wtorek, 31 sierpnia 2010

Już ciemnowieczni Brytyjczycy...

Właściwie powinienem zatytułować ten tekst „Święci zapoznani, święci nieznani”, bo będzie o patronie dzisiejszym, św. Aidanie, ale już o nim pisałem, wspominając św. Oswina. Chcę przytoczyć słowa św. Bedy o Aidanie, którego Beda darzył wielką czcią i wyjątkowo serdecznie o nim pisał, chociaż ganił jego obchodzenie Wielkanocy według celtyckiej rachuby.

W 3. księdze swojej Historii kościelnej narodu angielskiego Beda pisał tak:

Życie Aidana dalekie było od lenistwa, powszechnego w naszych czasach. Wszyscy, którzy z nim podróżowali, czy to duchowni, czy świeccy, zobowiązani byli do medytacji, to znaczy do starannego czytania Pisma lub uczenia się*) psałterza. To było codzienne zajęcie jego i wszystkich, którzy z nim byli, gdziekolwiek zawędrowali.

Można powiedzieć, że św. Aidanowi zależało na świadomym uczestnictwie, także świeckich, w liturgii Kościoła. Psalmy w tamtych czasach śpiewano w czasie oficjum z pamięci, z reguły jeden tylko psałterz był w klasztorze czy kościele. Czytanie Pisma, uczenie się na pamięć słów psalmów – tego wymagał Aidan od swoich towarzyszy.

Jeśli przyjmował [w swojej biskupiej siedzibie na Lindisfarne] jakichś możnych tego świata, nie dawał im pieniędzy, tylko posiłek; te zaś pieniądze, które dawali mu bogaci, albo rozdawał – jak wspomniałem – biednym, albo wykupywał za nie tych, którzy niegodziwie sprzedani byli w niewolę. Wielu spośród tych, których wykupił, brał sobie na uczniów, i wychowywał ich oraz kształcił na kapłanów.

Można powiedzieć, że święty biskup prowadził punkt pomocy charytatywnej i małe seminarium. A wszystko to w 7. wieku, na rubieżach cywilizowanego świata.

 Aidan - posąg na Lindisfarne
________________
*) W jednym z manuskryptów jest wersja: odmawiania psałterza.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Zastępy nutrii i warszawska katedra

Zacznę od końca: Warszawska archikatedra jest pod wezwaniem Męczeństwa św. Jana Chrzciciela, które dzisiaj wspominamy. W kaplicy św. Jana płonęły dziś świece; w katedrze zamiast niedzieli zwykłej obchodzi się, w czerwonych ornatach, uroczystość Patrona. Także Ojciec św. w czasie modlitwy Anioł Pański wezwał wstawiennictwa św. Jana, Poprzednika Chrystusowego.

W innych jednak kościołach kapłani przywdziali zielone szaty i sprawowali liturgię 22. niedzieli zwykłej. Ta niedziela jest niezłym wyzwaniem dla tłumacza. W polskich kościołach w kolekcie wzywano Boga wszechświata. W łacińskim tekście jest Deus virtutum. Słowo virtus ma, niestety, mnóstwo znaczeń, od męstwa poczynając, poprzez cnotę, aż do zdolności. W łacinie chrześcijańskiej Deus virtutum jest jednak na ogół odpowiednikiem hebrajskiego Jahwe Cebaoth – czy w bardziej znanej, a używanej w liturgii wersji, Sabaoth. Virtus bowiem może oznaczać też moce niebieskie i aniołów. Skąd tłumacze wzięli wszechświat? Mogę tylko zgadywać. Może zasugerowali się pierwszym wersem drugiego rozdziału Księgi Rodzaju, gdzie mowa jest o zastępach stworzeń nieba i ziemi (hebrajskie cewaam, inna forma tego samego słowa, co cebaoth).

Umocnij w nas wszystko, co dobre, modlimy się dalej po polsku. [U]t in nobis... quae sunt bona nutrias*) – to, co w nas dobre, Bóg ma żywić, karmić. Oczywiście, to jest także umacnianie czy wzmacnianie, bo karmienie ma też dawać siły żywotne.

Bóg Zastępów nas karmi. Sobą.
_______________________
*) Czy od tego czasownika pochodzi słowo ‘nutria’ – nie wiem. Mimo że zwierzęta te nie wyglądają zbyt sympatycznie, Bóg także je żywi, chociaż inaczej niż nas.

Gamoi, niekoniecznie hieroi

Wybitny angielski teolog, Denys Turner, napisał kiedyś, że jedno możemy z pewnością powiedzieć o Jezusie: lubił przyjęcia. Świadczą o tym Ewangelie.

Pisałem niedawno o weselnej uczcie Baranka. W czytanym w 22. niedzielę zwykłą fragmencie Ewangelii według św. Łukasza także mowa jest o uczcie weselnej: Kiedy ktoś cię zaprosi na wesele... (Łk 14:8). Dlaczego polscy tłumacze tego nie uwzględnili, z wesela robiąc po prostu ucztę – nie wiem.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Przyćmiony blask Jasnej Góry

Wydawać by się mogło, że najbardziej znana i czczona w tym kraju jest Matka Boża w swej ikonie jasnogórskiej. 26 sierpnia obchodzimy Jej uroczystość.

Tymczasem w liturgii godzin przewyższa ją inna – dzień Matki Bożej z Kalwarii Zebrzydowskiej. 13 sierpnia są własne antyfony w oficjum czytań i – co zdarza się naprawdę tylko w największe uroczystości, jak np. w dniu Niepokalanego Poczęcia czy Wzięcia do nieba! – własne antyfony i czytania w modlitwie w ciągu dnia. Niesamowite. Matka Boska Częstochowska już na to nie zasłużyła.

Może to dlatego, że Kalwaria Zebrzydowska związana była z Janem Pawłem II? Jakby nie było, dla mnie to jakaś nielogiczność tekstów brewiarzowych.

środa, 25 sierpnia 2010

Prośba do kapłanów

Nie wymyślajcie własnych wezwań na ucztę Baranka. Nie tylko dlatego, że to zabronione liturgicznymi przepisami, ale i dlatego, że niszczycie w ten sposób piękno i głębię, i poezję słów, które mają swe źródło w Biblii.

Ecce Agnus Dei, ecce qui tollit peccata mundi. Beati, qui ad cenam Agni vocati sunt. Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka.

To prawda, nie są to bezpośrednio cytaty z Pisma, trochę zmieniono tutaj fragmenty z Ewangelii św. Jana (1:29 – czytamy tam: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata) i z Apokalipsy (19:9 – szczęśliwi, którzy zostali wezwani na ucztę weselną Baranka). Ale stoi za nimi tradycja biblijna i tradycja kościelna. Czy trzeba dodawać: Oto Jezus Chrystus, Baranek Boży? Po co? Z obawy, że ktoś z wiernych nie będzie wiedział, że Barankiem Bożym, którego przyjmujemy w Komunii św., jest Jezus Chrystus?

W polskim przekładzie można by za to zmienić, idąc nie tylko za łacińską wersją, ale i za samym greckim oryginałem, „błogosławieni” na „szczęśliwi”. Pewnie jednak nigdy nie zmienią, bo ‘błogosławiony’ brzmi wznioślej i pobożniej...

A przecież Elżbieta mówi do Maryi raz, że jest błogosławiona (Łk 1:42), a drugi raz, że jest szczęśliwa (Łk 1:45); polski przekład dwa razy to oddaje jako „błogosławiona”. Sama Maryja śpiewa, że wszystkie pokolenia będą Ją nazywać szczęśliwą - w polskiej wersji: będą Ją błogosławić. Jezus mówi, że szczęśliwi są ubodzy w duchu, cisi, czystego serca, miłosierni, etc. Po polsku – błogosławieni. Przy wjeździe do Jerozolimy dzieci hebrajskie wołają do Niego, tak samo jak my w czasie mszy: Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie! Dwa różne słowa: błogosławiony i szczęśliwy. Szkoda, że tłumacze tego nie dostrzegli, ani w Biblii, ani w mszale.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Pytanie do tra..., znaczy się, do specjalistów

Dlaczego (lub po co) w czasie mszy w rycie nadzwyczajnym posługujący podnoszą od tyłu ornat kapłana w czasie Podniesienia?

Kiedyś czytałem, że to z czasów tzw. ornatów gotyckich, obfitych i fałdzistych; chodziło o to, aby kapłanowi łatwiej było podnieść ręce, i przypadkiem nie strącił czegoś z ołtarza. Ale przy ornatach rzymskich, tzw. skrzypcowych, zupełnie to niepotrzebne, a i wygląda mało estetycznie.

Może ma to jakieś głębokie uzasadnienie teologiczne?

PS Z odpowiedzi, które się pojawiły na liturgia.pl, wynika, że to zupełnie pusty gest obecnie, forma dla formy...

Wybiórczo

Denerwuje mnie czasami pobożna jednostronność, jaka pojawia się i w liturgii.

W oficjum, w jutrzni, często pojawia się podziękowanie za nowy dzień, za poranek, za to, że Bóg pozwolił się nam obudzić – tak jak w Kiedy ranne wstają zorze, której to pieśni serdecznie nie cierpię. Dlaczego nie ma podziękowania za to, że noc dało się dobrze przespać? Można się przecież obudzić rano, ale z obolałą szyją, albo mało spać w nocy, wybudzać się co chwila, albo mieć koszmary, jak biedny Baldr... Za zdrowy sen się w brewiarzu nie dziękuje, chociaż się o niego prosi, czasami w nieszporach, zawsze w komplecie. I chociaż wiem, dlaczego tak się podkreśla samo przebudzenie się, sam początek dnia – to jednak sądzę, że za dobrą noc też się powinno dziękować. Powie ktoś, że nie każdy dobrze śpi, więc takie podziękowanie byłoby dla niektórych nieszczere; budzi się zaś każdy, więc za nowy dzień może podziękować... No cóż, są tacy, dla których świadomość nowego dnia nie jest wcale zachęcająca... staje się on dla nich cierpieniem (cf. Ps 73:14).

Mówi się często o ofiarowaniu w czasie mszy św. naszych cierpień, w zjednoczeniu z męką Chrystusa. Czemu rzadko się mówi o ofiarowaniu także swoich radości, łączeniu ich z ofiarą uwielbienia, jaką nasz Pan składa Ojcu? Wszak Eucharystia to dziękczynienie. Przez radość też się zbliżamy do Boga (cf. Ps 63:6).

Kiedyś już pisałem o tym fragmencie z konstytucji Lumen gentium – rozdział 34: Omnia enim eorum opera, preces et incepta apostolica, conversatio coniugalis et familiaris, labor quotidianus, animi corporisque relaxatio, si in Spiritu peragantur, imo molestiae vitae si patienter sustineantur, fiunt spirituales hostiae, acceptabiles Deo per Iesum Christum (cf. 1Pt 2,5), quae in Eucharistiae celebratione, cum dominici Corporis oblatione, Patri piissime offeruntur.

Molestiae vitae, cierpienia, udręki, przykrości – są tu wymienione na samym końcu. Wypoczynek – animi corporisque relaxatio – jest wcześniej. Mam zamiar z niego teraz skorzystać, na chwałę Bożą.

Dominus regnavit, Dominus regnabit

Moi chłopcy złożyli dziś swoje pierwsze śluby, nie są więc już nowicjuszami, ale profesami. To było niezwykłe przeżycie, co tu mówić, wzruszające, patrzeć i słuchać, jak składają śluby wobec Boga i Kościoła. A przy okazji zobaczyłem jeszcze kilku moich dawnych uczniów, więc radość tym większa.

Początkowo chciałem im dedykować wiersz ks. Twardowskiego, ale będą inne życzenia, biblijne. (A dzisiejsze mszalne czytanie z Trito-Izajasza było wspaniałym podarunkiem od Kościoła, akurat na dzień składania ślubów: o posyłaniu sług Pańskich tam, gdzie o Panu nie słyszano, gdzie nie widziano Jego chwały.)

Apostoł pisze, że królestwo Boże jest sprawiedliwością i pokojem, i radością w Duchu Świętym*) (Rz 14:17). Dlatego życzę wam: regnum Dei sitis! Tak po prostu. (Jeszcze nie wiecie, co to za forma sitis, ale pewnie w dusznym Krakowie wam wyjaśnią.)

Oprócz życzeń jest i prezent: załatwiłem wam stałą modlitwę karmelitanek z Suchej.

A w ogóle, to strasznie będzie mi was brakować...
____________
*) Tę radość szczególnie dziś było widać.

piątek, 20 sierpnia 2010

Święci zapoznani, święci nieznani (vii)

Sierpień jest bardzo północnym, northumbryjskim miesiącem. 5 sierpnia wspominamy króla Oswalda, męczennika; 20 sierpnia – jego kuzyna, czczonego jako męczennika, króla Oswina; zaś w ostatnim dniu miesiąca – biskupa Aidana, wielkiego misjonarza Northumbrii.

Aidana sprowadził z wyspy Iona na swoje ziemie Oswald. Towarzyszył często biskupowi w misyjnych wyprawach, także jako tłumacz, zanim celtycki biskup-mnich nauczył się północnego dialektu Anglów. Jego siedzibą stała się wyspa Lindisfarne. Po śmierci Oswalda, Northumbrię podzielono na dwie części: Oswin został królem Deiry, zaś brat Oswalda, Oswiu, rządził Bernicją.

Beda opisuje pewną rozmowę Aidana z Oswinem. Otóż król podarował biskupowi konia, aby mu służył w czasie misjonarskich podróży. Koń był wspaniały, z królewskich stajni. Pewnego razu Aidana spotkał żebrak i prosił o wsparcie. Biskup bez zastanowienia oddał mu swego konia. Kiedy dowiedział się o tym Oswin, począł Aidanowi robić wyrzuty: Takiego wspaniałego wierzchowca oddałeś żebrakowi? Przecież znalazłby się dla niego jakiś podlejszy koń, albo i inne zwierzę. Święty biskup odpowiedział: Tak bardzo troszczysz się o dziecko klaczy – bardziej niż o dziecko Boże?

Oswin wrócił był z łowów, stał więc ze swymi ludźmi przy ognisku i grzał się. Stojąc tak nad płomieniami, rozważał słowa Aidana i zrozumiał, że ten miał rację. Pobiegł więc natychmiast do biskupa, padł mu u stóp i błagał o wybaczenie, zapewniając, że nigdy już nie będzie oceniał jałmużny, dawanej przez Aidana Bożym dzieciom. Biskup milczał, wreszcie podniósł Oswina z ziemi i zapewniając go, że mu wybacza, błagał, aby się rozpogodził i poszedł z nim na wieczerzę. Tak też się stało: król z radością zasiadł z biskupem do uczty. Niestety, wtedy święty Aidan zaczął płakać... Towarzyszący mu kapłan zapytał wówczas w jego języku, niezrozumiałym dla reszty ucztujących, co się stało. Aidan odrzekł: Niedługo już będzie król wśród żywych. Nigdy nie widziałem tak pokornego władcy – ten lud nie zasługuje na takiego króla.

Przepowiednia się spełniła, Oswin zginął wkrótce na rozkaz swego kuzyna, Oswiu. Schronił się z jednym wiernym kompanem – Beda podaje jego imię, Tondheri – w domu niejakiego Hunwalda, którego też uważał za wiernego sobie. Niestety, Hunwald okazał się zdrajcą...

Było to 20 sierpnia, A.D. 651. Jedenaście dni później biskup Aidan podążył za Oswinem do niebieskiego Królestwa.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Grimm, ten od baśni

Zrobię reklamę cudzemu blogowi... Albo nie, niech pozostanie anonimowy... bo nie o autora blogu tu chodzi, ale o komentatora.

Autor blogu pisał o łacińskich słowach caelum [niebo], celare [ukrywać] i cella [cela]. Niemal automatyczne skojarzenie filologa przy takiej konfiguracji: że łacińskie celare jest z tego samego rdzenia, co gockie halja czy angielskie hell. Piekło, świat podziemny – ukryty, niewidoczny dla ziemian. Nie mogłem się oprzeć – napisałem to w komentarzu.

Wczoraj zobaczyłem, że ktoś (i to bardzo „ktoś”, bo nie podpisał się nazwiskiem), skomentował moją wypowiedź tak: „‘hell’ jest starogermańską personifikacją zaświatów, a ‘celare’ ma korzenie helleńsko - fenickie i z tym pierwszym nie ma wiele wspólnego.

Zatkało mnie. Korzenie helleńsko-fenickie! Niesamowite! Pomyślcie państwo: łacińskie słowo ma korzenie helleńsko-fenickie! Od kilkudziestu lat zajmuję się filologią, a nie spotkałem się jeszcze z tą teorią!

Owszem, pewne greckie idee, zwłaszcza mitologiczne, mogą pochodzić z Bliskiego Wschodu, jak to mistrzowsko pokazuje Martin L. West, wybitny filolog oksfordzki. Znaleźć można i słowa w łacinie, które pochodzą z greki, jak chociażby tragoedia czy purpura, ale czasownik celare do nich zdecydowanie nie należy.

Ten sam rdzeń praindoeuropejski – *kel-. To znaczy, że i łacińskie celare (wymawiane klasycznie ‘kelare’), i germańskie słowa, przytoczone powyżej, mają wspólnego przodka, bynajmniej nie helleńsko-fenickiego. Dlaczego zamiast *kell mamy hell? Zadziałało prawo Grimma – tak, tego od m.in. baśni – które wyjaśnia zmiany spółgłosek w językach germańskich (po polsku mówi się na to nieładnie „pierwsza przesuwka germańska”). Po prostu k > h w językach germańskich. Inny przykład: łacińskie canis czy greckie kuon, staroangielskie hund, pies. Greckie kardia, angielskie heart, serce (tu jeszcze d > t, też zgodnie z prawem Grimma).

Jak ja to mówię: Do not meddle in the affairs of philologists, for they are subtle and quick to anger...

PS Aha: helleński nie ma nic wspólnego z hell.

środa, 18 sierpnia 2010

Zagadka medyczno-liturgiczna

Medyczna, bo pochodzi z manuskryptu (Anglia, 11. wiek), który zawiera recepty na leki czy w ogóle leczenie różnych chorób. Liturgiczna, bo przepisy te są zwykle mieszanką folkloru i liturgii.

W jednej z recept mamy taki oto tekst, towarzyszący lekarstwu przeciw chorobom wywołanym przez elfy [sic!]. Komuś uda się go odcyfrować? Przetłumaczyć? Dwie osoby, którym zadałem to pytanie, milczą i milczą... Może się ktoś inny znajdzie... bo zagadka naprawdę ciekawa! I, wbrew pozorom, nie taka trudna.

Eulogumen. patera. cae yo. cae agion. pneuma. cae nym. cae ia. cae iseonas nenonamini.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Królowa = królestwo

Pośród, zajmujących miejsce homilii, rozważań o bitwie z 1920 roku i pobożnych, laurkowych rozmyślań o Matce Boskiej, można nie zwrócić uwagi na Słowo Boże w liturgii. Dla mnie szczególnie zabrzmiały dwa wersy z dzisiejszych czytań, uzupełniające się doskonale:

1. z Apokalipsy św. Jana: Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego, i władza Jego Pomazańca (Ap 12:10);

2. z Listu św. Pawła do Koryntian: Trzeba bowiem, aby [Chrystus, czyli Pomazaniec] królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy (1 Kor 15:25).


Owa „potęga naszego Boga” to po grecku dunamis (czy, bardziej swojsko, choć mniej poprawnie – dynamis), potężne, nieustannie żywe działanie Boga – dynamiczne, nie statyczne. Zioła, kwiaty, warzywa i owoce, jakie dziś zapełniają kościoły, są dowodem na to dynamiczne działanie Boga, dające życie, powodujące wzrost i owocowanie.

Władza Pomazańca to eksousia; kiedy Chrystus Pan mówi do Apostołów, że dano Mu wszelką władzę na niebie i na ziemi, to Ewangelista używa tego właśnie słowa, eksousia. Chrystus króluje nad wszystkim – także nad swoją Matką, która jest Jego najpełniejszym królestwem, całkowicie poddanym Jego władzy, tak bardzo, że nic w Niej nigdy nie powstało przeciw władzy Syna, aż do samego końca, kiedy na Jego wezwanie powstała z martwych i weszła do nieba, by zasiąść po Jego prawicy.

Czy i we mnie króluje Chrystus? Czy we mnie nastało zbawienie naszego Boga?

piątek, 13 sierpnia 2010

Magnificat anima mea Dominum, qui est, et qui erat, et qui venturus est

W dzień Zaśnięcia i Wzięcia do nieba Bożej Rodzicielki czytamy w Ewangelii Jej pieśń, Magnificat. Święta Dziewica wysławia Boga, który okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronu, wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, bogatych z niczym odprawił, ujął się za swoim sługą, Izraelem.
Wszystko w czasie przeszłym – istotnie, w oryginale też mamy czas przeszły, aoryst. Może się wydawać, że Maryja mówi o rzeczach z odległej przeszłości, o działaniu Boga przed wiekami, o czymś, co przeszłością było już dla Niej samej.


Grecki aoryst jest jednak dziwnym czasem. Owszem, jak napisałem, to czas przeszły, wyrażający czynność przeszłą dokonaną (jak to podają gramatyki), ale ma też inne zastosowania. Istnieje bowiem – i to nie tylko w grece, bo zdaje się, że i w quenya – tzw. aoryst gnomiczny, używany – zacytuję tu Gramatykę grecką Auerbacha i Goliasa – w zdaniach ogólnych, sentencjach i przysłowiach.  Może zatem być „bezczasowy”, wyrażać jakąś prawdę czy przekonanie, które powstało wskutek uogólnienia zdarzeń z przeszłości1.


Święta Maryja zatem mówi o Bogu wciąż działającym: On w przeszłości okazywał moc swego ramienia, strącał władców z tronu, wywyższał pokornych, brał w opiekę Izraela – i te Jego działania pozwalają sformułować ogólną prawdę: Bóg zawsze okazuje moc swego ramienia, zawsze rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich, strąca władców z tronu, wywyższa pokornych, głodnych syci dobrami, bogatych z niczym odprawia, ujmuje się za swoim sługą, Izraelem.

I będzie tak robił na wieki.
_______
1We wspomnianej Gramatyce wyjaśniają to na przykładzie zdania: Człowiek leniwy umiera na równi z pracowitym – człowiek M. umarł, człowiek N. umarł, etc., i z obserwacji tego wysnuto wniosek, ujęty w stwierdzenie: Człowiek leniwy umiera na równi z pracowitym.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Bierzcie i jedzcie

Jeszcze z „rubryk” mszału ze Stowe – tym razem nie tylko dla kapłana, ale dla wszystkich komunikujących.

Kawałek hostii – udział w krzyżu Pańskim – otrzymujesz jako członek Chrystusa.

Nie godzi się połykać tego kawałka bez posmakowania go, gdyż niewłaściwym jest nie próbować włączyć zmysłów (rozkoszy) w Boskie mysteria. Nie godzi się też przygryzać hostii tylnymi zębami, co znaczy, że nie należy zbytnio rozprawiać o Boskich mysteriach, gdyż może to prowadzić do rozwoju herezji.

Ta druga uwaga jest dla mnie trochę niejasna – nie znam symboliki tylnych zębów, które normalnie służą do miażdżenia pokarmu.

Bardzo „somatyczne” podejście do Eucharystii, która w końcu jest soma tou Iesou, Ciałem Jezusa, które On sam nakazał gryźć i jeść (w języku pobożnym – spożywać) – vide J 6:56.

środa, 11 sierpnia 2010

Celtycki kapłan łamie hostię

Czasami trzeba zostawić Anglów, Jutów i Saksonów, i zajrzeć do celtyckich sąsiadów, bardziej na Zachód.

W tzw. mszale ze Stowe, który spisano w 9. wieku, znajduje się rodzaj traktatu – powiedzielibyśmy dzisiaj: ogólnego wprowadzenia, tyle że znajduje się ono na końcu mszału – o sprawowaniu mszy. Szczegółowe przepisy dotyczą łamania hostii w czasie mszy.

W zwykłe dni, kiedy nie obchodzono żadnego święta, łamano hostię na pięć części – bo pięć jest zmysłów ludzkich.
W dni świętych wyznawców i świętych dziewic – na części siedem, gdyż siedem jest darów Ducha Świętego.
Na osiem części łamano hostię w dni świętych męczenników, by zaznaczyć, że z ośmiu części składa się Nowy Testament (4 Ewangelie, Dzieje Apostolskie, listy Pawła, listy katolickie, Apokalipsa).
W niedzielę części było dziewięć, na pamiątkę dziewięciu chórów anielskich i dziewięciu stopni święceń*) (tonsura [chociaż to nie do końca święcenie], ostiariusz, lektor, egzorcysta, akolita, subdiakon, diakon, prezbiter, biskup).
W dni apostołów dzielono hostię na jedenaście części, bo tylu było apostołów, kiedy odpadł Judasz.
W oktawę Bożego Narodzenia – czyli dawne święto Obrzezania Pańskiego – i w Wielki Czwartek łamano hostię na dwanaście kawałków, aby oznaczyć w ten sposób pełne zgromadzenie apostołów (czyli już z Maciejem).
W oktawę Wielkanocy i we Wniebowstąpienie – trzynaście kawałków, bo Chrystus i Jego apostołowie dają tę liczbę.

5 + 7 + 8 + 9 + 11 + 12 + 13 = 65. Na tyle cząstek dzielono hostię w trzy największe święta: Wielkanoc, Boże Narodzenie i Zesłanie Ducha Świętego. Układano je na patenie w kształcie krzyża, z górną poprzeczką nieco „skrzywioną” na lewo, gdyż Jezus skłoniwszy głowę oddał ducha, jak poświadczają Ewangelie. Owo układanie w formie krzyża jest dokładnie opisane, przy krzyżu są kręgi, jak na celtyckich krzyżach, i dokładnie jest też opisane, która grupa duchownych i wiernych z której części tego krzyża przyjmuje Komunię świętą.

Ale radocha dla skrupulatnych rubrycystów!
_______________________
*)Przynajmniej tak rozumiem dziewięć stopni Kościoła – tyle tylko mówi sam tekst.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Moc słów

W dzisiejszej brewiarzowej lekcji czytamy fragment Wiedzy Krzyża św. Teresy Benedykty. Jedno zdanie przemówiło do mnie bardzo mocno.

Nie wiem, jak ono brzmi w oryginale, ale przekład łaciński jest niesamowity. Nie da się tego wytłumaczyć, to po prostu słychać w słowach. Teresa Benedykta pisze o chrześcijanach: In vitam eius immerguntur, ut membra corporis eius fiant – są zanurzani w Jego [Chrystusa] życie, aby stali się członkami Jego Ciała. Zanurzani są – po polsku brzmi to strasznie blado, natomiast immerguntur – niesamowicie głęboko. Przynajmniej dla mnie.

niedziela, 8 sierpnia 2010

BeOP śledztwo

Nigdy przedtem nie zwróciłem na to uwagi, przynajmniej nie pamiętam, abym się nad tym zastanawiał, a przecież tę książkę wiele razy miałem w rękach. Dopiero wczoraj uświadomiłem sobie, że przy nazwisku jednego z współautorów jest OP.

The Dating of Beowulf, zbiór artykułów, rezultat słynnej (skandalicznej, jak z przymrużeniem oka ją nazwała Roberta Frank) sesji w Toronto. Autorem jednego z artykułów jest Leonard E. Boyle OP. Pamiętam, jak z dumą mówiła mi o nim któraś z grup w dominikańskim kolegium (chyba był w niej Wojtek Golubiewski... a może to była wcześniejsza grupa?) – że był Prefektem Biblioteki Watykańskiej. A tu się okazuje, że i o Bewoulfie miał coś do powiedzenia – jako chyba jedyny spośród braci kaznodziejów.

Sam artykuł jest czymś w rodzaju  śledztwa. Nie wiemy, i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, kiedy powstał Beowulf. Mamy tylko jeden rękopis tego poematu, datowany na ok. rok 1000 – jedyna data, jakiej możemy być w miarę pewni. Tekst poematu spisany jest przez dwóch skrybów, wyraźnie to widać w rękopisie, nazywanych po prostu A i B. O. Boyle docieka, w jaki sposób dzielili się oni swą pracą, zwracając uwagę na różną ilość wersów na kilku stronach manuskryptu. Wygląda na to, że skryba B swój fragment – końcówkę poematu – pisał równolegle ze skrybą A, a potem połączono te dwa fragmenty w jeden manuskrypt. Ale widać też wyraźnie, jak nagle przejął pióro od skryby A w środku wyrazu – dlaczego? Nie wiemy. Może skryba A po prostu zachorował, nie skończył swojej porcji przepisywanego tekstu...

O. Boyle zwraca uwagę, że taka analiza manuskryptu pozwala nam coś powiedzieć – aczkolwiek niewiele, niestety! – o egzemplarzu, z którego skrybowie kopiowali tekst: że był zupełnie inny, jeśli chodzi o rozmiary książki. Czy był to manuskrypt bardzo stary, czy współczesny skrybom – nie wiemy. Zagadka Beowulfa pozostaje...

Przy okazji, skoro pisałem o uczonym dominikaninie: dla wszystkich moich dominikańskich przyjaciół i uczniów, także dla tych, którzy dopiero stają się dominikanami – dzisiaj na mszy pamiętałem o was.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Skojarzenia pielgrzymkowe

Od kilku dni na Jasną Górę idzie dominikańska pielgrzymka, której hasło brzmi: Amen, amen.

Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, chyba w czerwcu jeszcze, pierwsze skojarzenie było – wstyd powiedzieć! – zupełnie błędne. Powinienem wszak błyskawicznie skojarzyć ten zwrot ze słowami Pana w Ewangelii: amen, amen powiadam wam, tłumaczone tradycyjnie na polski jako zaprawdę, zaprawdę powiadam wam. (Zapytajcie człowieka w kościele, co znaczy owo „zaprawdę”. A potem napiszcie, co wam odpowiedział. A potem zapytajcie kolejnego, etc. Ciekawym odpowiedzi.) Ja natomiast zapytałem: A dlaczego tylko dwa razy, a nie trzy? Pierwsze bowiem moje skojarzenie dotyczyło uroczystego zakończenia mszalnej anafory, właśnie przez potrójne ‘amen’.

Zanim do mnie dotarło (a dotarło raptem kilka dni temu), że w owym pielgrzymkowym haśle chodzi właśnie o słowa samego Pana w Ewangelii, miałem jeszcze kilka innych skojarzeń. Najpierw z hebrajskimi rdzeniami. Potem z Apokalipsą: To mówi Amen, świadek godny wiary i prawdziwy, początek stworzenia Bożego (Ap 3:14). Tak zwraca się Pan do Kościoła w Laodycei, i upomina: chciałbym, abyś był albo zimny, albo gorący, a ty jesteś letni! Potem ze słowami św. Pawła do Koryntian: że przez Chrystusa wypowiadamy nasze amen na chwałę Boga (2 Kor 1:20). Skoro sam Bóg nazywa się Amen – czyli jest pewny, można się na nim oprzeć, nie zawodzi – to i nasze amen nie może być letnie, ale musi być całkowitą odpowiedzią, pewną i trwałą.

Ciekawym, o czym w czasie tej pielgrzymki będą mówić.

Swoją drogą, nie potrafię zrozumieć fenomenu pielgrzymek. Dla mnie, sybaryty związanego dobrowolną i niedobrowolną stabilitas loci, to świat zupełnie obcy*). Pocieszam się zawsze słowami z Naśladowania, że kto odbywa wiele pielgrzymek, z trudem będzie zbawiony. Ale innym widać pielgrzymki służą – co daj, Panie Boże!

Czas odpocząć, Lómendilu. Pogoda męczy, choroba męczy. Chociaż w ten sposób mogę się zjednoczyć z pielgrzymami - zmęczeniem. A dziś dzień św. króla i męczennika Oswalda, niech nas wspomaga.
_________________________
*) A mój ojciec w młodości chodził. Wspomina, jak na kolanach się wchodziło na Jasną Górę.

środa, 4 sierpnia 2010

Stopniowanie

W hymnie dzisiejszych nieszporów, wziętym z tekstów o pasterzach, święty kapłan nazwany jest kolejno: doctor, sacerdos, hostia.

Stopniowanie kapłańskiego życia – stopniowanie roli księdza w liturgii: nauczyciel, kapłan, ofiara. Staje się hostią złączoną z jedyną, świętą i niepokalaną Hostią. Do tego ma dążyć.

W gruncie rzeczy, każdy chrześcijanin ma do tego dążyć, na mocy chrzcielnego kapłaństwa.

Jakie to trudne.

Zagadka (nieliturgiczna)

Zabawna sytuacja, która mi się ostatnio przydarzyła, skłoniła mnie do umieszczenia na blogu zagadki.

Który z podanych niżej tekstów napisany jest w staroangielskim?

Wilt thou forgive that sin where I begun,
   Which is my sin, though it were done before?
Wilt thou forgive that sin, through which I run,
   And do run still: though still I do deplore?


--

Thow mayde and mooder, doghter of thy sone,
Thow welle of mercy, synful soules cure,
In whom that God for bountee chees to wone,
Thow humble, and heigh over every creature,
Thow nobledest so ferforth oure nature,
That no desdeyn the makere hadde of kynde
His sone in blood and flessh to clothe and wynde.

--

Musick to heare, why hear’st thou musick sadly,
Sweets with sweets warre not, ioy delights in ioy:
Why lou’st thou that which thou receaust not gladly,
Or else receau’st with pleasure thine annoy?

--

To pay þe Prince oþer sete saȝte
Hit is ful eþe to þe god Krystyin;
For I haf founden hym, boþe day and naȝte,
A God, a Lorde, a frende ful fyin.

Pro filiis tuis nati sunt tibi patres

My dearest children, now you are my fathers, of your old teacher now you are the teachers... Tak się zaczynał wiersz, który pisałem po święceniach moich pierwszych dominikańskich uczniów; gdzieś go potem porzuciłem, nie dokończyłem, i przepadł.

Niektórzy mnie pewnie nie pamiętają, tak jak nie pamiętają greckiego perfectum czy aorystu, a i ja nie pamiętam ich wszystkich. Trudno się dziwić, w końcu greka obowiązkowa była tylko przez jeden semestr. Zawsze jednak kilka osób wybierało ją na następny rok, i w rezultacie męczyli się ze mną przez trzy semestry, od alpha do, mniej więcej, omikron. Tych pamiętam lepiej, a niektórzy z nich pamiętają i o mnie.

Patrzyłem, jak rosną. Część z nich już dorosła. A właściwie, przerosła mnie. Ich dorastanie i dojrzewanie mogę obserwować w inny sposób niż ojciec, patrzący na swe dzieci. Stają się kimś, kim ja nigdy się nie stanę, bo nigdy nie stanę przy ołtarzu Pana, nie zasiądę w konfesjonale. Tak jak nigdy nie zostanę teologiem czy duszpasterzem, chociażby i bielanek. Stają się kimś więcej.

Ucząc ich, byłem dla nich w jakiś sposób autorytetem. Role się odwróciły: teraz oni są nauczycielami, oni stali się dla mnie autorytetem. Stali się ojcami, jakże dosłownie – to „o.” pojawiające się przed ich nazwiskiem... Nagle tak dziwnie mówić do nich po imieniu... Jestem przy nich tak mały i nic nie znaczący, nie mam już żadnej władzy.

Kiedy z nimi rozmawiam, kiedy czytam ich teksty, zdumiewa mnie ich wiedza, ich bystrość, ich dojrzałość. Kiedyś tajemnicą były dla nich reguły akcentowania greckich wyrazów, teraz tajemnicą jest dla mnie ich wiedza o Bogu, o Kościele, o ludzkiej duszy. Mają prawo mnie pouczać (gdyby tylko chcieli częściej z niego korzystać!) i nauczać. Et mihi est audiendum.

Zawsze chciałem mieć jakieś zdjęcie moich uczniów, wszystkich razem. Raczej niemożliwe do wykonania, bo wielu z nich rozproszyło się po świecie. Musi wystarczyć pamięć.

J 3:30

Dziękuję Bogu za Marcina, Krzysztofa i Dominika, za uczniów, którzy mnie przerośli.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Języki w kościołach i pustelniach

Jeśli zapytać moich uczniów, o czym najbardziej lubię mówić, odpowiedzieliby pewnie, że o etymologii. (Na drugim miejscu – KMN, na trzecim – House, dopiero na czwartym – Galadriela.)

Pobyt w Norwegii pełen był etymologicznych rozkoszy; nie sądzę, bym się kiedyś nauczył któregokolwiek z norweskich dialektów, ale samo patrzenie na słowa, i powstające przy tym skojarzenia z gockim i staroangielskim, wystarczająco są przyjemne. Ale nie o etymologii będę pisać, kogóż zresztą by ona interesowała na liturgicznych blogach...

Norwegowie*), jak się okazuje, całkiem bezproblemowo śpiewają na mszy części stałe po łacinie. Jak na niewielki i stosunkowo młody Kościół katolicki**), biją w tym na głowę jedyny prawdziwie katolicki naród polski.

Z drugiej strony, pustelnia trapistów, o której pisałem, to swoista wieża Babel. Mnisi (jest ich trzech) rozmawiają ze sobą po angielsku, jako że wspólnota jest międzynarodowa. Modlą się po norwesku, ale mszę mają po łacinie. Rozbawiło mnie trochę, kiedy w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu zaczęli śpiewać po norwesku najpierw Adoro te devote („Zbliżam się w pokorze”), a potem Przed tak wielkim Sakramentem. Po obiedzie jednak, ze względu na gości, zaśpiewali po łacinie antyfonę Ave, Regina caelorum, chociaż – jak wynika z refektarzowego modlitewnika – normalnie robią to po norwesku.
__________________________
*) A dokładniej, Norwegowie, Wietnamczycy, Filipińczycy, Anglicy, Kongijczycy etc., bo różne nacje składają się na przeciętną norweską parafię.
**) Młody po okresie dominacji protestanckiej, która zaczęła się w 16-17. wieku.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Niebezpieczne apteki, dziwne czasy i pluralis divinitatis

Słyszymy dziś w kościele, jak do bogacza Bóg mówi: Głupcze, tej nocy zażądają od ciebie twej duszy. W oryginale Bóg mówi: Głupcze, tej nocy żądają od ciebie twej duszy.

A jeszcze dokładniej: żądają zwrotu twej duszy. Czas teraźniejszy, nie przyszły. Jest jeszcze kilka takich miejsc w Ewangelii, gdzie zamiast użytego w polskim przekładzie czasu przyszłego, występuje teraźniejszy lub nawet przeszły. Żądają teraz, tutaj, w tej chwili – tym większa jest groza, tym mocniej brzmią te słowa. Tak też i Jan Chrzciciel mówił do tłumów: Każde drzewo, które nie przynosi owocu, jest wycinane i wrzucane w ogień (Mt 3:10). Do apostołów sam Pan mówi w czasie Ostatniej Wieczerzy: Jeśli ktoś we Mnie nie mieszka, został wyrzucony na zewnątrz jak gałązka, i usechł; i zbierają je, wrzucają w ogień – i palą się (J 15:6). Dla Boga zawsze jest TERAZ. Tej właśnie nocy żądają od ciebie duszy, duszy, którą dostałeś, a musisz ją oddać. Tej właśnie nocy. John Donne pisał: What if this present were the worlds last night? I odpowiadał sam sobie na to pytanie: Marke in my heart, O Soule, where thou dost dwell, / The picture of Christ crucified...

Kim są „oni”, ci, którzy żądają zwrotu duszy bogacza? Niektórzy tłumaczą tę nieokreśloną liczbę mnogą aramejską podkładką tekstu, próbą uniknięcia strony biernej (czyli zamiast „twoja dusza jest żądana od ciebie”). Ale jest też możliwe, że sam Bóg mówi o sobie w liczbie mnogiej, aby... uniknąć użycia własnego imienia! Mówi się wtedy o circumlocutio, zamiast wprost użyć Bożego, świętego Imienia, mówi się o nim w zawoalowany sposób. Na ogół w grece biblijnej taką rolę pełni strona bierna, tzw. passivum divinum, o którym pewnie kiedyś już pisałem. Jak jest tutaj? Trudno powiedzieć, wyjaśnienia są właściwie sprzeczne. Ja przychylam się do drugiego z nich, zwłaszcza że podobne sformułowania pojawiają się i gdzie indziej w Ewangelii według Łukasza (6:38; 12:48).

Zostały jeszcze niebezpieczne apteki – czyli spichlerze, w których bogacz chce zgromadzić swoje plony. Po grecku to apotheke, skład, miejsce, gdzie się coś odkłada, przechowuje – i stąd zarówno nasza apteka, jak i francuski boutique czy hiszpańska bodega. Ale to tak przy okazji.