poniedziałek, 29 czerwca 2009

Radość życia

W uroczystość świętych apostołów Piotra i Pawła Bóg daje nam czcigodną i świętą radość (venerandam sanctamque laetitiam), jak czytamy w kolekcie dzisiejszej mszy. Purpura liturgicznych szat przypomina o męce apostołów i krwi, przelanej dla imienia naszego Pana. Dla nieba są to ich narodziny, dla ziemi – śmierć.

Kościół codziennie głosi śmierć Pańską, także wtedy, gdy z radością obchodzi narodzenie Pana czy Jego triumfalne zmartwychwstanie. Kościół radość znajduje w Jego śmierci, bo daje ona życie. Radość we wspomnienie męczeńskiej śmierci dwóch apostołów też jest radością życia, a nie śmierci.

Czytamy dziś w Ewangelii słowa Pana do Szymona Piotra: Na tobie zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16:18). Takie jest oficjalne tłumaczenie, używane w czasie liturgii. Ale Mateusz trochę co innego zapisał: Jezus mówi o pulai hadou, bramach świata zmarłych. Hades – w klasycznej grece oznacza zarówno brata Dzeusowego, nieśmiertelnego władcę podziemia, krainy zmarłych, jak i samą tę krainę. To drugie znaczenie pojawia się bardzo często w Septuagincie – Hades staje się odpowiednikiem hebrajskiego Szeolu. Nie jest to więc piekło w naszym rozumieniu, miejsce potępienia i wiecznej męki, gdzie mieszka szatan. Dla pogańskich Greków miejscem męki bezbożnych jest Tartaros; Mateusz piekło jako miejsce potępienia określa, wziętym z hebrajskiego, słowem geenna. A tu mamy po prostu bramy Hadesu, świata zmarłych, które nie przezwyciężą Chrystusowego Kościoła, zbudowanego na wyznaniu Piotra: Ty jesteś Pomazaniec, Syn Boga żywego. Bóg jest żywy i jest Bogiem żywych (Mt 22:32), Jego Kościół jest zgromadzeniem żywych. Śmierć nie ma nad nimi władzy. Widać to chociażby w litanii do Wszystkich Świętych, w której wzywamy pomocy tych, którzy wciąż żyją, pomocy całej naszej rodziny, którą jest Kościół.

Olivae binae pietatis unicae,
Fide devotos, spe robustos maxime,
Fonte repletos caritatis geminae

Post mortem carnis impetrate vivere. (z hymnu I nieszporów)

PS Dobry Boże, moja radość dzisiejsza będzie jeszcze większa, jeśli temperatura obniży się o kilkanaście stopni i zniknie zagrożenie udarem cieplnym, którego początki już czuję.

niedziela, 28 czerwca 2009

Hostia połamana, a wciąż żywa

Dobry kat tak umiał zacząć ćwiartowanie skazańca, aby ten mógł jeszcze zobaczyć własne wnętrzności, wylewające się z otwartego brzucha. Dla większości współczesnych ludzi widok pewnie mało przyjemny, zbyt naturalistyczny, a może i obrzydliwy. Tak samo jak widok skazańca na krzyżu.

Odstraszywszy za pomocą wstępu co wrażliwsze, mdlejące łatwo osoby, można się skupić na właściwym temacie. Msza jest ofiarą, hostia, jak przypomina nam kilkakrotnie Kanon Rzymski. Jest ofiarą Ciała Pańskiego, z którą składane są Ojcu duchowe ofiary nas wszystkich: nasze uczynki, modlitwy, praca, wypoczynek, cierpliwie znoszone utrapienia życia (Lumen gentium 34).

Ale ofiara człowieka nie może być tylko ofiarą duchową, bo człowiek jest ciałem i duszą. Apostoł, którego rok właśnie się kończy, błaga o składanie naszych ciał w ofierze żywej, świętej i Bogu miłej (Rz 12:1). Czy o tym myślimy w czasie mszy? Czy myśli o tym odprawiający ją kapłan? Msza to nie tylko wypowiedzenie modlitw, nawet nie wykonanie pewnych rytualnych gestów. Msza to także ciało, czasami wspomagane przez medycynę, a jednak tak ciężkie, utrapione, z wysiłkiem utrzymywane w całości w udrękach choroby i pogody. To skupienie ducha, które w ciele się odbija także. To wysiłek. Msza nie jest łatwa, nie można do niej podejść lekko, jak do jednej z wielu codziennych czynności. Wysiłek ciała i wysiłek ducha, wysiłek umysłu i wysiłek kręgosłupa, wysiłek krwiobiegu i wysiłek myśli. Wysiłek stania przed Bogiem. Wysiłek, przed którym nie można uciekać. Wysiłek połamanej hostii, która widzi i czuje, jak jest łamana, a przecież wciąż jest hostią żywą.

Nowa Jerozolima?

Nie należy niczego robić w biegu. Słuchać w biegu też nie należy, bo potem można się kilka godzin głowić nad tym, co się usłyszało.

Dziś właśnie w biegu widziałem i słyszałem w I programie TVP rzecznika prasowego Episkopatu Polski. Na dole ekranu mignęło mi pytanie o dyskryminację katolików w Polsce, zaś ks. dr Józef Kloch mówił o kościele Wszystkich Świętych na pl. Grzybowskim w Warszawie, oraz o znajdującej się po drugiej stronie tegoż placu – świątyni mojżeszowej. Dech mi zaparło, nie wiem, czy od biegu, czy z wrażenia...

piątek, 26 czerwca 2009

Sekretne życie bogów

Pomagając jednej z moich studentek z kursu gockiego przygotować się do egzaminu z greckiej gramatyki historycznej, wypisywałem słowa, w których widać działanie sławetnego prawa Grimma*). Starannie unikałem tych, w których prawo Vernera zaciera zmiany spółgłosek, wynikające z prawa Grimma. Przy haírto zatrzymałem się na chwilę.

Ciekawe, pomyślałem, słowo oznaczające ‘serce’, pochodzące z rdzenia *k’erd, zachowało się we wszystkich językach indoeuropejskich, ale boga czy bogów określano różnymi słowami, pochodzącymi do różnych rdzeni. A przecież określenie bóstwa jest ważne, i powinno podlegać, ze względu na szacunek wobec sił wyższych, niewielu zmianom językowym.

Podstawowy rdzeń indoeuropejski, określający boga, to *deiwós. Stąd mamy łacińskie deus, sanskryckie devá-, staroirlandzkie dia czy hetyckie sius. Pokrewne to wszystko z rdzeniem *dei-, który znaczy ‘świecić, jaśnieć’, i związane z *dyeu-, od którego pochodzą słowa oznaczające dzień i niebo (a także imię Dzeusa). W germańskich językach ślad tego słowa można dostrzec w nazwie wtorku, np. angielskie Tuesday, czyli dzień Tyra (staroangielski Tiw), czyli właściwie dzień boga. (Tyr stracił swoje powiązania z niebem i stał się zwykłym bogiem wojny.) W „Eddzie starszej” mamy niesamowity w swej poetyckiej mocy zwrot sigtivas, zwycięscy bogowie, których koniec wieści prorokini, opowiadająca o losach całego świata.

Germańskie języki wykształciły własne słowo: god, Gott etc. Najczęściej się przyjmuje, że pochodzi ono od *g’hutóm, i znaczy: ten, który jest wzywany, przywoływany. Mogą być tu ukryte powiązania z niebem – przywołuje się kogoś z wysoka, wzywa, aby przybył na ziemię. Jest też inna teoria, która sugeruje powiązanie z rdzeniem *g’heu-, oznaczającym lanie, wylewanie (łacińskie fundo, greckie kheo). Wtedy bóstwo byłoby istotą, na cześć której wylewa się płynną ofiarę, którą się czci libacją. Inne jeszcze germańskie słowo, zachowane np. w staroislandzkim oss (stąd mamy Æsir, w polskich przekładach Asów, bogów „Eddy”, oraz ich siedzibę, Asgard), oznaczało pierwotnie ducha (rdzeń *haénsus), a jego krewniaków znajdujemy w sanskrycie (ásu- potężny duch) i w irańskich językach (ahura- pan, bóg; stąd Ahura-mazdah).

Grecy określali bogów słowem theos – od niego mamy teologię, teodyceę, monoteizm etc., etc. Mimo pozornego podobieństwa, to słowo nie ma żadnego pokrewieństwa z łacińskim deus. Pochodzi z rdzenia *dheh1s. Oprócz greki, zostawiło swój ślad w armeńskim, ale i w łacinie (feriae [bo ‘f’ powstaje z ‘dh’], czyli dni świąteczne, poświęcone bogom; fanum, świątynia) czy sanskrycie.

A nasz bóg ma swój odpowiednik w indyjskim bhága-, i pochodzi od *bhagos – ktoś, kto rozdziela, rozdaje [dary, błogosławieństwo, pomyślność]. Bardzo prozaiczne.

Pewnie powyższy tekst także brzmi, dla laika, prozaicznie, i niezbyt zrozumiale, poprzez wszystkie gwiazdki, symbole etc. (Gwiazdka przed wyrazem oznacza formę rekonstruowaną, czyli taką, która się nie zachowała w żadnych źródłach, a daje się odtworzyć dzięki znajomości zmian fonetycznych.) Ale dla niektórych, jak np. dla piszącego te słowa, to czysta poezja, z odpowiednią domieszką powieści detektywistycznej. (Jak wiadomo, wszyscy prawdziwi filolodzy uwielbiają kryminały. Kumaniecki np. miał wszystkie książki Agathy Christie.)
_______________________
*) Nie będę objaśniał, co to za prawo. Teraz, w dobie internetu, każdy może sobie znaleźć definicje (wraz z przykładami) wymienionych w tekście praw.

wtorek, 23 czerwca 2009

Wielki zapomniany

Od niepamiętnych czasów, w wieczór 23. VI, Kościół śpiewa: Anioł Gabriel ukazał się Zachariaszowi, stojąc po prawej stronie ołtarza kadzenia. Śpiewa to w porze nieszporów, kiedy wonne kadzidło wznosi się do Pana przy dźwiękach radosnego „Magnificat”. Anioł Gabriel mówi przecież Zachariaszowi, że narodzenie Jana będzie radością dla wielu.

Zapomniany to święty, chociaż Kościół ze czcią go codziennie wspomina w jutrzni, w pieśni jego ojca, Zachariasza: „Ty, dziecię (...) przed Panem pójdziesz przygotować Mu drogi”, a w każdej mszy przypomina jego słowa: „Oto Baranek Boży”. Zapomniany, chociaż ma swoje święta dwa razy w roku: w dzień swoich narodzin i w dzień swojej męczeńskiej śmierci. Zapomniany, chociaż jego narodzenie jest jednym z niewielu świąt, które mają własną wigilię.

A Jan jest kuzynem Jezusa, prorokiem, chrzcicielem, męczennikiem, poprzednikiem. On, jako jedyny z proroków, szedł bezpośrednio przed Chrystusem, on Go ochrzcił w wodach Jordanu, on wskazał Go – jak śpiewamy w hymnie napisanym przez Pawła Diakona (tego samego, który spisał dzieje Longobardów) – palcem (indice). O nim sam Pan powiedział, że jest największy spośród narodzonych z niewiasty.

Kiedyś sądzono – np. Beda podzielał ten pogląd – że Jan był wolny od grzechu pierworodnego, tak samo, jak Maryja Panna. Dziś tego Kościół nie uznaje, ale wiemy z Ewangelii, że Jana napełnił Boży Duch jeszcze w łonie matki – jak nikogo spośród ludzi uświęcił go i przygotował na Pańskiego Poprzednika. Poprzedził Jezusa we wszystkim: w narodzeniu, w nauczaniu, w śmierci – i w zejściu do Otchłani. Słusznie Kościół wschodni przedstawia go na ikonach Zejścia do Otchłani, a Kościół zachodni, w  średniowiecznych misteriach, opartych wprawdzie na apokryfach, wspomina, iż w podziemiu zapowiadał nadejście Mesjasza-Wyzwoliciela.

Wyjednaj naszym wargom oczyszczenie,
Abyśmy mogli sławić twoje życie,
Cuda przez Boga dla ciebie zdziałane,
 
O święty Janie! (Paweł Diakon)

Jan Poprzednik po prawej stronie, nad Ewą

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Jan i Tomasz

W gabinecie Tolkiena wisiały portrety dwóch angielskich męczenników: Johna Fishera i Thomasa More’a. Ten drugi jest dosyć dobrze znany, chociażby dzięki swojej modlitwie o dobry humor, czy „Utopii”. Biskup Fisher skrywa się w jego cieniu, chociaż 22 VI to dzień jego właśnie męczeńskiej śmierci – Thomas zginął dopiero 6 VII.

More był renesansowym humanistą, przyjaźnił się z Erazmem z Rotterdamu, pisywał poezje, biegle władał łaciną i – prawdopodobnie – greką. (Normalna rzecz w tamtych czasach; Elżbieta I tłumaczyła z greki Plutarcha, a dla ojca pisała książeczki po łacinie.) Był ojcem rodziny, królewskim urzędnikiem i – do czasu – serdecznym przyjacielem króla Henryka.

Fisher był biskupem Rochester, autorem świetnego komentarza do siedmiu pokutnych psalmów – bardzo plastycznie opisywał w nim stan człowieka na tej ziemi, i potrzebę miłosierdzia Bożego. W młodości studiował w Cambridge i tam właśnie działa tzw. Fisher House – katolickie stowarzyszenie studentów, z którym miałem krótki kontakt dzięki ówczesnemu kapelanowi.

In his paterna gloria,
In his voluntas Spiritus,
Exsultat in his Filius,
 
Caelum repletur gaudio. (z hymnu jutrzni)

niedziela, 21 czerwca 2009

Cain scelesta proles a viris septentrionalibus descripta

Oglądając reprodukcję pierwszej strony manuskryptu, w którym zachował się staroangielski poemat „Beowulf”, siedząc przy tajemniczych drzwiach*) w „Zielonej Budce”, przypomniałem sobie kilka wersów z „Beowulfa”, i zdumiałem, że mogłem w ogóle o nich zapomnieć.

Poemat opowiada o wspaniałych czynach Beowulfa, który najpierw uwalnia dwór króla Hrothgara od krwiożerczego potwora Grendela, potem zabija jego potworną matkę, a pod koniec życia, broniąc już swojego ludu, ginie w walce ze smokiem.

O Grendelu poeta pisze tak:

(...) him Scyppend     forscrifen hæfde
in Caines cynne     þone cwealm gewræc
ece Drihten,     þæs þe he Abel slog (...)
Þanon untydras    ealle onwocon,
eotenas ond ylfe    ond orcneas,
swylce gigantas,    þa wið Gode wunnon
lange þrage (...)


[Stwórca go skazał na potępienie pośród potomstwa Kaina, Pan wiekuisty pomścił śmierć Abla, kiedy zabił go [Kain] (...) Z niego się zrodziło wszelkie złe potomstwo, trolle i elfy, i potwory podziemia, a także giganci, którzy z Bogiem długo walczyli.]

Słynne to wersy, różne są interpretacje owych orcneas – jako podziemne, związane ze światem zmarłych potwory, lub jako coś w rodzaju zombie; eotenas to też coś w rodzaju olbrzymów, odróżnionych tu wszakże – językowo – od gigantów (ci pierwsi są określeni słowem o germańskich korzeniach, a giganci – to zapożyczenie, przez łacinę, z greki). Autor „Beowulfa” łączy wszystkie te złe, niebezpieczne istoty**), z Kainem, pierwszym mordercą.
________________________________
*) Kelnerki wychodzące z pomieszczeń służbowych drzwi nie zamykały. Ponieważ siedziałem tuż obok, dyskretnie je domykałem, aby uniknąć przeciągu. Po jakimś czasie okazało się, że drzwi można otworzyć tylko od środka, i z mojego powodu biedne panie musiały machać, przez okienko w drzwiach, do znajdujących się we wnętrzu koleżanek, aby te je wpuściły do środka.
**) Tak, elfy też są niebezpieczne i złowrogie w tym tekście. Mogą sprowadzać choroby, porywać ludzi do swojego świata, sprowadzać ich na niebezpieczne leśne ścieżki etc.

sobota, 20 czerwca 2009

Siedem słów, siedem płomieni, pełnia łaski

Mądra pani domu niewiele mówi, a słowa jej są pewne i pełne mądrości. Tak też błogosławiona Matka Chrystusa siedem tylko razy jakby siedem słów powiedziała, pełnych niezwykłej mądrości i cnoty, aby jasne było, że jest Ona pełna siedmiorakiej łaski.

Do anioła dwa razy tylko się odezwała, do Elżbiety także dwa razy. Do Syna również tylko dwa razy przemówiła, raz w świątyni, drugi raz na godach w Kanie, i raz tylko do sług weselnych. We wszystkich tych sytuacjach niewiele mówiła, za wyjątkiem tego, co mówiła wielbiąc Boga i dziękując Mu, a mianowicie: Wielbi dusza moja Pana. Wtedy zaś, kiedy nie rozmawiała z ludźmi, rozmawiała z Bogiem. Siedem Jej słów (...) to jakby siedem płomieni z ogniska, którym jest Jej serce.
(Bernardyn z Sieny, Sermo 9 de Visitatione)

piątek, 19 czerwca 2009

Serce jest tylko jedno

Dziś jest patronalna uroczystość mojej siostry, Róży od Serca Jezusa, OCD. Napiszę więc o sercu, z myślą o niej szczególną. Na początek jednak ostrzeżenie – jak to już wiele razy bywało: Jeśli kogoś nie interesują słowa, ich historia, prawa fonetyczne i Jakub Grimm – niech sobie daruje czytanie, bo i tak wiele nie zrozumie, za to się zanudzi na śmierć.

We wszystkich prawie językach z grupy indoeuropejskiej ‘serce’ jest określane jednym i tym samym słowem, pochodzącym od jednego rdzenia. Innymi słowy, polskie ‘serce’, angielskie ‘heart’ i łacińskie ‘cor’ są ze sobą blisko spokrewnione, chociaż na pierwszy rzut oka – oka laika – tego nie widać.

Wszystkie te słowa sprowadzić można do proto-indoeuropejskiego rdzenia, zapisywanego *k’ērd (mniej więcej tak, bo nie umiem tutaj wstawić odpowiedniego znaku przy ‘k’, oznaczającego jego zmiękczenie). Wszystkie słowa, oznaczające ‘serce’, od tegoż właśnie rdzenia pochodzą. Z greką jest najprościej, bo można się dopatrzyć podobieństwa między podanym wyżej rdzeniem a greckim kardia; istniała też, w dialekcie jońskim, forma kradie, z metatezą, czyli przestawieniem dwóch głosek. Łacińskie cor wydawać by się mogło niekompletne, ale wszelkie wątpliwości rozwiewa genetivus – cordis, gdzie pojawia się też ‘d’. A z łaciny już prosta droga do włoskiego cuore czy francuskiego coeur. Celtyckie języki może tu reprezentować staroirlandzki – cride. Mamy wreszcie tajemniczy, a jakże ważny język hetycki – kir.

Ale co np. z angielskim heart? Sprawa jest prosta: w językach germańskich nastąpiły pewne zmiany spółgłosek, po polsku się to nazywa nieładnie pierwszą przesuwką spółgłoskową. Bardziej elegancko nazywamy to zjawisko prawem Grimma, gdyż jako pierwszy zaobserwował je i opisał niemiecki filolog, Jakub Grimm. (Tak, z TYCH Grimmów.) Według tego prawa, ‘k’ przechodzi w ‘h’, a ‘d’ – w ‘t’. (Nie są to jedyne głoski, temu prawu podległe, ale tylko te są nam teraz potrzebne.) W związku z tym, gockie haírto, staroangielskie heorte (i stąd współczesne heart), starosaksońskie herta (i stąd współczesne holenderskie hart), staroislandzkie hjarta – wszystkie pochodzą od tego samego, prajęzykowego rdzenia. Niemieckie herz, ze staro-wysoko-niemieckiego herza, podlega innemu jeszcze prawu, kolejnej spółgłoskowej przesuwce, dlatego mamy tam dźwięk zapisywany literą ‘z’, który powstał z proto-germańskiego ‘t’.

No dobrze, ktoś zapyta, ale co ma do tego polskie ‘serce’? Wbrew pozorom, pochodzi z tego samego rdzenia, tylko owo zmiękczone, początkowe ‘k’ w językach słowiańskich – i w kilku mniej znanych większości ludzkości indoeuropejskich językach – dało ‘s’. (W związku z tym dzieli się nawet języki na dwie grupy, ze względu na różnicę w rozwoju zmiękczonego indoeuropejskiego ‘k’.) W samym słowie ‘serce’ nie mamy za to ‘d’, które zachowało się jednak w przymiotniku ‘serdeczny’.

A na zakończenie – sanskryt: hrd – i hrdaya- (pod ‘r’ powinno być małe kółeczko, na oznaczenie wokalizmu, a nad nim – znak akcentu).


W litanii do Serca Jezusowego mamy wezwanie: Cor Iesu, lancea perforatum, Serce Jezusa, włócznią przebite. Tak podaje Ewangelista: „Jeden z żołnierzy włócznią przebił Jego bok” (J 19:34), po grecku: autou ten pleuran enuksen. Jednak w niektórych manuskryptach istniała wersja autou ten pleuran enoiksen – bok Jego otworzył, gdyż takie tłumaczenie znajdujemy w niektórych kodeksach z przekładem starołacińskim, a także w Hieronimowej Wulgacie (aperuit latus eius) i w jednej z wersji syryjskich. Nie jest to jednak jakieś świadome fałszerstwo tekstu, ale skutek innego prawa językowego, nazywanego itacyzmem, które działać zaczęło w grece już w epoce hellenistycznej. Brzmienie długiego ‘e’ (eta) upodobniło się do dźwięku ‘i’; ten sam los spotkał jeszcze kilka innych głosek i dwugłosek, wśród nich ‘oi’, które mamy w formie enoiksen – otworzył, od czasownika anoigo, jak również ‘u’, wymawianego początkowo jak ‘ü’, które pojawia się w czasowniku nusso (od tego czas przeszły enuksen), który znaczy ‘przebić, przeszyć’. Otwarcie boku Ukrzyżowanego, otwarcie skarbca Bożej miłości i Bożej łaski - tak to często widzieli Ojcowie Kościoła i średniowieczni mistycy.

Roberta Frank napisała kiedyś: For a philologist, even a small word can mask a shaft so bottomless that probes dropped into it produce no more than an echo. Dla niefilologa praca filologa wydaje się podejrzana, nudna i zupełnie nieprzydatna. No cóż, unicuique suum.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Ekologia przy bankomacie

Jak napisał ks. Twardowski w jednym ze swoich wierszy, pieniądze mogą być jak świnie. Podejrzewam, że nie tylko pieniądze.

Szczęśliwie się składa, że koło domu mam kilka bankomatów mojego banku. Bardzo to wygodne. Jedna rzecz mnie wszakże denerwuje: bardzo często przy dwóch z nich leżą na ziemi, a czasami nawet wciąż tkwią w odpowiednim otworze bankomatu, kwity z potwierdzeniem wypłaty. Po co ludzie wybierają opcję ich wydruku, skoro potem je zostawiają, zaśmiecając nimi i tak już zaśmiecone miasto?

Nigdy nie żądam od bankomatu owych kwitów, nie są mi potrzebne. Pamiętam czasy, kiedy papier był w cenie, i nawet zwykły papier toaletowy niełatwo było zdobyć. Być może moja oszczędność papieru z tamtych czasów się wywodzi. Nie wiem, czy papier na kwity bankomatowe, albo na ulotki, pochodzi z surowców wtórnych, czy z lasów. Kiedy jednak widzę przy stacjach metra kosze na śmieci, pełne hojnie rozdawanych, właśnie przy metrze, ulotek, to zastanawiam się, czy mogą one być rzeczywiście surowcem wtórnym - bo przecież w koszach jest też mnóstwo innych śmieci: papierosów, gumy do żucia, kubków, słomek, resztek jedzenia, plastikowych butelek...

Oczywiście, zaraz ktoś zacytuje z Biblii: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, i przecież tak naprawdę tylko człowiek i jego potrzeby się liczą, skoro jest on koroną stworzenia, etc., etc. Ale jeśli stworzenie zniknie, to owa korona z głuchym brzdękiem spadnie - czy jeszcze na ziemię?

Mnich-kruk*)

3 czerwca tego roku, w swojej katechezie, wygłoszonej na audiencji generalnej, Benedykt XVI mówił o bardzo ciekawej postaci – Rabanie Maurze. Nazywany „Praeceptor Germaniae”, ten benedyktyński mnich związany jest z epoką karolińską.

Papież wspomniał o jego pracy literackiej i zainteresowaniach liturgicznych. Rabanowi przypisywany jest jeden z najbardziej znanych hymnów łacińskiego Kościoła: Veni, Creator Spiritus; jego autorstwa jest też hymn, śpiewany w czasie wielkoczwartkowej Mszy Krzyżma: O Redemptor, sume carmen. Poniżej trzy fragmenty z papieskiej katechezy.

Pierwsza praca teologiczna Rabana ukazała się w formie poetyckiej i miała za przedmiot tajemnicę Krzyża Świętego w dziele zatytułowanym „De laudibus Sanctae Crucis”, tak pomyślanym, by przynieść nie tylko pojęcia, ale również bodźce wybitnie artystyczne, wykorzystując zarówno formę poetycką, jak i formę malarską w tym samym ręcznie pisanym kodeksie. Proponując ikonograficznie między wierszami swego dzieła wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego, pisze on na przykład: „Oto wizerunek Zbawiciela, który przez ułożenie swoich członków, świętym dla nas czyni najzdrowszy, przesłodki i umiłowany kształt Krzyża, abyśmy wierząc w Jego imię i okazując posłuszeństwo Jego przykazaniom otrzymać mogli życie wieczne dzięki Jego Męce. Za każdym więc razem, gdy wznosimy wzrok ku Krzyżowi, pamiętajmy o Tym, który cierpiał za nas, aby wyrwać nas z mocy ciemności, przyjmując śmierć, byśmy stali się dziedzicami życia wiecznego” (Lib. 1, Fig. 1, PL 107 zb. 151 C).

Rzeczywiście, Raban zrobił coś w rodzaju rebusu czy krzyżówki, w której wizerunek Ukrzyżowanego pojawia się na tle liter. Ponieważ dziełami Rabana zajmował się Will Schipper, obecnie prezydent International Society of Anglo-Saxonists, mogłem zobaczyć kartę z owego manuskryptu na seminarium w Durham, poświęconym Świętemu Krzyżowi, na którym Will prezentował swoje badania. Chyba nawet gdzieś mam kserokopię; jeśli znajdę kogoś, kto umie to zeskanować, postaram się zamieścić tutaj.

Ta metoda łączenia wszystkich sztuk, intelektu, serca i zmysłów, która pochodziła ze Wschodu, miała się niebywale rozwinąć na Zachodzie, sięgając niezrównanych szczytów w kodeksach zdobionych miniaturami Biblii i w innych dziełach wiary i sztuki, które kwitły w Europie aż do wynalezienia druku, a nawet później. W każdym razie wykazuje ona u Rabana Maura niezwykłą świadomość konieczności włączenia do doświadczenia wiary nie tylko umysłu i serca, ale także zmysłów przez inne aspekty smaku estetycznego i ludzkiej wrażliwości, które prowadzą człowieka do korzystania z prawdy całym sobą, „duchem, duszą i ciałem”. To jest ważne: wiara jest nie tylko myślą, ale dotyka całego naszego jestestwa. Ponieważ Bóg stał się człowiekiem z krwi i kości, wszedł w świat zmysłów, my we wszystkich wymiarach naszego bytu musimy szukać i spotykać Boga. Tak oto rzeczywistość Boga, przez wiarę, przenika w nasz byt i go przemienia. Dlatego Raban Maur skupił swą uwagę przede wszystkim na Liturgii jako syntezie wszystkich wymiarów naszego postrzegania rzeczywistości. (...)

Istotnie, bardzo ważne, aby pamiętać, że wiara jest nie tylko myślą, ale dotyka całego naszego jestestwa, a więc i ciała, i jego zmysłów. Cielesność jest częścią nas, nie można temu zaprzeczać, nie można się jej bać.

Usiłował w ten sposób pojąć i przekazać innym treści teologiczne ukryte w obrzędach, odwołując się do Biblii i tradycji Ojców. Nie wahał się ujawniać, z uczciwości, ale także, by nadać większą wagę swym wyjaśnieniom, źródeł patrystycznych, którym zawdzięczał swoją wiedzę. Posługiwał się jednak nimi ze swobodą i uważnym rozeznaniem, rozwijając dalej myśl patrystyczną.

Vestigia patrum sequens – wstępując w ślady Ojców, tak mówił o sobie już Beda. Umieć się do tego przyznać – to nie tylko uczciwość, ale i pokora, których coraz mniej we współczesnej nauce, przekonanej, że we wszystkim jest pierwsza. A swoją drogą, kto dziś potrafiłby napisać, jak Raban, dzieło teologiczne, będące jednocześnie poezją?
________________
*) Hraban = kruk.

piątek, 12 czerwca 2009

Snake, Mead, Blood & Co.

Zaczęło się wszystko od wojny między dwiema grupami bogów, Asami i Vanami. To w czasie tej wojny bogini Gullveig trzy razy została spalona, i trzy razy się odradzała, coraz piękniejsza (nic dziwnego, bo uosabia ona w pewien sposób złoto, jak na to jej imię wskazuje). Ostatecznie bogowie zawarli przymierze, a na jego potwierdzenie dokonali rytuału, szokującego pewnie i niezrozumiałego dla współczesnego człowieka: wszyscy po kolei splunęli do jednego naczynia. W ten sposób powstał Kvasir, uosobienie mądrości – wspólne dzieło wszystkich bogów. Został on jednak zabity przez dwóch krasnoludów, Fjalara i Galara, którzy krew jego skwapliwie zebrali do trzech wielkich kadzi. Z tej krwi, zmieszanej z miodem, uwarzyli napój, sławny miód skaldów, miód poezji, który dawał natchnienie i łatwość w zdobywaniu wiedzy.

Miód trafił do olbrzyma Suttunga – krasnoludzcy bracia zabili bowiem jego rodziców, i Suttung zażądał od nich okupu, którym stał się właśnie ów krwawy miód. (Ktoś z czytelników zaczął się już zastanawiać, jaki mógł być jego smak?) Olbrzym ukrył miód w jaskini zwanej Hnitbjörg, a na straży postawił swoją córkę, piękną Gunnlöd. Odin zapragnął cudownego miodu, najął się więc (w przebraniu, jako Bölverk) do pracy u Baugiego, brata Suttunga, a jako zapłaty zażądał jednego łyku miodu poezji. Suttung odmówił. Bölverk (czyli Odin) poprosił wtedy Baugiego o pomoc w zdobyciu miodu: namówił go na wywiercenie specjalnym wiertłem wąskiego tunelu w skale, aż do jaskini, gdzie cudowny miód był przechowywany. Następnie przedzierzgnął się w węża i dotarł do groty, gdzie Gunnlöd strzegła kadzi z Kvasirowym miodem.

Nagłe pojawienie się nieznajomego zdumiało olbrzymkę, mimo to – całkiem chyba chętnie – spędziła z nim trzy noce; za każdą z nich Odin (czyli Bölverk) miał otrzymać łyk z kolejnych trzech kadzi. Jak się okazało, jeden łyk wystarczał Odinowi na opróżnienie kadzi, kiedy więc już wypił wszystko, przemienił się w orła i uleciał do Ásgardu, siedziby bogów. (Nie wiem, w jaki sposób wydostał się z jaskini, naprawdę nie wiem. W węża się raczej nie zmienił, bo trudno byłoby przecisnąć się przez wąski tunel z żołądkiem wypełnionym trzema kadziami płynu.) Ścigał go Suttung, również przemieniony w orła. Asowie przygotowali trzy kadzie (nie mylić z poprzednimi, które zostały w Hnitbjörg), do których Odin zwrócił (jakie użyteczne w swej dwuznaczności słowo) magiczny miód. Snorri Sturluson, któremu zawdzięczamy tę opowieść w pełnej formie (wzmianki o niej rozsiane są po innych tekstach), dodał jeszcze jeden szczegół, wyjaśniający, w jaki sposób odrobina miodu dostała się do Śródziemia, świata ludzi, ale to już sobie darujmy. (Dodam tylko, że Suttung jako orzeł prawie doganiał Odina, który musiał się nieźle przestraszyć. Pole do domysłów dla czytelników!)

I w ten sposób mamy jedną historię o krwi, miodzie i wężu. Z gościnnie występującym orłem.

(Może ktoś zarzucić, że ta historia nie ma nic wspólnego z najszerzej nawet rozumianą kulturą chrześcijańską. Śpieszę wiec dodać, że Odin, a właściwie jego kontynentalny odpowiednik, Woden, odegrał wielką rolę w przyswojeniu Ewangelii przez Sasów. Ale o tym kiedy indziej.)

czwartek, 11 czerwca 2009

Krwiożercze łanie

Strach teraz na blogach pisać inaczej, niż pobożnie i (politycznie oraz teologicznie) poprawnie. Strach się przyznać do własnych zainteresowań naukowych i literackich, bo burzy się w ten sposób pieczołowicie wznoszony i strzeżony przez teologów gmach chrześcijańskiej religii.  Strach pisać o tym, co większości nieznane, gdyż wywołać można kontrowersję potężną niczym tsunami. Z lękiem tedy zabieram się za pisanie o dzisiejszym święcie.

Mówimy zwykle o Bożym Ciele, nie zawsze pamiętając, że pełna nazwa tego święta to uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. (Kiedyś Krew Pańska miała osobne święto, 1 VII.) W tym roku liturgia mówi nam jednak więcej o krwi niż o ciele: krew Przymierza pod Synajem, Krew Jezusa – Pośrednika nowego Przymierza (to samo czytanie, z Listu do Hebrajczyków, jest w modlitwie czytań Wielkiego Piątku), Krew wylana na krzyżu. W Nowym Testamencie o Krwi Chrystusa wspomina się ponad 20 razy, i to ona właśnie daje nam odkupienie, oczyszcza z grzechów i z uczynków śmierci, wybawia i usprawiedliwia, pozwala zbliżyć się do Boga. Czy owa Krew jest dla nas realna? Czy w ogóle krew jest dla nas realna? Mojżesz krwią pokropił lud, krwią spryskał ołtarz. Czy dzisiaj ktoś dałby się krwią pokropić, chciałby, żeby spłynęła po jego czole i twarzy, po jego dłoniach? Tak jak spływała po drzewie krzyża, jak spływała po umęczonym ciele Zbawiciela. Krew, prawdziwa krew, dużo krwi, na dłoniach żołnierzy, którzy Go biczowali, którzy nakładali Mu na głowę wieniec z ciernia, zrywali z Jego ramion purpurowy płaszcz. Krew na całunie, krew na dłoniach wiernego Jana, odważnego Józefa z Arymatei i nocnego ucznia, Nikodema. Na dłoniach błogosławionej Maryi i kobiet, które były przy pogrzebie Jezusa. Krew. Prawdziwa, jak najbardziej realna krew.

Nie, dzisiaj krew jest zbyt szokująca, zbyt odrażająca, zbyt realistyczna dla wydelikaconych, wrażliwych ludzi. Może jest po prostu zbyt ludzka?

W anonimowym angielskim wierszu z 15. wieku szeroko otwarte rany Jezusa przyrównane są do źródeł, zwłaszcza owa rana w boku, która krwią spłynęła jak wezbranym potokiem. Człowiek staje się w tym wierszu spragnioną łanią, jak w psalmie 42, uciekającą przed wrogiem z Otchłani. Aby nabrać sił do dalszej ucieczki, musi się napić, musi się schylić nad źródłem i pokornie skosztować płynącej w nim Krwi. Chyba zbyt szokująca taka mistyka dla współczesnego, wrażliwego człowieka... A przecież śpiewamy: „On cię napoi krwią swoich ran” oraz: „Pijcie napój nieśmiertelnych, aby życie mieć”. Nie nektar, który pili dawni niebianie, ale Krew Pana, którego szata skąpana jest we krwi, jak tego, który idzie z Edomu, z Bosry, według zapowiedzi proroka.

A tu inny wiersz o Sakramencie ołtarza:

To wygląda na białe, a jest czerwone;
Jest żywe, a wygląda na martwe;
Jest ciałem, a wygląda jak chleb;
Jest jedno, a wygląda na dwa;
 
To jest ciało Boga i nic ponadto. (anonim angielski, ok. 1450)

niedziela, 7 czerwca 2009

Laudatio Andreae presbyteri

Magno cum gaudio sanctae intersum missae, quae a presbytero Andrea Filaber in sancti Martini episcopi ecclesia celebratur. Hodie quoque, cum mane ad ecclesiam advenissem, eum celebraturum conspexi, nam ad genuflexorium orabat, ad missam se praeparans.

Pius iste presbyter summa cum veneratione ad altare Dei altissimi semper accedit et, artis celebrationis diligens, curat, ut sacrosancta mysteria digne, attente ac devote persolvantur, sine festinatione indecora, omniaque secundum rubricas quae in missali sunt, exercet atque perficit. Sermones eius bene compositae sunt, veram doctrinam catholicam clare enuntiant et molestiam auditori numquam afferunt. Inclinationes eius atque omnes gestus motusque reverentiam exprimunt et dilectionem erga Sanctissimum Sacramentum, quod fidelium pietati bonum praestat exemplum. Quapropter velim complures sint tales sacerdotes, quorum caritate Dominus gregem suam erudiat atque ad aeternae gaudia patriae perducat.
Gratias tibi, pater Andrea, ago maximas, pro ministerio tuo!

sobota, 6 czerwca 2009

Triquetra na koniczynie

Kiedy wychodzimy z Nessą na spacer, jedną z pierwszych rzeczy, jakie widzimy na dworze, jest trawnik z mnóstwem koniczyny. Na jej potrójnych listkach delikatny wzorek tworzy trójkąt, a całość – może niezbyt słusznie, bo geometrycznie nie do końca się zgadza – kojarzy mi się z triquetrą, celtyckim symbolem Trójcy. A dzisiaj Trójcę szczególnie wspominamy (już po I nieszporach).


Podobno na koniczynie św. Patryk tłumaczył Irlandczykom tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. W angielskim brewiarzu, jako jeden z hymnów, znajduje się przypisywana Patrykowi modlitwa, tzw. lorica, modlitwa „obronna”, zaczynająca się wezwaniem błogosławionej Trójcy. Kiedyś w autobusie linii 107 próbowałem przetłumaczyć jej początek dla kogoś spośród moich znajomych:

Potężne Świętej Trójcy imię
Ze sobą dzisiaj wiążę mocno;
Wyznając moją wiarę, wzywam
W Jedności Trójcę, w Trójcy Jedność.


Franciszkanki Służebnice Krzyża mają własny śpiew o Trójcy Najświętszej, który właściwie mógłby być lorica, już nie dla jednej osoby, ale całego zgromadzenia:

Ojcze wieczny, daj skuteczny pokój temu domowi.
Chryste Panie, niech się stanie pokój temu domowi.
Duchu Święty, spraw nietknięty pokój temu domowi.


Tę pieśń skomponował Witold Friemann na imieniny Matki Czackiej, niedługo przed jej śmiercią. Melodia oparta jest na jednym z chorałów Bacha, a słowa napisała żona kompozytora.

Trójca jest oddechem liturgii. Pojawia się na końcu każdego psalmu, w doksologiach hymnów, w zakończeniu anafory; tak często, że łatwo przestać Ją dostrzegać. Tak jak oddech: jak często zastanawiamy się, czy oddychamy?

Wierzymy, żeś jednym jest Światłem,
A czcimy je przecież potrójnie;
Tyś Alfą jest, Tyś jest Omegą,
I wielbi Cię wszystko, co żyje
. (Durham Hymnal, 10. wiek; może kiedyś resztę przełożę...)

„W weselu chleb swój spożywaj!”

Denys Turner, angielski teolog, w jednym ze swoich wykładów zauważa, że Jezus lubił bywać na przyjęciach: One thing you can say about Jesus is that he was an enthusiastic party-goer. Rzeczywiście, opisy uczt pojawiają się w Ewangelii co jakiś czas, od wesela w Kanie poczynając, aż po ostatnie przyjęcie, urządzone dla Jezusa, na którym obecni byli Łazarz, Marta i wierna Maria (J 12:1-3). Także przed swoim odejściem do nieba, jak podają Dzieje Apostolskie, Jezus spożył z Apostołami posiłek.

Ciekawego słowa na oznaczenie owego posiłku używa Łukasz: sunalidzomai, dosłownie: jeść razem sól. Nie używano solniczki, ale pośrodku, w miseczce stała sól, w której każdy z biesiadników mógł zanurzyć kawałek chleba czy ryby. Takie wspólne korzystanie z jednego naczynia z solą wyrażało bliskość, jednoczyło mocniej tych, którzy wspólnie jedli: z jednej jedli miski, powiedzielibyśmy. (Nawiasem mówiąc, ciekawe są wszystkie słowa greckie, związane z ucztowaniem w Ewangelii, doskonale pokazują, w jaki sposób spożywano posiłki w tamtych czasach.)

Uświadomiłem sobie dzisiaj, patrząc na kawałki czekoladowego ciasta, że zapomniałem o czymś, o czym starałem się pamiętać przez ostatnie dwa miesiące: o przyniesieniu ciasta na ostatnie zajęcia z greki. Na pożegnanie. Wprawdzie bez soli, ale do wspólnego jedzenia. I tak, niestety, ostatnia lekcja greki w kolegium przeszła bardzo zwyczajnie, zupełnie jak nieostatnia. I mam przez to wyrzuty sumienia.

piątek, 5 czerwca 2009

Tym razem bez tytułu, bo nie mam inwencji

Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie czyta „Iliady” ani „Odysei”. Primo, bo to starocie. Secundo, bo mówią o zupełnych bzdurach*). Tertio (tylko w odniesieniu do katolików), bo pogańskie. Nie dosyć, że strata czasu, to jeszcze i niebezpieczne, po prostu ukryta w dźwięcznym heksametrze trucizna.

Od kilku lat uczę łaciny pewną panią. Kiedy zaczynaliśmy, pracowała jeszcze jako laborantka, teraz jest na emeryturze. Chyba po dwóch latach – a może po trzech to było? – zaczęła się też uczyć greki, w jednym celu: aby móc czytać Homera. Spotykamy się co tydzień, na dwie godziny, i teraz czytamy już „Odyseję” (chociaż wolałbym „Iliadę”, ale cóż, uczeń nasz pan). Ciekawe, pomyślałem, właściwie wszyscy, których znam, zaczynali się uczyć greki dla Homera, chociaż czasami daleko od Homera kończyli. Co takiego jest w jego heksametrach (występujących w 32 odmianach, bo na tyle sposobów można ułożyć heksametrowy wers), że przyciąga ludzi? Widać sporo jest jeszcze takich, którzy nie są przy zdrowych (współczesnych) zmysłach, skoro podejmują trud zgłębiania homerowego dialektu (różnego od powszechnie uczonej greki), aby móc czytać o Achillesie i Odysie.



___________________________________________
*) W „Iliadzie” ciągle się mordują i kłócą o dziewki, trupami koryto rzeki wypełniają, a potem łzy leją nad brzegiem morza; w „Odysei” główny bohater wraca do domu przez 10 lat, a jak już wrócił, to najpierw się przebiera za kogoś innego, a później zbiorowego mordu dokonuje. No i jeszcze te gadające konie, pożądanie budzące przepaski i krwawe deszcze... Czyż to nie są niebezpieczne dla umysłu bzdury?

Ex occidente lux

Zabito go nad brzegiem rzeki, w pobliżu Dokkum, kiedy miał udzielać bierzmowania. Miał już około osiemdziesiątki. Kiedyś, w Geismarze, ściął święty dąb, i nikt nie odważył się podnieść na niego ręki, a pogańscy bogowie go nie ukarali. Tym razem jednak polała się jego krew, dzięki której może teraz stać pośród aniołów przed tronem Baranka.

Chodzi o św. Bonifacego, którego Kościół wspomina 5 VI. Rodzice, zamieszkali w okolicach Crediton (Wessex), nadali mu imię Wynfrith, miłośnik pokoju. Spod jego pióra wyszła pierwsza łacińska gramatyka, napisana w Anglii. Był misjonarzem we Fryzji, Bawarii i Hesji. Założył klasztory w Fuldzie, Fritzlar, Holzkirchen i Tauberbischofsheim. Z Anglii sprowadzał książki, liturgiczne szaty, relikwie – oraz współpracowników i współpracownice. Jedną z nich była jego kuzynka Lioba, która została ksienią w Tauberbischofsheim, a która później została pochowana obok Bonifacego-Wynfritha w Fuldzie. Można powiedzieć, że dla swojej misji szukał wsparcia w klasztorach mniszek, w ich modlitwie, ale też w ich pracy, np. przy przepisywaniu ksiąg liturgicznych i dzieł teologicznych. Wiedział, że we Fryzji wciąż żyją pobratymcy Anglów i Jutów, którzy skolonizowali Wyspy, i na owe więzy krwi się powoływał, prosząc w swojej ojczyźnie o pomoc dla swoich misji.

Dużo można o nim jeszcze napisać: o jego kontaktach z papieżami i z władcami Franków, o jego listach, będących przykładem doskonałej łacińskiej prozy, o jego znajomości poezji, o jego szacunku dla Bedy i Aldhelma... Zapomniany trochę święty, a mający wielki wpływ na europejską kulturę, w ogóle na rozwój chrześcijaństwa w Europie.

czwartek, 4 czerwca 2009

Ckliwy i mdłego serca?

Zaczął się czerwiec, w kościołach można codziennie usłyszeć wezwanie: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego. Werset ten nawiązuje do Ewangelii według św. Mateusza (11:29), pierwsza jego część jest właściwie cytatem. Cichy – praus – można też przetłumaczyć: łagodny.

Łagodny i pokorny jest Jezus. Niestety, dla wielu Jego uczniów znaczy to raczej: ckliwy i mdły. I nie chodzi tylko o cukierkowe obrazki z Najśw. Sercem Jezusa, czy o ustawiane w kościołach kiczowate figury Zbawiciela, ukazującego swoje Serce. Chodzi też o sposób mówienia (i pisania), o zachowanie tak wielu chrześcijan... Wielu sądzi, że ckliwość i łagodność to jedno, że bycie mdłym to bycie pokornym. Na grunt kulinarny to przenosząc jeszcze wyraźniej: albo nadmiar cukru, albo całkowity brak jakichkolwiek przypraw. Albo nadmiernie słodzą, albo są doskonale byle jacy i nudni, pozbawieni jakichkolwiek żywszych emocji. I nie chodzi mi tylko o kazania, chociaż tam najłatwiej to zaobserwować.

A przy okazji słodyczy: przywołany na początku fragment Ewangelii mówi też o jarzmie, które jest – w polskim przekładzie – słodkie. Ten polski przekład opiera się na Wulgacie, gdzie mamy iugum suave. (Nawiasem mówiąc, łacińskie suavis jest z tego samego rdzenia, co polskie słodki, angielskie sweet, niemieckie süss, greckie hedus.) Suavis to, istotnie, słodki, ale nie tylko w sensie smakowym. Może też oznaczać, że ktoś lub coś jest miłe, przyjemne, drogie – tak samo jak po polsku, możemy powiedzieć: Jakie słodkie maleństwo! – niekoniecznie wczuwając się przy tym w głodną Babę Jagę.

Grecki tekst określa Chrystusowe jarzmo słowem khrestos – dobry, wygodny, przyjemny. Lepiej to pasuje do jarzma: jest wygodne, czyli dobrze, łatwo się je niesie. A samo jarzmo – dzugon – oznacza etymologicznie coś, co łączy; łączyło dwa woły, ciągnące wóz czy pług. Innymi słowy, Jezus mówi o jarzmie, w którym jesteśmy parą z Nim samym.

środa, 3 czerwca 2009

Botanika i zoologia, czyli papirus na pustyni, a gołąbek na ramieniu

Prof. Jerzy Manteuffel był prekursorem papirologii w tym kraju. Nie przepadał za nim prof. Krokiewicz, kiedy więc po wojnie obaj znaleźli się na Uniwersytecie Warszawskim, Krokiewicz nie chciał się zgodzić na obecność Manteuffla na filologii klasycznej. Papirus to roślina, argumentował, więc miejsce papirologii jest na wydziale biologii.

Istotnie, papirus jest rośliną, występującą w Egipcie, z której wykonywano materiał piśmienniczy, zwany również papirusem. Papirolodzy zajmują się badaniem tekstów greckich i rzymskich (i to niekoniecznie literackich), zachowanych na papirusach.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym amerykańskim baptystą, który twierdził, że cały Pięcioksiąg jest dziełem Mojżesza, pisanym w czasie wędrówki Izraela przez pustynię. Zapytałem, na czym Mojżesz miałby spisywać święte księgi: Na papirusie, który produkowano tylko w Egipcie? Na pergaminie, którego wytwarzanie wymagało ogromu specjalistycznej pracy? A może na glinianych lub kamiennych tabliczkach, do przenoszenia których potrzebne byłyby odpowiednio przystosowane pojazdy? Amerykanin spojrzał na mnie zdumiony i powiedział: Skoro Bóg mógł zsyłać Izraelitom mannę z nieba, to mógł im też zesłać z nieba papirus, a nawet papier! Na ten argument odpowiedzi dać nie umiałem...

Na średniowiecznych wyobrażeniach świętych Ewangelistów możemy zobaczyć, że na ramieniu każdego z nich siedzi gołąb, wyobrażający Ducha Świętego, z dziobem w uchu Ewangelisty –  dyktuje im, co mają napisać. Słowo po słowie.

Mam wrażenie, że takie podejście do Biblii, jak opisane powyżej, wciąż jest popularne. Niektórzy najchętniej przyjęliby, że Biblia po prostu spadła z nieba, od razu gotowa, od razu w całości, i najlepiej od razu na papierze, bo papirus zbyt kruchy. A skoro to niemożliwe, to nie ma innego wyjścia: Duch Święty dyktował każdemu autorowi słowo po słowie, co ma napisać na tym przecież ma polegać biblijne natchnienie. Nawet czasami udało Mu się tak sformułować zdania, aby wydawało się, że dany autor lepiej lub gorzej władał np. greką. Przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego, jak wszyscy w tym i piszący te słowa wierzymy.

wtorek, 2 czerwca 2009

Na zielono, czyli wpis pożegnalny

Zielona koszula, zielona teczka, zielona filiżanka, zielona herbata, zielony długopis-żabka. Tylko oprawki okularów niebieskie. Pożegnanie w kolorze zielonym.

Obiecałem braciom, z którymi miałem dziś ostatnie zajęcia z łaciny, że o nich napiszę. Przeczytaliśmy kawałek Lauda, Sion, porozmawialiśmy o Kościele i radiu (z Finlandii, nadaje wiadomości po łacinie), oraz o słowach na Q. Cicho bądź, bo znowu nas pan opisze na blogu – usłyszałem najpierw. A o mnie pan coś napisał? – Tak. – A kiedy, w którym wpisie? – W grudniu. Ale nie imiennie. – A dlaczego? W końcu stanęło na tym, że napiszę o dzisiejszych zajęciach, a o braciach tym razem będzie imiennie: Dima, Tomasz, Paweł M., Michał, Łukasz M., Łukasz Z., Jacek, Paweł P., Emil. Cała grupa, mieszana, bo i z I, i z II roku.

Wszyscy mają wielkie poczucie humoru – a to rzadkość w obecnych czasach, w Kościele zwłaszcza. I wszyscy są – jak to napisać? Pełni wigoru? Najlepsze określenie, jakie mi się nasuwa: nie są mdli, nie są ckliwi (a, niestety, bywają i tacy nawet wśród dominikanów). Mam nadzieję, że wszyscy dojdą do końca studiów, będą mogli wnieść do klasztorów dużo zdrowej radości, i nie będą mówić nudnych kazań.

I mam nadzieję, że ich jeszcze czasami zobaczę.

P.S. Przepraszam wszystkich, którzy z satysfakcją i/lub ulgą przeczytali tytuł tego wpisu, i rozczarowali się jego treścią...

P.P.S. Dziś są urodziny ks. Twardowskiego, który napisał, że Bóg nie chroni nas od rozczarowań.