesach (ii)

... czyli: się kręci!

Czytamy w dotyczącej liturgii konstytucji świętego Soboru o dziele zbawienia, dokonującym się poprzez Ofiarę eucharystyczną i inne sakramenty (Sacrificium et Sacramenta). Bardzo trafnie sformułowano, że wokół nich obraca się, kręci się, całe życie liturgiczne: circa quae [sc. Sacrificium et Sacramenta] tota vita liturgica vertit (SC 6).

PS Nie byłbym sobą, jeśli nie dodałbym czegoś filologicznego: łaciński czasownik verto, obracać (się), jest z tego samego rdzenia, co czasowniki mające znaczenie „stać się” w językach germańskich (niemieckie werden najprościej skojarzyć; gockie waírþan, staroangielskie weorþan, fryzyjskie wertha). Moje gockie studentki szczególnie lubią te czasowniki.

środa, 8 września 2010

Last week, czyli o smaku wyrazów

W poprzednim tygodniu towarzyszyły mi codziennie dwa wersy z Ewangelii według św. Jana, a dzięki nim – smak *gweih3-


Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Kto wierzy we Mnie, nawet jeśli umrze, będzie żył, a każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, z pewnością nie umrze na wieki. Wierzysz w to? (J 11:25-26)

Życie to po grecku dzoe. Ponieważ greckie wydanie Nowego Testamentu podaje odnośniki do pokrewnych fragmentów, przejrzałem sobie, przy okazji powtarzania tych dwóch wersetów, inne miejsca, w których św. Jan pisze o życiu, życiu wiecznym. Dzoe, dzoe aionios. Łacińskie vivo czy angielskie quick to krewniacy greckiego dzoe. Za przodka mają *gweih3-

Powtarzanie tych wersów, powtarzanie słowa dzoe, było niesamowicie... smaczne. Sprawia niesłychaną przyjemność, dźwiękiem i znaczeniem. Tolkien kiedyś pisał o takich doświadczeniach, opowiadał, jak na niego działa język, słowa: powodują doznania takie, jak kolor czy muzyka. Podawał jako przykład cellar door – więcej lingwistycznej przyjemności dawały mu te słowa niż np. wyraz beauty.

Nie da się tego wyjaśnić. Nawet nie umiem tego przekazać. Po prostu trzeba tego doświadczyć. Jednym jest to dane, innym – nie. Ci, którym to dano, wiedzą, o czym piszę.

Ze Wschodu (Egipt) na daleki Zachód (Irlandia)

W 2006 roku, w jednym z irlandzkich bagien, znaleziono manuskrypt z 8. wieku, zawierający tekst psałterza. W przyszłym roku księgę tę można będzie oglądać w Muzeum Narodowym Irlandii.

Takie znalezisko to rzecz niezwykła; dotąd najciekawszymi chyba znaleziskami na bagiennych terenach były ludzkie zwłoki, a dokładniej: zwłoki rytualnych ofiar, składanych mrocznym bogom Północy. A tu nagle – psałterz! Cud, że się zachował.

Kilka dni temu ów bagienny manuskrypt odkrył przed uczonymi niezwykłą tajemnicę: w jego skórzanej oprawie znaleziono kawałki papirusu. Papirus, jak wiadomo, wytwarzano tylko w Egipcie. Skąd się wziął nagle na rubieżach Europy?

Uczeni już od dawna wskazują na powiązania między celtyckim monastycyzmem a tym, który znamy z Egiptu. Wskazuje się tutaj szczególnie na Kościół koptyjski. Oprawa bagiennego psałterza prawdopodobnie z Egiptu właśnie – chociaż niekoniecznie bezpośrednio – dotarła do Irlandii.

Więcej można przeczytać tu i tam. Obrazki też można obejrzeć.

piątek, 3 września 2010

Tryby mszalne

Nie będę szczególnie oryginalny: ściągnę z Jungmanna. Zainspirował mnie fragment z jego Missarum sollemnia, o użyciu trybów (w sensie gramatycznym, nie mechanicznym) w jednym z najważniejszych momentów Mszy św.

Jungmann pisze, oczywiście, o trybach języka łacińskiego, indikatiwie i koniunktiwie, użytym w funkcji trybu życzącego. Indicativus to polski tryb oznajmujący (lub orzekający, spotkałem się z jedną i drugą nazwą), weźmy sobie jako przykład „jem”. Z koniunktiwem trochę gorzej, bo łączy w sobie różne funkcje, m.in. trybu przypuszczającego („zjadłbym”), ale w omawianym fragmencie ma mieć znaczenie optatiwu, trybu życzącego („obym zjadł, niech zjem”). Taki tryb życzący, optativus, pojawia się często w modlitwach (pokrewieństwo tych pojęć, życzenia i modlitwy, prośby zwróconej do bóstwa, widać w greckim czasowniku eukhomai, który znaczy i modlić się, i życzyć sobie).

A ów ważny moment Mszy to doksologia, kończąca Modlitwę Eucharystyczną. W polskim przekładzie czasownik w ogóle zniknął, tym samym doksologię możemy uznać i za wyrażającą stan faktyczny (indicativus), i za (modlitewne) życzenie (coniunctivus optativus).

O co dokładnie chodzi? Zacznijmy od innego przykładu, który, mam nadzieję, pozwoli zrozumieć ten gramatyczno-teologiczny problem.

Kapłan w czasie liturgii kilkakrotnie pozdrawia lud słowami Pan z wami. Nie jest to zdanie, nie ma czasownika – możemy się go domyślać, różnie interpretując tę formułę: Pan jest z wami albo Niech Pan będzie z wami. Jedno i drugie jak najbardziej poprawne. Tak samo jest w łacińskim oryginale: Dominus vobiscum – też nie ma orzeczenia, możemy się go domyślać: albo jako oznajmienia faktu, albo jako życzenia skierowanego do wiernych.

Przejdźmy zatem do doksologii. Łaciński oryginał brzmi: Per ipsum, et cum ipso, et in ipso, est tibi, Deo Patri omnipotenti, in unitate Spiritus Sancti, omnis honor et gloria per omnia saecula saeculorum. Przetłumaczę dosłownie: Przez Niego, i z Nim, i w Nim jest Tobie, Bogu Ojcu wszechmogącemu, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków. Podkreśliłem słowo est – jest, czasownik występujący właśnie w indikatiwie.

Przekład w polskim mszale nie całkiem oddaje łaciński oryginał. Pomijam fakt, że zamiast Przez Niego, etc., jest Przez Chrystusa; nie o to mi teraz chodzi. Chodzi o brak czasownika: Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Nie ma w tej formule żadnego czasownika. Możemy się go domyślać, i znajdujemy się w takiej samej sytuacji, jak przy wezwaniu Pan z wami. Możemy dodać albo „jest”, albo „niech będzie”. Albo stwierdzamy, że Ojcu niebieskiemu rzeczywiście oddana jest cześć i chwała przez ofiarę Chrystusa Pana, albo wyrażamy tylko tego pragnienie, życzenie: niech tak będzie, chcielibyśmy, aby tak było.

Drobiazg? Jungmann pisze: Nie przypadkiem [ta formuła] jest w indikatiwie („est”), a nie w koniunktiwie lub formie trybu życzącego. Tu, gdzie zebrany jest Kościół, bezpośrednio przed ołtarzem, na którym znajduje się Sakrament, Kościół zebrany po to, aby ze czcią ofiarować Ciało i Krew Chrystusa – tu naprawdę Bóg odbiera wszelką cześć i chwałę. W tym momencie wypełnia się słowo Malachiasza (1:11): Imię Pana jest wielkie między narodami.

Zastanawiam się nad przyjrzeniem się tekstom mszalnym właśnie z punktu widzenia gramatyki, chociaż to żmudna praca, i chyba nie na blog. Póki co, będzie krótka przerwa w pisaniu, bo nowe teksty (trochę się uzbierało) poddawane są właśnie (wewnętrznej) cenzurze.

W Kościele jak w szpitalu

Pierwszy piątek przypomina nam, że wszyscy jesteśmy chorzy na tę samą ciężką chorobę: Chroniczny brak miłości.

środa, 1 września 2010

Na marginesach (i)

Ostatnio, z pewnych względów, mam dużo czasu wolnego. Nawet za dużo chwilami. Zatem piekę i zjadam ciastka z rodzynkami*), słucham, jak Hugh Laurie czyta W Dolinie Muminków, robię zakupy dla domu, oglądam seriale komediowe... No i czytam. Po fazie walijskiej wracam do fazy liturgicznej. Między innymi, czytam znowu Sacrosanctum Concilium; mam wydanie w oryginale, z szerokimi marginesami, które aż zachęcają do ich wykorzystania, i zaznaczam na nich fragmenty, które szczególnie zwracają moją uwagę.

Mnóstwo ciekawych rzeczy zauważa się przy kolejnych lekturach.  Np. relacja między tym, co ludzkie, a tym, co Boskie, w liturgii: to, co ludzkie, ma być kierowane ku temu, co Boskie, i poddane mu (SC 2). Po łacinie oddaje to wspaniale gra słów: ordinetur ad divinum eique subordinetur.

Albo np. czytamy, że zbawienie nam daje humanitas [Christi], in unitate personae Verbi (SC 5). Dla znającego łacinę, humanitas brzmi niesamowitą głębią, jak otchłań wzywająca otchłań (cf. Ps 42:8). Z jednej strony, przypomina o słowie humus, ziemia, gdyż człowiek jest ziemianinem – i stał się nim także nasz Pan, z niebios zstępując. Dźwięczy w tym słowie człowieczeństwo, ludzka natura. Z drugiej zaś strony, humanitas po łacinie oznacza też życzliwość, uprzejmość, coś, co można nazwać byciem ludzkim w stosunku do innych. W ten sposób św. Hieronim przetłumaczył greckie philanthropia w Liście do Tytusa (3:4): humanitas salvatoris nostri Dei. Nasze zbawienie przez człowieczeństwo Chrystusa-Boga: Jego ludzką naturę, Jego bycie ludzkim dla nas. Bycie człowiekiem, takim, jakim człowiek miał być dla innych w zamyśle Stwórcy. Zbawia nas Chrystus, Człowiek doskonały.

Cdn.
___________________________
*) Dla zainteresowanych przepis: pół kostki masła utrzeć z niecałą szklanką cukru; dodać 2 duże lub 3 małe jajka, dobrze roztrzepane; łyżeczkę sody rozpuścić w 2 łyżkach gorącej wody, dodać do masy; dokładnie mieszając, dodać ok. 1.5 szklanki przesianej mąki, zmieszanej z łyżeczką cynamonu i pół łyżeczki soli; pół szklanki posiekanych rodzynek i pół szklanki posiekanych orzechów włoskich wymieszać z 1.5 szklanki mąki, wszystko dokładnie wymieszać; na natłuszczoną blachę kłaść porcje wielkości łyżki, piec w średnio nagrzanym piekarniku (180st. C) ok. 12-14 minut.