wtorek, 31 marca 2009

Błyskawiczna lekcja greki

W dobie e-maili i esemesów mało kto już wysyła kartki z życzeniami świątecznymi. Może jeszcze na Boże Narodzenie się zdarza komuś pisać... Pójdę więc wbrew sobie za współczesnością i...

... pokażę, jak można mailowo lub esemesowo napisać po grecku życzenia wielkanocne, nie mając greckiej czcionki.

XPICTOC ANESTH = Christos aneste, czyli: Chrystus powstał (domyślnie: z martwych). Powinno się na to odpowiedzieć ontos aneste, lub alethos aneste, tzn. prawdziwie zmartwychwstał, ale omega i theta nie da się wpisać bez czcionki greckiej, alas! (W Christos akcent na ‘o’, w aneste – na środkowe ‘e’. Jeśli ktoś woli mówić zamiast pisać.)

A „dobrej Wielkanocy” to kalon Pascha. Z akcentem na ‘o’. Na szczęście nie ma po grecku „zdrowych, wesołych świąt”.

Aha, jak lekcja, to lekcja: aneste to aoryst II – czas przeszły, tłumaczony na polski zwykle jako dokonany, bo aorystu u nas nie ma – od czasownika anistemi, w znaczeniu nieprzechodnim.

(Nie)dyskretny urok toalety

Wracając nocą z zajęć na Służewiu, zerknąłem w metrze na ekran z wiadomościami, umieszczony w wagonie. Prognoza pogody niestety, robi się ciepło. Kursy walut utwierdziłem się w przekonaniu, że do Anglii jechać nie należy.

A potem pojawiła się taka oto wiadomość: Pewien znany amerykański aktor od jakiegoś czasu musi płacić swej żonie pięć dolarów za każdym razem, kiedy nie opuści deski klozetowej.

„Mój Boże”, pomyślałem, „Jakiż to musi być fascynujący temat konwersacji na spotkaniach towarzyskich! I jakiż ja jestem zacofany! Agatha Christie wspominała, że uczono ją, iż nie wypada, aby goście zobaczyli gospodarza wychodzącego z toalety trzeba było czekać, aż z hallu przejdą do salonu. A teraz...”

Ale może żona aktora uzbierane pieniądze przeznacza na jakiś szczytny cel charytatywny? Kto wie.

poniedziałek, 30 marca 2009

Who is who, czyli wielkopiątkowe zgadywanki

W angielskiej liturgii godzin, pośród wierszy, które mogą być używane zamiast hymnów w Wielkim Poście, znajduje się ballada z początków 16. wieku, którą uczeni komentatorzy uważają za jedną z najbardziej tajemniczych i najbardziej poruszających w angielskiej literaturze.

W brewiarzu tekst ballady jest nieco uwspółcześniony, a oto wersja oryginalna:

Lully, lulley, lully, lulley,
The fawcon hath born my mak away.

He bare him up, he bare him down,
He bare him into an orchard brown.


In that orchard there was an hall,
That was hanged with purpill and pall.

And in that hall ther was a bed:
It was hanged with gold so red.

And in that bed there lythe a knight,
His woundes bleding day and night.


By that bedes side there kneleth a may,
And she wepeth both night and day.

And by that bedes side ther standeth a ston,
‘Corpus Christi’ wreten theron.

[Lully, lulley, lully, lulley, sokół uniósł daleko mego ukochanego. Poniósł go wysoko, poniósł go nisko, zaniósł go do ciemnego ogrodu. W tym ogrodzie jest dwór, udekorowany cennymi purpurowymi kobiercami. A w tym dworze jest łoże, ozdobione czerwonym (połyskującym) złotem. A w tym łożu leży rycerz, jego rany krwawią dniem i nocą. Przy łożu klęczy panna, i płacze dniem i nocą. A przy łożu stoi kamień, na którym napisano: Corpus Christi.]

Końcowy werset zdaje się być kluczem do zrozumienia całego wiersza: chodzi o Eucharystię i jej powiązanie z ofiarą krzyża. Łoże można wtedy rozumieć albo jako grób Chrystusa, albo jako ołtarz. Panna, która przy nim klęczy, to święta Maryja. Co zrobić z ogrodem i, co ważniejsze, z sokołem? Może chodzi o ogród, w którym znajdował się grób Józefa z Arymatei, w którym złożono ciało Pana?

Wciąż jednak pozostaje sokół... Niektórzy chcą w nim widzieć... Annę Boleyn, której znakiem był sokół, zaś jej ukochanym jest wtedy Henryk VIII, zabrany od płaczącej Katarzyny Aragońskiej [sic!]. Ale czemu sokół miałby zanosić uwiedzionego męża tam, gdzie opuszczona, katolicka żona modli się przed Najśw. Sakramentem?

Inni znowu widzą w sokole Józefa z Arymatei. Ogród staje się wtedy Awalonem, a dwór - zamkiem Zranionego Króla, w którym przechowywano Graala. Płacząca panna jest wtedy Dziewicą Graala, córką Króla.

Ten krótki wiersz jest prawdopodobnie balladą-zagadką, która ma więcej niż jedno rozwiązanie. Od słuchacza lub czytelnika zależało i zależy które z nich wybierze.

niedziela, 29 marca 2009

Dwa czasowniki, czyli wizyta w Mithlondzie

W Ewangelii dzisiejszej niedzieli pojawiają się dwa ciekawe czasowniki. Jeden jest bardzo trudny do przetłumaczenia, drugi niesie ze sobą interesujący obraz, w pewien sposób współgra z jednym z hymnów Wielkiego Tygodnia.

„Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy” (J 12:23). Taki przekład pojawia się w liturgii. Czasownik tu użyty, doksadzo, jest bardzo trudny do przełożenia na polski, a dosyć często pojawia się w Ewangelii według św. Jana (np. J 13:31sq; 17:1). Tłumacze oddają go przez ‘uwielbić’, ‘wsławić’, ‘otoczyć chwałą’, ale żaden z tych czasowników nie oddaje w pełni znaczenia greckiego doksadzo. Hieronim przetłumaczył go doskonale jako clarifico, i szczęśliwe języki, które mogą z łaciny go zapożyczyć. Co więc się kryje w owym doksadzo?

W tekstach Nowego Testamentu pojawia się słowo doksa, ‘chwała’, które w grece klasycznej znaczyło ‘opinia o kimś’. Z czasem znaczenie zaczęło się przesuwać w kierunku ‘dobrej opinii’, a stąd – do ‘pochwały’ i ‘chwały’. Ale to nie koniec. W grece biblijnej to słowo nabrało pewnego szczególnego znaczenia: powiązano je ze światłem. Można mówić o doksa ciał niebieskich, czyli o ich blasku, czy po prostu o doksa światła. Łukasz pisze, że doksa Pańska oświeciła pasterzy ze wszystkich stron, gdy anioł zwiastował im narodzenie Jezusa. Pisze też, że na górze Przemienienia uczniowie widzieli doksan Jezusa, Jego blask, w którym też pojawili się Mojżesz i Eliasz. O blasku bijącym z twarzy Mojżesza wspomina Paweł w 2. Liście do Koryntian. Chwałą, czyli światłem Bożym napełnia się niebiański przybytek w wizjach Jana z Patmos. Można przyjąć, że owa chwała Pana, doksa kuriou, który to zwrot pojawia się też w Septuagincie, to znana z targumów Shekinah, znak obecności Boga w świetlistym obłoku.

Syn Człowieczy ma zatem zostać rozświetlony, przeniknięty chwałą. ‘Otoczyć chwałą’ nie oddaje w pełni tego obrazu, bo sugeruje tylko coś zewnętrznego, a tu chodzi o coś, co z samego wnętrza wynika, przenika całą istotę. Stąd, jak napisałem, doskonałe jest łacińskie clarifico, które wiąże się właśnie z jasnością, ze światłem.

Tłumacząc znaczenie tego czasownika, lubię odwoływać się do „Władcy Pierścieni”. W jednej z ostatnich scen widzimy bohaterów, udających się do Szarej Przystani, czyli do Mithlondu. Galadriela jechała na białym koniu, w białej sukni, świetlistej jak obłoki wokół księżyca; zdawało się, że postać jej cała promieniuje łagodnym światłem. Ona już w pewien sposób jest na Drugim Brzegu, w Amanie, w Błogosławionym Królestwie, i jej postać jawi się właśnie taka, jaką jest za Morzem. Podobny obraz pojawia się też wcześniej, kiedy hobbici spotykają Glorfindela: elf jedzie na koniu, a jego postać także emanuje  światłem. Później, w czasie ucieczki przed Nazgulami przy brodzie, Frodo widzi Glorfindela w „płomieniu gniewu”, jako świetlistą postać. Gandalf mu tłumaczy, że ujrzał dostojnego elfa w takiej postaci, w jakiej on żyje na Drugim Brzegu, w Błogosławionym Królestwie, z którego przybył, w „drugim” świecie. Taka właśnie chwała-światło, przenikająca całą osobę.

I jeszcze drugi czasownik: Gdy zostanę wywyższony nad ziemię, wszystkich przyciągnę do siebie, mówi Pan. To ‘przyciągać’, po grecku helko, może być używane w odniesieniu do okrętów, „wyciąganych” na morze, lub wciąganych na brzeg, aby zimowa burza ich nie zniszczyła (jak o tym pisze Horacy w jednej ze swych pieśni). W hymnie Wenancjusza o Krzyżu świętym Pange, lingua Krzyż Chrystusa jest nazwany żeglarzem, który do portu rozbitka przywozi. Przez Krzyż do bezpiecznej przystani, do portu wiecznego zbawienia.

czwartek, 26 marca 2009

Viscera misericordiae

Będzie krótko i zwięźle. W liceum ss. nazaretanek nauczycielka biologii, pani Lidia, organizuje spotkania, w formie warsztatów, na których rozmawia się o oddawaniu organów do transplantacji. Chodzi o wyrażenie zgody na pobranie narządów po śmierci, świadomość, że możemy kiedyś być po drugiej stronie i potrzebować przeszczepu, o propagowanie takiego podejścia.

I bardzo, bardzo mnie to cieszy!

Pan mówi: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.

poniedziałek, 23 marca 2009

Staroangielskie zwiastowanie

Jutro o tej porze będzie już uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W średniowiecznych martyrologiach, pod datą 25. III, czytamy: Zwiastowanie i Ukrzyżowanie. Ten sam dzień miał być zarówno początkiem, jak i końcem życia Jezusa na ziemi.

Dzień Zwiastowania wypada zawsze w Wielkim Poście, czasami nawet w Wielkim Tygodniu (i wtedy przenosi się go na poniedziałek po Oktawie Wielkanocnej). To umiejscowienie święta sprawiało sporo kłopotów w 7. wieku, różne kościoły (nawet w samym Rzymie!) - różnie do niego podchodziły. Z tamtych czasów zachowała się modlitwa, która dzisiaj kończy ‘Anioł Pański’ – Gratiam tuam, quaesumus, Domine... Wspominamy w niej zarówno zwiastowanie anielskie, przez które dokonało się Wcielenie, jak i mękę i krzyż Chrystusa, przez które wszedł On do chwały zmartwychwstania. Pamiętam, jak siedzieliśmy w czasie wycieczki przy Murze Hadriana, i profesor Ó Carragain, który poprzedniego dnia mówił o powiązaniach krzyża ze zwiastowaniem w jednym ze staroangielskich poematów, stwierdził, iż wielce prawdopodobne jest, że ta modlitwa jest dziełem Jana, głównego kantora bazyliki św. Piotra. Tego właśnie Jana przywiózł w 679 do Northumbrii Benedict Biscop, aby uczył mnichów w Wearmouth śpiewu liturgicznego, jaki rozbrzmiewał w rzymskich bazylikach. Od tych, którzy uczyli się od Jana, uczył się potem Beda...

Hymn, który pojawia się w I nieszporach Zwiastowania, przypisywany jest Wenancjuszowi Fortunatowi, temu samemu, którego hymny o Krzyżu śpiewane są w Wielkim Tygodniu.

W kazaniu na Zwiastowanie świętej Maryi (z pierwszego zbioru kazań) Ælfric, opat Eynsham (+1010) pisze tak:

Prorok Ezechiel widział w swym wieszczym widzeniu zamkniętą bramę w domu Bożym, i rzekł mu anioł: „Ta brama nie otworzy się dla żadnego człowieka, ale tylko Pan wejdzie przez tę bramę, i znowu wyjdzie, a ona pozostanie zamknięta na całą wieczność.” Ta zamknięta brama Bożego domu oznaczała święte dziewictwo błogosławionej Maryi. Pan, Pan nad panami, to jest Chrystus, począł się w Jej łonie, i przez Nią narodził się w ludzkiej naturze. Brama zaś pozostaje na całą wieczność zamknięta, to znaczy, że Maryja była dziewicą przed zrodzeniem Pana, i dziewicą w czasie tegoż zrodzenia, i dziewicą po nim. (...)
Maryja, Matka Chrystusa, została okryta cieniem przez moc Ducha Świętego. W jaki sposób została cieniem okryta? W ten sposób, że została oczyszczona i przed wszelką winą obroniona mocą Ducha Świętego, i napełniona niebiańskimi darami, i uświęcona. (...)
Teraz więc błagajmy ową błogosławioną i szczęśliwą*) Dziewicę Maryję, aby się za nami wstawiała do swego własnego Syna i Stwórcy, Jezusa**) Chrystusa.
_____________________________
*) Użyty tu przymiotnik, pierwotnie znaczący ‘szczęśliwy’, z czasem zaczął znaczyć ‘beztroski’, a w rezultacie – ‘głupi’ (silly, od gesælig)
**) W staroangielskich tekstach nigdy nie występuje imię ‘Jezus’, zawsze jest ono tłumaczone na hælend, czyli Zbawca, ten, kto ocala.

Dominikanie z Wrześni

W tekście czytanym na dzisiejszych zajęciach pojawił się czasownik fio, należący do verba anomala, czasowników nieregularnych. Często pojawia się w Wulgacie, a znany jest chyba najbardziej w formie koniunktiwu: fiat.

O znaczenie tejże formy zapytałem; jeden tylko z braci skojarzył, że pojawia się ona w odpowiedzi, jaką Maryja daje aniołowi przy Zwiastowaniu. „No tak, to są skutki nieodmawiania ‘Anioł Pański’ po łacinie”, skomentowałem. „Proszę pana, dzieci we Wrześni strajkowały, żeby się móc modlić po polsku!”, odpowiedział jeden z braci.

sobota, 21 marca 2009

Stabilitas loci

Nie umiem podróżować. Czy raczej: nie umiem podróży organizować. Zawsze się boję, że nie zdążę na pociąg czy samolot, że będzie jakieś opóźnienie albo wysiądę nie tam, gdzie potrzeba. I to będzie jeden z powodów, dla których zrezygnuję z wyjazdu do Leeds w lipcu tego roku.

W Leeds odbywa się International Medieval Congress, coroczna impreza, ściągająca mediewistów z całego świata. Ponad 1600 sesji, na każdej trzy wystąpienia; do tego różne dodatkowe atrakcje, jak warsztaty średniowiecznych fryzur czy średniowiecznej kuchni, wycieczki po okolicy (w zeszłym roku m. in. można było zobaczyć Zieloną Kaplicę, gdzie Zielony Rycerz miał Gawainowi ściąć głowę).

W tym roku jechałbym po raz trzeci. Gdyby nie kryzys, bo część kosztów muszę pokryć sam. I gdyby nie to, że mój londyński przyjaciel, który mi zawsze pomagał praktycznie organizować podróż (czytaj: nocleg w Londynie i pociąg do Leeds), idzie do seminarium. Wczoraj przysłał mi entuzjastyczny email, że rozmawiał z nim kard. Cormac Murphy-O’Connor, który życzy sobie, aby pierwszy rok seminaryjny Clive spędził w Hiszpanii. Ten email przyszedł wtedy, kiedy błagałem Pana, aby mnie oświecił co do wyjazdu.

Wiem, że jestem egoistą, bo ciesząc się, że Clive wreszcie odnalazł swoją drogę (a ma już za sobą połowę życia, według Psalmisty), jednocześnie smucę się, że nikt mi nie pomoże w organizowaniu wyjazdu. A sam – może i dałbym radę, ale skończyłoby się to bardzo zaawansowaną nerwicą.

Mogę się więc pocieszać, jak lis w jednej z bajek Fedrusa, że winogrona są i tak za kwaśne. Np. że nie zdołam porządnie przygotować swojego wystąpienia. Że nie będzie zbyt wielu ciekawych prezentacji w tym roku. Że nie będzie żadnej z osób, które znam. (Że nie będzie Roberty Frank, ale ona i tak tylko raz była na kongresie, z tzw. specjalnym wykładem, sponsorowanym przez Medieval Academy.) Że nie będę się musiał martwić, czy mi wystarczy pieniędzy na leki do września, bo przecież od czerwca będę bezrobotny. Że będę mógł pojechać gdzieś na wieś i porządnie odpocząć przez tydzień, za o wiele mniejsze pieniądze niż pięciodniowy pobyt w Leeds. Że nie zostawię Nessy samej w 2005 bardzo się rozchorowała, kiedy byłem na kongresie. Etc., etc.

piątek, 20 marca 2009

Pro domo sua, sive de rosis carpendis

Na pierwszej stronie małej książeczki, autorstwa jezuity, Maxa Zerwicka – Analysis philologica Novi Testamenti Graeci – zamieszczono słynne słowa św. Teresy od Dzieciątka Jezus (Doktora Kościoła!): „Gdybym była kapłanem, studiowałabym język hebrajski i grecki, aby móc czytać Słowo Boże w takiej formie, w jakiej zechciał On je wyrazić w ludzkiej mowie”. A angielski benedyktyn, John Chapman, który pracował w watykańskiej komisji, zajmującej się rewizją tekstu Wulgaty, napisał w jednym ze swoich listów, że aby dobrze pojąć św. Pawła, czytać należy jego listy tylko po grecku.

Teresa pewnie się cieszy, że jej siostry, karmelitanki, przynajmniej próbują czytać Nowy Testament w oryginale, chociażby używając interlinii. Że się cieszą, kiedy mogą greckie sylaby Ewangelii wymawiać, obcując w ten sposób, z pełną czci miłością, ze Słowem.

Ale Teresa jest pewnie zdumiona, że w obecnych czasach tak niewielu kapłanów stara się poznać biblijne języki, aby móc czytać Słowo Boże takim, jakim zechciał je Pan wyrazić w ludzkiej mowie. To prawda, w porównaniu z czasami świętej karmelitanki, mamy wiele przekładów Biblii na języki narodowe, przekładów z języków oryginalnych, dokonywanych przez specjalistów. Ale każdy, kto kiedykolwiek uczył się jakiegokolwiek języka obcego wie, że żaden przekład nie jest doskonały, że żaden nie oddaje w pełni oryginału. Trudno jest mówić o znajomości Shakespeare’a bez znajomości angielskiego (i to angielskiego z jego czasów); trudno dyskutować o Platonie, nie znając jego dialogów po grecku. Zawsze będzie to dyskusja niekompletna, powierzchowna.

Co więcej, mnogość przekładów, jakimi dzisiaj dysponujemy, może być dla pobożnego kapłana, który nie studiował hebrajskiego i greki, pułapką. Jeśli przyjdzie do niego wierny, skonfundowany różnicami w dwóch chociażby przekładach, np. katolickim i protestanckim, co mu taki ksiądz odpowie?

Greka jeszcze pojawia się w szczątkowej formie w seminariach, ale hebrajski chyba zupełnie z nich zniknął. Dlaczego tak jest? Nie wiem, mogę tylko snuć domysły. Prawdopodobnie pojawiło się tyle innych, ważniejszych przedmiotów, bardziej duszpasterskich czy filozoficznych (co się przydaje, jak mi ktoś powiedział, w dyskusjach ze współczesnym światem), że dla porządnego studium Słowa Bożego – a to może się dokonywać tylko w językach oryginału – nie ma już miejsca. A może po prostu współczesnemu człowiekowi brakuje cierpliwości czy zdolności do nauki starożytnych języków? Tym bardziej więc się cieszę, że udało mi się chociaż małą grupę dominikanów, i jeszcze mniejszą grupkę uczestników zajęć w kole naukowym na UW, wprowadzić w biblijną grekę i nią zainteresować na tyle, że zechcieli dalej kontynuować jej naukę. Że mogą czytać w oryginale Nowy Testament i greckich Ojców  Kościoła, jak chociażby Melitona czy Maksyma Wyznawcę. Że tak naprawdę – a to jest największa radość każdego nauczyciela, jak mi zawsze mówiła prof. Świderkówna – poszli w nauce jeszcze dalej niż ja.

Może ktoś powiedzieć, że przez długie wieki w Kościele zachodnim czytano i studiowano Pismo w przekładzie św. Hieronima. I owszem, ale przez długie wieki greka nie była znana na Zachodzie, książka była towarem luksusowym, a i wykształcenie trochę trudniej było uzyskać przeciętnemu zjadaczowi chleba niż jest to możliwe obecnie. Poza tym – nasi ojcowie w wierze więcej czasu spędzali nad Pismem niż my. Wystarczy spojrzeć na średniowieczne rozkłady dnia w klasztorach, zachowane w różnego rodzaju Consuetudines.

Sparge rosis, Theresia, sicut promisisti!
Rozrzuć z nieba róże łaski, jak obiecałaś, może jednak znajdą się tacy, którzy jak ty będą chcieli czytać Słowo Boga w takiej formie, w jakiej zechciał je On wyrazić w ludzkiej mowie...

środa, 18 marca 2009

Idzie wiosna, będą kwiatki!

W komentarzu Bedy do Księgi Rodzaju znajduje się fragment, który Charles W. Jones nazywa odą Bedy do wiosny i do stworzenia. (Jones przygotowywał wydanie In Genesim dla serii Corpus Christianorum.) Jest to komentarz do Rdz 1:11-13 – trzeci dzień stworzenia, kiedy ziemia zaczyna rodzić wszelkiego rodzaju rośliny. Oto, co pisze Beda:

Jasno z tych słów wynika, że przyozdobienie świata roślinnością dokonało się w porze wiosennej i letniej; to jest bowiem czas, kiedy trawa zielona pojawia się na ziemi, a drzewa uginają pod ciężarem owoców. Trzeba też zauważyć, że pierwsze źdźbła traw i pędy drzew wyrastają nie z nasienia, ale z ziemi. Na jedno bowiem słowo Stwórcy ziemia, która była tylko suchym lądem, przyozdobiła się nagle zielenią i okryła kwitnącymi gajami, a każda roślina, każde drzewo natychmiast wydały owoc i nasienie stosownie do swego gatunku. Wypadało bowiem, aby u początków stworzenia wszystko, co powstało na rozkaz Pana, było od razu w doskonałej formie. Tak samo człowiek, dla którego wszystko na ziemi zostało stworzone, został od razu uformowany w doskonały sposób, to jest w świeżości i pełnej młodości swego człowieczeństwa.

Rośliny wyrastające wprost z ziemi: mi się kojarzą przede wszystkim z pieśnią Kementari, i pojawieniem się Dwóch Drzew, i ze stworzeniem Narnii przez Aslana. Dokładnie taki sam obraz się tam pojawia, bardzo piękny zresztą. A jednocześnie odpowiedź na pytanie: Co było pierwsze, jabłko czy pestka?

To był Beda i północna Anglia; teraz spójrzmy na słoneczną Italię. Kard. Ratzinger w swojej książce „Szukajcie tego, co w górze”, przytacza następującą historyjkę:

Franciszek [z Asyżu] poprosił brata zakonnego, który uprawiał ogród, by „nigdy nie obsadzał całego pola warzywami, lecz pozostawił część ogrodu na kwiaty, tak aby o każdej porze roku ziemia rodziła nasze siostry, kwiaty, z miłości do Tej, która jest nazwana ‘kwiatem pól i lilią doliny’ (Pnp 2:1)”. Chciał, by zawsze była piękna rabata z kwiatami, aby ludzie wszystkich czasów, patrząc na kwiaty, zachwyceni chwalili Boga, bo „każde stworzenie woła do nas: Bóg stworzył mnie dla ciebie, człowieku (Zwierciadło doskonałości XI, 118)”.

Straszne marnotrawstwo gruntu, prawda? Można sobie przecież wyjść na łąkę i poszukać tam kwiatków...

W 1993, kiedy doświadczyłem pierwszych objawów choroby, która towarzyszyć mi będzie do końca moich dni, ojciec mój przywiózł z działki lilie. Był lipiec, lilie kwitły. Zwykłe, kolorowe lilie azjatyckie: żółte, pomarańczowe, czerwone, nie te białe olbrzymy o duszącym zapachu, jakie można kupić w kwiaciarniach. Pamiętam, jak mnie wtedy te kwiaty ucieszyły, a właściwie – pocieszyły, chociaż tu trzeba by użyć raczej angielskiego comfort – tak jak o Duchu Świętym się mówi comforter; o ten rodzaj pocieszenia tu chodzi. Jak wspomniałem, był lipiec, zbliżał się dzień świętej Dziewicy z Góry Karmel. Pomyślałem wtedy, że te moje lilie są jak z ogrodu Matki Bożej. „Jam jest róża Saronu, jam jest lilia dolin”.

niedziela, 15 marca 2009

Quo nomine gaudes?*)

Większość moich uczniów najpierw się zdumiewa, a potem podnieca wiadomością, że imiona coś znaczą, że niosą w sobie jakąś treść. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, a przecież onomastyka**) jest jedną z najwdzięczniejszych gałęzi filologii.

Nadanie imienia było kiedyś sprawą poważną, imię określało w jakiś tajemniczy sposób naturę tego, kto je nosi. Stąd mamy łacińskie powiedzenie nomen omen, czyli: imię jest znakiem wróżebnym. Dziś nikt już się nie przejmuje znaczeniem imienia, nie myśli nawet o tym, że znać czyjeś imię - to znać istotę danej osoby (lub rzeczy), a nawet, po części, mieć nad nią władzę bo można ją przywoływać.

A znaczenia imion bywają bardzo ciekawe. Taki np. Martinus pochodzi od imienia rzymskiego Marsa. Andrzej, z greckiego Andreas, znaczy „mężny, odważny, dzielny”. Edward, Edmund, Edwin, Edyta wszystkie te imiona mają w sobie staroangielskie słowo ead, które oznacza dobrobyt, szczęście, powodzenie. Feliks po prostu znaczy po łacinie „szczęśliwy”, tak samo jak Makary po grecku.  Aleksander to ten, który broni mężów (lub broni przed mężami). Zofia grecka Sophia to mądrość. Alfred to ktoś mądry jak elf. Katarzyna zaś powinna odznaczać się czystością, bo takie znaczenie ma jej imię. Paweł z łacińskiego paulus to mały, nieduży. Izydor jest darem bogini Izydy. Zachariasz to imię teoforyczne, zawierające w sobie imię Boga: JHWH pamięta. Filip to miłośnik koni, a Teofil miłośnik Boga, ew. Bogu-miły. Etc., etc., etc.
___________________________________
*) Jak masz na imię? (dosł. jakim imieniem się cieszysz)

**) Od greckiego onoma, imię. Kiedy studiowałem, uczono nas w oparciu o wiedzę sprzed lat przynajmniej sześćdziesięciu że onoma jest pokrewne z łacińskim nomen, a  „o” na początku to tzw. proteza wokaliczna, samogłoska dodana dla łatwiejszej wymowy. Teraz już wiem, że „o” jest śladem po głosce laryngalnej, która zanikła, w niektórych językach (jak łacina) nie zostawiając śladu, a w grece dając krótkie „o”.

sobota, 14 marca 2009

Medycyna Grzegorza Wielkiego

12 marca 604 roku odszedł do Pana wielki papież Grzegorz I. Czczony jest między innymi jako apostoł Anglii, wysłał bowiem z misją na Wyspy Augustyna, który został pierwszym biskupem Canterbury. Zostawił po sobie liczne pisma, które dały mu tytuł Doktora Kościoła, jednego z czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego.

Czymże jest bowiem wyznanie grzechów, jeśli nie swego rodzaju otwarciem wrzodu? Bo trucizna (virus) grzechu, która, powodując chorobę ukrywała się w duszy, poprzez wyznanie wychodzi na jaw, przynosząc zdrowie. Rany na skórze wyciągają na powierzchnie ropę. Wyznając grzechy, nic innego nie robimy, jak odsłaniamy zło, które w nas tkwi. (...) Psy lizały wrzody leżącego nędzarza [Łazarza]. Czasami w świętym przepowiadaniu psy oznaczają głosicieli (praedicatores) Słowa. Język zaś psa, kiedy poliże ranę, leczy ją. Tak też i święci nauczyciele, kiedy nam zalecają wyznanie grzechów, jakby językiem dotykają rany naszej duszy. (Grzegorz Wielki, Homilia 40 in Evangelia)

czwartek, 12 marca 2009

Crucem tuam adoramus, Domine

Kolejny piątek wielkopostny. Poniżej modlitwy, jakie odmawiał w czasie adoracji Krzyża w Wielki Piątek opat, według przepisów zawartych w Regularis concordia (10. wiek).

Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię wstępującego na krzyż; błagam Cię, aby tenże krzyż uwolnił mnie od ataków diabelskich. Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię zranionego na krzyżu; błagam Cię, aby te rany Twoje były lekarstwem dla mojej duszy. Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię złożonego do grobu; błagam Cię, aby ta śmierć Twoja była moim życiem. Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię zstępującego do piekieł i uwalniającego jeńców; błagam Cię, nie pozwól, bym tam poszedł. Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię powstającego z piekieł, wstępującego do nieba, błagam Cię, zmiłuj się nade mną. Panie Jezu Chryste, uwielbiam Cię przychodzącego na sąd; błagam Cię, abyś, gdy przyjdziesz, nie wzywał na sąd mnie, grzesznika, ale byś raczej przebaczył niż sądził. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

wtorek, 10 marca 2009

Warhammer i Biblia

Jakiś czas temu, kiedy rozmawiałem z moim lekarzem i wspomniałem o trudnościach ze znalezieniem pracy w moim zawodzie, on żartobliwie powiedział: „Może pan uczyć gockiego, jacyś fascynaci Warhammer z pewnością będą chętni.” Wstyd (?) się przyznać, ale musiałem w Wikipedii sprawdzić, co to jest Warhammer.

Być może wielbiciele tego „świata” rzeczywiście byliby zainteresowani takim językiem jak gocki. Pewnie bardziej niż rozmaici profesorowie UW. Konia z rzędem temu, kto umie mi wyjaśnić, dlaczego w Ośrodku Badań nad Tradycją Antyczną w Europie Środkowej i Wschodniej mogą się odbywać zajęcia z języka azteckiego, a z gockiego już nie. Co tam gocki, na hymnografię łacińską też nie ma miejsca. Ale na azteckie szerokie pośladki* ) jest. Ośrodek niedawno się przemianował na Instytut Badań Interdyscyplinarnych, więc już do azteckiego się przyczepić nie można. Ale do gockiego wciąż można: babeczka, która ma przede mną zajęcia w tej samej sali, zawsze patrzy na mnie jak na okaz w formalinie i mówi: „Ach, bo pan uczy tego  d z i w n e g o  języka!” W czym on dziwny, nie wiem, i nie wiedzą też trzy studentki, które się go uczą z wielkim zainteresowaniem. (Gwoli ścisłości: gockiego uczę tylko w pomieszczeniach należących do wyżej wspomnianego Instytutu, w ramach działalności koła studenckiego. O zatrudnieniu raczej nie mam co marzyć.)

Ale wracając do użycia gockiego: Kiedyś znalazłem w sieci entuzjastyczną recenzję jednego z podręczników do gockiego, która napisana była przez jakiegoś neopoganina, czy raczej wyznawcę wicca (jakkolwiek się to po polsku odmienia). Najwyraźniej oni głównie (poza filologicznymi dziwakami) uczą się tego języka, i to uczą – chyba – w celach rytualnych, bo w recenzji wzmianka była o dawnych bogach. Ciekawe. Zwłaszcza że cała nasza wiedza o języku gockim opiera się na przekładzie Biblii, który zrobił w 4. wieku gocki biskup Wulfila. Tak, poza kilkoma inskrypcjami jedyny zabytek języka gockiego, jedyna literatura w nim zachowana, to Biblia i komentarze do niej. Biblia ciekawa, bo tłumaczona przez Wulfilę z greki, czyli mamy bezpośredni, w przypadku Nowego Testamentu, przekład z języka oryginalnego. I nagle język gocki okazuje się wielce użyteczny dla wyznawców neopogaństwa. Jakaś próba odtworzenia pierwotnych, germańskich wierzeń Gotów? To już lepiej sięgnąć do staroislandzkiego i „Eddy”. Chociaż lepiej nie, bo na drzewach zaczęłyby kołysać się trupy, złożone w ofierze Odinowi...

Skoro już wspomniałem o wicca, to napiszę jeszcze o pentagramie. Szokiem było dla mnie, gdy się dowiedziałem, że to symbol tejże religii. Boże, pomyślałem, a ja w dzieciństwie tyle się tych pentagramów narysowałem! A wszystko wskutek rozczytywania się w opowieściach arturiańskich. Na tarczy Gawaina, kiedy wyrusza na spotkanie z Zielonym Rycerzem, widnieje właśnie pięciokątna gwiazda. W książce o Rycerzach Okrągłego Stołu była wzmianka, że to herb królestwa Artura, Logres, i w związku z tym namiętnie ten herb rysowałem, gdzie tylko się dało.

Problem w tym, że akurat pentagram ma symbolikę dosyć niejednoznaczną. Na tarczy Gawaina mógł się odnosić do pięciu ran Chrystusa lub do pięciu radości świętej Maryi, albo do pięciu zmysłów, nad którymi trzeba czuwać, bo przez nie grzech może wejść do duszy. Ale może też oznaczać pięć elementów, tarczę Salomona, głowę kozła, a tym samym diabła... Tak samo jest z triquetrą: dla jednych to symbol Trójcy Świętej, dla innych – potrójnej mocy, z jaką wraca do nas wszystko, co robimy...

Zostańmy więc przy gockim, najstarszym z języków germańskich, w którym zachowały się zabytki literackie, a dokładniej: przekład Biblii. Zachował się więc dla nas ten język jako chrześcijański.
__________________________________
*) Jeśli dobrze pamiętam, w mitach azteckich jest jakaś Bogini o Wielkich Pośladkach coś w tym stylu. Więcej nie wiem i wiedzieć nie chcę, sama myśl o Aztekach wywołuje we mnie odruch wymiotny. A skoro już było o pośladkach... „Wypłyń na głębię” to po gocku Brigg ana diupiþa (czyt. bring ana djupida). Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłem, jeśli tak, to przepraszam, i radzę nie czytać Arystofanesa.

niedziela, 8 marca 2009

Centesimum scriptum

(To setny wpis z mojego starego blogu. Zamieszczam go tutaj, choć może jest trochę wyrwany z kontekstu; mam nadzieję, że da się zrozumieć.)

Setny wpis na blogu powinien być odświętny, lekki i przyjemny. Bardziej cytrynowy sorbet niż ciężki tort z maślanym kremem i czekoladą.

Początkowo miałem zamiar napisać w nim o jednej z ważniejszych kobiet mojego życia, Robercie Frank. Obawiam się jednak, że uznano by ten wpis za zbyt banalny; w końcu kogo obchodzi jakaś tam Amerykanka, zajmująca się m.in. poezją skaldów?

Patrząc wstecz, muszę jednak stwierdzić, że większość poruszanych przeze mnie tematów to były sprawy mało ważne, banalne i zupełnie nieistotne, jak np. miejsce krzyża na ołtarzu, użycie łaciny w liturgii, czytanie Pisma w duchu, w jakim zostało napisane, szacunek wobec stworzenia... Aż strach wspomnieć, że w moich wpisach zajmowałem się też Śródziemiem, gargulcami, średniowieczną astronomią i astrologią, mitami o pucharach robionych z czaszek dziecięcych, seksualnymi skojarzeniami, i historyjkami o młodych dominikanach, których uczę. Wywoływaniem burz z piorunami także się zajmowałem, chociaż – naprawdę! – nie uprawiam czarnej magii.

Napiszę coś o papieżu, pomyślałem, ale zaraz sobie uświadomiłem, że podniosą się natychmiast głosy krytyki, bo moje opinie na temat papieży są niedojrzałe i kompromitujące.

Spróbuję wyrazić moje wrażenia z mszy niedzielnej, zaraz zaczną krzyczeć, że nie mam zrozumienia dla chwalących Boga szczerze i z całego serca, i dbam tylko faryzejsko o formę. (Tu zacytuję list mojej siostry z Karmelu: „Cieszę się, że piszesz, iż jesteś hipokrytą faryzejskim. Ja też. Lepiej o tym wiedzieć niż nie wiedzieć.”)

O świętym Soborze pisać nie będę, bo dla jednych będę niemal lefebrystą, dla innych krytykiem Trydentu, i w końcu stwierdzą jedni i drudzy, że sam nie wiem, czego chcę.

Pisać o poezji i filologii, zamieszczać własne przekłady? To tylko słowa, a słowa nic nie znaczą. Poza tym wyjdzie na to, że się chwalę. Żebym chociaż czytał jakieś wartościowe książki czy odbywał ciekawe podróże, mógłbym o tym coś napisać. Ale ja praktykuję stabilitas loci i czytam książki, o których lepiej nie wspominać...

Może mi ktoś doradzi, o czym mógłbym pisać?

Chyba pozostaje mi tylko jedno:
Nú mun Lómendil søkkvaz. (Cf. „Edda poetycka”. W wolnym przekładzie: Teraz Lómendil musi zejść pod ziemię.)
Tacens obmutui et silui. (Cf. Psalm 39[38]. W wolnym przekładzie: Zamilkłem całkowicie.)

sobota, 7 marca 2009

O ratowaniu lasów

Podobno nie wypada przyznawać się do segregowania śmieci, gdyż w ten sposób wyraża się swoje poparcie dla liberalnych ruchów ekologicznych, zielonych etc., którym blisko do lewicy, a w ogóle ekologia to relatywizm moralny etc., etc. Taki pogląd kiedyś słyszałem z ust pewnego gorliwego katolika.

Mimo to przyznam się do kilku rzeczy.

Śmieci segregowałem, dopóki nie odkryłem, że z pojemników wszystkie są ładowane razem na jeden samochód, więc cała segregacja na nic.

Wykorzystuję kartki, zadrukowane po jednej stronie, np. na sprawdzianach - po czystej stronie można przecież pisać. A kiedy każę uczniom czy studentom wyjąć własne kartki, mówię też, że można połówkę oddać sąsiadowi, bo nie będzie dużo pisania, i całe A4 nie jest potrzebne. Często jest to jednak wołanie na pustyni, i widzę zdziwienie w oczach słuchaczy: o co mu chodzi? A ja pamiętam dobrze czasy, kiedy w szkole się zbierało makulaturę, kiedy kupno papieru toaletowego graniczyło z cudem (zawsze mnie do łez rozbawia scena z „Nie lubię poniedziałku”, w której pewna pani bardzo chce kupić tenże papier, a nie może, bo musi pilnować dziecka milicjanta). I dziwię się, że teraz tyle jest papieru, chociażby na ulotki, które zapełniają kosze w okolicach stacji metra. Zużywam ‘miesięczne’ kartki z kalendarza, po drugiej, białej stronie wypisuję słówka dla pani, którą uczę greki, albo zapisuję na nich własne tłumaczenia hymnów itp.

Gaszę światło, nie tylko w domu, ale i np. w szkole, kiedy w danej sali czy na korytarzu nikogo nie ma. Ostatnio zwróciłem nawet lekarzowi uwagę, że w przedpokoju zostawił zapalone światło. Wyłączam na noc sprzęty z funkcji czuwania. I dziwię się, że trąbi się o efekcie cieplarnianym i konieczności oszczędzania energii, a jednocześnie tyle wydaje na świąteczną iluminację miasta, czy na światła, które nawet nocą palą się w bankach koło mojego domu. I nie mogę zrozumieć, czemu w korku stoi sznur samochodów, a w każdym tylko jedna osoba.

Zakręcam wodę przy myciu zębów. (Szczerze mówiąc, nigdy nie rozumiałem, na czym polega jej niezakręcanie przy tej czynności. Wodę wlewam do kubka, zakręcam, myję zęby, popłukać mogę wodą z kubka, i już. I tak od dzieciństwa robiłem.)

I uważam, że w ten sposób także realizuje się to, co Pan nakazał pierwszym rodzicom:  „Czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Bóg kocha również rzeczy. Słońce, gwiazdy, drzewa, wszystkie rzeczy doczesne. (...) Bóg kocha je i kocha je szczególnie. (...) Św. Paweł mówi, że z widzialnego bytu rzeczy można dojrzeć istnienie i rządzenie niewidzialnego Boga, i w głebokich obrazach głosi tajemnicę świata oczekującego odrodzenia i pragnącego go. To są wszystko znaki, znaki na to, że Bóg szanuje rzeczy, że je kocha, bardzo kocha. (R. Guardini, „O Bogu żywym”)

czwartek, 5 marca 2009

Na piątek

Jeśli nic się nie zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat, to jutro jak i w każdy piątek Wielkiego Postu można uzyskać odpust zupełny za odmówienie przed Krzyżem modlitwy Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu.

Poniżej zamieszczam dwa wiersze, które może pomogą ten piątek przeżyć godnie i pobożnie. Jeden z nich to anonimowy wiersz angielski, drugi napisany po grecku przez Synezjusza. Ten drugi hymn pojawia się w angielskim brewiarzu.

Jezu Chryste, mój ukochany,
Któryś na Krzyżu umarł,
Ze wszystkich sił Cię proszę, błagam,
Przez dwie i trzy Twe rany,
By miłość Twoja mogła mocno
Tak przeszyć serce moje,
Jak w Twoje Serce wbita włócznia,
Gdy śmierć poniosłeś za mnie.
(anonim ang., 14. wiek)


Panie Jezu, wspomnij na mnie,
obmyj mnie ze wszystkich grzechów,
wyzwól z pragnień mych przyziemnych,
czystym uczyń moje serce.

Panie Jezu, wspomnij na mnie,
gdy mnie gnębią niepokoje;
daj, bym służył Tobie wiernie,
pokrzep mnie, jak obiecałeś.


Panie Jezu, wspomnij na mnie,
bom udręczon ciągłą walką;
w bólu wszelkim, w utrapieniu
uzdrowieniem bądź i życiem.

Panie Jezu, wspomnij na mnie,
nie daj, bym od Ciebie odszedł;
poprzez ciemność złudzeń pełną

prowadź do niebieskiej bramy. (Synezjusz)

wtorek, 3 marca 2009

Aniołowie nad grobem Cuthberta i Bedy

W niedzielnym rozważaniu na ‘Anioł Pański’ papież, w związku z Ewangelią o pobycie Pana na pustyni, wspomniał i o tajemnicy aniołów. Przypomniałem sobie dzisiaj, że w jednym z wielkopostnych hymnów z tzw. Durham hymnal, zbioru hymnów z katedry w Durham (gdzie pochowani są Cuthbert i Beda), pojawiają się aniołowie.

W modlitwie południowej do Chrystusa skierowana jest taka prośba:

Niech pomoc nam ześle łaskawie
przez swoich aniołów czcigodnych:
opieką nas niech otaczają
i strzegą wśród życia zamętów.


Opieka aniołów to jeden z tematów psalmu 91, z którego werset pojawia się codziennie w jutrzni jako responsorium krótkie. Do tego psalmu nawiązuje też liturgia I niedzieli Wielkiego Postu, pojawia się on w antyfonach mszalnych.

Przy okazji znalazłem jeszcze jeden wielkopostny hymn z tego zbioru, który kiedyś tłumaczyłem:

O Zbawicielu wszystkich ludzi,
Ty grzechy nasze nam odpuszczasz;
czterdziestodniowy post, o Chryste,
uświęcasz łaską miłosierną.

Niech czyste będą nasze serca,
od grzechu wolne nasze ciała,
by nie mógł skazić wróg podstępny
przez miłość Twoją odkupionych.


Kościoła dzieci, lud Twój, Panie,
przez Krew Twą świętą ocaleni,
błagamy, abyś nas wysłuchał,
od zguby byś wybawił nędznych.

Uleczyć zechciej nasze rany,
gdy ciało ujarzmiamy postem;
od kwasu złości oczyść serca
przez umartwienie i pokutę.


Nadzieją świata Tyś jedyną,
rozdzielasz łaski grzesznym ludziom;
błagania usłysz i modlitwy,
które do Ciebie wierni wznoszą.

My znamy, Panie, nasze grzechy,
którymi Ciebie obrażamy;
błagamy, myśli daj nam czyste,
i z wszelkiej zmazy obmyj serca.


Nasz post składamy Ci w ofierze,
a Ty go przyjmij, niebios Królu,
w paschalnych daj nam sakramentach
Twe wieczne życie, Zbawicielu.


A jutro, kiedy na chwilę fiolet ustąpi w liturgii miejsca bieli, są moje urodziny w „paschalnym sakramencie”, z wody i Ducha Świętego. I jednocześnie, 86. urodziny mojego ojca.

niedziela, 1 marca 2009

O solistkach-wokalistkach, błądzących kaznodziejach i innych klęskach żywiołowych

Co jakiś czas doświadczam klęski żywiołowej w postaci mszy dla Sekcji Rodzin Klubu Inteligencji Katolickiej. Mimo wieloletnich badań, nie udało mi się znaleźć reguły, według której wybierane są niedziele na owe msze. Zdarza się więc czasami, że na taką mszę trafiam. Widząc przed kościołem tłumek, próbuję się ewakuować do katedry warszawskiej, ale niestety, zdarza się, że Sekcja Rodzin podstępnie wkracza do kościoła dopiero 3 minuty przed rozpoczęciem mszy (kiedy jestem w kościele np. od 15 minut, jeśli wcześniej do niego dotrę), i na ucieczkę jest już za późno.

Tak też zdarzyło się i dzisiaj. Na czym owa klęska żywiołowa polega? Na tłumie młodych ludzi tudzież dzieci, z których znaczna część traktuje mszę jak towarzyskie spotkanie. Nie śpiewają, nie odpowiadają kapłanowi, półgłosem rozmawiają, chichoczą mniej lub bardziej donośnie, przychodzą w połowie mszy i na siłę wciskają się do zapełnionych już ławek, w których siedzą z plecaczkami koleżanki i koledzy, radośnie do nich machający...

Do tego dzisiejsze kazanie... Doskonały przykład tego, co Anglicy nazywają rambling. Rozwlekłe, rozlazłe, rozproszone, ot, takie włóczenie się tu i tam, bez celu i jakiejkolwiek myśli przewodniej. Pominę już fakt, że kaznodzieja, mówiąc o przymierzu opisanym w pierwszym czytaniu, nawet nie wspomniał, iż Pan zawarł je nie tylko z Noem, ale z wszelką istotą żywą, z całym stworzeniem, jak o tym wyraźnie mówi Księga Rodzaju. Próbował błysnąć znajomością greki, kiedy tłumaczył prośbę z Modlitwy Pańskiej - „nie wódź nas na pokuszenie”. Próbował. Opowiedział historię z Dziejów Apostolskich (16:16-26), o niewolnicy opętanej przez ducha pozwalającego jej przepowiadać przyszłość. Z tej opowieści wynikało, że Paweł trafił do więzienia, ponieważ uzdrowił tę kobietę - owszem, ale nie chodziło o samo uzdrowienie, tylko o to, że właściciele niewolnicy stracili źródło dochodu; do takiej wróżki ustawiały się pewnie kolejki... Tuż przed błogosławieństwem usłyszeliśmy jeszcze dowcipną historyjkę, o proboszczu egzorcyście i jego kościelnym. Bardzo na miejscu. Przypuszczam, że celebrans nie odmawiał dziś oficjum czytań, albo też nie wziął sobie do serca słów hymnu, który nawołuje do oszczędniejszego używania słów i dowcipów (utamur ergo parcius verbis et iocis).

I jeszcze solistka-psalmistka. Nie wiem, czemu coraz częściej w kościołach można usłyszeć psalmy, wykonywane z reguły przez dziewczę (rzadziej przez chłopię) o wyraźnym zacięciu popowo-jazzowym. Może traktują udział we mszy jako szansę na sukces?

Panie, Boże mój, Tobie ofiaruję tę mszę, mój w niej udział, w zjednoczeniu z Męką Pana Jezusa, na intencję Ojca Świętego i naszej fundacji, i na zadośćuczynienie za moje grzechy. Amen.