niedziela, 20 grudnia 2009

Lumen gentium i Ewangelia, czyli różne drżące skojarzenia

Czasami Duch Święty, który przeniknął swą mocą Najświętszą Maryję, przenika i nas w czasie liturgii, w szczególny, odczuwalny sposób. Niewątpliwie przenika nas On zawsze w czasie Mszy świętej, jak o to prosi Kościół w eucharystycznych modlitwach. Czasami jednak Jego światło jest bardziej odczuwalne, bardziej widoczne dla słabych grzeszników, takich, jak chociażby piszący te słowa, i pozwala dostrzec Boże skarby, ukryte w Piśmie i w liturgii.

W dzisiejszej lekcji z Listu do Hebrajczyków (językowo najtrudniejszy chyba tekst Nowego Testamentu) czytamy: hegiasmenoi esmen dia tes prosphoras tou somatos Iesou Khristou, uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa. Hegiasmenoi esmen, greckie perfectum, znaczy dokładnie, że zostaliśmy uświęceni i skutek tego uświęcenia wciąż trwa. Pomyślałem przy tych słowach o jednym z bliższych mi fragmentów soborowej Konstytucji o Kościele: wszelkie działania wiernych świeckich, ich praca i wypoczynek, także utrapienia życia, znoszone w Duchu, stają się duchowymi ofiarami (hostiae spirituales), które „in Eucharistiae celebratione, cum dominici Corporis oblatione, Patri piissime offeruntur” – w celebracji Eucharystii składane są z największą czcią Ojcu, wraz z ofiarą Ciała Pańskiego (Lumen gentium 34). Uświęca nas w Eucharystii ofiara Ciała Jezusa Chrystusa, sprawia, że i my stajemy się świętymi ofiarami dla Ojca. Uświęca nas ciało Wcielonego Boga.

Przed Ewangelią, w śpiewie Alleluja, brzmią zaś słowa, które zawsze przejmują mnie dreszczem: Oto służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa. Kiedy je wypowiadała Najświętsza Maryja, musiał cały świat zadrżeć, od szczytu niebios po głębie otchłani – prostota tych słów kryje przecież w sobie tajemnicę Wcielenia, wejścia Boga w świat w tak niezwykły sposób. Są takie proste, a przecież są jak błyskawica. Czuć w tych słowach całkowitą zgodę Maryi, zgodę całego Jej ciała i całej duszy, gotowych na przeniknięcie przez Ducha Stworzyciela. Czy ktoś z nas potrafi tak całkowicie, całą swoją istotą, poddać się Bogu? Przerażające świętym przerażeniem – Dziewica cała wypełniona Bogiem.

Zastanawiam się jeszcze, na ile zrozumiałe dla ludzi w kościele są słowa proroka Micheasza – wyda ich Pan aż do czasu, kiedy porodzi mająca porodzić – i słowa Psalmisty – nawiedź tę winorośl. Może gdzieś w homilii jakiś kapłan je wyjaśniał? Są przecież niezwykle ważne, a chyba nie do końca dla wszystkich słuchaczy zrozumiałe.

sobota, 19 grudnia 2009

Od anioła do anioła

Ewangelia o nawiedzeniu, w której święta Maryja jawi się jako przyczyna naszej radości, przypomina mi zawsze o dwóch klasztorach: najpierw o siostrach wizytkach, gdzie przez wiele lat ks. Twardowski mieszkał – w głównym ołtarzu kościoła jest obraz ze sceną Nawiedzenia; następnie o Laskach i siostrach franciszkankach: tam z kolei, zaraz przy wejściu na teren Zakładu, na jednym z domów jest fresk z Matką Bożą i św. Elżbietą oraz słowa: Błogosławiona, któraś uwierzyła Wielbi dusza moja Pana.

To skojarzenie z dwoma klasztorami jest tu jak najbardziej na miejscu, bo obecność sióstr w naszym świecie jest takim właśnie nawiedzeniem, przyniesieniem daru Ducha Świętego i radości spotkania ze Zbawicielem.

Beda pisze w swoim komentarzu, że od kobiety wziął się grzech, ale i przez kobiety życie jest przywrócone, jak to zgodnie głoszą Maryja i Elżbieta.

A modlitwa mszalna tej niedzieli, tak dobrze nam znana z Anioł Pański być może ułożona przez Jana Archikantora, który uczył liturgii rzymskiej na Wyspach Brytyjskich pokazuje, że jest coś dalej niż Boże Narodzenie: męka i krzyż, które prowadzą do zmartwychwstania. W średniowieczu wierzono, że dzień zwiastowania anielskiego i Wielki Piątek były tego samego dnia, tworząc doskonałą harmonię początku i końca ziemskiego życia naszego Pana.

PS W tytule chodzi, oczywiście, o anioła przy Zwiastowaniu, i anioła przy pustym grobie.

Najczcigodniejszy arcypasterzu...

Słyszałem ostatnio piosenkę o jednym z biskupów polskich. Może niekoniecznie na poziomie Waltera z Châtillion, ale całkiem zgrabną.

Bohater piosenki zapadł mi w pamięć dawno temu, kiedy to powiedział w jakimś wywiadzie: Kazania powinny być krótkie, a kiełbasy długie!

Mogę tylko: (a) dziękować Bogu, że to nie mojej diecezji pasterz; (b) błagać Boga, aby dał nam pasterzy mądrych, według swego serca, a chronił nas od idiotów. Po chwili zastanowienia dodam i (c): modlić się za diecezjan takiego biskupa.

piątek, 18 grudnia 2009

Co świętujemy?

Jak mówi dzisiejsza prefacja w mszale Leofrica: Unigeniti tui celebramus adventum, [ut] continuum eius sentiamus auxilium.

Świętujemy przyjście Twego Jednorodzonego Syna, abyśmy doświadczali Jego nieustannego wsparcia.

Bardzo mi się podoba to określenie: celebramus adventum. Nie w sensie okresu liturgicznego, ale przyjścia Pana, który JEST, który był, i który przyjdzie.

środa, 16 grudnia 2009

Hellenistyczne rozkosze liturgiczne

Około roku 245 przed Chrystusem zmarł grecki poeta, Aratos, znany głównie z poematu Phainomena, opisującego niebieskie znaki i gwiazdozbiory. (Ten poemat parafrazował Jan Kochanowski.) Z tego to poetyckiego utworu quasi-cytat pojawia się w dzisiejszych nieszporach: Veni et revela nobis quod sumus genus tuum.

Aby go jednak dostrzec, trzeba nieszpory odmawiać po łacinie, gdyż polskie przekłady – ani z pierwszego wydania Liturgii Godzin, ani z drugiego, poprawionego – nie pozwalają go zauważyć. Jak Aratos trafił do liturgii? Via Dzieje Apostolskie, gdyż tam cytuje go, w swej nieudanej mowie na ateńskim Areopagu, św. Paweł. Powiada bowiem Apostoł do słuchających go Greków o Bogu w ten sposób: Jak jeden z waszych poetów powiedział: Z Jego rodu jesteśmy – tou gar kai genos esmen*), co Hieronim przełożył jako ipsius enim et genus sumus (Dz 17:28). Dokładniej można by to przełożyć: Jego bowiem jesteśmy rodem, rodziną.

Św. Makary Wielki powiadał, że między Bogiem a człowiekiem istnieje bardzo bliskie pokrewieństwo. Co więcej, bibliści przypominają, że Chrystus Odkupiciel działa wobec człowieka jak go’el, czyli najbliższy krewny, który występuje w obronie praw pokrzywdzonego – musi go wykupić z niewoli, odkupić majętność, sprzedaną z powodu ubóstwa etc. (np. Kpł 25:48sq).

To już drugi, obok Safony, grecki poeta, którego spotkać można na kartach brewiarza.

PS Tytułowe rozkosze są, oczywiście, czysto intelektualne.
__________________________
*) Taka wersja jest w Dziejach Apostolskich; w oryginale (wers 5), Aratos używa jońskiej formy eimen, typowej dla pisanego heksametrem poematu, naśladującego dzieła Hezjoda.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Pół Hostii dla siostry

Patron dnia dzisiejszego, św. Jan od Krzyża, niewielkiej był postury. Z tego względu święta matka Teresa nazywała go niekiedy żartobliwie „pół brata”.

Przypomniałem sobie o tym z powodu dyskusji na temat udzielania Komunii świętej: jak, skąd, gdzie... Jan od Krzyża, wiedząc, że Teresa nazywa go „pół brata”, dawał jej czasami tylko pół Hostii. Ot, taki humor świętych.

niedziela, 13 grudnia 2009

Jeszcze raz o radości

Z opóźnieniem, ale wciąż na czasie.

Papież zwrócił się z przesłaniem do uczestników kończącej właśnie obrady konferencji nt. zmian klimatycznych. Po raz kolejny Benedykt XVI pokazuje, jak wielką wagę przykłada Kościół do troski o stworzenie, o cały świat, który jest dziełem Boga, i jako taki wymaga szacunku.

Zaś w dzień Niepokalanego Poczęcia Dziewicy Maryi mówił do mieszkańców Rzymu:

Często skarżymy się na skażenie powietrza, którym wręcz nie da się oddychać w pewnych częściach Miasta. To prawda. Każdy musi się starać, aby Miasto stawało się czystsze. Ale jest też inny rodzaj skażenia, mniej dostrzegalnego dla naszych zmysłów, lecz równie groźnego. To skażenie ducha; ono sprawia, że się mniej uśmiechamy, że nasze twarze stają się bardziej ponure, że niechętnie pozdrawiamy się nawzajem lub patrzymy sobie w oczy... (...) Postrzegamy wszystko powierzchownie. Ludzie stają się ciałami, i te ciała tracą duszę, stają się rzeczami, przedmiotami bez twarzy, które mogą być wymieniane lub zużywane.

Warto pamiętać o słowach tego papieża, który jakże często podkreśla, że życie chrześcijanina nie jest ponurym ciężarem (jak często myślą ludzie patrzący na Kościół z zewnątrz, i jak zdają się myśleć czasami niektórzy z tych, co są w Kościele), ale radością ukochanego przez Boga dziecka. Wszak jarzmo Pana jest wygodne, a Jego brzemię lekkie.

Między ustami a brzegiem opłatka

W dzisiejszej kolekcie Kościół modli się, abyśmy zdołali dojść do świąt Narodzenia Pańskiego: ad (...) gaudia pervenire, i mogli je uroczyście i z żywą radością świętować.

Im jestem starszy – a w końcu połowę życia mam dawno za sobą – tym bardziej postrzegam Adwent poprzez Ostateczne Przyjście naszego Pana, nie tylko to na końcu czasów, kiedy niebo i ziemia uciekną w trwodze sprzed Jego oblicza, ale i to dla mnie Ostateczne, w godzinę śmierci mojej.

Abyśmy zdołali dojść do radosnych świąt Bożego Narodzenia: czy ktoś w tych dniach, na niecałe dwa tygodnie przed świętami, myśli o tym, że może do nich nie dojść, że do niego Pan może przyjść wcześniej, w tym właśnie Ostatecznym Przyjściu, które jest drugim najważniejszym momentem naszego życia? Mówiąc prościej, chociaż w sposób niemiły współczesnemu człowiekowi: czy dzisiaj, pośród świątecznych przygotowań, lampek na ulicach, wysyłania kartek, etc., etc., ktoś myśli, że może umrzeć przed 25 XII?

Przyjdź, Panie, i nie zwlekaj, alleluja.

Vivo sin vivir en mí,
y de tal manera espero,
que muero porque no muero.


Domine, non sum dignus, ut intrem sub tectum tuum... Beati, qui ad cenam tuam parati sunt.

Requiem

Umarł ojciec jednego z najbliższych mi uczniów, Marcina, apostoła Germanii.

Modlę się, Marcinie. Signifer, sanctus Michael, repraesentet eum in lucem sanctam.

sobota, 12 grudnia 2009

Na kolanach Pana

W trzecią niedzielę Adwentu w moim kościele przy ołtarzu pojawiają się kwiaty. Zwykle różowe. Być może niektórzy uznają, że nic w tym szczególnego. Rzecz w tym, że w moim kościele w czasie Adwentu na ołtarzu nie ma kwiatów. Pojawiają się tylko na trzecią niedzielę Adwentu, od I nieszporów, i wcześniej, na dzień Niepokalanego Poczęcia Maryi Dziewicy.

Jeszcze kilkanaście lat temu można było przeczytać w liturgicznych kalendarzach, że w czasie Adwentu, tak jak w czasie Wielkiego Postu, ołtarzy nie ozdabia się kwiatami. Od pewnego jednak czasu kwiaty przy ołtarzu także w Adwencie wydają się, w większości kościołów, czymś naturalnym. Jeśli nie kwiaty, to adwentowe wieńce z czterema świecami. (Co jest i tak lepsze niż konstrukcje z Dzieciątkiem Jezus, schodzącym co tydzień coraz niżej, by wreszcie trafić do stojącego na dole żłóbka.) Tłumaczy się, że Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, i można w związku z tym ozdabiać ołtarz kwiatami, byle z umiarem, tak, aby nie przyćmić potem Narodzenia naszego Pana. Tak samo tłumaczy się, że opuszcza się w mszy Chwała na wysokości po to tylko, aby mogło tym mocniej rozbrzmiewać w czasie świętej Nocy. Ale jak zdefiniować ów umiar, i co zrobić z tymi, dla których Adwent równa się roraty, na których rozbrzmiewa Gloria in excelsis? (W moim kościele roraty są tylko trzy razy w tygodniu. Bardzo mi się to podoba.)

Adwent jest radosny, już w pierwszych jego antyfonach pojawia się alleluja. Szkoda jednak, aby zatracił charakter pokutny, który ma przecież być przygotowaniem na spotkanie z Panem. Wciąż mówi się o adwentowych postanowieniach i umartwieniach, ale o drobiazgach, jakże jednak wymownych, jak brak kwiatów, się nie pamięta.

Z drugiej strony, może się zdarzyć, że o radości się zupełnie zapomni. Coraz częściej wśród ludzi wierzących słychać narzekania, czarne krakanie się rozlega na temat Kościoła i jego złego stanu, prowadzącego do powolnego upadku, etc., etc. Jest źle, będzie gorzej, Kościół w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat popełnił tyle błędów, że naprawić się ich nie da. Mnóstwo ludzi – ponoć wierzących – zyskało nagle dar czarnego widzenia. W gruncie rzeczy, nie powinienem się dziwić, bo zawsze łatwiej zobaczyć zło niż dostrzec dobro.

A przecież, jak już pisałem, cytując ukochanego teologa, historia chrześcijaństwa zaczyna się od radości: Raduj się, rzekł anioł do świętej Maryi. Po swoim zmartwychwstaniu Jezus mówi do kobiet, które spotyka na drodze, przy pustym grobie: Khairete, radujcie się. I wreszcie, kiedy wszystko się wali, spadają gwiazdy, morze huczy i ziemia się trzęsie, jak o tym czytaliśmy w pierwszą adwentową niedzielę, wtedy pojawi się Syn Człowieczy, z wielką mocą i chwałą – alleluja! Nabierzcie ducha, podnieście głowy, mówi do nas, wierzących. Ten, kto naprawdę wierzy, wie, że Pan jest wszechmogący – pantokrator, który przychodzi, jak mówi Apokalipsa (1:8); wszystko jest w Jego ręku, czy też, jak napisałby Homer, wszystko leży na Jego kolanach, los wszystkiego. Kto naprawdę wierzy, wie, że Kościół jest Kościołem Pana, i nigdy nie zginie, nigdy nie umrze, bo On sam tak obiecał: bramy świata umarłych go nie przemogą (Mt 16:18).

In te, Domine, confisus sum, in te speravi, non confundar in aeternum, dicant omnes qui Christiani vocantur.

piątek, 11 grudnia 2009

Trzy antyfony

O Ioseph, quomodo credidisti quod antea expavisti? Quid enim? In ea natum est de Spiritu Sancto quem Gabrihel annuntians Christum esse venturum.

O Rex pacifice, tu ante saecula nate, per auream egredere portam: redemptos tuos visita et eos illuc revoca unde ruerunt per culpam.
O mundi Domina, regio ex semine orta, ex tuo iam Christus processit alvo, tamquam sponsus de thalamo; hic iacet in praesepio qui et sidera regit.

Tres hae antiphonae pulcherrimae de libro, qui saeculo decimo scriptus Exoniensis nuncupatur, excerpsi, Adventus temporis opportunitatem nanciscens, ut eas vobis praestem. Pars enim Exoniensis codicis, in qua inveniri possunt, a viris doctis Christus vel Adventus Carmina appellatur: versus illic Anglosaxonico sermone compositi, Cynewulfo poetae adscripti, de adventu Domini nostri, in maioribus antiphonis quae ultima Adventus parte ad Magnificat canuntur, descripto, narrant, et poeticae meditationes dici possunt de illis antiphonis. Quae nostris in diebus septem sunt, sed in illo tempore felici, mihi dilectissimo, duodecim fuere. Quapropter tres illae antiphonae quae supra praeposui, in breviario non inveniuntur. Vos igitur cohortari audeo, ut illas in Polonam linguam vertere nobisque hic praesentare conemini, ut cognoscatis quam difficilis interpretis labor est.

czwartek, 10 grudnia 2009

Nieliturgicznie w 99%, czyli o wiatrach i studentach dnia dzisiejszego

Jadąc metrem, myślałem o kwiatach, ale poczekają na wpis jeszcze dwa dni. Będzie o językach (ale niespodzianka...) i o studentach.

Kiedy bracia w nowicjacie pisali sprawdzian z czasowników łacińskich, przeglądałem jakiś liturgiczny śpiewnik, stworzony najwyraźniej ad hoc z kserówek z innych śpiewników. (I to jest ów 1% liturgiczny w niniejszym wpisie.) Uwagę moją przykuła mikroskopijna celtycka mandala, z wpisanymi w nią triquetrami, umieszczona przy jednej z pieśni. Niestety, zajęty jednocześnie czujnym inwigilowaniem piszących braci, z wrażenia nie zapamiętałem, jaka to była pieśń, i z jakiego śpiewnika pochodzić mogła. Może ktoś pomoże?

Po sprawdzianie zajęliśmy się nader interesującymi ćwiczeniami gramatycznymi, jak też lekturą rozmówek łacińskich z 10. wieku; obawiam się jednak, że dla większości czytelników ćwiczenia owe, polegające na rozpoznawaniu form gramatycznych, okazać by się mogły nad wyraz nudne, mimo iż przy ich okazji pojawiały się różne ciekawe wyrazy, jak np. nazwy rozmaitych trunków, i próby ludowej etymologii słowa ‘adwent’.

Łacinę zatem zostawmy i przejdźmy do gockiego. Zajęcia z tego języka odbywają się tylko i wyłącznie dzięki samozaparciu i dobrej woli czworga studentów z grupy początkowej, i dwóch, wspominanych już chyba tutaj, studentek z grupy zaawansowanej. Z przyczyn nie do końca dla mnie jasnych, fundacja, która miała organizować kursy językowe, zrezygnowała z gockiego w tym roku. Dowiedziałem się o tym od jednej ze studentek, która z uporem wyciągała informacje od milczących władz fundacji. Dowiedziała się, między innymi, że kurs greki biblijnej będzie się odbywał, natomiast gocki ewentualnie może się zacząć w październiku 2010. Okazało się jednak, że studenci nie mają zamiaru czekać na rok 2010 i fundację, fundującą im już nie po raz pierwszy niespodzianki, i chcą się uczyć języka Wulfili. Zatem zorganizowaliśmy je całkowicie samodzielnie (na co ponoć fundacja nawet wyraziła zgodę [sic!], o czym poinformowała mnie znowu wytrwała studentka), udało się nam znaleźć salę, i mężnie uczymy się gockiego. Mężnie, ponieważ sala jest wielkości łazienki z bloku z lat sześćdziesiątych i jest dosyć duszna.

A skoro już o powietrzu mowa, to prześladowały mnie dzisiaj wiatry. Łacińskie i gockie. Na łacinie mieliśmy pomyślny wiatr z historii o św. Brendanie, na gockim wiatry z nieba (windos us himina), do których próbowaliśmy dopasować przymiotniki. Rzecz w tym, że przymiotników znają studenci jeszcze niewiele, więc ostatecznie skończyliśmy poetycko ze smutnymi wiatrami i smutnymi ptakami na niebie.

Aby jednak nie kończyć smutno, i nawiązać chociaż na 0.5% do adwentowej liturgii, dwa fragmenty z gockiego przekładu Ewangelii:

Fagino, anstai audahafta, Frauja miþ þus; þiuþido þu in qinom – tak mówi anioł do Maryi, w scenie zwiastowania.

A prorok Izajasz, z którego cytat pojawia się w trzecim rozdziale Ewangelii według Łukasza, głosi: Jah gasaíhwiþ all leike nasein Gudis.

I na koniec podziękowanie dla moich uczniów, i braci z nowicjatu, i miłośników gockiego, za to, że dzięki nim mogę się nieszpornie cieszyć z tego mijającego dnia.

wtorek, 8 grudnia 2009

Co mówił Anioł

W uroczystość Niepokalanego Poczęcia czytamy Ewangelię o Zwiastowaniu. Anioł Pański wita Maryję. Przez łacinę, po polsku to powitanie brzmi ‘zdrowaś’ lub ‘bądź pozdrowiona’. W greckim tekście Ewangelii, anioł mówi ‘raduj się, ciesz się’ – khaire.

Historia chrześcijaństwa zaczyna się od słowa khaire – raduj się. Jest to słowo, od którego, według Łukasza, Anioł rozpoczyna zwiastowanie Maryi narodzenia Jezusa (Łk 1:28). Słowo to, otwierające historię Jezusa, a tym samym chrześcijaństwa, i zawierające w sobie cały program oznacza to, czym dla Łukasza jest ono w swej istocie. Powtarza on ten początek, nadając mu jeszcze mocniejszy akcent, w opisie narodzenia Jezusa, kiedy anioł mówi do pasterzy: Zwiastuję wam radość wielką, kharan megalen. (Joseph Ratzinger, „Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej”)

Psalm dzisiejszej mszy jest także psalmem mszy bożonarodzeniowej.

W liturgii dzisiejszej pojawia się też Proto-ewangelia z Księgi Rodzaju, zapowiedź zwycięstwa nad wężem i jego potomstwem.

Pan stworzył Adama,
ojca wszystkich ludzi,
z niego Ewę matkę,
co zgrzeszyli jabłkiem.
Ale Tyś naprawiła,
czym Ewa zgrzeszyła.

Twoje zmiłowanie,

Jezu Chryste, Panie,
daj ludowi Twemu,
dziś tu zebranemu.
Przez zasługi Matki Twej
domieść w chwale wiecznej.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Per desertum ad Ierusalem

Liturgia stawia przed nami dwa obrazy: pustyni i miasta. Do pustyni jesteśmy przyzwyczajeni poprzez postać Jana Poprzednika, który był głosem wołającym na pustyni. To na pustyni są kręte drogi i wyboiste ścieżki, to na pustyni są spragnieni, którzy szukają źródeł wód, jak przypomina antyfona z jutrzni, ci, którzy osłabli w wędrówce. Pustynia jest jakże adwentowa: z niej się unosi roratnie wołanie o rosę z niebios, na które odpowiedzią jest Pan przychodzący na obłokach, jak przypomina nam z kolei antyfona z II nieszporów.

Ale liturgia przedstawia nam też obraz miasta, Syjonu: w I nieszporach słyszymy: Ciesz się i raduj, nowy Syjonie. Prorok Baruch i w czytaniu, i w komunijnej antyfonie przedstawia chwałę Jerozolimy, a jutrznia z triumfem głosi: Syjon jest naszą warownią, Zbawiciel będzie jego murem i przedmurzem. Powinno to kierować nasze pełne nadziei myśli ku Jeruzalem, które w Apokalipsie jawi się jako Oblubienica Tego, który przychodzi (responsorium jutrzni wyraźnie nawiązuje do tego określenia Boga z Ap 1:8). W mieście drogi są proste i równe; w Mieście opisanym w ostatnim rozdziale Apokalipsy znajduje się źródło żywej wody; do miasta przybywa Król, jak o tym mówią antyfony oficjum - greckie parousia, łacińskie adventus oznaczało przecież uroczyste przybycie władcy, cesarza, do miasta. Jeruzalem w liturgii jawi się zatem jako Oblubienica Króla, odziana w szaty chwały i sprawiedliwości - a do tego oblubieńczego znaku nawiązuje kolekta, która mówi o niebiańskiej mądrości, mającej nas przygotować na spotkanie z nadchodzącym Chrystusem - co natychmiast powinno kierować naszą myśl ku przypowieści o mądrych pannach, oczekujących oblubieńca, które weszły z nim na gody.

Sponse caelestis, Domine Iesu, erudi cor meum sapientia tua, illumina oculos meos, ne obdormiam in morte; intercedente sancto Ioanne Praecursore tuo deduc me per semitas rectas, ut ad Urbem sanctam tuam cum gaudio pervenire possim. Amen.

sobota, 5 grudnia 2009

Poranne mdłości

Przeglądałem dziś rano „Metro” (taka bezpłatna gazet[k]a), niemal cała poświęcona Mikołajowi, mikołajkom, prezentom – dla niego, dla niej, dla rodziców, dla dzieci... Zrobiło mi się niedobrze, wszystko to było tak banalne... Gadżetowe prezenty porażające swoją głupotą, miasteczko Mikołaja w centrum handlowym, spotkanie ze Śnieżynkami... Jakoś mi się to skojarzyło z męskimi szalikami w beżowe paseczki, które od zeszłego roku królują na ulicach: wszyscy niemal chcą wyglądać tak samo, bo... bo taka jest moda? Bo jakaś stylistka w gazecie napisała, że tak wypada? Kiedyś w tym kraju było jednolicie szaro i smutno. Teraz jest jednolicie kolorowo, i wciąż smutno. Smutno z powodu idealnej, masowej bylejakości.

Może niesłusznie się czepiam, może po prostu jestem za stary, może bywam w innych światach, może to wszystko skutek mojej dyskolii... A jednak wciąż mi niedobrze.

Sainte Nicolas, Godes druð, tymbre us faiere scoone hus.

Scoone hus, piękny, jaśniejący, świetlisty dom.

Trzy prefacje, sześć tygodni

Liczymy teraz adwentowe niedziele od pierwszej do czwartej. We wczesnym średniowieczu liczono odwrotnie: od czwartej – przed Narodzeniem Pańskim – do pierwszej.

W Mediolanie, w liturgii ambrozjańskiej, adwentowych niedziel jest sześć, a dni powszednie mają swoje własne prefacje. Piękna to i starożytna liturgia, związana ze św. Ambrożym, którego wspominać będziemy w poniedziałek.

W pierwszy adwentowy piątek tak się teraz modlą mediolańczycy:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze, tu i wszędzie składali Ci dziękczynienie, a zwłaszcza teraz, w tym czasie Adwentu, sławili Cię. Ojcze. Czekamy na święto Narodzenia Chrystusa, Twojego Syna: z radością wspominamy Jego pierwsze przyjście, abyśmy mogli z czujną nadzieją myśleć o Jego powtórnym przyjściu, w chwale.

A w pierwszą sobotę Adwentu jest taka prefacja, nawiązująca do ósmego rozdziału Listu do Rzymian:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie składali Tobie dzięki, Panie Boże. W Twojej nieskończonej miłości dałeś nam pierwsze dary Ducha, aby uczynić nas Twoimi przybranymi dziećmi w Chrystusie. Znosząc cierpliwie nasze utrapienia, możemy z nadzieją oczekiwać chwały, którą obiecałeś.

Ambrozjańska trzecia sobota Adwentu, która pokrywa się z naszą pierwszą, ma z kolei taką prefację:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Ciebie błogosławili i chwalili, wszechmogący i wieczny Boże, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, którego przyjścia gorliwie oczekujemy. On zechciał łaskawie w taki sposób zstąpić w łono Dziewicy, aby nam pokazać drogę zbawienia, a jednocześnie nigdy nie opuścić Twego Boskiego majestatu.

Ptokheia kai kenosis*)

Po drodze do kościoła spojrzałem na białe girlandy lampek, wiszące nad ulicą Piwną. W oknach sklepów choinkowe gałązki, bombki i bombeczki, i znowu lampki. Zdaje się, że całe miasto jest spowite kilometrami sznurów bożonarodzeniowych lampek, kolorowych i niekolorowych, migających i niemigających, grających i niegrających, etc., etc.

Ile na to prądu pójdzie, ile za ten prąd pieniędzy. Oczywiście, zaraz ktoś zacznie przekonywać, że wszystkie te światełka są potrzebne, bo jest zimno, szaro, szybko robi się ciemno, ludzie czują się przygnębieni, brak światła może wywoływać SAD (czyli sezonową depresję; nie wiem, jak to działa, bo pogoda akurat na mnie nie wpływa, a jeśli już, to gorzej czuję się latem, kiedy jest nadmiar słońca)... A poza tym, trzeba się świątecznie cieszyć, i dekoracje mają w tym pomóc. (Nie przeczę, ale do świętowania jeszcze sporo czasu zostało.)

A w kościele Duch mnie owionął swym tchnieniem, i pomyślałem, i poczułem w głębi mojego biednego, grzesznego serca: Ubóstwo i ogołocenie, ubóstwo i ogołocenie. Taki ma być twój Adwent.

Chociaż ogołocenie to nie jest dobre słowo: Pan więcej niż ogołocił samego siebie. Ogołocenie sugeruje coś zewnętrznego, a On dokonał tego także, i nade wszystko, w sobie, aż do głębi swej istoty.

O Rex gloriae, Domine Iesu, qui de caelis descendere dignatus es, ut carnem sumens teipsum humiliares, etiam magis, ut exinanires teipsum, cum Deus verus permaneres: da mihi imitari paupertatem et humilitatem, et exinanitatem tuam, ut tecum ad dexteram Patris consedere possim, cum in tuae veneris gloria maiestatis. Amen.
________________
*) Cf. 2 Kor 8:9 i Flp 2:7.

piątek, 4 grudnia 2009

czwartek, 3 grudnia 2009

Radioaktywnie, a z uśmiechem

Czekam na tomografię. Byłem zapisany na dziewiątą, ale pani w pracowni roześmiała mi się prosto w twarz i powiedziała, że o dziewiątej to ona ma innych pacjentów. Muszę zatem czekać, aż mnie łaskawie wywoła. Siedzę zatem, smętnie rozmyślając, że na House’a, jak kosa na kamień, raczej tu nie trafię. Na Cuddy też nie mam co liczyć.

W poczekalni ruch, bo obok jest punkt przyjęć pacjentów do szpitala, więc co jakiś czas przychodzi pani w czerwonej kamizelce, pytając: Kto do przebierania? Obok mnie siedzą trzy kobiety (niewiasty, jak to mówią dominikanie, babeczki, jak mówi moja przyjaciółka, Movena). Jedna z pań też czeka na badanie, co jakiś czas przynoszą jej plastykowy kubek z płynem, który ma wypić w ciągu 15 minut; dwie pozostałe jej towarzyszą. Babeczki-niewiasty zabawiają się rozmową na przeróżne tematy. Próbuję czytać Wykłady bawarskie Ratzingera, ale, nolens volens, dociera do mnie to, o czym niewiasty rozmawiają. Dowiedziałem się zatem, że kafelki na podłodze w poczekalni są chyba takie same, jak u jednej z nich w łazience („A ty nie masz terakoty?”, spytała druga. „Nie, kafelki; tylko nie wiem, czy moje nie są bardziej kwadratowe”.) Dowiedziałem się, że Ewa Błaszczyk („No wiecie, ta, co ma córkę w śpiączce.”) ma bardzo brzydką, okropną fryzurę, a w TVP mówili o najbrzydszym polskim aktorze („Ale to nie jest ten Maliniak z Czterdziestolatka, czekaj, kogo on grał... no wiesz, ten, jak on się nazywa.”)

Nagle drzwi się otwierają, i do poczekalni wchodzi kobieta w białych legginsach i białym kubraku, emanująca po prostu uśmiechem, ciepłem i macierzyńskością. Ktoś czeka na tomografię? - pyta. Nieśmiało mówię, że ja. No to idziemy. A pani jeszcze pije? - pada pytanie w kierunku jednej z babeczek, która skwapliwie potwierdza. Łobuzerski błysk w oku pani uśmiechniętej, ciepłej i macierzyńskiej: A lubi pani pić?

Idziemy zatem do pracowni, ktoś po drodze zwraca się do mojej towarzyszki per „szefowo”. Pani jest wciąż uśmiechnięta i serdeczna. Mierzy mi ciśnienie, pyta, jak się czuję, tłumaczy, co się może dziać, kiedy poda mi kontrast. Mówię jej, że jest bardzo miła, i że dzięki temu od razu lepiej się czuję. Pani chyba nie usłyszała, pewnie za cicho mówiłem. Ale naprawdę czuję się dobrze: jej serdeczność, jej dobry humor – w takim miejscu! – są po prostu pokrzepiające.

Po badaniu, czekając w poczekalni na wyjęcie wenflonu, dowiedziałem się, że pani to pielęgniarka. Pewnie nigdy nie przeczyta tego, co tu piszę, ale chcę jej bardzo, bardzo podziękować. Za jej podejście do pacjenta, za jej humor i za jej troskę. Nie zawsze można się z tym spotkać w szpitalu czy przychodni. Nie powinienem wprawdzie narzekać, bo jednak częściej mi się zdarza spotkać przyjaznych pracowników służby zdrowia niż tych niemiłych; ale ta bezimienna „pani z tomografii” zasługuje na z głębi serca płynące DZIĘKUJĘ. Za człowieczeństwo.

PS Gregory House, oczywiście, jest zupełnym przeciwnikiem takiego podejścia, ale i tak go lubię. Wbrew pozorom, podobieństwa się przyciągają. Chociaż ja nie umiem grać na fortepianie i nie jeżdżę na motorze.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Nomen omen

No nie, niech pan nie mówi, że moje imię odmienia się jak rodzaj żeński! Tak powiedział jeden z dominikańskich nowicjuszy. Na szczęście, dodał dwie sekundy później, znaczenie ma całkowicie przeciwne, niekobiece.

A chodzi o imię patrona dzisiejszego dnia, apostoła Andrzeja. Imię jest greckie: Andreas, i rzeczywiście odmienia się według wzoru odmiany rzeczowników rodzaju żeńskiego. (Tak jak w polszczyźnie wojewoda czy starosta.) Ale samo imię pochodzi od rzeczownika aner*) – mężczyzna, mąż. Andrzej zatem to ktoś mężny, męski, odważny, dzielny.

Niestety, takich coraz mniej, zwłaszcza w internecie. Odwagi brakuje, żeby się przedstawić, podać swoje imię i nazwisko. Łatwiej schować się za pseudonimem, nickiem, czy jak tam to zwać. Można anonimowo działać, krytykować, napadać, oczerniać, mieszać z błotem, wyśmiewać... Interrete non erubescit, czy, jak kto woli, klawiatura i monitor są cierpliwe.

Męstwo nie jest w cenie. Kiedy chodziłem do szkoły, uczono nas, co to jest cywilna odwaga. Teraz pewnie nie uczą, bo po co być odważnym. Teraz trzeba być anonimowym, i wtedy odwaga nie jest potrzebna.

Na szczęście, są jeszcze prawdziwi Andrzeje.

A św. Andrzej na rubieżach Europy pilnuje: od Wschodu w Konstantynopolu i na Rusi, od Zachodu – w Szkocji.
________________________________
*) Z tego samego rdzenia mamy też italskie słowo, oznaczające mężczyznę – nero.

niedziela, 29 listopada 2009

Pierwszy dzień nowego roku

Oddawanie się chorobie i poddawanie intensywniejszej terapii (czy raczej poddawanie się chorobie i oddawanie terapii) ma swoje dobre strony. Zamiast czytać durne blogi, można sobie spokojnie oglądać House’a, rozmyślać nad ilością przypadków w PIE, patrzeć na trawnik, pokryty spadającymi liśćmi, które tworzą morrisowski wzór, i zachwycać się prostotą i głębią tekstów niemieckiego teologa, który został papieżem. Niestety, nie udało mi się wrócić do Chaucera, a miałem zamiar...

I tak mijały tygodnie, rok dobiegł końca. Nowy rok zaczyna się wieczorem. O 17 Benedykt XVI odprawił nieszpory, pierwsze nieszpory nowego roku.

I niedziela Adwentu jest pierwszą niedzielą całego nowego roku. Liturgia tej niedzieli koncentruje się wokół „owego Dnia”, dies illa, na kilku płaszczyznach. Już w antyfonach jutrzni słyszymy o „owym dniu”, w którym góry wydadzą słodycz, a pagórki mleko i miód, i jest to zarówno zapowiedź Dnia Ostatniego, tak, jak opisują go prorocy: dnia obfitości i Bożego błogosławieństwa dla całego stworzenia [w I nieszporach antyfona głosi, że „wszelkie ciało Go ujrzy”], dnia wiecznego szczęścia jak i zapowiedź Bożego Narodzenia, kiedy to usłyszymy w responsorium nocnego oficjum: Dziś cały świat został napełniony niebiańską słodyczą.

Podobnie prorok Jeremiasz mówi o „owych dniach”, gdy Pan wzbudzi Dawidowi Odrośl sprawiedliwą, a Juda i Jerozolima doznają zbawienia: znowu mamy zapowiedź bożonarodzeniową, gdyż z rodu Dawida pochodzi według ciała Ten, którego narodzenie będziemy świętować (czytanie z Pasterki mówi: super solium David et super regnum eius sedebit in aeternum), a jednocześnie eschatologiczną, bo wciąż jeszcze czekamy na moment, gdy Jeruzalem Kościół Boży będzie mieszkać bezpiecznie w sprawiedliwości i prawie na całej ziemi.

Czytanie z Listu do Rzymian, w jutrzni, także wspomina o „owym dniu”, który jest już bliżej nas początek nowego roku liturgicznego uświadamia nam, że minął kolejny rok, jesteśmy bliżej i końca całego świata, i końca naszego życia - jeśli o tym zapomnieliśmy w ferworze doczesnych trosk, o których z kolei wspomina Ewangelia: uważajcie, aby wasze serca nie stały się ociężałe, by ten dzień nie przyszedł na was jak potrzask, jak pułapka. „Ten dzień”, tu już wyraźnie jawi się jako dzień przyjścia Syna Człowieczego, jak nam przypomina kolekta: ut Christo tuo advenienti occurrentes (...) regnum mereantur possidere caeleste. Dlatego hymn jutrzni przynosi błaganie: gdy Pan nadejdzie powtórnie, niech nas nie karze za błędy [a ileż mamy błędów ‘ukrytych’, jak mówi psalmista!], lecz przebaczeniem obdarzy. Amen.

sobota, 28 listopada 2009

Full Circle

Uton teolian we þonne þeos halige tid eft cume embe twelf monaþ, þe se lifge þæt he betre sy þonne he nu is, þurh Godes fultum, þe lyfað & rixað a buton ende.
Starajmy się, aby, kiedy ten święty czas powróci za dwanaście miesięcy, ten, kto [wciąż] będzie żył, był lepszy niż jest teraz, z pomocą Boga, który żyje i króluje na zawsze, bez końca. (Blickling Homilies XI)

sobota, 31 października 2009

Najpotężniejsza ze wszystkich litanii

Oglądałem kiedyś film fantasy, w którym trzy siostry, czarodziejki, walczyły z potężnym demonem. Aby go pokonać, ułożyły zaklęcie, w którym wzywały po imieniu swe poprzedniczki – przodków po kądzieli – i ich moc. Dopiero w ten sposób zebrana magiczna moc całego rodu była zdolna pokonać demona.

W litanii do Wszystkich Świętych wzywamy naszych poprzedników na drodze do Pana, a są oni także naszą rodziną. Prawdziwą rodziną jest bowiem Kościół, wspólnota braci i sióstr Jezusa: On sam to ogłosił (Mk 3:34-35). (Kiedyś, robiąc korektę „Teofila”, czytałem tekst hiszpańskiego dominikanina, o rodzinie w rozumieniu Jezusa, rodzinie Jego wyznawców, całkowicie niezależnej od wszelkich klanowych i rodowych ludzkich zobowiązań. Autor stawiał śmiałe tezy o zagubieniu tego rozumienia rodziny już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, powrotu do rodowego wzorca, z pomniejszeniem roli prawdziwej rodziny, jakiej pragnął Jezus, a jaką jest Kościół. Tekst nie ukazał się w „Teofilu”, ponoć redakcja uznała go za zbyt śmiały i obrazoburczy.) Wzywamy naszych braci, wzywamy nasze siostry, wzywamy całą ich moc, którą cieszą się z woli Pana. Jak mówił Benedykt XVI w dniu inauguracji swojego pontyfikatu: Wy wszyscy, drodzy przyjaciele, właśnie wzywaliście cały zastęp świętych, wielkie imiona historii kontaktów Boga z ludźmi. Wszyscy święci Boga są tu, aby mnie chronić, aby mnie podtrzymywać, aby mnie nieść.

W czasie inauguracji pontyfikatu śpiewano wprawdzie nie litanię do Wszystkich Świętych, ale Laudes Regiae, w których wzywa się świętych, aby wspomagali święty Kościół i papieża. Benedykt XVI nawiązał jednak do litanii, śpiewanej w czasie pogrzebowych uroczystości Jana Pawła II, i w czasie procesji kardynałów na konklawe. Ci, którzy wierzą – mówił papież – nigdy nie są sami, ani w życiu, ani w śmierci. W tamtym momencie [chodziło o pogrzeb poprzedniego papieża] mogliśmy wzywać świętych wszystkich wieków, jego przyjaciół, jego braci i siostry w wierze, wiedząc, że utworzą oni żyjącą procesję, towarzyszącą mu w drodze do przyszłego świata, do chwały Boga. Nie darmo Brandstaetter, pisząc o śmierci Jana XXIII, pisał o szumie apostolskich szat, o Apostołach, nachylających się z niebios nad umierającym papieżem. To właśnie była procesja świętych.

Kościół śpiewa tę starożytną litanię, której początki giną w mroku stuleci, w szczególnych sytuacjach, wtedy, kiedy potrzeba mu szczególnie mocy z wysoka. Wiedzą to dobrze ci, którzy w czasie święceń czy ślubów wieczystych słyszeli ją nad sobą, i czuli, jak staje za nimi cały, potężny zastęp świętych. Potężniejsi są niż całe piekło, bo ich moc jest z Pana. Bo są Kościołem, a Pan obiecał Piotrowi, że bramy Szeolu, bramy świata podziemnego, bramy śmierci, nigdy nie przemogą Kościoła (Mt 16:18). Ta litania, te imiona świętych, są tego dowodem.

Sami jesteśmy za słabi do walki, ale kiedy wezwiemy całą moc naszego rodu – Kościoła – możemy pokonać wszelkie zło. Święci stoją za nami, aby nas wspierać, dzielą się z nami swą siłą.

Panie, błagamy, poucz w duchowy sposób swój lud; Ty pozwalasz nam rozpoczynać już uroczystość Wszystkich Świętych, spraw, abyśmy dzięki ich trosce byli Tobie oddani, a dzięki ich obronie bezpieczni. (dawna modlitwa z I nieszporów uroczystości Wszystkich Świętych)

A teraz żegnam czytelników. Z powodów osobistych znikam z blogów na jakiś czas. Pewnie do nowego roku. Namarie!

piątek, 30 października 2009

Aliteracja

Ego sum via, veritas et vita. (J 14:6)

Est ergo verbum in Patre, verbum in ore, verbum in corde. (...) Qui cum sit vita, sic est vivus, ut sit vivificus. (...) Vivus est ergo hic sermo in corde Patris, vivus in ore praedicantis, vivus in corde credentis et amantis. (bp Baldwin z Canterbury)

niedziela, 25 października 2009

Z greki na angielski, czyli Bizancjum na Wyspach

W czasie ostatniej choroby, oprócz rozważań nad dziwnymi snami, przeglądałem też angielski przekład liturgii św. Jana Chryzostoma, zrobiony na użytek Kościoła prawosławnego w Anglii. Przekładu dokonał archimandryta Efrem, który jest także, z woli Bartłomieja I, oficjalnym tłumaczem Biblii dla anglojęzycznej wspólnoty prawosławnej. O. Efrem zajmował się studiami biblijnymi i patrystycznymi, tłumaczył m.in. Romana Pieśniarza, a posługuje przy kościele świętych Antoniego Wielkiego i Jana Chrzciciela w Londynie. Do przekładu Boskiej Liturgii o. Efrem dołączył bardzo ciekawy  wstęp. Oto jego fragment.

Misją prawowiernych chrześcijan jest głoszenie Królestwa Bożego, a to dokonuje się nade wszystko w czasie świętej Liturgii. Przez celebrację liturgiczną, Chrystus i Jego miłość do ludzi stają się obecne w świecie. Ta celebracja jest wspólnym zadaniem całego Ludu Bożego.

Liturgia jest ‘służbą publiczną’ – takie jest znaczenie słowa leitourgia, pochodzącego od laos, lud, i ergon, dzieło, tak w starożytnej, jak i we współczesnej grece. W tej służbie wszyscy członkowie Kościoła są działającymi (workers – angielskie work i greckie ergon są z tego samego rdzenia – mój przypis). Innymi słowy: to nie są zawody sportowe, w których kapłan, diakon, posługujący i śpiewacy są zawodnikami, a zgromadzenie pełni rolę widzów lub słuchaczy. Niemal wszystkie modlitwy liturgiczne są w pierwszej osobie liczby mnogiej (sądząc po reakcjach moich studentów, wiele osób nie ma pojęcia, co to znaczy w języku polskim, więc wyjaśniam: 1 os. l.mn. to MY – mój przypis). Kapłan i diakon zwracają się do całego zgromadzenia: „Pokój wszystkim”, „Módlmy się do Pana”. I Lud odpowiada: „I z duchem twoim”, „Panie, zmiłuj się”. Razem wyznajemy naszą wiarę, razem wołamy do Boga „Ojcze nasz”. Nie przychodzimy na Liturgię jako odizolowani od innych; jesteśmy na niej jak członki, jak członki Ciała Chrystusa. Przychodzimy, aby razem słuchać słów Apostołów, razem słuchać słów samego Pana w świętej Ewangelii. I wreszcie, kiedy zbliżamy się do Kielicha w czasie Komunii, mamy wspólnie udział w jednym Chlebie, pijemy z jednego Kielicha. Według przepisów Kościoła kapłanowi nie wolno celebrować Liturgii samemu; zawsze musi być przy nim chociaż jedna osoba, która reprezentuje Lud Boży, którego dziełem jest Liturgia.

Ecce ego et pueri mei quos mihi dedit Deus

Czytam list od Clive’a, z Hiszpanii. (Angielscy seminarzyści zawsze jadą najpierw na rok do Valladolid.) Ciężko tam. Jest ich na roku trzynastu, w wieku od 18 do 49 lat. Muszą się jakoś nauczyć żyć razem, aby przetrwać dalsze lata w seminarium, już na angielskiej ziemi. A ja myśleć zaczynam o studentach, których uczyłem na Służewie.

Zaczęło się od spadających kasztanów. Kiedy pierwszy raz przyjechałem na Służew, prosto z cmentarza, był 21 IX, sobota, dzień św. Mateusza. Braci szli z klasztoru do kościoła, kasztanową alejką; nagle powiał silny wiatr i zaczęły spadać kasztany. Bracia pośpiesznie uskakiwali lub zasłaniali głowy rękoma i kapturami.

Pierwszy rocznik pamiętam jak przez mgłę. Może dlatego, że przejąłem go po innym nauczycielu greki, a może dlatego, że wtedy w moim życiu dużo się działo, i inne wspomnienia przytłumiły służewieckie. Pamiętam, że jeden z braci pożyczał ode mnie książkę z ilustracjami Tolkiena (Franciszek, z Ukrainy), a inny szukał greckiego tekstu najstarszej modlitwy do Matki Bożej (Mikołaj Mrówczyński). Potem był rocznik, z którym zżyłem się najbardziej, jedyny, który odważył się na naukowy obóz grecki: Martinus Germaniae Apostolus, Neoneo, Tabaczek, Łosiu i inni. To z nimi byliśmy na kolacji u sióstr na Piwnej i na herbacie w nieistniejącej już herbaciarni przy Bednarskiej. Potem był rocznik Dominika i Kuby, chyba tylko oni dwaj zostali z tych, którzy uczyli się dodatkowo greki. Chyba w tej grupie był Andrzej od „Wniebowziętej Panienki” – szkoda, że odszedł, miał niezwykłe poczucie humoru. Potem był kolejny rocznik, i kolejny, i kolejny... I jeszcze był taki, z którego dwanaście osób się zapisało na grekę –  i czytaliśmy Herodotowe rewelacje o życiu w Egipcie. Jeden z tych dwunastu, br. Arnold, z wielkim samozaparciem pisał wiersze po łacinie. Ostatnia grecka grupa jest już mniejsza o br. Maksyma... Wreszcie, w zeszłym roku była grupa specjalna, już nie z greki, ale z łaciny – odrzucona przez nauczycielkę łaciny jako za słaba. Bardzo ich lubiłem. Teraz jest nowicjat.

Lubię ich uczyć, tak jak lubiłem uczyć ich poprzedników. Pewnie dlatego, że są młodzi, pełni zapału, radości. Są tak bardzo różni ode mnie, który nigdy młody nie byłem, a mam już za sobą, według Pisma, połowę żywota, i jestem nią srodze zmęczony. Są pełnokrwiści, po prostu – żywi. Potrafią się śmiać (w klasie maturalnej sensacją było to, że na zdjęciu ze studniówki się uśmiecham; ktoś mi wtedy powiedział: „Morawski, nie wiedziałam, że ty się umiesz śmiać!”) i żartować, obserwować z jakąś świeżością świat wokół nich. Nieskażeni jeszcze rutyną i nudą. I oby takimi zostali, bo zbyt wielu już spotkałem mdłych, nudnych i bladych dominikanów.

Ale skoro ja, lodowaty jak Królowa Śniegu i ponury jak Król Olch, nie zdołałem ich zmrozić – to wielkie są szanse, że za łaską Bożą takimi zostaną: wiecznie młodymi, jak pióra orła.

piątek, 23 października 2009

Duch trzeźwości

Dostałem dzisiaj wreszcie „Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej” Josepha Ratzingera, czyli Benedykta XVI, wydane przez W drodze. Ostatni rozdział poświęcony jest recepcji ostatniego Soboru. Papież podchodzi do tego wyjątkowo trzeźwo, dostrzegając zarówno porażki, jak i sukcesy, rzeczy dobre i błędy. Patrzy jednak z nadzieją, którą znajduje w wierze, unika tak popularnego wśród krytyków Soboru czarnowidztwa i zgorzknienia.

Pisze między innymi tak:

Widzimy dzisiaj pojawiający się nowy integryzm, który tylko pozornie staje w obronie pozycji ściśle katolickich, w rzeczywistości bowiem gruntownie je rozkłada. Istnieje zaprawiona nienawiścią pasja podejrzliwości, ze swej natury bardzo daleka od ducha Ewangelii. Istnieje kurczowe trzymanie się litery, kiedy deklaruje się nieważność liturgii Kościoła i tym samym odchodzi się od niego. Zapomina się tutaj, że ważność liturgii zależy w pierwszym rzędzie nie od określonych słów, lecz od wspólnoty Kościoła; pod pretekstem katolicyzmu neguje się jego istotną zasadę i w dużej mierze prawdę zastępuje się zwyczajem. (...)

Czy ten sobór stanie się pozytywną siłą w historii Kościoła, czy nie, tylko pośrednio zależy to od tekstów i organizacji. Decydująca jest tu obecność ludzi – świętych – którzy z całkowicie dobrowolnym zaangażowaniem swej osoby tworzą coś nowego i żywego.

Ludzie, którzy tworzą coś nowego i żywego. Czytając różne dyskusje mam jednak wrażenie, że zamiast tworzyć, ludzie wolą narzekać, wskazywać błędy i nie zastanawiać się nad sposobami ich naprawienia. Podejrzliwość doprowadzają do perfekcji, wszędzie węszą zło. Zamiast tworzyć coś żywego, wolą wykopywać tylko to, co dawne, i zdecydowanie odrzucać wszystko, co nowe. Tak przecież łatwiej.

Cieszę się, że chociaż papież ma zdolność do trzeźwego osądu i do wysiłku, aby w wierze iść naprzód, tworząc żywy Kościół. Że potrafi wskazać błędy i nadużycia posoborowe, ale stara się też znaleźć na nie lekarstwa, zamiast z pychą i arogancją potępiać. Że potrafi wskazać na dobro, które Sobór przyniósł, i z którego należy się cieszyć. Et quae bona sunt, nutrire studet, ac, vigilanti studio, quae sunt nutrita, custodit, vestigia sequens boni Pastoris, qui gregem suum dilexit.

czwartek, 22 października 2009

Sny skrupulata, czyli ciężkie jest życie katolika

Ciężkie jest życie skrupulata. Zwłaszcza skrupulata, którego kuzynem jest Hieronim ze Strydonu.

Może się bowiem zdarzyć, że skrupulat będzie miał gorączkę, a do niej dołączą sny. (Zwykle dzieje się to w połowie Wielkiego Postu, ale nie tylko.) We śnie skrupulat może nagle się znaleźć przed tronem Sędziego, który zapyta go: Kim jesteś? Skrupulat odpowie: Katolikiem. Usłyszy wtedy: Kłamiesz, nie jesteś katolikiem. Jest bowiem napisane: Gdzie skarb twój, tam serce twoje, a twoje serce często jest przy książkach, pisanych przez niekatolików, muzyce, komponowanej i wykonywanej przez niekatolików, i przy ludziach niekatolikach.

Skrupulat zacznie się zastanawiać, i dojdzie do wniosku, że, istotnie, zdarza mu się czytywać książki pisane przez niekatolików, i niektóre nawet mu się podobają. Owszem, często spotyka się z osobami, które nie są katolikami, i nawet dobrze mu się z nimi rozmawia. Co więcej, może się nagle okazać, że je ze smakiem chleb pieczony w niekatolickiej piekarni, albo nosi ubranie, szyte przez niekatolika. W ten sposób, wprawdzie nieświadomie, wspiera owych niekatolików, którzy mogą dzięki temu żyć, żenić się, płodzić (nie po katolicku, oczywiście) niekatolickie dzieci, które będą dostarczały mu np. buty albo lekarstwa, etc., etc.

A w metrze – iluż to niekatolików stoi obok niego, oddycha tym samym powietrzem – a skoro oddychają, to i wydychają swój niekatolicki CO2, który potem dostaje się do jego płuc. Czasami też słyszy, o czym owi niekatolicy rozmawiają, więc mniej lub bardziej świadomie owe niekatolickie treści dostają się do jego umysłu. Dom, w którym mieszka, też pewnie został zbudowany przez niekatolików.

Można przestać czytać książki pisane przez niekatolików. Popatrzmy na półkę... Chaucer – jeszcze katolik, ale Donne już nie. Herbert (George) też nie. Autor Sir Gawaina – tak. Poezja walijska – trzeba będzie niektóre kartki wyrwać. To samo można zrobić z płytami. Chociaż tam będzie trudniej: jeśli katolicką muzykę wykonuje niekatolicki zespół? Z ludźmi można spróbować, po prostu unikać niektórych, do pracy chodzić pieszo, najlepiej szerokim łukiem omijając wszystkich przechodniów. Ale co z domem, jedzeniem, ubraniem?

Teoretycznie katolik-skrupulat mógłby, aby uniknąć owego oskarżenia z ust Sędziego, na przykład sam sobie piec chleb. Ale czy mąka jest z katolickich młynów? Nie wiadomo. Można kupić pszenicę i zasiać na balkonie, ale trzeba znaleźć najpierw katolickiego rolnika. Z deszczem przynajmniej nie będzie problemu, bo jest Boży. (A może to nie wystarczy? Bo w końcu Bóg nie jest katolikiem.) Z ubraniem gorzej, bo trzeba by chyba zacząć od uprawy lnu i bawełny, a w tym klimacie to tylko len zostaje. No i owce zacząć hodować.

Może ten sen się w końcu skończy... Niech mnie ktoś uszczypnie.

środa, 21 października 2009

Cytacik

Akurat mi ktoś podesłał. Ale ostrzegam, autorem jest protestant! Który na dodatek przywiózł do Europy tytoń. Wybuchowa mieszanka.

There is nothing more to be admired and more to be lamented than the private contention, the passionate dispute, the personal hatred, and the perpetual war, massacres, and murthers for Religion among Christians. (History of the World, by Sir Walter Ralegh; 1614)

wtorek, 20 października 2009

Czego kiedyś uczono w seminariach

Podobno uczono, że nie należy w autobusie czy tramwaju ustępować miejsca żadnej kobiecie. Podobno. Na pewno zaś uczono łaciny.

Przy nauce pomagają często wierszyki mnemotechniczne. Pozwalają zapamiętać jakąś  gramatyczną regułę czy końcówki. Kiedyś były bardzo popularne i znaleźć je wciąż można w starych gramatykach.

Pewien franciszkanin (świeć, Panie, nad jego duszą) opowiadał mi z dumą, jakich wierszyków używano w jego seminarium, w celu zapamiętania form zaimków, których w łacinie jest mnóstwo:

Idem, eadem, idem
Szła Żydówka z Żydem.
Hic, haec, hoc
Żyd Żydówkę w bok.


A przecież mogłoby być:

Idem, eadem, idem
Sny są tylko zwidem.
Hic, haec, hoc
Jak zająca skok.


Ale pewnie wtedy nie można by z dumą o tych wierszykach opowiadać, byłyby strasznie banalne. Nie byłyby śmieszne.

czwartek, 15 października 2009

Żółw ojca magistra

Łacina w nowicjacie. Tłumaczenie zdania: Et tu, Brute, contra me?

Ja: A wiadomo, kto to powiedział?
Brat A.: Tak, Cezar w Idy Marcowe 44.
Ja (patrzę na zegarek, zostały dwie minuty): Wróżbita ostrzegał Cezara przed Idami Marcowymi, ale spiskowcy zdołali go wywabić z domu. Po drodze spotkał go ów wróżbita, Cezar do niego ze śmiechem powiedział: „Widzisz, są Idy Marcowe, i nic złego mnie nie spotkało!” Na co wróżbita: „Ale Idy się jeszcze nie skończyły”. Czyli tak, jakby mu powiedział „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”. A wiadomo, jak Rzymianie wróżyli?

Brat B.: A wiadomo czy chce pan wiedzieć?
Ja: Wiadomo i ja wiem.

(Cisza.)

Ja: Były dwa główne sposoby: auspicja, czyli wróżenie z lotu ptaków, i haruspicja, czyli wróżenie z wnętrzności zwierząt.
Bracia: ????
Ja: No grzebało się we wnętrznościach zwierzęcia, i np. na podstawie wyglądu wątroby przepowiadało przyszłość. Ale to było obrzydliwe, więc lepiej nie próbujcie...
Brat A.: My mamy tylko żółwia, to znaczy magister ma...

środa, 14 października 2009

Podwójna data śmierci

Święta Matka, Teresa od Jezusa, odeszła do Pana akurat wtedy, gdy papież Grzegorz XIII zmieniał kalendarz. I tak 4 X 1582, dzień jej śmierci, zamienił się w 15 X.

W jej uroczystość w Karmelu czyta się w II nieszporach fragment z Listu św. Judy. (O. Augustyn Jankowski kiedyś mówił, że to chyba najmniej znana, najrzadziej czytana księga Nowego Testamentu.)

Umiłowani, budując samych siebie na fundamencie waszej najświętszej wiary, w Duchu Świętym się módlcie i w miłości Bożej strzeżcie samych siebie, oczekując miłosierdzia naszego Pana, Jezusa Chrystusa, które wiedzie ku życiu wiecznemu. (Jud 20-21)

Kiedy leżała na łożu śmierci, przynoszono jej jesienne liście, które bardzo ją cieszyły. W konaniu jej ciało jakby odmłodniało, i jedna z obecnych sióstr powiedziała: Matka nasza od miłości umiera. Jak oblubienica w Pieśni nad pieśniami.

Znamy się z Teresą od dawna. Wielu łatwiej się zaprzyjaźnić z jej córką, Teresą od Dzieciątka Jezus, ale w moim przypadku było inaczej: najpierw Teresa, potem Tereska. Może dlatego, że Teresa miała bliskie mi poczucie humoru?



Vivo sin vivir en mí,
y de tal manera espero,
que muero porque no muero.

Vivo ya fuera de mí
después que muero de amor;
porque vivo en el Seńor,
que me quiso para sí;
cuando el corazón le di
puse en él este letrero:
que muero porque no muero.

Esta divina prisión
del amor con que yo vivo
ha hecho a Dios mi cautivo,
y libre mi corazón;
y causa en mí tal pasión
ver a Dios mi prisionero,
que muero porque no muero.

¡Ay, qué larga es esta vida!
¡Qué duros estos destierros,
esta cárcel, estos hierros
en que el alma está metida!
Sólo esperar la salida
me causa dolor tan fiero,
que muero porque no muero.

¡Ay, qué vida tan amarga
do no se goza el Seńor!
Porque si es dulce el amor,
no lo es la esperanza larga.
Quíteme Dios esta carga,
más pesada que el acero,
que muero porque no muero.

Sólo con la confianza
vivo de que he de morir,
porque muriendo, el vivir
me asegura mi esperanza.
Muerte do el vivir se alcanza,
no te tardes, que te espero,
que muero porque no muero.

Mira que el amor es fuerte,
vida, no me seas molesta;
mira que sólo te resta,
para ganarte, perderte.
Venga ya la dulce muerte,
el morir venga ligero,
que muero porque no muero.

Aquella vida de arriba
es la vida verdadera;
hasta que esta vida muera,
no se goza estando viva.
Muerte, no me seas esquiva;
viva muriendo primero,
que muero porque no muero.

Vida, ¿qué puedo yo darle
a mi Dios, que vive en mí,
si no es el perderte a ti
para mejor a Él gozarle?
Quiero muriendo alcanzarle,
pues tanto a mi Amado quiero,
que muero porque no muero.

wtorek, 13 października 2009

Pokrow

Uroczyście dziś święto obchodzimy, jako pobożni, opromienieni Twoim przyjściem, Bogurodzico. Spoglądając na przeczysty Twój obraz, z miłością wołamy: Osłoń nas czcigodnym swoim welonem i wybaw nas od wszelkiego zła, błagając Twego Syna o zbawienie dusz naszych.

Welon, a właściwie maforion, Bogurodzica trzyma nad światem jako znak opieki. Czasami na ikonach podtrzymują go aniołowie, aby błogosławiona Maryja mogła wznieść w modlitwie ręce do Pana.

W tradycji zachodniej mówi się częściej o płaszczu Maryi, symbolizującym Jej opiekę. Ale św. Teresa od Dzieciątka Jezus kiedyś napisała, że czuła się jak pod welonem Matki Bożej – tak spokojnie i bezpiecznie.

(Święto Opieki Bogurodzicy – Pokrow – obchodzi się 1 X, na pamiątkę wizji św. Andrzeja z Konstantynopola, w 10. wieku. Ujrzał Bogurodzicę, modlącą się wraz z aniołami i świętymi, a następnie okrywającą świat swoim maforionem.)

poniedziałek, 12 października 2009

Nie mam srebra ani złota...

Paweł VI zrezygnował z noszenia tiary, ozdobionej trzema koronami, symbolizującymi papieską władzę: niebieską, ziemską i nad czyśćcem. Benedykt XVI zrezygnował z tiary w swoim papieskim herbie, zastępując ją biskupią mitrą, dodając jednocześnie paliusz, jako symbol papieskiej posługi.

Pewnie niektórzy mają to papieżowi za złe i boleją nad brakiem tiary... No cóż, sic transit gloria mundi.

sobota, 10 października 2009

Święci zapoznani, święci nieznani (iii)

Jej imię to jedno z poetyckich słów często używanych przez moich staroangielskich przodków: Hild, czyli bitwa. Żeby brzmiało bardziej kobieco, dodano żeńską końcówkę, i tak mamy św. Hildę.

Przez trzydzieści trzy lata żyła, jak się to ładnie w języku duchownych mówi, w świecie. W 657 ufundowała – a stać ją na to było, gdyż pochodziła z możnego rodu, spokrewnionego z władcami i Northumbrii, i wschodniej Anglii –  klasztor w Withby. Właściwie było to podwójne opactwo, dla mnichów i mniszek, a Hilda była jego ksienią (a nie opatką, jak to niektórzy mówią). Pięciu późniejszych biskupów kształciło się w opactwie Whitby. Ale najważniejsze wydarzenia, związane z tym miejscem i z Hildą, to synod w 663 i cudowna wizja Cædmona.

Synod miał położyć kres sporom o datę Wielkanocy. Pamiętać trzeba, że Brytania była chrystianizowana z dwóch stron: od północy przybywali iroszkoccy mnisi, od południa – misjonarze z Rzymu. Różnili się, między innymi, w sposobie obliczania daty Wielkanocy. W czasie synody Hilda wspierała wprawdzie stronę iroszkocką, ale przyjęła z pokorą decyzję o świętowaniu Wielkanocy według kalendarza rzymskiego.

O Cædmonie już kiedyś pisałem. Był prostym pasterzem, który pewnej nocy otrzymał natchnienie, i zaczął tworzyć pieśni ku chwale Boga. Hilda, przeczuwając, że pasterz otrzymał dar od Pana, nakazała kapłanom opactwa, aby się nim zajęli. Opowiadali mu biblijne historie, a Cædmon przetwarzał je na poematy w swoim ojczystym języku, zrozumiałe dla prostych ludzi.

Ostatnie sześć lat życia Hildy wypełniały choroby, które jednak nie zdołały osłabić jej działalności, jej pracy, zarządzania opactwem, dbania o naukę, udzielania rad, o które prosili ją i mnisi, i władcy, i zwykli ludzie. Zmarła 17 XI 680 roku, a świadectwo jej kultu pojawia się już w kalendarzu z początków wieku ósmego.

czwartek, 8 października 2009

Przyimki mszalne

Modlitwę eucharystyczną kończy swego rodzaju doksologia: Per ipsum, et cum ipso, et in ipso, est tibi, Deo Patri omnipotenti, in unitate Spiritus Sancti, omnis honor et gloria per omnia saecula saeculorum. Następujące potem Amen niektórzy nazywają najważniejszym Amen w całej Mszy.

Chwałę i cześć Kościół oddaje Ojcu, składając Ofiarę Chrystusa Pana, w jedności Ducha Świętego. Robi to przez Chrystusa – On sam jest wszak Ofiarą i Ofiarnikiem. Można przynieść ofiarę, a On ją złoży. Z Chrystusem – można stanąć obok Niego i wraz z Nim składać ofiarę.

I wreszcie najbardziej przerażające: w Chrystusie. To znaczy stać się, jak On, ofiarą i ofiarnikiem jednocześnie. W Nim nasze człowieczeństwo. My w Nim, On w nas. Przerażające, bo my, grzeszni, nagle możemy być w najświętszym Chrystusie. Święte przerażenie, bojaźń Pańska, nie ogarnie tylko głupca.

środa, 7 października 2009

Skojarzenia

Dawno, dawno temu w telewizji był program pt. „Skojarzenia” – jeden z pierwszych chyba teleturniejów w tym kraju – ale nie o nim chcę napisać.

Idąc dziś wieczorem na spotkanie z (przy)dominikańską młodzieżą, spragnioną słodkich dźwięków kwiryckiej mowy, mijałem cmentarz, na którym pochowana jest moja, martwa po urodzeniu, siostra. Niebo straciło już kolor rublowskiego błękitu, stawało się ciemne jak szaty Dziewicy z wiltońskiego dyptyku, Earendil jaśniał promiennie. Po mojej prawej ręce, za murem, był cmentarz, po lewej – ulica. (Akurat dziś w nowicjacie na łacinie mówiliśmy o prawicy, lewicy i tabu wilka.) Ulica była głośna, słychać hałas samochodów, które pewnie dawno powinny trafić do przeglądu lub na złomowisko. Po drugiej stronie, za murem, było cicho. Pachniało tujami, a wychylające się zza muru drzewa trwały nieruchomo. W zupełnej ciszy, której nie mąciły odgłosy jezdni. I było w tym coś dziwnego, ten wyraźny, bardzo wyraźny kontrast.

Cmentarz, etymologicznie, to sypialnia. Poprzez łacińskie coemeterium dochodzimy do greckiego koimeterion, a koimao znaczy zasypiać. W 18. czy 19. wieku próbowano wymyślić inną etymologię, cmentarz miał pochodzić od starszej formy – smętarz. Czyli miejsce, gdzie można się smęcić nad grobem.

I tak idąc, rozmyślając o cmentarnej etymologii, przypomniałem sobie Thomasa Graya, angielskiego poetę. Przeżył jako jedyny z dwunastu dzieci swoich rodziców. Należy do tzw. graveyard poets, cmentarnych poetów, poprzedników romantyzmu – jest autorem (1751) „Elegii napisanej na wiejskim cmentarzu”.

A wracając metrem myślałem o słowach psalmu: In pace, in idipsum, dormiam et requiescam.

niedziela, 4 października 2009

Kiedy rano jadę autobusem...


... między wersetami psalmów wyglądam przez okno i ze smutkiem patrzę na długie szeregi samochodów, jadących obok. (Czasami nie jadą, ale stoją. Ludzie mówią wtedy, że jest korek.)
W prawie każdym samochodzie tylko jedna osoba, czyli kierowca. Kiedyś próbowałem policzyć, w ilu samochodach oprócz kierowcy siedzi ktoś jeszcze: w czasie prawie pół godziny jazdy przez centrum Warszawy naliczyłem takich samochodów tylko szesnaście. Pośród – stu? dwustu?

Podobno w niektórych krajach są specjalne pasy na autostradach, dla samochodów, w których jadą przynajmniej cztery osoby. Ludzie dowożą się wzajemnie do pracy: w tym tygodniu swoim samochodem wiezie nas Gregory*), w przyszłym Lisa, a w następnym ja. Może u nas tak kiedyś będzie? Gdyby tak było, samochodów na ulicach byłoby mniej. Nie byłoby wspomnianych wyżej korków. Powietrze byłoby czystsze, śnieg zimą dłużej byłby biały. Środowisko byłoby bezpieczniejsze. Ziemia mogłaby odetchnąć.

Wiem, wiem, zaraz usłyszę, że znowu piszę o mało ważnych sprawach, które nie mają nic wspólnego z liturgią, teologią, moralnością i w ogóle ludzkością, bo są za mało duchowe, a za bardzo przy-ziemne. Może i tak, ale na te sprawy zwraca też uwagę Benedykt XVI, chociaż w Kościele jest chyba głosem wołającym na pustyni. Niedługo owa pustynia będzie jak najbardziej dosłowna. A dziś dzień św. Franciszka z Asyżu (kard. Schönborn napisał, że duchowość franciszkańska jest bliska Ojcu św.), patrona ekologów. Franciszek dobrze rozumiał, że człowiek stoi przed Panem w imieniu całego stworzenia, zarówno po to, aby w jego imieniu oddawać Panu cześć i uwielbienie, jak i po to, aby za stworzenie odpowiadać.

Od czasów mojego dzieciństwa jesteś mi przyjacielem, Franciszku. Porusz tych, którzy nie potrafią patrzeć tak, jak ty patrzyłeś, myśleć tak, jak ty myślałeś, kochać, jak ty kochałeś, cieszyć się, jak ty się cieszyłeś.

Ks. J.Twardowski
Nie tylko my

Czytamy – Bóg umiłował świat...
a więc nie tylko ludzi

ale i pliszkę
odymioną pszczołę

jeża eleganta wprost spod igły
nawet muła ni to ni owo

bo ani to koń ani osioł

(żal że go człowiek stwarzał

żyje jak kawaler co się nie rozmnaża)
gruszę co kwitnie zaraz przed jabłonią

liście konwalii prawie bez ogonka

cielę co za matką się wlecze


a my tak czulimy się do Boga

jakby On miał nas tylko kochać na świecie

_______________
*) Tak naprawdę, Gregory jeździ na motorze... Ale możecie sobie wstawić jakiekolwiek imię, np. James. On ma samochód.

sobota, 3 października 2009

Thou settest Earthquake in the South*)

Pomódlmy się za Indonezję.

Omnipotens, sempiterne Deus, maestorum consolatio, laborantium fortitudo, perveniant ad te preces de quacumque tribulatione clamantium, ut omnes sibi in necessitatibus suis misericordiam tuam gaudeant adfuisse. Per Christum Dominum nostrum.
________________
*) Emily Dickinson

piątek, 2 października 2009

Aniele Boży, Stróżu mój

Polski Anioł Stróż nosi koszulę nocną, używa lokówek i interesuje się głównie pacholętami, idącymi przez wąską kładkę. Biblijny Anioł Stróż jest o wiele dostojniejszy, czcigodniejszy – i groźny.

Może objawić się jako słup ognia, bywa czasami płomieniem lub wśród płomieni się przechadza. Jeździ konno na czele armii, potrafi unieść człowieka, trzymając go za włosy. Pomaga znaleźć na pustyni źródło i we śnie ostrzega przed mordercami.

W słynnym wierszu Reginalda z Canterbury, św. Malchus modli się do swego Anioła Stróża, aby ocalił go od piekła, które nazywa greckimi słowami: tartarus i barathrus. Anioł wie, jakie rzeczy dziać się będą przy końcu świata, mówi Malchus, niech więc będzie lekarzem i uleczy jego rany, przez które dusza ma zginąć w piekle.

Potężnym duchem jest każdy Anioł Stróż.

Aniele Boży, stoisz bezpośrednio przed Trójcą Świętą, nie przestawaj błagań zanosić za mnie. Od Boga masz moc, aby strzec mojej duszy, nie przestawaj osłaniać jej nieustannie swoimi skrzydłami. (Horologion bizantyński)

czwartek, 1 października 2009

Zaczął się październik

Święta Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, patronka dnia dzisiejszego, nie lubiła różańca.

A tu jeszcze mój ulubiony obrazek różańcowo-sutannowy:


wtorek, 29 września 2009

Cum angelis et archangelis



Inni mądrzej i ciekawiej napiszą o świętych aniołach, biblijnie i teologicznie, i liturgicznie pewnie też. Ja zacytuję św. Franciszka z Asyżu.

Franciszek ułożył oficjum o Męce Pańskiej, składające się z fragmentów psalmów, dosyć swobodnie połączonych. Wszystkie godziny kanoniczne miały jedną i tę samą antyfonę, odpowiednią także na dzisiejsze święto:

Święta Maryjo, Dziewico, wśród niewiast na świecie nie urodziła się podobna Tobie, Córko i Służebnico najwyższego Króla, Ojca niebieskiego, Matko najświętszego Pana Jezusa Chrystusa, Oblubienico Ducha Świętego: módl się za nami wraz ze świętym Michałem Archaniołem i wszystkimi mocami nieba, i wszystkimi świętymi do Twojego najświętszego, umiłowanego Syna, Pana i Mistrza.

Aniołowie są tu wzywani wraz ze świętą Dziewicą; podobnie było w brakującej strofie dzisiejszego hymnu nieszporów – mało kto już pamięta, że kiedyś nią właśnie, przed doksologią, kończył się hymn o świętych archaniołach. Po wezwaniu Michała, Gabriela i Rafała śpiewano:

Boga naszego Rodzicielka święta
Tu niech przybędzie wraz z aniołów chórem,
Z orszakiem świętych niechaj stoi przy nas
Teraz i zawsze.

A jeden z hymnów o św. Michale już chyba kiedyś podawałem:

Odblaskiem Ojca jesteś Ty,
o Jezu, życiem naszych serc;
aniołów Tobie śpiewa chór,
chwalimy teraz z nimi Cię.

Zastępów Twych nie zliczy nikt,
niebieskie wojska służą Ci.
Zwycięski Michał wznosi krzyż,
zbawienia co sztandarem jest.

Groźnego Smoka strącił on
w otchłanną piekła wieczną noc,
z niebiańskich siedzib wygnał go,
a z nim upadłych duchów tłum.

Niech Michał poprowadzi nas
do walki z wrogim duchem złym,
by nam zwycięstwa wieniec dał
Baranek, co ma w niebie tron.

Inny, o wiele starszy hymn o św. Michale, czeka wciąż na tłumaczenie.

Pod koniec średniowiecza w Anglii było 686 kościołów poświęconych św. Michałowi.

 Michał

Gabriel

niedziela, 27 września 2009

Iterum missa pro amico

Wczoraj miałem dzień telefonicznych rozmów z przyjaciółmi. Zatem dwa kolejne formularze mszy pro amico, z mszału z Exeter:

(i)
Kolekta: Boże, Ty usprawiedliwiasz bezbożnego i nie chcesz śmierci grzeszników, pokornie błagamy Twój majestat, abyś sługę Twego N., który ufa Twemu miłosierdziu, wspomagał niebiańską pomocą i strzegł ustawicznie; niech zawsze Ci służy, a żadne pokusy niech nie zdołają go od Ciebie odłączyć.

Nad darami: Mocą tego misterium, błagamy, o Panie, i od własnych win nas oczyść, i sługę Twego N. od wszystkich uwolnij grzechów.

Prefacja: (...) wszechmogący, wieczny Boże. Godne to jest, abyśmy błagali pokornie o Twoją litość, aby ta Ofiara, którą Tobie składamy za sługę Twego N., znalazła uznanie w Twoich oczach. Jak świętych Twoich prawdziwa wiara doprowadziła do chwały, tak jego niech doprowadzi do przebaczenia nasza pobożność, abyś przejednany tą Ofiarą, oczyścił go od wszelkiego brudu występków, i obdarzył owocami dobrych uczynków.

In fractione: Tę przeto Ofiarę, którą Tobie ofiarujemy za sługę Twego N., aby mógł otrzymać przebaczenie wszystkich swoich grzechów, przyjmij łaskawie, Panie, błagamy Ciebie, i spraw w swoim wielkim miłosierdziu, aby posłużyła ta Ofiara dla niego na odpuszczenie grzechów i poprawę uczynków, aby na tym świecie mógł dobrze żyć, i szczęśliwie doszedł do wiecznej szczęśliwości.
Po Komunii: Niech nas oczyści, prosimy Cię, Panie, Sakrament, który przyjęliśmy, a sługa Twój N. niech wolny będzie od wszelkiej winy i cieszy się obfitością niebiańskiego lekarstwa, gdy dręczy go świadomość własnych grzechów.

(ii)
Kolekta: Panie, wysłuchaj naszego błagania, i przyjmij łaskawie tę ofiarę Twego sługi; prosi on o Twą miłosierną pomoc, niech otrzyma łaskę uświęcenia, i osiągnie to, o co pobożnie się modli.

Nad darami: Niech miła Ci będzie, Panie, ta ofiara Twego sługi N., którą Tobie składamy ku czci świętego męczennika N.; błagamy, niech posłuży mu do zbawienia.

Prefacja: (...) wszechmogący, wieczny Boże. Ty jesteś chwałą sprawiedliwych, i miłosierdziem grzesznych. Pokornie błagamy Twoje miłosierdzie, abyś łaskawie wejrzał na sługę Twego N., i udzielił mu miłosiernie swej opieki. Niech służy Tobie z całego serca i z całej duszy, i zawsze będzie pod Twoją opieką, aby, gdy nadejdzie jego dzień ostatni, mógł stać się towarzyszem świętych i posiadł z nimi niewysłowioną chwałę wiekuistą.

Po Komunii: Niech moc tego Sakramentu, prosimy Cię, Panie, oczyści nas z błędów własnych, przed nami zakrytych, i sługę Twego N. uwolni od wszystkich grzechów.

sobota, 26 września 2009

Missa pro amico

Czasami jest tak, że jednego dnia kilka osób prosi o modlitwę. A jeszcze są osoby, którym kiedyś modlitwę obiecałem - niektóre z nich już odeszły do Pana, a ja wciąż pamiętam siedzenie razem w ławce u wizytek, rozmowę telefoniczną, i te słowa: Pomódl się za mnie, bo mi teraz tak trudno, tak ciężko.

Tego formularza nie ma w mszale już od czasów, jak sądzę, Piusa V. (A przecież to najdoskonalszy mszał wszechczasów...) Na szczęście zachował się w średniowiecznych mszałach. Jest to jeden z kilku formularzy mszy pro amico, za przyjaciela, jakie znaleźć można w mszale z Exeter.

Kolekta: Wszechmogący, wieczny Boże, zmiłuj się nad Twoim sługą (tu wstawiano imię) i w Twojej łaskawości skieruj jego kroki na drogę wiecznego zbawienia, aby, za łaską Twoją, pragnął tego, co Tobie się podoba, i ze wszystkich sił to wypełniał. Przez naszego Pana, etc.

Nad darami: Błagamy Cię, Panie, niech ta ofiara, którą pokornie składamy Twemu majestatowi, przyczyni się do zbawienia sługi Twego (imię); niech Twoja opatrzność zawsze go prowadzi w dolach i niedolach życia. Przez naszego Pana, etc.

Prefacja: Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Błagać należy Twą wszechmoc, modlić się o Twoje miłosierdzie, oddawać Twojej miłości. Pokornie błagamy Twój majestat, abyś za wstawiennictwem świętego (tu imię świętego) odpuścił grzechy Twemu słudze (imię), prowadził go zgodnie z Twoją wolą i wybawił od wszelkiego nieszczęścia. W ten sposób będzie wolny od wszelkich niebezpieczeństw, umocniony we wszystkim, co dobre, osiągnie spełnienie dobrych swych pragnień, i otrzyma od Ciebie to, o co słusznie prosi, przez Chrystusa, naszego Pana.

In fractione*), czyli specjalna wstawka w Kanonie: Tę zatem Ofiarę [hanc igitur oblationem], którą Tobie składamy za grzechy i uchybienia sługi Twego (imię), aby mógł uzyskać odpuszczenie wszystkich grzechów, przyjmij, prosimy Cię, Panie, etc.

Po Komunii: Przyjąwszy, Panie, sakrament wiecznego zbawienia, błagamy Twoją łaskawość, abyś przezeń sługę Twego (imię) chronił od wszelkich przeciwności. Lub, do wyboru: Nieustannie strzeż sługę twego, Panie, aby mógł Ci służyć swobodnie, bezpieczny, dzięki Twej obronie, od zła wszelkiego. Przez naszego Pana, etc.

Wiedzą niektórzy, że dla nich jest ten wpis. Amen.
________________________________
*) Skryba, który przepisywał mszał, z infra actionem zrobił in fractione.

Katolicki język

Z katolickiej prasy, o franciszkańskim świętowaniu, z okazji 800-lecia zatwierdzenia reguły św. Franciszka: W programie zaplanowano Eucharystię z homilią o. Raniera Cantalamessy.

Jakoś mnie razi owo „zaplanowanie Eucharystii”, która staje się jednym z punktów programu, obok spotkań autorskich, na których można będzie kupić książki o. Cantalamessy (dla którego zresztą mam dużo szacunku), konferencji etc.

To  t y l k o   język... Słowa, słowa, słowa...

Może razi mnie to dlatego, że w czasach, w których żyję na co dzień, tego typu imprez nie było? Nie było programowania, za to ludzie quietam et tranquillam vitam degentes glorificabant Deum Patrem omnipotentem.

czwartek, 24 września 2009

Agatha, Jane, Adela

Wspominałem już kiedyś, że każdy porządny filolog uwielbia Agathę Christie. Wśród jej czytelników są tacy, którzy lubią małego Belga, i tacy, którzy wolą pannę Marple. Ja należę do tej drugiej grupy.

Jane Marple rozwiązywała zagadki kryminalne, wspominając np. jakąś służącą, czy kuzynkę sąsiadki, albo męża pani X., których zachowanie kojarzyło jej się z popełnioną zbrodnią. Innymi słowy, panna Marple dostrzegała pewne typy ludzkich zachowań, czy raczej – pewne typy ludzi, których zachowania były przewidywalne, i na tej podstawie można było dociec, co zrobiła osoba, należąca do tego samego typu, co służąca Y czy mąż pani X.

Po latach nauczania dochodzę do wniosku, że panna Marple miała dużo racji. Patrząc na jakiegoś ucznia, powiedzmy, tak dla przykładu tylko, w nowicjacie, można dużo powiedzieć o jego charakterze i możliwym zachowaniu, gdyż nasuwa on nieodparte skojarzenia z jakimś dawniejszym uczniem. Do tego można dodać jeszcze charakter pisma – to bardzo podnosi na duchu biednego nauczyciela, kiedy potrafi przyporządkować charakter pisma do nieznanego jeszcze z nazwiska ucznia. (Dziś rano mi się to udało, na zajęciach w nowicjacie, na których oddawałem sprawdziany z zeszłego tygodnia. Chyba zaczynam się uczyć imion nowicjuszy. A oni chyba się zaczynają przyzwyczajać, że co tydzień czeka ich sprawdzian.)

Oczywiście, nie roszczę sobie tutaj pretensji do miana grafologa czy psychologa – od grafologa wolę paleografa (którym po części, jak każdy filolog, jestem), a większość psychologów uważam za szarlatanów, którzy uważają, że potrafią zrozumieć człowieka i na dodatek cudownie odmienić jego życie (czy wręcz stworzyć je na nowo). Niemniej jednak, prywatne obserwacje własnych uczniów są z reguły bardzo owocne i, jak to mówią Anglicy, rewarding.

A skoro mowa o nowicjacie: jedno z zadań, jakie bracia mają do spełnienia w klasztorze, to adelarium*). Kto miał jakiś kontakt ze służewieckim klasztorem, ten wie, o co – a właściwie: o kogo – chodzi. Tak, sławetna Adela, której na oczy nigdy nie widziałem, a o której regularnie opowiadają mi kolejne roczniki młodych braci kaznodziejów. I kolejne roczniki nurtuje pytanie, czy imię Adela pochodzi z łaciny albo z greki. Nie. To imię o germańskim rodowodzie, a znaczy – szlachetna. Ewentualnie, jeśli przyjąć, że to skrót od Adelajda – osoba o szlachetnej twarzy lub osoba szlachetnego pochodzenia. Gdzieś nawet miałem limeryk o owej dominikańskiej Adeli przesławnej. Roczniki braci się zmieniają, Adela trwa. Wiecznie żywa.

Ech, wpis miał być o nowicjacie, i o uczeniu łaciny, i o pytaniach dotyczących słownictwa (np. takie ładne słówko lucus, nie podam znaczenia, które dla nowicjuszy okazało się bardzo użyteczne, z im wiadomych względów), wymowy (także polskiej) i powiązań między wołaczem a mianownikiem. Innym razem napiszę. Po pięciu godzinach nauczania trzeba odpocząć.

PS Od panny Marple można się też nauczyć, że, jeśli doznamy jakiegoś wstrząsu (chociażby wskutek jakiegoś wypadku), a nie mamy w domu koniaku, który doskonale działa w takich sytuacjach, można zamiast niego użyć mocnej i mocno osłodzonej herbaty. Wypróbowane. No i herbaty można na raz wypić więcej niż koniaku.
____________________
*) Chodzi o trzymanie brewiarza Adeli w czasie nieszporów.