Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolkieniści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolkieniści. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2026

niedziela, 22 czerwca 2025

Więcej momentów

Pisząc o czterech ważnych momentach, wydarzeniach w moim życiu, nie wspomniałem pewnie kilku innych, równie ważnych, jak np. pierwszego kontaktu z Tolkienem w chyba 1984 roku. Koleżanka z klasy pożyczała mi kolejne tomy Władcy Pierścieni, bo o własnym egzemplarzu mogłem wtedy tylko marzyć (zdobyłem go kilka lat później). A do Tolkiena doszedłem przez króla Artura: w telewizji szedł wtedy serial o nim, nigdy już więcej, nie wiedzieć czemu, nie powtarzany, i bardzo nas, czyli część klasy, wciągnął. Okazało się, że ktoś miał książkę R. L. Greena o królu Arturze, zaczęliśmy czytać, a od Merlina już tylko jeden krok był do Gandalfa.

Nie pisałem o tym poprzednio, bo, chociaż Tolkien bardzo wpłynął na moje życie, tolkienistą już chyba nie jestem, moje zainteresowanie osłabło, kiedy okazało się, że stał się taki popularny i każdy prawie zajmuje się Tolkienem. To po co ja tam jeszcze...

Msza znowu byle jak odprawiana, kazanie długie i nudne (po co cała wstawka o Hermaszewskim?). Żeby chociaż skłony robili odpowiednio przy ołtarzu... ze czcią dla Pana. Tyle tylko, że była III Modlitwa Eucharystyczna zamiast nieśmiertelnej II.

Tako rzecze Lómendil: Ludzie optymistyczni są bardzo męczący.

Święci Janie i Tomaszu z Anglii, módlcie się dziś za nami.

sobota, 3 września 2022

Niezdrowe podniecenie

Ludzie się podniecają nowym serialem okołotolkienowskim: albo się zachwycają, albo przeklinają. A ja mam to wszystko gdzieś, nie zamierzam tego oglądać (jak nie oglądałem Hobbita) i wszystkim, którym się nie podoba, radzę to samo. Zaoszczędzi się w ten sposób miejsca w internecie, zamiast wypełniać je bezwartościowymi narzekaniami.

Pamiętam swoje pierwsze wystąpienie na kongresie mediewistów w Leeds: nie miałem żadnych prezentacji multimedialnych i wszyscy się dziwili, że korzystam tylko z książek i tekstów. No więc w dalszym ciągu wolę z nich korzystać.

piątek, 2 września 2022

Wydarzenia

Równo za rok będzie 50. rocznica śmierci Tolkiena. Ciekawy jestem, jakie wydarzenia będą jej towarzyszyły. Cały rok 2023 można by nazwać i uczynić rokiem tolkienowskim.

sobota, 13 lutego 2016

Z linku na link

Skacząc po sieci z podanego przez znajomych linku wyczytałem, że jestem jednym ze współczesnych polskich tolkienologów. Ale to albo pomyłka, albo chodzi o kogoś innego, a ja błędnie odniosłem wzmiankę do siebie.

czwartek, 17 stycznia 2013

Są te skrzydła czy nie ma?

Jak to mówią, dałem sobie do wiwatu, 39 stopni, przebieranie się z piżamy w piżamę kilka razy w nocy, zupełnie jak modelka na pokazie mody (tyle że kilogramy nie te...) W każdym razie, w czasie gorączki myśl błądzi tu i tam, i tak nagle, któregoś wieczoru, pomyślałem sobie: Czemu ludzie się zastanawiają, czy Balrog w Morii miał skrzydła, czy nie miał? Jeśli miał skrzydła, to jak mógł runąć w otchłań? Podleciałby z powrotem do góry. Niemożliwe, że nikt nigdy na to nie zwrócił uwagi.

czwartek, 12 stycznia 2012

Ciężkostrawne pączki, i próba rozliczenia się z własną przeszłością

Zacząłem czytać „Wojny klonów. Dzika przestrzeń” Karen Miller. I zacząłem też żałować wydanych 35 złotych. (Dołożyłbym 20, i miałbym inną, lepszą książkę.)

To książka o bohaterach 'Gwiezdnych Wojen', ale oparta na tzw. expanded universe. Innymi słowy, do kanonicznej wersji filmowej dodano tło: wymyślono sięgającą tysiące lat wstecz i kilkadziesiąt lat wprzód historię Republiki, Jedi i Sithów. Książka, którą zacząłem czytać, opowiada o wydarzeniach między „Wojną klonów” a „Zemstą Sithów”. Yoda, Kenobi, Windu, Anakin, Padmé... Znani bohaterowie, ale przedstawieni jakoś inaczej niż w filmie. Niby z większą głębią psychologiczną, z bardziej skomplikowanymi osobowościami, ale... Ta głębia jest strasznie płytka, a osobowości nieco za bardzo skomplikowane. Do tego dodano bohaterów, o których w kanonicznej, filmowej wersji nie ma żadnej wzmianki: np. Ashoka, padawanka Anakina, skądinąd bardzo sympatyczna, ale nieobecna w „Zemście Sithów” – spodziewałbym się, że będzie o niej mowa, że się gdzieś pokaże... Ale w filmach, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, nie ma nic o jakichkolwiek padawanach Anakina.

Może jestem twardogłowy albo brak mi wyobraźni, ale książka – a przypuszczam, że inne z tej serii – niewiele ma dla mnie wspólnego ze światem 'Gwiezdnych Wojen', takim, jak przedstawiony w filmach, które pozostają dla mnie kanoniczną wersją, kanonicznym przedstawieniem tego, co działo się dawno, dawno temu w odległej Galaktyce. W książkach są imiona filmowych bohaterów – i to wszystko. Ów expanded universe jest jakimś innym światem, brakuje mu, banalnie nieco to ujmując, klimatu 'Gwiezdnych Wojen'.

Im dłużej myślę o takich sprawach, tym bardziej nabieram przekonania, że wszelkie próby uzupełniania stworzonych światów skazane są na niepowodzenie. Poza 'Gwiezdnymi Wojnami' mam też doświadczenie z Tolkienem. Owszem, on sam pisał, że inne umysły, inne dłonie mogą uzupełnić świat, który on zarysował, powołał do istnienia – i wielu poszło za tą wskazówką, tworząc masę tzw. fanfików. Sam nawet kilka razy tak zrobiłem. Ale, znowu: są imiona bohaterów, są miejsca, są odniesienia do opisanych przez Tolkiena wydarzeń – i nic poza tym. Martwota. Zupełnie nie potrafię w tych tekstach – patrząc z perspektywy czasu, nawet w moich własnych – odnaleźć tolkienowskiego ducha. Napisałem np. tolkienowski wiersz w stylu Emily Dickinson, i jako wiersz jest on, nieskromnie powiem, opierając się na opiniach kilku osób, naprawdę dobry. Ale nie jest tolkienowski; jestem przekonany, że Tolkien nie rozpoznałby w nim klimatu Śródziemia, nie rozpoznałby w nim swojej wizji, chociażby z racji formy poetyckiej, zupełnie mu obcej. Tak samo z cała masą fanfików: nie ma w nich klimatu tolkienowskiego świata. Owszem, niektóre z nich to pewnie całkiem dobre opowiadania, same w sobie, ale są dla tolkienowskiego świata – i tu nawiążę do tekstu samego Tolkiena, zatytułowanego „Drzewo i liść” – jak toporne, bez gustu domalowane liście na delikatnym i pięknym obrazie. Czytając je, tak samo jak czytając książki o 'Gwiezdnych Wojnach', nie można wejść w ów świat, w ową – żeby znów użyć tolkienowskich teorii – subcreation. Trudno w nie naprawdę uwierzyć, zanurzyć się w nich, dać się im porwać. Przynajmniej ja tego nie potrafię. Czuję się w nich obco.

To trochę tak, jakby zamiast dobrego, smacznego pączka dostać jakiegoś kluchowatego gnieciucha, nasączonego tłuszczem wielokrotnego smażenia. Jeśli poważnie nie zaszkodzi, będzie się przynajmniej nieprzyjemnie odbijał.

czwartek, 17 listopada 2011

Adoracja świętych krów

Wczoraj trafiłem na spotkanie ze świętą krową. Niby nic nowego: warszawscy tolkieniści byli swego czasu (a może wciąż są?) czcicielami takiej świętej krowy (nazywanej przez niektórych carycą; nota bene, nie potrafiła ona nawet wymawiać poprawnie elfickich imion), na filologii klasycznej działało kiedyś stowarzyszenie wzajemnej adoracji kilku świętych krów („jedna krowa drugiej krowie...”), a wśród komentatorów pewnego religijnego forum internetowego (nie będę palcem wytykał) również krąg świętokrowi można było zobaczyć.

Zastanawia mnie zawsze cud narodzin takiej krowy. Sama ogłasza się świętą, czy też dokonuje się to przez aklamację zgromadzonych (tzw. krowia kanonizacja)? W jakiś inny sposób? Święta krowa winna być adorowana i podziwiana: biada temu, kto tego nie robi, a nie daj Boże, żeby jeszcze krowę skrytykował! Zostanie albo oficjalnie, mniej lub bardziej, ekskomunikowany, albo też poprzez bierną agresję czcicieli zepchnięty na margines lub boczny tor (zależy, czy ktoś odczuwa pokrewieństwo z pociągiem czy z linijką). Święta krowa powinna też być – co też ja piszę, święta krowa jest niepokalana, wszechwiedząca i wszechwładna. Zmarszczy brwi – wszyscy drżą. Wydmie wargi – wszyscy prychają z pogardą. Wyrazi niesmak – wszyscy wykrzywiają usta. Uśmiechnie się – wszyscy są rozpromienieni. Powie coś – wszyscy oniemieli z wrażenia.

Oczywiście, aby te świętokrowie przymioty jaśniały większym blaskiem, świętą krowę trzeba postawić obok jakichś żałosnych cielaków, które wyznawcy krowy chętnie złożą, co jakiś czas, na jej ołtarzu. Krowa jest tylko jedna, cielaków – wiele. (Ewentualnie: krąg krów jest tylko jeden, cielaków – wiele. Takie krowy adorują się wzajemnie we własnym, starannie dobranym, zamkniętym kręgu. Ileż tam musi być blasku! Byle tylko do walki krów nie doszło i nie pojawił się jakiś święty byk.)

poniedziałek, 23 maja 2011

Image demoniczny

Jedna z najgorętszych dyskusji wśród fanów Tolkiena dotyczy skrzydeł Balroga: czy ogniste demony miały skrzydła, czy też nie? I w ogóle, jak taki Balrog wyglądał? Opis, jaki pojawia się we „Władcy Pierścieni”, w słynnej scenie na moście w Morii, pozostawia wiele możliwości interpretacji. Do tej pory nie spotkałem się z takim przedstawieniem Balroga, które byłbym w stanie zaakceptować. (Swoją drogą, spośród mnóstwa ilustracji tolkienowskich najbardziej lubię te samego Tolkiena, potem jest Cor Blok, Anke Eissman, i to właściwie wszystko, może jeszcze kilka prac Alana Lee jestem w stanie zaakceptować. Przy okazji warto dodać, że w fandomie tolkienowskim istnieje swoisty kanon, czy może raczej: salon; pewne ilustracje po prostu wypada, czy nawet: należy lubić. Jeśli ktoś ma odmienne zdanie, spotyka się z natychmiastowym ostracyzmem: been there, felt that.)

Ale o czym to ja... Aha, o Balrogu. Podobnie jest z Grendelem: autor Beowulfa nie podaje dokładnego opisu, wiemy, że Grendel jest człekokształtny (w końcu pochodzi od Kaina), ale jak mógł wyglądać? Jakiego, chociażby, był wzrostu? A jego żyjąca pod wodą mamusia? Nie wiadomo. Pomysłów, jak w przypadku Balroga, jest wiele. Zastanawia mnie nieustannie fakt, czemu i tolkienowski demon, i ten beowulfiański, tak często przedstawiani są z rogami. Widać autorzy mają jakieś diaboliczne i diabelskie skojarzenia... Swoją drogą, kiedy po raz pierwszy przedstawiono diabła jako rogatego stwora?

Oglądałem niedawno rysunkowy film o Beowulfie, bardzo dobry, i Grendel wyglądał tam trochę jak Buka, ta od Muminków. Jego matka zresztą też, tyle że z rozwianym włosem. Ciekawie to wyglądało, ciekawy pomysł.

Na zakończenie – uroczy obrazek Beowulfa i Grendela, znaleziony w otchłaniach internetu. Prawda, że miło wyglądają? Jeśli dobrze widzę, Grendel ma jeszcze rękę na swoim miejscu...


niedziela, 13 lutego 2011

Kropla w morzach Ea

W swoim czasie, wśród pracowników i studentów Uniwersytetu Warszawskiego, krążyła historyjka o pani, nazwijmy ją sobie, Alfa. Na kongresie w Heidelbergu pani Alfa miała wystąpienie, i mówiła o fragmencie z „Wojny peloponeskiej” Tukidydesa. Jak to zwykle bywa, po jej wystąpieniu słuchacze zaczęli zadawać pytania. Jedno z nich dotyczyło powiązań omawianego przez p. Alfa fragmentu z passusem z innej księgi „Wojny peloponeskiej”. No cóż, stwierdziła pani Alfa, ja znam się tylko na omawianym fragmencie, a nie na całym Tukidydesie.

Przypomina mi się ta historyjka, kiedy czytam różne artykuły o Tolkienie. Wielu osobom wydaje się, że przeczytanie „Władcy Pierścieni” wystarcza, aby móc się wypowiadać jak specjalista o Tolkienie. No, może jeszcze niektórzy przeczytają „Silmarillion” i „Listy” – i już! Mogą rozwijać przed oniemiałymi czytelnikami wspaniałe interpretacje Śródziemia, wykładać, co dokładnie Tolkien miał na myśli, i jak należy rozumieć jego dzieło.

Jakieś 20 lat temu takie podejście do Tolkiena byłoby dopuszczalne. Ale od tego czasu poznaliśmy o wiele więcej z jego twórczości: chociażby dwanaście, wydanych pośmiertnie, tomów History of Middle-earth, których nie może zignorować nikt, kto chce teraz poważnie o Tolkienie mówić czy pisać. Do tego dochodzą różne uwagi, które znaleźć można w, również pośmiertnie wydawanych, filologicznych tekstach Tolkiena, tam, gdzie pisze o językach elfów. Poważny badacz – ale i poważny krytyk Tolkiena – nie może, jak napisałem, zignorować tych tekstów. W nich znaleźć można wyjaśnienie wielu wątków czy idei z „Władcy Pierścieni”, zobaczyć niezdecydowanie Tolkiena, sprzeczne czasami pomysły, dotyczące Śródziemia, ich ewolucję, próby pogodzenia z tym, co napisał wcześniej, transformacje mitów... Wszystko to jest bezcenne, i niezbędne, dla każdego, kto chce naprawdę zrozumieć Tolkiena.