środa, 8 kwietnia 2009

Adoramus te, Christe

Taki mały szczegół z adoracji Krzyża w Wielki Piątek, który zachował się już chyba tylko w liturgii papieskiej, chociaż kiedyś był powszechny.

Otóż do adoracji Krzyża papież zdejmuje ornat – i buty. Podchodzi do Krzyża boso, na znak uniżenia. Dziś, kiedy na ulicach ludzie pokazują stopy nosząc klapki, w parku na ławce buty zdejmują etc., już ten znak nie jest czytelny. Bosy jest żebrak, boso staje się przed kimś wyższym rangą, ewentualnie przy równych sobie. Dla arystokraty publiczne pojawienie się bez obuwia było poniżeniem, zejściem do poziomu nędzarza. W liturgii dochodzi jeszcze jeden motyw: stania przed obliczem Boga, który jest trzykroć święty. Mojżesz zdjął sandały, kiedy stanął wobec Pana, który się objawił w gorejącym krzewie. Papież zdejmuje buty wobec Pana, który objawia się na drzewie krzyża.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Starring: Halig Rod

Halig Rod (wym. halij ro:d) to po staroangielsku ‘święty Krzyż’. W manuskrypcie z 10. wieku, nazywanym Księgą z Vercelli (gdyż tam jest przechowywany), znajduje się niezwykły staroangielski poemat – Sen o Krzyżu. Fragmenty tego poematu wyryto też na kamiennym krzyżu z Ruthwell, pochodzącym z 8. wieku.

Autorowi poematu śni się Chrystusowy Krzyż. Jawi się jednocześnie jako wspaniały, świetlisty, ozdobiony cennymi klejnotami i adorowany przez całe stworzenie – i jako zbroczony krwią, z dziurami po gwoździach. Krzyż zaczyna przemawiać, opowiada śniącemu swoją historię, a wszystko to w kategoriach germańskiej poezji heroicznej. Jezus jawi się tu jako Wódz, Krzyż jest Jego towarzyszem broni, który musi, ze zgrozą, zgodzić się na śmierć swojego Dowódcy, nie może Go bronić – na rozkaz tegoż właśnie Dowódcy. Tak Krzyż opowiada o śmierci swego Pana (w moim, wiele do życzenia pozostawiającym, roboczym tłumaczeniu):

[...] Musiałem stać prosto.
Jako krzyż mnie wzniesiono, i trzymałem wysoko
Wielkiego Króla, Pana wysokich niebios.
Nie ośmieliłem się skłonić. Przebili mnie czarnymi gwoźdźmi,
Blizny po nich wciąż można na mnie zobaczyć,
Otwarte rany po ludzkiej złości. Jednak nie mogłem
Ich [tzn. oprawców] zranić. Obu nas wyszydzali.
Cały zbroczony byłem krwią,
Co wypłynęła z Jego boku, kiedy On
Oddał ducha. [...]

Ciemność okryła, i chmury martwe ciało Władcy,
Jego jaśniejące piękno; cienie były wokół,
Ponura ciemność. Całe stworzenie płakało,
Żaliło się nad śmiercią Króla. Chrystus był na krzyżu.
Potem ujrzałem ludzi, przybywających z daleka,
Śpieszących do swego Władcy. Widziałem to wszystko.
Choć byłem cały w smutku,
Jednak chętnie skłoniłem się ku ich dłoniom,
Pokornie. Zdjęli ze mnie Wszechmogącego Boga.


[...] Później przygotowali Mu grób,
Niedaleko ode mnie. Wykuli go w jasnym kamieniu,
I tam złożyli zwycięskiego Pana.
Potem, pod wieczór, pełni żalu zaśpiewali
Dla Niego żałobną pieśń; a gdy odeszli
Zmęczeni od wielkiego Pana, pozostał sam.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Czymżeś ty, ludu, poił swego Pana?

Wszyscy Ewangeliści podają, że na krzyżu Jezusowi podano do picia – no właśnie, co? W przekładach czytamy o occie, ale jaki to był ocet? Taki, jak używany do robienia korniszonów?

W greckim tekście Ewangelii Jezusa na krzyżu pojono to oksos. Etymologicznie, oznacza to napój o ostrym, cierpkim smaku. Pierwsze znaczenie, jakie podają słowniki, to podłej jakości, tanie wino, vin ordinaire, jak czytamy w nieocenionym słowniku Liddella i Scotta. Pojawia się to znaczenie u autorów klasycznych. Z niego rozwinęło się kolejne: ocet (vinegar) robiony z takiego wina. Czyli raczej ocet winny... Jedyny przykład zastosowania tego płynu w celu zadania komuś cierpienia znajduje się w „Żabach” Arystofanesa, gdzie oksos ma być komuś wlany w nozdrza. Podejrzewam jednak – wolę nie próbować – że jakikolwiek płyn, wlany w większej ilości do nosa, przyjemnych doznań raczej nie wywołuje.

Jan podkreśla, że ocet podano Jezusowi „aby się wypełniło Pismo” – stąd Jezusowe „Pragnę”, które ma doprowadzić do spełnienia się Pisma co do joty. Jest to nawiązanie do Psalmu 22:15, w którym autor skarży się na okrutne pragnienie, i, jeszcze wyraźniej, do Psalmu 69:21, gdzie psalmista skarży się na wrogów, iż poili go – i tu mamy znowu, w Septuagincie, oksos, a w tekście hebrajskim – homec. To hebrajskie słowo ma ten sam rdzeń, co czasowniki i rzeczowniki związane z zakwasem, używanym do robienia chleba. Tak, z tym (za)kwasem, który bezwzględnie należało usunąć z każdego domu przed świętem Paschy, i następującym po nim tygodniu Przaśników.

W Księdze Liczb pojawia się oksos (sprawdzałem tylko w Septuagincie tym razem) jako napój robiony z wina lub sycery, zakazany nazirejczykom (Lb 6:3). Jest to zatem coś w rodzaju kwaskowego lub nieco gorzkiego napoju, dobrze gaszącego pragnienie, a nie mającego nic wspólnego z octem, jakiego współczesne gospodynie używają do pikli, korniszonów etc. Myślę, że można to porównać z naszym kwasem chlebowym czy podpiwkiem, ewentualnie z legendarnym kompotem, o którym opowiadają kolejne roczniki braci na Służewie.

To, co żołnierze podali Jezusowi, to właśnie taki napój. Rzymianie nazywali to posca, mieszaniną kwaśnego (niedojrzałego) wina i wody, która świetnie gasiła pragnienie, i była normalnym napitkiem żołnierzy. Był to więc raczej gest litości wobec Skazańca, kiedy podano Mu nasączoną tym napojem gąbkę.

Co jednak zrobić z Psalmem 69, w którym to wrogowie gnębią psalmistę owym napojem? Chodzi tu raczej o wzgardę: pogrążony w smutku psalmista dostaje tani napój, może i dobrze gaszący pragnienie, ale jednak nie dający pocieszenia takiego, jakie dałoby wino, które – jak czytamy w Psałterzu – rozwesela serce człowieka. W nawiązaniu do tego psalmu, „ocet” podany Jezusowi może – w zamyśle Ewangelistów – podkreślać kontrast: oto prawdziwy Król żydowski dostaje zupełnie niekrólewski napój. Wciąż jednak nie jest to płyn, mający powiększyć fizyczne cierpienie Umierającego, jakim byłby znany nam ocet spirytusowy.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Błogosławiony Syn Błogosławionego

Kiedy studiowałem, mieliśmy czasami zajęcia, ma których czytaliśmy Ewangelie synoptyczne równolegle, patrząc na różnice i podobieństwa w przedstawianiu tych samych wydarzeń przez Ewangelistów. Była nas tylko czwórka, więc czasami można było i Jana dodać, tam, gdzie akurat opisywał wydarzenia takie same, jak synoptycy.

Mówimy o Niedzieli Palmowej, a tylko jeden z Ewangelistów pisał o gatunku drzewa, z jakiego pochodziły gałązki – Jan. Co ciekawe, użył słowa pochodzącego z Egiptu – ta baia – które zresztą zostało w greckiej liturgii na określenie tej właśnie niedzieli, którą świętujemy dzisiaj.

Synoptycy opisują, w jaki sposób Jezus „zdobył” osiołka: wysłał swoich uczniów, dokładnie im wskazując, gdzie znajdą zwierzę, kazał je odwiązać i przyprowadzić do siebie. Tylko Marek podaje uroczy szczegół, że Jezus polecił apostołom, aby powiedzieli właścicielom osiołka, że Pan go potrzebuje i odeśle zaraz z powrotem. U Mateusza i Łukasza tej wzmianki nie ma. Jak napisał jeden z amerykańskich biblistów, Mateusz nie ma czasu na takie drobiazgi, liczy się dla niego podkreślenie królewskiego prawa Mesjasza, który może użyć, czego tylko zechce. Podobnie jest u Łukasza, który jako jedyny wspomina tylko płaszcze, rozesłane na drodze, a nic nie mówi o zielonych gałęziach. U Łukasza za to mamy piękne nawiązanie do początku jego Ewangelii: Pokój w niebie i chwała na wysokości – niewątpliwe echo pieśni aniołów przy narodzeniu Pana.

Tylko Mateusz i Jan cytują fragment z Księgi Zachariasza (9:9), proroctwo, które się wypełnia przy wjeździe Pana do Jerozolimy. Przy czym Mateusz źle odczytał paralelizm – opisanie jednego zwierzęcia przez dwa określenia (osiołek, źrebię oślicy) – i uznał, że prorok mówi o dwóch zwierzętach. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób Jezus miałby jechać na dwóch osłach jednocześnie; zwrot usiadł na nich trzeba raczej odnieść do szat, które uczniowie narzucili na osiołka. Mateusz podaje cytat z Zachariasza w sposób, w jaki zwykle podaje cytaty ze Starego Testamentu (stało się to, aby się spełniło to, co zostało napisane). Jan z kolei, podobnie jak przy oczyszczeniu świątyni i pustym grobie podkreśla, że to uczniowie Pana przypomnieli sobie – po Jego zmartwychwstaniu – i zrozumieli te proroctwa, ich spełnienie w czynach Jezusa.

Tłumy pozdrawiają Jezusa jako Syna Dawidowego – mesjańskiego Króla, który przybywa, aby wziąć w posiadanie Święte Miasto i świątynię. Ale wołają też do niego słowami świątecznego psalmu 118: Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Ten, który przychodzi – ho erkhomenos – to określenie Mesjasza, którego używał Jan Chrzciciel, także wtedy, kiedy z więzienia posłał swoich uczniów, aby spytali Jezusa, czy jest Tym, który przychodzi. I ten sam zwrot pojawia się później w Apokalipsie: Pan jest Tym, który jest, który był, i który przychodzi.

U Mateusza ludzie mówią jedni do drugich: To jest prorok, Jezus z Nazaretu w Galilei. Wspomniany amerykański biblista podkreśla, że tłumy nie były uczone w teologii i miały raczej „niską świadomość chrystologiczną”, więc prawdopodobnie ten fragment oddaje rzeczywistą sytuację, tak musieli o Jezusie myśleć niektórzy spośród witających Go w Jerozolimie.

Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie – Czy Ty jesteś Mesjaszem, Synem Błogosławionego? –  Ja jestem.

sobota, 4 kwietnia 2009

Drzewa oliwne, palmy i drzewo Krzyża

Błogosławieństwo palm i błogosławieństwo kończące mszę Niedzieli Palmowej z mszału Leofrica.

Boże, Ty gromadzisz to, co rozproszone, i strzeżesz tego, co zgromadziłeś; Ty obdarzyłeś swym błogosławieństwem ludzi, którzy wyszli na spotkanie Jezusa z gałązkami w ręku; pobłogosław także te gałązki palmowe i oliwne, i gałązki innych drzew, które słudzy Twoi przynoszą, by imię Twoje błogosławić. Osłaniaj Twą prawicą tych, których odkupiłeś, i oddal od nich wszelkie przeciwne im moce. Przez Chrystusa etc.
                                                             +  +  +  +  +  +  +
Niech was błogosławi Bóg wszechmogący, któremu cześć oddajecie i przez postne umartwienia, i przez uroczysty obchód dni obecnych.
Stanęliście przed Jego obliczem z gałązkami palm i innych drzew; niech On sprawi, abyście po śmierci mogli stanąć przed Nim z palmą zwycięstwa i owocami dobrych uczynków.
Czystym sercem wierzycie w zbawczą mękę Jego Syna Jednorodzonego, i pragniecie z pobożnością ją uczcić; obyście doszli, wsparci Jego potężną pomocą, do święta  zmartwychwstania Pańskiego, i do wiecznej nagrody w niebie.

W Niedzielę Palmową warto pomyśleć o Górze Oliwnej i proroku Zachariaszu. W jego księdze góra ta powiązana jest wyraźnie z czasami ostatecznymi i przybyciem Pana, jako potężnego Króla i Wojownika. Dlatego możemy powtórzyć za Apostołem, że i nas dosięga kres czasów, że w czasach eschatologicznych, zapoczątkowanych przez Jezusa wypełniającego proroctwo, żyjemy.

Lepsze jest wrogiem dobrego

Pan Jezus uniżył samego siebie, * gdy stał się posłusznym aż do śmierci, / i to śmierci krzyżowej. Tak brzmi trzecia antyfona w I nieszporach Niedzieli Palmowej. Zaczerpnięta jest z hymnu, który św. Paweł umieścił w drugim rozdziale Listu do Filipian.

W łacińskiej Liturgii Godzin po tej antyfonie następuje – jak w każdą sobotę, w każdych I nieszporach niedzieli – ten właśnie hymn biblijny, nota bene bardzo trudny do przetłumaczenia. W nieszporach rozpoczynających Wielki Tydzień ta pieśń nabiera szczególnego znaczenia: fragment Listu do Filipian, ten właśnie fragment, mówiący o uniżeniu i chwale Chrystusa, pojawia się kilkakrotnie w nadchodzącym tygodniu: Jako lekcja w mszy Niedzieli Palmowej, jako antyfona na wejście Wielkiej Środy, wreszcie jako responsorium w oficjach Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty. W sobotę także pojawia się w nieszporach, które są oczekiwaniem na nocne czuwanie, czyli wigilię, i zapowiadają już triumf zmartwychwstania.

Tymczasem w polskiej Liturgii Godzin po antyfonie pojawia się pieśń, wzięta z Listu do Hebrajczyków. W polskiej bowiem wersji brewiarza do siedmiu nowotestamentalnych pieśni w nieszporach dodano kolejnych siedem, tak, aby nieparzyste tygodnie psałterza miały jeden zestaw, a parzyste – drugi. Widać ktoś uznał, że odmawianie co tydzień tych samych kantyków jest zbyt nudne. Niedziela Palmowa wypada właśnie w tygodniu parzystym, drugim z czterech, stąd inna pieśń w nieszporach. Pieśń owszem, bardzo pięknie mówiąca o Chrystusie, poddanym całkowicie woli Ojca, ale zupełnie nieprzystająca do antyfony, od której ten wpis zacząłem.

środa, 1 kwietnia 2009

Sabbatum sanctum, pars prima

Gdybym mógł, spędzałbym Wielką Sobotę albo w klasztorze karmelitanek, albo w ogóle zagranicą.

Dlaczego? Dlatego, że w tym kraju Wielka Sobota całkowicie zatraciła swój sens, powiedziałbym nawet, że jest bezczeszczona. Dzień, który powinien być dniem milczenia i smutku, i oczekiwania, stał się dniem niemal świątecznym. A wszystko za sprawą święconek i „Bożych grobów”.

Wielka cisza zapadła na ziemi, albowiem Król zasnął. Wielka cisza i pustka. Takie słowa czyta Kościół w modlitwie czytań Wielkiej Soboty. Cisza przerwana tylko śpiewem ciemnych jutrzni, bo – według dawnej tradycji – inne godziny oficjum powinny być odmawiane bez śpiewu i przyciszonym głosem. Ta Sobota jest jedynym dniem bez Eucharystii – i nie chodzi tu tylko o brak mszy, jak to jest w Wielki Piątek. W Wielką Sobotę nie ma też Komunii świętej, nie można jej nawet chorym zanosić (chyba że jako wiatyk, a więc umierającym). Dzień całkowitej pustki, wciąż obnażonego ołtarza, pustego tabernakulum.

I nagle w to wszystko wdziera się tłum z koszyczkami, pisankami, wielkanocnymi barankami, kiełbasą i całą resztą. Tłum w większości nastrojony już świątecznie, myślący o „świętach”, wolny od pracy... Jeśli jest na dodatek ładna pogoda, to właściwie już są „święta”.

I do tego jeszcze te „groby”. Kolejki zwiedzających, bo przecież trzeba zobaczyć, jakie przesłanie (religijne lub polityczne) niosą grobowe dekoracje. Co więcej, idea „grobu Pańskiego” z Najśw. Sakramentem w jakiś sposób rozbija ową aliturgiczność Wielkiej Soboty, o której wspomniałem. W Wielki Piątek, po adoracji Krzyża, przyklęka się przed nim jak przed Najśw. Sakramentem, to Krzyż staje się ośrodkiem życia liturgicznego, że się tak wzniośle wyrażę. A tu nagle pojawia się drugi ośrodek: „grób Pański”...

Regularis concordia opisuje bardzo szczegółowo liturgię Wielkiego Piątku. Po jej zakończeniu, w niektórych przynajmniej kościołach (zależało to od wielkości kościoła), do „grobu” zanoszono Krzyż, uczczony w czasie popołudniowej synaksy, śpiewając przy tym antyfony, które pojawiały się w Wielką Sobotę: Zasnę bezpiecznie, Odszedł nasz Pasterz... Krzyż stawał się niemal uosobieniem umęczonego Pana. Eucharystii nie było, przynajmniej w kościele.

Pamiętam, jak w Wielki Piątek 2007 roku, po zakończonej liturgii, Benedykt XVI odmówił modlitwę nad ludem (która jest też w polskim mszale), i odszedł od ołtarza wraz z posługującymi. Na środku pustego ołtarza nad konfesją św. Piotra został tylko Krzyż.

Zabito niewinnego Pana, dlatego będą Go opłakiwać jak jedynego syna.