Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 października 2024

Bez miłosierdzia

Miałem w szkole koleżankę, która nie była w stanie zrozumieć i przyjąć, że gdyby Bóg nie był miłosierny, to nas by już nie było. Ciekawym, czy w końcu to pojęła, ale jeśli się niewiele zmieniła od czasów szkolnych, to podejrzewam, że nie. Może otworzą się jej oczy, kiedy Bóg je zamknie.

poniedziałek, 11 marca 2024

Pupilki

Ciekawym, czy u innych osób na lekcjach religii – który odbywały się wtedy przy kościołach – była zawsze pupilka siostry katechetki albo księdza katechety. Taka niezwykle zdolna w sprawach religijnych i niesamowicie pobożna dziewczynka, jedyna, która co roku grała Matkę Boską w jasełkach. U mnie taka była, nazywała się Dorota G., i zasługiwała na przykład na to, żeby nie odrabiać czasami pracy domowej, a czasami na to, żeby publicznie wszystkim pokazać, jaka powinna być prawidłowo zrobiona praca domowa. Rozdawała obrazki od siostry katechetki, takie do kolorowania, pomagała przy różnych prezentacjach, wykonywała specjalne karteczki, rozdawane przed wakacjami, na których trzeba było pisać, gdzie i kiedy było się na mszy. Teraz, kiedy na lekcje religii coraz mniej osób przychodzi, szansę dla zaistnienia takiej pupilki katechetki lub katechety zeszły pewnie prawie do zera.

niedziela, 21 sierpnia 2022

You stupid woman

Jak kiedyś wspominałem, matematyki w szkole podstawowej uczyła nas pani H. Przekona była, że jej przedmiot jest najważniejszy w świecie. Kiedyś w czerwcu powiedziała do nas: Odpoczywajcie sobie w wakacje do 15 sierpnia, a od 15 sierpnia zacznijcie powtarzać materiał z matematyki. Pomyślałem sobie wtedy: Ty głupia babo, nie będziesz mi mówiła, jak mam spędzać wakacje. O.

piątek, 12 listopada 2021

Wybrakowani?

W czasach, kiedy chodziłem do szkoły, z oczywistych przyczyn nie było w lekturach szkolnych Wojtyły i Wyszyńskiego, ale nie wydaje mi się, aby z tego powodu ktoś z nas był jakoś wybrakowany.

niedziela, 15 września 2019

Słuchaj, dzieweczko! Ona nie słucha...

... Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha.

Takie poetyckie skojarzenia mieliśmy w liceum...

Przypominają mi się jedne z niewielu prawdziwych wakacji, jakie miałem, właśnie po liceum. We wrześniu to było, w Lipiankach koło Gostynina. Chodziliśmy do sąsiadów na Miasteczko Twin Peaks.

Dziś wspominamy św. Niketasa, gockiego świętego, który pogonił szatana. Dlatego podaję Ojcze nasz po gocku. Tolkien cenił sobie tę wersję Modlitwy Pańskiej, i traktował ją jako egzorcyzm.
Atta unsar, þu in himinam,
weihnai namo þein,
qimai þiudinassus þeins,
wairþai wilja þeins,
swe in himina jah ana airþai.
Hlaif unsarana þana sinteinan gif uns himma daga,
jah aflet uns þatei skulans sijaima,
swaswe jah weis afletam þaim skulam unsaraim,
jah ni briggais uns in fraistubnjai,
ak lausei uns af þamma ubilin. Amen.

piątek, 5 maja 2017

Po kilkudziesięciu latach

Czy da się wskrzesić licealne przyjaźnie? Agnieszka, którą chamska pani Babczykowa nazywała Kasią, Natalia, która też poszła na filologię klasyczną, Paweł, czyli Kolega Mleczny aka Śmietański, Kasia, z którą byliśmy w finale olimpiady łacińskiej, Wioletta, z którą chodziliśmy na angielski... Klasowe zjazdy szybko się skończyły, kiedy jeszcze byliśmy studentami. Rozproszyliśmy się (jak dobrze pasuje tu greckie diaskorpidzo!).

Wskrzesić przyjaźnie: do poprzedniego, czy do całkiem nowego życia?

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Czajnik

Czajnik się rozwalił, odpadł uchwyt. Nie mam zamiaru iść za sugestią ojca i bawić się w wiercenie i nitowanie, żeby przywrócić go do użytku. Trzeba kupić nowy. A póki co, trzeba było wyjąć staroświecki czajnik radziecki (ale się zrymowało...), na prąd. Wygląda jak prawdziwy czajnik, nie jak dzbanek, i trzeba go pilnować, bo sam się nie wyłącza, kiedy woda wrze. Ileż on ma już lat... Pamiętam, jak wziąłem go w IV klasie liceum do szkoły, na klasową wigilię. To była najpełniejsza z wigilii, jakie robiliśmy w klasie co roku, bo nie tylko z ciastem, ale i z kapustą z grzybami, i z herbatą, do zrobienia której potrzebny był ów czajnik. Wtedy jeszcze czajniki elektryczne, te dzbankokształtne, były rzadkością, był chyba taki w pokoju nauczycielskim, ale nie wchodziło w grę wypożyczenie, a bieganie ze szklankami trzy piętra w dół nie wchodziło w rachubę. Dumnie oznajmiłem, że mam w domu duży czajnik elektryczny, i że mogę go przynieść. Czajnik mieści raptem nieco ponad litr wody, i pamiętam, jak Kasia D., zobaczywszy go, powiedziała z przekąsem: Mówiłeś, że ten czajnik jest duży... Ale wystarczył, dał radę, i nawet pożyczyła go inna klasa, organizująca wigilię później. Zatem czajnik jest zasłużony, licealnie i domowo także, bo już nieraz ratował herbatę, kiedy czajnik gazowy się spalił lub rozleciał.

poniedziałek, 4 lipca 2016

„Wsadzam se magnes i płynie mi prąd”

Te wiekopomne słowa usłyszałem na lekcji fizyki w liceum. Podejrzewam, że większość mojej klasy dotąd je pamięta, i jest to, być może, jedyne, co z  fizyki pamiętamy.

W ramach zatem poluzowania cięciwy, jak zalecał św. Jan Apostoł, kilka zachowanych w pamięci cytatów z czasów szkolnych i studenckich.

Cieszy się, jakby miał jeża w majtkach. (chemia, podstawówka)
Pewnego razu Robinson znalazł na plaży ludzką stopę. (czyjeś wypracowanie, podstawówka)
Kiedyś, podczas polowania wielki tur rzucił się na księżnę Annę Danutę wraz z Danusią. (j.w.)
Zajęło to dużą szmatę czasu. (historia starożytna, uniwersytet)
Kasia dostała tę piątkę za ciałokształt. (język polski, liceum)
Kasia przespała się na Herbercie, a teraz rozmawia. (j.w.)
Sprawdzamy powierzchnię łopuszkami palców. (przysposobienie obronne, liceum)
Statki te przewoziły dzbany z oliwą i winą. (historia starożytna, uniwersytet)
Nie, nie trzeba tego ujmować chronologicznie, tylko czasowo. (historia, liceum)
Gdy „Isaurę” oglądałam, to ci obrus haftowałam. (nauczycielka fizyki*), liceum, o prezencie dla koleżanki)
Gieny przenoszą cechi. (zasłyszane od kogoś, najpewniej z lekcji biologii)

_____________________
*) Ale nie ta od magnesu.

sobota, 5 września 2015

Ponura chmura

Narodowe czytanie Lalki Prusa. Z Lalki, czytanej w liceum, pamiętam tylko tyle, że była straszliwie nudna. W ogóle przerażające jest, że czyta(ło?) się tyle literatury dziewiętnastowiecznej i z początków dwudziestego wieku. Ciężkie tomy, nudne bardziej niż flaki z olejem. Po co np. tyle Żeromskiego się czytało? Tylu jest ciekawszych autorów...

Wielka francuska mediewistka, Régine Pernoud, zauważyła kiedyś bardzo mądrze, że ciężka, ciemna chmura zawisła nad Europą: chmura literatury 19. wieku.

wtorek, 29 października 2013

Śmierć i poczucie humoru

Dowiedziałem się, że jedna z moich nauczycielek angielskiego nie żyje od kilku lat. Uczyła nas w drugiej klasie liceum. (Niestety, miałem to nieszczęście, że co roku zmieniano nam anglistę. Uważam, że wskutek tego mój angielski jest tak słaby.) W każdym razie, pani A. uczyła nas przez rok i spośród czterech anglistów, którzy uczyli mnie w liceum, była najlepsza. To dzięki niej wiem, jaka jest różnica w brytyjskiej i amerykańskiej wymowie can't, i że beach nie wymawia się tak samo jak bitch. To dzięki niej pierwszy raz w życiu przeczytałem fragment angielskiej poezji, Daffodils Wordswortha. Przepisywaliśmy z tablicy, nadprogramowe to było. Kiedyś umiałem jedną zwrotkę na pamięć... Pamiętam, że jednym z zadań domowych było napisanie do niej listu po angielsku. Kiedyś, wiele lat po szkole, znalazłem ten list (oddała nam je po przeczytaniu i ocenieniu) i zdziwiłem się, ile głupich błędów w nim zrobiłem.

Jedną rzecz szczególnie pamiętam: pani A. miała bardzo specyficzne poczucie humoru, lekko makabryczne, i bardzo mi się to podobało. Zdania, jakie wymyślała, stały się, po części, natchnieniem dla zdań, które układam na zajęcia z łaciny czy greki. Właściwie to poczucie humoru licealnych nauczycieli szczególnie pamiętam. Pisałem kiedyś o pani Ponderowej, która uczyła nas matematyki, i która miała wspaniałe, chociaż czasami złośliwe, poczucie humoru. Humor pani A. był z kolei, jak napisałem, makabryczny. Ale wspominam oba (poczucia humoru) z tym samym sentymentem.

W trzeciej klasie uczył nas angielskiego pan Odlewany (sic!), którego poczucie humoru było... dziwne. Raczej mało śmieszne, a czasami odrażające, chociaż może miał dobre intencje, każąc nam skojarzyć słowo debut z daj buzi... Humor pani Babczykowej, która przez rok uczyła nas fizyki, sprowadzał się do wierszyków typu: Gdy 'Izaurę' oglądałam, to ci obrus haftowałam, które to wierszyki dołączała, jak nam mówiła, do imieninowych prezentów dla koleżanek. I chyba za zabawne uważała nazywanie nas innymi imionami: Ty jesteś Kasia, mówiła do Agnieszki, bo na Kasię wyglądasz. Ja byłem Tomciem... O poczuciu humoru pani T. trudno coś powiedzieć, natomiast z pewnością rozbudzała nasze poczucie humoru uwagami typu: Tak, należy to ująć w porządku chronologicznym, a nie czasowym. Do historii jednak przejdzie kolejna nauczycielka fizyki, która, wykonując doświadczenie, powiedziała: Wsadzam se magnes i płynie mi prąd.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Umrzemy, zobaczymy

Jedna z koszmarnych nauczycielek mojej młodości (matematyka, szkoła podstawowa), kiedy pytaliśmy ją, czy będzie klasówka, zwykła odpowiadać: Pożyjemy, zobaczymy. Co miało znaczyć, że będzie.

Ale odłóżmy na bok te przykre wspomnienia. Powinienem był napisać wczoraj... Czy Marilyn Monroe będzie w niebie? Umrzemy, zobaczymy. Póki co, świeć, Panie, nad jej samotną duszą.

środa, 11 maja 2011

Triumf i rozpacz, rozpacz i triumf

Było to jeszcze w poprzednim tysiącleciu. Chodziłem wtedy do szkoły podstawowej. Pewnego razu dwie praktykantki, przyszłe polonistki, zabrały nas pod pomnik warszawskiej Nike, abyśmy go sobie obejrzeli, a potem opisali. Staliśmy pod pomnikiem, a panie praktykantki starały się nam podpowiadać, na co zwrócić uwagę w opisie Nike. Oczywiście, ważna jest twarz. I właściwie pamiętam z tamtej lekcji tylko to, w jaki sposób owe panie określiły twarz Nike na pomniku: Jej twarz ma wyraz triumfu i rozpaczy. Opis pomnika sprawdzała już nasza nauczycielka, i bardzo się zdziwiła, kiedy przeczytała w mojej pracy, iż triumf i rozpacz jednocześnie malują się na twarzy bogini. Zastanowiliśmy się wspólnie (była to bowiem naprawdę dobra nauczycielka, która starała się uczyć, a nie tylko podawać wiadomości), i doszedłem do wniosku, że jednak albo triumf, albo rozpacz.

Przypomniały mi się te rozważania dzisiaj, kiedy spojrzałem na pomnik warszawskiej Nike. W innym stoi już miejscu niż wtedy, ale twarz bogini zwycięstwa została ta sama. (Jak i reszta; zadziwiające jest zwłaszcza to, w jaki sposób ta olbrzymka utrzymuje równowagę, leżąc w tak mało komfortowej pozycji.) I przypomniałem sobie pewną opowieść, w której pojawia się także swego rodzaju bogini, a właściwie Czarownica, która przez długie wieki panowała w Narni. Tuż po stworzeniu Narni przez Aslana widzimy ją w tajemniczym ogrodzie, jedzącą zakazane jabłko. Do tego ogrodu dociera Digory, i widzi na jego bramie dziwny napis, niejako słowa samego ogrodu. Czytamy tam: (...) ci, co owoc kradną, lub przez mur mój skaczą, znajdą to, czego pragną, ale wraz z rozpaczą. W ogrodzie Digory spotyka Czarownicę, i w jakiś sposób pojmuje, że ona nie weszła do ogrodu przez bramę. A na jej twarzy właśnie, na jej twarzy był swego rodzaju triumf, ale też kryła się w niej jakaś tajemnicza rozpacz. Czarownica dostała to, czego chciała, zdobyła to, ale, banalnie mówiąc, szczęścia jej to nie dało. Została rozpacz. Nasycenie, kończące się rozpaczą.

Jak było z warszawską Nike (z jakiejż ona może być mitologii, z greckiej z pewnością nie jest), w jaki sposób poznała i triumf, i rozpacz nie mam pojęcia. Może też wskoczyła gdzieś przez mur i zjadła jabłko?