sobota, 31 października 2009

Najpotężniejsza ze wszystkich litanii

Oglądałem kiedyś film fantasy, w którym trzy siostry, czarodziejki, walczyły z potężnym demonem. Aby go pokonać, ułożyły zaklęcie, w którym wzywały po imieniu swe poprzedniczki – przodków po kądzieli – i ich moc. Dopiero w ten sposób zebrana magiczna moc całego rodu była zdolna pokonać demona.

W litanii do Wszystkich Świętych wzywamy naszych poprzedników na drodze do Pana, a są oni także naszą rodziną. Prawdziwą rodziną jest bowiem Kościół, wspólnota braci i sióstr Jezusa: On sam to ogłosił (Mk 3:34-35). (Kiedyś, robiąc korektę „Teofila”, czytałem tekst hiszpańskiego dominikanina, o rodzinie w rozumieniu Jezusa, rodzinie Jego wyznawców, całkowicie niezależnej od wszelkich klanowych i rodowych ludzkich zobowiązań. Autor stawiał śmiałe tezy o zagubieniu tego rozumienia rodziny już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, powrotu do rodowego wzorca, z pomniejszeniem roli prawdziwej rodziny, jakiej pragnął Jezus, a jaką jest Kościół. Tekst nie ukazał się w „Teofilu”, ponoć redakcja uznała go za zbyt śmiały i obrazoburczy.) Wzywamy naszych braci, wzywamy nasze siostry, wzywamy całą ich moc, którą cieszą się z woli Pana. Jak mówił Benedykt XVI w dniu inauguracji swojego pontyfikatu: Wy wszyscy, drodzy przyjaciele, właśnie wzywaliście cały zastęp świętych, wielkie imiona historii kontaktów Boga z ludźmi. Wszyscy święci Boga są tu, aby mnie chronić, aby mnie podtrzymywać, aby mnie nieść.

W czasie inauguracji pontyfikatu śpiewano wprawdzie nie litanię do Wszystkich Świętych, ale Laudes Regiae, w których wzywa się świętych, aby wspomagali święty Kościół i papieża. Benedykt XVI nawiązał jednak do litanii, śpiewanej w czasie pogrzebowych uroczystości Jana Pawła II, i w czasie procesji kardynałów na konklawe. Ci, którzy wierzą – mówił papież – nigdy nie są sami, ani w życiu, ani w śmierci. W tamtym momencie [chodziło o pogrzeb poprzedniego papieża] mogliśmy wzywać świętych wszystkich wieków, jego przyjaciół, jego braci i siostry w wierze, wiedząc, że utworzą oni żyjącą procesję, towarzyszącą mu w drodze do przyszłego świata, do chwały Boga. Nie darmo Brandstaetter, pisząc o śmierci Jana XXIII, pisał o szumie apostolskich szat, o Apostołach, nachylających się z niebios nad umierającym papieżem. To właśnie była procesja świętych.

Kościół śpiewa tę starożytną litanię, której początki giną w mroku stuleci, w szczególnych sytuacjach, wtedy, kiedy potrzeba mu szczególnie mocy z wysoka. Wiedzą to dobrze ci, którzy w czasie święceń czy ślubów wieczystych słyszeli ją nad sobą, i czuli, jak staje za nimi cały, potężny zastęp świętych. Potężniejsi są niż całe piekło, bo ich moc jest z Pana. Bo są Kościołem, a Pan obiecał Piotrowi, że bramy Szeolu, bramy świata podziemnego, bramy śmierci, nigdy nie przemogą Kościoła (Mt 16:18). Ta litania, te imiona świętych, są tego dowodem.

Sami jesteśmy za słabi do walki, ale kiedy wezwiemy całą moc naszego rodu – Kościoła – możemy pokonać wszelkie zło. Święci stoją za nami, aby nas wspierać, dzielą się z nami swą siłą.

Panie, błagamy, poucz w duchowy sposób swój lud; Ty pozwalasz nam rozpoczynać już uroczystość Wszystkich Świętych, spraw, abyśmy dzięki ich trosce byli Tobie oddani, a dzięki ich obronie bezpieczni. (dawna modlitwa z I nieszporów uroczystości Wszystkich Świętych)

A teraz żegnam czytelników. Z powodów osobistych znikam z blogów na jakiś czas. Pewnie do nowego roku. Namarie!

piątek, 30 października 2009

Aliteracja

Ego sum via, veritas et vita. (J 14:6)

Est ergo verbum in Patre, verbum in ore, verbum in corde. (...) Qui cum sit vita, sic est vivus, ut sit vivificus. (...) Vivus est ergo hic sermo in corde Patris, vivus in ore praedicantis, vivus in corde credentis et amantis. (bp Baldwin z Canterbury)

niedziela, 25 października 2009

Z greki na angielski, czyli Bizancjum na Wyspach

W czasie ostatniej choroby, oprócz rozważań nad dziwnymi snami, przeglądałem też angielski przekład liturgii św. Jana Chryzostoma, zrobiony na użytek Kościoła prawosławnego w Anglii. Przekładu dokonał archimandryta Efrem, który jest także, z woli Bartłomieja I, oficjalnym tłumaczem Biblii dla anglojęzycznej wspólnoty prawosławnej. O. Efrem zajmował się studiami biblijnymi i patrystycznymi, tłumaczył m.in. Romana Pieśniarza, a posługuje przy kościele świętych Antoniego Wielkiego i Jana Chrzciciela w Londynie. Do przekładu Boskiej Liturgii o. Efrem dołączył bardzo ciekawy  wstęp. Oto jego fragment.

Misją prawowiernych chrześcijan jest głoszenie Królestwa Bożego, a to dokonuje się nade wszystko w czasie świętej Liturgii. Przez celebrację liturgiczną, Chrystus i Jego miłość do ludzi stają się obecne w świecie. Ta celebracja jest wspólnym zadaniem całego Ludu Bożego.

Liturgia jest ‘służbą publiczną’ – takie jest znaczenie słowa leitourgia, pochodzącego od laos, lud, i ergon, dzieło, tak w starożytnej, jak i we współczesnej grece. W tej służbie wszyscy członkowie Kościoła są działającymi (workers – angielskie work i greckie ergon są z tego samego rdzenia – mój przypis). Innymi słowy: to nie są zawody sportowe, w których kapłan, diakon, posługujący i śpiewacy są zawodnikami, a zgromadzenie pełni rolę widzów lub słuchaczy. Niemal wszystkie modlitwy liturgiczne są w pierwszej osobie liczby mnogiej (sądząc po reakcjach moich studentów, wiele osób nie ma pojęcia, co to znaczy w języku polskim, więc wyjaśniam: 1 os. l.mn. to MY – mój przypis). Kapłan i diakon zwracają się do całego zgromadzenia: „Pokój wszystkim”, „Módlmy się do Pana”. I Lud odpowiada: „I z duchem twoim”, „Panie, zmiłuj się”. Razem wyznajemy naszą wiarę, razem wołamy do Boga „Ojcze nasz”. Nie przychodzimy na Liturgię jako odizolowani od innych; jesteśmy na niej jak członki, jak członki Ciała Chrystusa. Przychodzimy, aby razem słuchać słów Apostołów, razem słuchać słów samego Pana w świętej Ewangelii. I wreszcie, kiedy zbliżamy się do Kielicha w czasie Komunii, mamy wspólnie udział w jednym Chlebie, pijemy z jednego Kielicha. Według przepisów Kościoła kapłanowi nie wolno celebrować Liturgii samemu; zawsze musi być przy nim chociaż jedna osoba, która reprezentuje Lud Boży, którego dziełem jest Liturgia.

Ecce ego et pueri mei quos mihi dedit Deus

Czytam list od Clive’a, z Hiszpanii. (Angielscy seminarzyści zawsze jadą najpierw na rok do Valladolid.) Ciężko tam. Jest ich na roku trzynastu, w wieku od 18 do 49 lat. Muszą się jakoś nauczyć żyć razem, aby przetrwać dalsze lata w seminarium, już na angielskiej ziemi. A ja myśleć zaczynam o studentach, których uczyłem na Służewie.

Zaczęło się od spadających kasztanów. Kiedy pierwszy raz przyjechałem na Służew, prosto z cmentarza, był 21 IX, sobota, dzień św. Mateusza. Braci szli z klasztoru do kościoła, kasztanową alejką; nagle powiał silny wiatr i zaczęły spadać kasztany. Bracia pośpiesznie uskakiwali lub zasłaniali głowy rękoma i kapturami.

Pierwszy rocznik pamiętam jak przez mgłę. Może dlatego, że przejąłem go po innym nauczycielu greki, a może dlatego, że wtedy w moim życiu dużo się działo, i inne wspomnienia przytłumiły służewieckie. Pamiętam, że jeden z braci pożyczał ode mnie książkę z ilustracjami Tolkiena (Franciszek, z Ukrainy), a inny szukał greckiego tekstu najstarszej modlitwy do Matki Bożej (Mikołaj Mrówczyński). Potem był rocznik, z którym zżyłem się najbardziej, jedyny, który odważył się na naukowy obóz grecki: Martinus Germaniae Apostolus, Neoneo, Tabaczek, Łosiu i inni. To z nimi byliśmy na kolacji u sióstr na Piwnej i na herbacie w nieistniejącej już herbaciarni przy Bednarskiej. Potem był rocznik Dominika i Kuby, chyba tylko oni dwaj zostali z tych, którzy uczyli się dodatkowo greki. Chyba w tej grupie był Andrzej od „Wniebowziętej Panienki” – szkoda, że odszedł, miał niezwykłe poczucie humoru. Potem był kolejny rocznik, i kolejny, i kolejny... I jeszcze był taki, z którego dwanaście osób się zapisało na grekę –  i czytaliśmy Herodotowe rewelacje o życiu w Egipcie. Jeden z tych dwunastu, br. Arnold, z wielkim samozaparciem pisał wiersze po łacinie. Ostatnia grecka grupa jest już mniejsza o br. Maksyma... Wreszcie, w zeszłym roku była grupa specjalna, już nie z greki, ale z łaciny – odrzucona przez nauczycielkę łaciny jako za słaba. Bardzo ich lubiłem. Teraz jest nowicjat.

Lubię ich uczyć, tak jak lubiłem uczyć ich poprzedników. Pewnie dlatego, że są młodzi, pełni zapału, radości. Są tak bardzo różni ode mnie, który nigdy młody nie byłem, a mam już za sobą, według Pisma, połowę żywota, i jestem nią srodze zmęczony. Są pełnokrwiści, po prostu – żywi. Potrafią się śmiać (w klasie maturalnej sensacją było to, że na zdjęciu ze studniówki się uśmiecham; ktoś mi wtedy powiedział: „Morawski, nie wiedziałam, że ty się umiesz śmiać!”) i żartować, obserwować z jakąś świeżością świat wokół nich. Nieskażeni jeszcze rutyną i nudą. I oby takimi zostali, bo zbyt wielu już spotkałem mdłych, nudnych i bladych dominikanów.

Ale skoro ja, lodowaty jak Królowa Śniegu i ponury jak Król Olch, nie zdołałem ich zmrozić – to wielkie są szanse, że za łaską Bożą takimi zostaną: wiecznie młodymi, jak pióra orła.

piątek, 23 października 2009

Duch trzeźwości

Dostałem dzisiaj wreszcie „Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej” Josepha Ratzingera, czyli Benedykta XVI, wydane przez W drodze. Ostatni rozdział poświęcony jest recepcji ostatniego Soboru. Papież podchodzi do tego wyjątkowo trzeźwo, dostrzegając zarówno porażki, jak i sukcesy, rzeczy dobre i błędy. Patrzy jednak z nadzieją, którą znajduje w wierze, unika tak popularnego wśród krytyków Soboru czarnowidztwa i zgorzknienia.

Pisze między innymi tak:

Widzimy dzisiaj pojawiający się nowy integryzm, który tylko pozornie staje w obronie pozycji ściśle katolickich, w rzeczywistości bowiem gruntownie je rozkłada. Istnieje zaprawiona nienawiścią pasja podejrzliwości, ze swej natury bardzo daleka od ducha Ewangelii. Istnieje kurczowe trzymanie się litery, kiedy deklaruje się nieważność liturgii Kościoła i tym samym odchodzi się od niego. Zapomina się tutaj, że ważność liturgii zależy w pierwszym rzędzie nie od określonych słów, lecz od wspólnoty Kościoła; pod pretekstem katolicyzmu neguje się jego istotną zasadę i w dużej mierze prawdę zastępuje się zwyczajem. (...)

Czy ten sobór stanie się pozytywną siłą w historii Kościoła, czy nie, tylko pośrednio zależy to od tekstów i organizacji. Decydująca jest tu obecność ludzi – świętych – którzy z całkowicie dobrowolnym zaangażowaniem swej osoby tworzą coś nowego i żywego.

Ludzie, którzy tworzą coś nowego i żywego. Czytając różne dyskusje mam jednak wrażenie, że zamiast tworzyć, ludzie wolą narzekać, wskazywać błędy i nie zastanawiać się nad sposobami ich naprawienia. Podejrzliwość doprowadzają do perfekcji, wszędzie węszą zło. Zamiast tworzyć coś żywego, wolą wykopywać tylko to, co dawne, i zdecydowanie odrzucać wszystko, co nowe. Tak przecież łatwiej.

Cieszę się, że chociaż papież ma zdolność do trzeźwego osądu i do wysiłku, aby w wierze iść naprzód, tworząc żywy Kościół. Że potrafi wskazać błędy i nadużycia posoborowe, ale stara się też znaleźć na nie lekarstwa, zamiast z pychą i arogancją potępiać. Że potrafi wskazać na dobro, które Sobór przyniósł, i z którego należy się cieszyć. Et quae bona sunt, nutrire studet, ac, vigilanti studio, quae sunt nutrita, custodit, vestigia sequens boni Pastoris, qui gregem suum dilexit.

czwartek, 22 października 2009

Sny skrupulata, czyli ciężkie jest życie katolika

Ciężkie jest życie skrupulata. Zwłaszcza skrupulata, którego kuzynem jest Hieronim ze Strydonu.

Może się bowiem zdarzyć, że skrupulat będzie miał gorączkę, a do niej dołączą sny. (Zwykle dzieje się to w połowie Wielkiego Postu, ale nie tylko.) We śnie skrupulat może nagle się znaleźć przed tronem Sędziego, który zapyta go: Kim jesteś? Skrupulat odpowie: Katolikiem. Usłyszy wtedy: Kłamiesz, nie jesteś katolikiem. Jest bowiem napisane: Gdzie skarb twój, tam serce twoje, a twoje serce często jest przy książkach, pisanych przez niekatolików, muzyce, komponowanej i wykonywanej przez niekatolików, i przy ludziach niekatolikach.

Skrupulat zacznie się zastanawiać, i dojdzie do wniosku, że, istotnie, zdarza mu się czytywać książki pisane przez niekatolików, i niektóre nawet mu się podobają. Owszem, często spotyka się z osobami, które nie są katolikami, i nawet dobrze mu się z nimi rozmawia. Co więcej, może się nagle okazać, że je ze smakiem chleb pieczony w niekatolickiej piekarni, albo nosi ubranie, szyte przez niekatolika. W ten sposób, wprawdzie nieświadomie, wspiera owych niekatolików, którzy mogą dzięki temu żyć, żenić się, płodzić (nie po katolicku, oczywiście) niekatolickie dzieci, które będą dostarczały mu np. buty albo lekarstwa, etc., etc.

A w metrze – iluż to niekatolików stoi obok niego, oddycha tym samym powietrzem – a skoro oddychają, to i wydychają swój niekatolicki CO2, który potem dostaje się do jego płuc. Czasami też słyszy, o czym owi niekatolicy rozmawiają, więc mniej lub bardziej świadomie owe niekatolickie treści dostają się do jego umysłu. Dom, w którym mieszka, też pewnie został zbudowany przez niekatolików.

Można przestać czytać książki pisane przez niekatolików. Popatrzmy na półkę... Chaucer – jeszcze katolik, ale Donne już nie. Herbert (George) też nie. Autor Sir Gawaina – tak. Poezja walijska – trzeba będzie niektóre kartki wyrwać. To samo można zrobić z płytami. Chociaż tam będzie trudniej: jeśli katolicką muzykę wykonuje niekatolicki zespół? Z ludźmi można spróbować, po prostu unikać niektórych, do pracy chodzić pieszo, najlepiej szerokim łukiem omijając wszystkich przechodniów. Ale co z domem, jedzeniem, ubraniem?

Teoretycznie katolik-skrupulat mógłby, aby uniknąć owego oskarżenia z ust Sędziego, na przykład sam sobie piec chleb. Ale czy mąka jest z katolickich młynów? Nie wiadomo. Można kupić pszenicę i zasiać na balkonie, ale trzeba znaleźć najpierw katolickiego rolnika. Z deszczem przynajmniej nie będzie problemu, bo jest Boży. (A może to nie wystarczy? Bo w końcu Bóg nie jest katolikiem.) Z ubraniem gorzej, bo trzeba by chyba zacząć od uprawy lnu i bawełny, a w tym klimacie to tylko len zostaje. No i owce zacząć hodować.

Może ten sen się w końcu skończy... Niech mnie ktoś uszczypnie.

środa, 21 października 2009

Cytacik

Akurat mi ktoś podesłał. Ale ostrzegam, autorem jest protestant! Który na dodatek przywiózł do Europy tytoń. Wybuchowa mieszanka.

There is nothing more to be admired and more to be lamented than the private contention, the passionate dispute, the personal hatred, and the perpetual war, massacres, and murthers for Religion among Christians. (History of the World, by Sir Walter Ralegh; 1614)

wtorek, 20 października 2009

Czego kiedyś uczono w seminariach

Podobno uczono, że nie należy w autobusie czy tramwaju ustępować miejsca żadnej kobiecie. Podobno. Na pewno zaś uczono łaciny.

Przy nauce pomagają często wierszyki mnemotechniczne. Pozwalają zapamiętać jakąś  gramatyczną regułę czy końcówki. Kiedyś były bardzo popularne i znaleźć je wciąż można w starych gramatykach.

Pewien franciszkanin (świeć, Panie, nad jego duszą) opowiadał mi z dumą, jakich wierszyków używano w jego seminarium, w celu zapamiętania form zaimków, których w łacinie jest mnóstwo:

Idem, eadem, idem
Szła Żydówka z Żydem.
Hic, haec, hoc
Żyd Żydówkę w bok.


A przecież mogłoby być:

Idem, eadem, idem
Sny są tylko zwidem.
Hic, haec, hoc
Jak zająca skok.


Ale pewnie wtedy nie można by z dumą o tych wierszykach opowiadać, byłyby strasznie banalne. Nie byłyby śmieszne.

czwartek, 15 października 2009

Żółw ojca magistra

Łacina w nowicjacie. Tłumaczenie zdania: Et tu, Brute, contra me?

Ja: A wiadomo, kto to powiedział?
Brat A.: Tak, Cezar w Idy Marcowe 44.
Ja (patrzę na zegarek, zostały dwie minuty): Wróżbita ostrzegał Cezara przed Idami Marcowymi, ale spiskowcy zdołali go wywabić z domu. Po drodze spotkał go ów wróżbita, Cezar do niego ze śmiechem powiedział: „Widzisz, są Idy Marcowe, i nic złego mnie nie spotkało!” Na co wróżbita: „Ale Idy się jeszcze nie skończyły”. Czyli tak, jakby mu powiedział „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”. A wiadomo, jak Rzymianie wróżyli?

Brat B.: A wiadomo czy chce pan wiedzieć?
Ja: Wiadomo i ja wiem.

(Cisza.)

Ja: Były dwa główne sposoby: auspicja, czyli wróżenie z lotu ptaków, i haruspicja, czyli wróżenie z wnętrzności zwierząt.
Bracia: ????
Ja: No grzebało się we wnętrznościach zwierzęcia, i np. na podstawie wyglądu wątroby przepowiadało przyszłość. Ale to było obrzydliwe, więc lepiej nie próbujcie...
Brat A.: My mamy tylko żółwia, to znaczy magister ma...

środa, 14 października 2009

Podwójna data śmierci

Święta Matka, Teresa od Jezusa, odeszła do Pana akurat wtedy, gdy papież Grzegorz XIII zmieniał kalendarz. I tak 4 X 1582, dzień jej śmierci, zamienił się w 15 X.

W jej uroczystość w Karmelu czyta się w II nieszporach fragment z Listu św. Judy. (O. Augustyn Jankowski kiedyś mówił, że to chyba najmniej znana, najrzadziej czytana księga Nowego Testamentu.)

Umiłowani, budując samych siebie na fundamencie waszej najświętszej wiary, w Duchu Świętym się módlcie i w miłości Bożej strzeżcie samych siebie, oczekując miłosierdzia naszego Pana, Jezusa Chrystusa, które wiedzie ku życiu wiecznemu. (Jud 20-21)

Kiedy leżała na łożu śmierci, przynoszono jej jesienne liście, które bardzo ją cieszyły. W konaniu jej ciało jakby odmłodniało, i jedna z obecnych sióstr powiedziała: Matka nasza od miłości umiera. Jak oblubienica w Pieśni nad pieśniami.

Znamy się z Teresą od dawna. Wielu łatwiej się zaprzyjaźnić z jej córką, Teresą od Dzieciątka Jezus, ale w moim przypadku było inaczej: najpierw Teresa, potem Tereska. Może dlatego, że Teresa miała bliskie mi poczucie humoru?



Vivo sin vivir en mí,
y de tal manera espero,
que muero porque no muero.

Vivo ya fuera de mí
después que muero de amor;
porque vivo en el Seńor,
que me quiso para sí;
cuando el corazón le di
puse en él este letrero:
que muero porque no muero.

Esta divina prisión
del amor con que yo vivo
ha hecho a Dios mi cautivo,
y libre mi corazón;
y causa en mí tal pasión
ver a Dios mi prisionero,
que muero porque no muero.

¡Ay, qué larga es esta vida!
¡Qué duros estos destierros,
esta cárcel, estos hierros
en que el alma está metida!
Sólo esperar la salida
me causa dolor tan fiero,
que muero porque no muero.

¡Ay, qué vida tan amarga
do no se goza el Seńor!
Porque si es dulce el amor,
no lo es la esperanza larga.
Quíteme Dios esta carga,
más pesada que el acero,
que muero porque no muero.

Sólo con la confianza
vivo de que he de morir,
porque muriendo, el vivir
me asegura mi esperanza.
Muerte do el vivir se alcanza,
no te tardes, que te espero,
que muero porque no muero.

Mira que el amor es fuerte,
vida, no me seas molesta;
mira que sólo te resta,
para ganarte, perderte.
Venga ya la dulce muerte,
el morir venga ligero,
que muero porque no muero.

Aquella vida de arriba
es la vida verdadera;
hasta que esta vida muera,
no se goza estando viva.
Muerte, no me seas esquiva;
viva muriendo primero,
que muero porque no muero.

Vida, ¿qué puedo yo darle
a mi Dios, que vive en mí,
si no es el perderte a ti
para mejor a Él gozarle?
Quiero muriendo alcanzarle,
pues tanto a mi Amado quiero,
que muero porque no muero.

wtorek, 13 października 2009

Pokrow

Uroczyście dziś święto obchodzimy, jako pobożni, opromienieni Twoim przyjściem, Bogurodzico. Spoglądając na przeczysty Twój obraz, z miłością wołamy: Osłoń nas czcigodnym swoim welonem i wybaw nas od wszelkiego zła, błagając Twego Syna o zbawienie dusz naszych.

Welon, a właściwie maforion, Bogurodzica trzyma nad światem jako znak opieki. Czasami na ikonach podtrzymują go aniołowie, aby błogosławiona Maryja mogła wznieść w modlitwie ręce do Pana.

W tradycji zachodniej mówi się częściej o płaszczu Maryi, symbolizującym Jej opiekę. Ale św. Teresa od Dzieciątka Jezus kiedyś napisała, że czuła się jak pod welonem Matki Bożej – tak spokojnie i bezpiecznie.

(Święto Opieki Bogurodzicy – Pokrow – obchodzi się 1 X, na pamiątkę wizji św. Andrzeja z Konstantynopola, w 10. wieku. Ujrzał Bogurodzicę, modlącą się wraz z aniołami i świętymi, a następnie okrywającą świat swoim maforionem.)

poniedziałek, 12 października 2009

Nie mam srebra ani złota...

Paweł VI zrezygnował z noszenia tiary, ozdobionej trzema koronami, symbolizującymi papieską władzę: niebieską, ziemską i nad czyśćcem. Benedykt XVI zrezygnował z tiary w swoim papieskim herbie, zastępując ją biskupią mitrą, dodając jednocześnie paliusz, jako symbol papieskiej posługi.

Pewnie niektórzy mają to papieżowi za złe i boleją nad brakiem tiary... No cóż, sic transit gloria mundi.

sobota, 10 października 2009

Święci zapoznani, święci nieznani (iii)

Jej imię to jedno z poetyckich słów często używanych przez moich staroangielskich przodków: Hild, czyli bitwa. Żeby brzmiało bardziej kobieco, dodano żeńską końcówkę, i tak mamy św. Hildę.

Przez trzydzieści trzy lata żyła, jak się to ładnie w języku duchownych mówi, w świecie. W 657 ufundowała – a stać ją na to było, gdyż pochodziła z możnego rodu, spokrewnionego z władcami i Northumbrii, i wschodniej Anglii –  klasztor w Withby. Właściwie było to podwójne opactwo, dla mnichów i mniszek, a Hilda była jego ksienią (a nie opatką, jak to niektórzy mówią). Pięciu późniejszych biskupów kształciło się w opactwie Whitby. Ale najważniejsze wydarzenia, związane z tym miejscem i z Hildą, to synod w 663 i cudowna wizja Cædmona.

Synod miał położyć kres sporom o datę Wielkanocy. Pamiętać trzeba, że Brytania była chrystianizowana z dwóch stron: od północy przybywali iroszkoccy mnisi, od południa – misjonarze z Rzymu. Różnili się, między innymi, w sposobie obliczania daty Wielkanocy. W czasie synody Hilda wspierała wprawdzie stronę iroszkocką, ale przyjęła z pokorą decyzję o świętowaniu Wielkanocy według kalendarza rzymskiego.

O Cædmonie już kiedyś pisałem. Był prostym pasterzem, który pewnej nocy otrzymał natchnienie, i zaczął tworzyć pieśni ku chwale Boga. Hilda, przeczuwając, że pasterz otrzymał dar od Pana, nakazała kapłanom opactwa, aby się nim zajęli. Opowiadali mu biblijne historie, a Cædmon przetwarzał je na poematy w swoim ojczystym języku, zrozumiałe dla prostych ludzi.

Ostatnie sześć lat życia Hildy wypełniały choroby, które jednak nie zdołały osłabić jej działalności, jej pracy, zarządzania opactwem, dbania o naukę, udzielania rad, o które prosili ją i mnisi, i władcy, i zwykli ludzie. Zmarła 17 XI 680 roku, a świadectwo jej kultu pojawia się już w kalendarzu z początków wieku ósmego.

czwartek, 8 października 2009

Przyimki mszalne

Modlitwę eucharystyczną kończy swego rodzaju doksologia: Per ipsum, et cum ipso, et in ipso, est tibi, Deo Patri omnipotenti, in unitate Spiritus Sancti, omnis honor et gloria per omnia saecula saeculorum. Następujące potem Amen niektórzy nazywają najważniejszym Amen w całej Mszy.

Chwałę i cześć Kościół oddaje Ojcu, składając Ofiarę Chrystusa Pana, w jedności Ducha Świętego. Robi to przez Chrystusa – On sam jest wszak Ofiarą i Ofiarnikiem. Można przynieść ofiarę, a On ją złoży. Z Chrystusem – można stanąć obok Niego i wraz z Nim składać ofiarę.

I wreszcie najbardziej przerażające: w Chrystusie. To znaczy stać się, jak On, ofiarą i ofiarnikiem jednocześnie. W Nim nasze człowieczeństwo. My w Nim, On w nas. Przerażające, bo my, grzeszni, nagle możemy być w najświętszym Chrystusie. Święte przerażenie, bojaźń Pańska, nie ogarnie tylko głupca.

środa, 7 października 2009

Skojarzenia

Dawno, dawno temu w telewizji był program pt. „Skojarzenia” – jeden z pierwszych chyba teleturniejów w tym kraju – ale nie o nim chcę napisać.

Idąc dziś wieczorem na spotkanie z (przy)dominikańską młodzieżą, spragnioną słodkich dźwięków kwiryckiej mowy, mijałem cmentarz, na którym pochowana jest moja, martwa po urodzeniu, siostra. Niebo straciło już kolor rublowskiego błękitu, stawało się ciemne jak szaty Dziewicy z wiltońskiego dyptyku, Earendil jaśniał promiennie. Po mojej prawej ręce, za murem, był cmentarz, po lewej – ulica. (Akurat dziś w nowicjacie na łacinie mówiliśmy o prawicy, lewicy i tabu wilka.) Ulica była głośna, słychać hałas samochodów, które pewnie dawno powinny trafić do przeglądu lub na złomowisko. Po drugiej stronie, za murem, było cicho. Pachniało tujami, a wychylające się zza muru drzewa trwały nieruchomo. W zupełnej ciszy, której nie mąciły odgłosy jezdni. I było w tym coś dziwnego, ten wyraźny, bardzo wyraźny kontrast.

Cmentarz, etymologicznie, to sypialnia. Poprzez łacińskie coemeterium dochodzimy do greckiego koimeterion, a koimao znaczy zasypiać. W 18. czy 19. wieku próbowano wymyślić inną etymologię, cmentarz miał pochodzić od starszej formy – smętarz. Czyli miejsce, gdzie można się smęcić nad grobem.

I tak idąc, rozmyślając o cmentarnej etymologii, przypomniałem sobie Thomasa Graya, angielskiego poetę. Przeżył jako jedyny z dwunastu dzieci swoich rodziców. Należy do tzw. graveyard poets, cmentarnych poetów, poprzedników romantyzmu – jest autorem (1751) „Elegii napisanej na wiejskim cmentarzu”.

A wracając metrem myślałem o słowach psalmu: In pace, in idipsum, dormiam et requiescam.

niedziela, 4 października 2009

Kiedy rano jadę autobusem...


... między wersetami psalmów wyglądam przez okno i ze smutkiem patrzę na długie szeregi samochodów, jadących obok. (Czasami nie jadą, ale stoją. Ludzie mówią wtedy, że jest korek.)
W prawie każdym samochodzie tylko jedna osoba, czyli kierowca. Kiedyś próbowałem policzyć, w ilu samochodach oprócz kierowcy siedzi ktoś jeszcze: w czasie prawie pół godziny jazdy przez centrum Warszawy naliczyłem takich samochodów tylko szesnaście. Pośród – stu? dwustu?

Podobno w niektórych krajach są specjalne pasy na autostradach, dla samochodów, w których jadą przynajmniej cztery osoby. Ludzie dowożą się wzajemnie do pracy: w tym tygodniu swoim samochodem wiezie nas Gregory*), w przyszłym Lisa, a w następnym ja. Może u nas tak kiedyś będzie? Gdyby tak było, samochodów na ulicach byłoby mniej. Nie byłoby wspomnianych wyżej korków. Powietrze byłoby czystsze, śnieg zimą dłużej byłby biały. Środowisko byłoby bezpieczniejsze. Ziemia mogłaby odetchnąć.

Wiem, wiem, zaraz usłyszę, że znowu piszę o mało ważnych sprawach, które nie mają nic wspólnego z liturgią, teologią, moralnością i w ogóle ludzkością, bo są za mało duchowe, a za bardzo przy-ziemne. Może i tak, ale na te sprawy zwraca też uwagę Benedykt XVI, chociaż w Kościele jest chyba głosem wołającym na pustyni. Niedługo owa pustynia będzie jak najbardziej dosłowna. A dziś dzień św. Franciszka z Asyżu (kard. Schönborn napisał, że duchowość franciszkańska jest bliska Ojcu św.), patrona ekologów. Franciszek dobrze rozumiał, że człowiek stoi przed Panem w imieniu całego stworzenia, zarówno po to, aby w jego imieniu oddawać Panu cześć i uwielbienie, jak i po to, aby za stworzenie odpowiadać.

Od czasów mojego dzieciństwa jesteś mi przyjacielem, Franciszku. Porusz tych, którzy nie potrafią patrzeć tak, jak ty patrzyłeś, myśleć tak, jak ty myślałeś, kochać, jak ty kochałeś, cieszyć się, jak ty się cieszyłeś.

Ks. J.Twardowski
Nie tylko my

Czytamy – Bóg umiłował świat...
a więc nie tylko ludzi

ale i pliszkę
odymioną pszczołę

jeża eleganta wprost spod igły
nawet muła ni to ni owo

bo ani to koń ani osioł

(żal że go człowiek stwarzał

żyje jak kawaler co się nie rozmnaża)
gruszę co kwitnie zaraz przed jabłonią

liście konwalii prawie bez ogonka

cielę co za matką się wlecze


a my tak czulimy się do Boga

jakby On miał nas tylko kochać na świecie

_______________
*) Tak naprawdę, Gregory jeździ na motorze... Ale możecie sobie wstawić jakiekolwiek imię, np. James. On ma samochód.

sobota, 3 października 2009

Thou settest Earthquake in the South*)

Pomódlmy się za Indonezję.

Omnipotens, sempiterne Deus, maestorum consolatio, laborantium fortitudo, perveniant ad te preces de quacumque tribulatione clamantium, ut omnes sibi in necessitatibus suis misericordiam tuam gaudeant adfuisse. Per Christum Dominum nostrum.
________________
*) Emily Dickinson

piątek, 2 października 2009

Aniele Boży, Stróżu mój

Polski Anioł Stróż nosi koszulę nocną, używa lokówek i interesuje się głównie pacholętami, idącymi przez wąską kładkę. Biblijny Anioł Stróż jest o wiele dostojniejszy, czcigodniejszy – i groźny.

Może objawić się jako słup ognia, bywa czasami płomieniem lub wśród płomieni się przechadza. Jeździ konno na czele armii, potrafi unieść człowieka, trzymając go za włosy. Pomaga znaleźć na pustyni źródło i we śnie ostrzega przed mordercami.

W słynnym wierszu Reginalda z Canterbury, św. Malchus modli się do swego Anioła Stróża, aby ocalił go od piekła, które nazywa greckimi słowami: tartarus i barathrus. Anioł wie, jakie rzeczy dziać się będą przy końcu świata, mówi Malchus, niech więc będzie lekarzem i uleczy jego rany, przez które dusza ma zginąć w piekle.

Potężnym duchem jest każdy Anioł Stróż.

Aniele Boży, stoisz bezpośrednio przed Trójcą Świętą, nie przestawaj błagań zanosić za mnie. Od Boga masz moc, aby strzec mojej duszy, nie przestawaj osłaniać jej nieustannie swoimi skrzydłami. (Horologion bizantyński)

czwartek, 1 października 2009

Zaczął się październik

Święta Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, patronka dnia dzisiejszego, nie lubiła różańca.

A tu jeszcze mój ulubiony obrazek różańcowo-sutannowy: