niedziela, 31 maja 2009

Ptaszki, cedry i góralki: czy Psalmista ekologiem był?

Chciałem początkowo napisać, że Psalmista wielkim poetą był, ale chyba nie ma potrzeby przekonywania nikogo do tej tezy. Psalm 104, będący psalmem własnym Pięćdziesiątnicy, jest tego doskonałym przykładem. Fragment jego pojawia się we mszy, a całość – w modlitwie czytań dzisiejszej uroczystości.

W Zesłanie Ducha Świętego, Ducha Stworzyciela (cf. hymn Veni, Creator), Kościół śpiewa psalm o Bożym stworzeniu. Śpiewa o obłokach i wichrach, o płomieniach ognia i płaszczu okrywającym ziemię. Zachwyca się strumieniami górskimi i otchłaniami morza, patrzy na dzikie osły, pijące wodę ze źródła krystalicznej wody, i na ptaki, śpiewające pośród listowia. Podziwia cedry libańskie i zieloną trawę, podgląda kozice i góralki pośród skał (NIE borsuki). Słońce zachodzi i wschodzi, księżyc pośród nocy się przechadza po niebie, lwy ryczą wśród ciemności, i wiedzą, że Bóg da im pożywienie, tak samo jak ludziom.

Psalmista potrafi dostrzec to, co zbyt często umyka dzisiejszemu człowiekowi, niestety – także człowiekowi wierzącemu. Świat jest dziełem Boga, dziełem, które On kocha, do którego podchodzi z szacunkiem i czułością. Świat mówi o Bogu, swoimi barwami, kształtami, dźwiękami, ruchami, zapachami –  wszystkim, całym sobą. Świat drży z radości, gdy Pan na niego patrzy, a Pan się raduje z dzieł swoich (Ps 104:31-32). Dlaczego nie raduje się człowiek? Dlaczego patrzy na świat tylko jak na dekorację, na tle której może występować jego zarozumiałe „ja”? Dlaczego postrzega świat tylko jak cytrynę, którą można wycisnąć do ostatniej kropli i wyrzucić – i nie pomyśli, że drugiej nikt mu już nie da? Dlaczego patrzy z pogardą, z poczuciem znudzonej wyższości na świat, na który Bóg patrzy z miłością i radością? Na świat, który Bóg wciąż stwarza przez swego Ducha? I nie chodzi tu o ogólne spojrzenie na świat jak na jakieś abstrakcyjne pojęcie, bo świat to wszystkie drobiazgi wokół, na które trzeba zwrócić uwagę. Lilie polne, o których mówił Jezus, wróble i kąkol w pszenicy. Dlaczego na to nie patrzycie z miłością? Dlaczego sądzicie, że to drobiazgi zupełnie bez znaczenia? Czy bez znaczenia może być cokolwiek, skoro wyszło z ręki Boga Najwyższego, skoro Jego Tchnienie to ożywia?

Psalmista umiał patrzeć na świat i go rozumieć. Ludzie współcześni – a przynajmniej większość z nich – nie potrafią. Patrzą na Psalmistę z pobłażliwym uśmiechem, jak na dziecko, które zupełnie nie ma pojęcia o rzeczywistości, i zajmuje się głupotami, podczas gdy oni dostrzegają wielkie, ważne rzeczy, jedyne, w ich mniemaniu, godne zainteresowania człowieka. Biedni i ślepi...

A Psalmista nam mówi, że Pan stworzył Lewiatana, aby się z nim bawić. Potwór morski jak kot u Boga, który nie wstydzi się zabawy ze swoim stworzeniem. Przypomina mi się historia z „Eddy młodszej”, w której Wąż Midgardu, opasujący cały świat, jawi się jako kot w domu Utgardalokiego, a Thor próbuje go podnieść.

Niech Pan się raduje z dzieł swoich! Może kiedyś każdy człowiek będzie umiał się z nich radować razem z Panem. Może kiedyś w jakimś kazaniu ktoś wspomni o cudzie stworzenia Bożego. Gdy szedłem dziś rano do kościoła, mijałem mały ogródek, a w nim bratki, gipsówka, aksamitki i – kwiaty łubinu, jak witraże gotyckiej katedry. Człowiek by tego nie wymyślił... Doskonała ilustracja do psalmu z nocnego oficjum, doskonała ilustracja działania Ducha Stworzyciela.

sobota, 30 maja 2009

Autos epha, czyli ostatnia lekcja greki (wpis nieco próżny)

Co można robić na ostatniej lekcji? Trudno zaczynać jakiś nowy temat, dręczyć powtórką poprzedniego też nie należy. Można więc opowiedzieć trochę o osobliwościach samego języka.

Dziś zatem ostatni raz grekę mieli bracia z pierwszego roku studiów. Demokratycznie zapytałem, o czym chcieliby posłuchać. Odpowiedzi były różne, od współczesnej greki, poprzez staroangielski, aż do PIE (Proto-Indo-Europejski). Po wysłuchaniu propozycji, despotycznie przedstawiłem moje, czyli: czytanie sentencji o przyjaźni, odczytywanie Ewangelii według św. Jana w wydaniu Erazma z Rotterdamu, podanie kilku ciekawych informacji na temat tego, co jest w grece, a czego nie ma w polskim i łacinie. Wygrała propozycja ostatnia, chociaż dało się zrobić trochę z drugiej. (Piękne są znaczki u Erazma.)

Zatem rozmawialiśmy o dwóch czasach greckich, które gramatycy nazywają aoristos i parakeimenos. Ten ostatni szczególnie ciekawy jest w Nowym Testamencie, niektórzy nazywają go nawet czasem teologicznym. W trakcie rozważań jeden z braci szeptem zapytał drugiego o wyjaśnienie jakiejś kwestii, i wszyscy usłyszeliśmy odpowiedź: Gdybyś czytał blog pana Marcina, to byś wiedział. Ja czytam regularnie. Poczułem się niezręcznie (a właściwie, to się zmieszałem, chociaż bez betoniarki). No ładnie, pomyślałem. Najpierw się zainteresowali panią Barbarą z youtube, o której nieopatrznie wspomniałem na jednych z pierwszych zajęć, a teraz okazuje się, że czytają jeszcze blog niepoważny, zamiast zająć się poważnymi studiami.

piątek, 29 maja 2009

Zróbcie Mu miejsce, Duch przychodzi z nieba

Jutro wigilia Pięćdziesiątnicy. Sama wigilia, zgodnie ze znaczeniem tego słowa, zaczyna się wieczorem, jest czuwaniem, nie-spaniem w oczekiwaniu na święto. Ale możemy już cały dzień przeżyć w oczekiwaniu na wylanie Ducha.

W benedykcjonale Æthelwolda, Duch Święty zionie ogniem na Apostołów: tak to Godeman przedstawił na miniaturze towarzyszącej tekstom Pięćdziesiątnicy. Możemy też znaleźć specjalne błogosławieństwo właśnie na wigilię tego świętego dnia:

Niech was błogosławi Bóg wszechmogący; czekając na przyjście Jego Ducha Parakleta, dusze wasze przygotowujecie przez post, a dzień dzisiejszy uroczyście na chwałę Bogu poświęcacie. Amen.
Na podobieństwo nowonarodzonych dzieci zachowujcie niewinność, abyście, dzięki darom Ducha Świętego, mogli być Jego świątynią. Amen.
A tenże Duch Święty niech was dzisiaj uczyni godnym dla siebie mieszkaniem, aby jutro mógł napełnić wasze dusze i na zawsze w was zamieszkać; niech doprowadzi was do królestwa niebieskiego, gdy dopełni się wasze życie na tym świecie. Amen.

Ks. Twardowski napisał, że kiedy ktoś się modli, Pan Bóg w nim oddycha. To doskonały komentarz do Listu do Rzymian z wigilijnej modlitwy czytań: gdy nie wiemy, o co się modlić, sam Duch, mieszkający w naszych sercach, przyczynia się za nami. Pneuma, duch, oznacza też oddech.

czwartek, 28 maja 2009

Własnością Pana jesteś, Dominiku...

Spotkałem się dziś z Dominikiem. Z o. Dominikiem, powinienem napisać. W dzień widziałem, jak odprawiał mszę, jak głęboko skłonił się przed ołtarzem Pańskim, jak podniósł oczy ku niebu, do Boga, Ojca naszego wszechmogącego. Teraz mogłem z nim kilkanaście minut porozmawiać.

To jest dziwne uczucie, które przeżywam po raz drugi tak wyraźnie i świadomie (pierwszy raz, który byłby trzecim, to zupełnie inna historia): ktoś, kogo uczyłeś, kto pytał ciebie tyle razy o radę, komu wyjaśniałeś różne trudne kwestie, nagle stoi przy ołtarzu Pańskim, w białym ornacie, rozkłada ręce, śpiewa prefację, bierze chleb, podnosi kielich, i ogłasza: Tajemnica wiary!

Nauczono mnie traktować uczniów jak własne dzieci. Żyć ich problemami, być dla nich zawsze, nawet w środku nocy (jak najbardziej dosłownie!), zawsze mieć dla nich czas. Mea culpa, że nie o wszystkich dominikanach, których uczyłem, potrafię tak myśleć. Z niektórymi miałem krótki kontakt, ledwo cztery miesiące, bo (aż) tyle jest obowiązkowej greki na studiach u Braci Kaznodziejów. Ale z niektórymi spotykałem się nad grecką gramatyką i grecką Biblią dłużej, bo prawie półtora roku, więc pamiętam ich lepiej. Nie wszyscy zostali w zakonie, ale drogę każdego z nich przeżywałem i przeżywam wciąż – chociaż często patrząc z oddali, i często niewidoczny dla nich. (W końcu od czego jest wywiad wewnętrzny...) I wciąż, w każdej chwili, jestem dla nich. Tak mnie nauczono.

Św. Marek (3:14) pisze, że Jezus wybrał Dwunastu, aby z Nim byli, i aby ich posyłać do głoszenia Słowa. Osoba, która mnie nauczyła opisanego wyżej podejścia do uczniów, powiedziała kiedyś, cytując ten fragment Ewangelii, że nasi księża zbyt rzadko pamiętają, że mają być z Nim, że to jest pierwsze, przed głoszeniem Słowa. Chciałem napisać, że wiem, iż Dominik, Marcin, Kuba, Krzysiek, Mariusz i inni są z Nim i będą. Ale jesteśmy tylko ułomnymi ludźmi, więc napiszę: wierzę, że z Nim będą, i wierzę, że się o to wszyscy modlimy.

Jeszcze jedna uwaga, oczywiście, czepialska. Nie uważam, żeby objazd wszystkich klasztorów w tydzień, z mszami prymicyjnymi, często po dwie dziennie, był dobrym pomysłem. Primo, tuż po święceniach powinni neoprezbiterzy mieć trochę wolnego, po wszystkich intensywnych przeżyciach ostatnich dwóch tygodni. Secundo, takie objazdy z mszą świętą, sprawowaną, jak wspomniałem, nawet dwa razy dziennie, są nie tylko męczące, ale też – w moim odczuciu – odzierają Eucharystię z godności jej należnej. Składać Ojcu ofiarę przez Chrystusa, z Chrystusem, i, co najważniejsze, w Chrystusie, to nie jest łatwa rzecz, wymaga naprawdę wysiłku, jeśli się do tego poważnie podchodzi. Jak dla mnie, takie „tournee” jest zbyt szumne; ale może neoprezbiterzy mają inne zdanie.

 prymicyjny obrazek o. Dominika

wtorek, 26 maja 2009

Sapienter psallite!

Patrząc na kalendarz papieskich celebracji, można zauważyć, że pojawiają się tam nie tylko uroczyste msze, lecz także – i to często – nieszpory. Nie tylko na rozpoczęcie roku liturgicznego, zakończenie roku kalendarzowego czy Nawrócenie św. Pawła, jak to było za poprzedniego papieża.

Benedykt XVI najwyraźniej ceni wspólnotowo sprawowaną Liturgię Godzin, i dużą wagę przykłada do jej celebracji. Nieszpory na Monte Cassino, nieszpory były też w Ameryce i we Francji, i – w rycie wschodnim – w Ziemi Świętej. Ale też i „zwykłe” nieszpory sprawowane wraz z patriarchą Bartłomiejem w Kaplicy Sykstyńskiej.

Myślę, że papież nam w ten sposób mówi, jak istotna, jak ważna i jak piękna jest ta modlitwa Kościoła.

niedziela, 24 maja 2009

Nieunikniona podróż

W wigilię Wniebowstąpienia 735 roku odszedł do Pana Beda, mnich z podwójnego klasztoru Monkwearmouth-Jarrow. 25 maja Kościół obchodzi jego wspomnienie. Napiszę o Bedzie dzisiaj, bo jutro mnie chyba nie będzie na blogu.

Najbardziej znany jest Beda ze swojej „Historii kościelnej narodu angielskiego”, ale jest też autorem wielu biblijnych komentarzy, homilii, prac naukowych i poezji. W liturgii godzin używane są trzy jego hymny: na dzień świętych Młodzianków (28 XII), na męczeństwo św. Jana Chrzciciela (29 VIII) i na okres wielkanocny (hymn godziny czytań „Wesel się, niebo wysokie”). Wiadomo, że znał dobrze grekę, i korzystał z tej wiedzy przy pisaniu o Nowym Testamencie. Wykaz swoich dzieł podaje na zakończenie „Historii”, tam też zamieszcza krótką autobiografię:

Beda, sługa Chrystusa, kapłan klasztoru świętych Apostołów Piotra i Pawła, który znajduje się w Wearmouth i Jarrow. Urodziłem się na terenach należących do tego klasztoru, a gdy miałem lat siedem, troskliwi krewni oddali mnie na naukę najczcigodniejszemu opatowi Benedyktowi, a następnie [po śmierci Benedykta – M.L.M.] Ceolfriðowi. Od tego czasu całe moje życie spędziłem w tym klasztorze mieszkając, i oddałem się całkowicie rozważaniu Pisma. Zawsze miłe mi było albo uczyć się, albo nauczać, albo pisać, zachowując przy tym klasztorną dyscyplinę i codziennie śpiewając oficjum w kościele. W dziewiętnastym roku mego życia zostałem diakonem, w trzydziestym – kapłanem; udzielił mi obu święceń najczcigodniejszy biskup Jan, na polecenie opata Ceolfriða.

W zakończeniu tej krótkiej noty o sobie samym Beda napisał: A Ciebie błagam, dobry Jezu, któryś mi łaskawie dał czerpać z rozkoszą słowa z Twej wiedzy pochodzące, abyś dał mi także, w dobroci Twej, dojść kiedyś do Ciebie, źródła wszelkiej mądrości, i zawsze trwać pozwolił przed obliczem Twoim.

Do samego końca Beda tłumaczył na ojczysty język Ewangelię według św. Jana; niestety, nie zachował się dla nas ten przekład. Ale mamy tzw. pieśń Bedy na łożu śmierci, w dialekcie northumbryjskim, a więc ojczystym dla niego. To jeden z trzech zachowanych w tym dialekcie fragmentów poezji.

Przed ową podróżą,     która każdego z nas czeka,
Nikt nie jest tak mądry,   by nie potrzebował
Pomyśleć,     zanim stąd odejdzie,
Jaki dla jego duszy,     dobry czy zły,
Po śmierci     będzie wyrok.


Grób Bedy znajduje się w katedrze w Durham, jednej z najpiękniejszych katedr zachodniego świata. Umieszczono na nim cytat z komentarza Bedy do Apokalipsy: Chrystus jest Gwiazdą poranną; kiedy mija noc tego świata, przynosi on swym świętym obietnicę światła życia i otwiera dzień, który nie ma końca.

Beda Venerabilis

Ornitologia dla neoprezbiterów

Zastanawiałem się przez chwilę nad tytułem wpisu, doszedłem do wniosku, że „O ptaszkach dla neoprezbiterów” brzmiałoby nieco dwuznacznie (i wywołałoby kolejne głosy oburzenia na mój wielce niepoważny blog, i tak już dniem i nocą oskarżany przez anonimowych ponuraków-moralistów), więc niech będzie ornitologia.

Taki jest bowiem tytuł wiersza ks. Janusza St. Pasierba, który tu zamieszczam: Ornithologia pastoralis.

1. kiedy chrzczę
jestem bocianem w komży
przynoszę szczęśliwej Matce
małe krzyczące dzieci


2. w konfesjonale
jak dzięcioł stukam
wydziobuję uparte korniki
z drzewa żywego

3. na ambonie gołębica
a ja na jednej nodze
czapla z długim nosem
nie stoję zbyt pewnie


4. na drodze krzyżowej
chciałbym być szczygłem
wyciągnąć choć jeden
cierń z głowy Jezusa

5. prowadzę pogrzeb
pingwin w czerni i bieli
przez lodowato szary
krajobraz świeckiej żałoby

6. prymicjant
jest księdzem-skowronkiem
wysoko w niebie
kwietniowym


7. podczas mszy świętej
jak boża krówka
wędruję pieszo
po wysokiej kolczastej łodydze
róży

8. Pan Bóg jak orzeł w słońcu
Pan Jezus pelikan krwawiący
Duch Święty gołąb z płomienia
skowronki od Matki Boskiej
święta Agnieszka bez ptaszka
a ja sowa osowiała nocą


Sowa to, oczywiście, z psalmu 102. Wiersz ks. Pasierb dedykował ks. Twardowskiemu, myślę, że neoprezbiterom też można go dedykować, chociaż niebo już majowe. Wysoka, kolczasta łodyga róży pewnie jak krew czerwonej po której wspina się biedronka: ten obraz do mnie najbardziej chyba przemawia. (Na drugim miejscu pingwin.)

piątek, 22 maja 2009

Dotyk z pierwszej połowy pierwszego wieku po Chrystusie

Jutro Dominik i jeszcze kilku braci, których wieki temu uczyłem, otrzyma święcenia kapłańskie. Kardynał Macharski nałoży na jego głowę ręce. Stanie się inny ontycznie, jak mi to kiedyś tłumaczył Chris, mój angielski przyjaciel-ksiądz.

Przez to włożenie rąk Dominik wejdzie w długi łańcuch, sięgający Apostołów, i ich nakładania rąk. To niesamowite, nawet nie próbuję sobie wyobrazić takiego doświadczenia. Nieprzerwany łańcuch życia Kościoła. I w jednej chwili będzie mógł odpuszczać grzechy i sprawować Mszę świętą. W jednej chwili będzie inny.

Niech Twoi kapłani odzieją się w sprawiedliwość, a Twoi wyznawcy niech śpiewają z radości.
(Ps 132:9)

czwartek, 21 maja 2009

Rex ad portas!

Dzisiaj Kościół powszechny obchodzi uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Czterdziesty dzień po Wielkanocy wypada we czwartek (a nie w niedzielę, jak wynika z wyliczeń niektórych Kościołów partykularnych – ot, skutki braku matematyki na maturach!). Czwartek nasze myśli kieruje szczególnie ku Eucharystii: Jezus odchodzi we Wniebowstąpieniu, kończy się pewien sposób Jego obecności na ziemi, ale zaczyna się nowy, w Eucharystii.

On sam, jako jedyny i wieczny Kapłan, podejmuje służbę w niebieskim przybytku, przed obliczem Boga, ukazując Mu nieustannie swoje chwalebne rany, znak ofiary, którą złożył za grzechy świata.

W jednej ze swoich homilii Beda łączy z Wniebowstąpieniem psalm 24. Szczególne miejsce ma ten psalm w liturgii. Mówi o przyjściu potężnego Króla, przed którym otwierają się bramy i odwieczne podwoje, a Królem tym jest sam Pan Zastępów.

Najpierw pojawia się ten psalm w Niedzielę Palmową, w czasie procesji. Król przybywa do świętego miasta, do Jeruzalem, które otwiera przed Nim swoje bramy. Towarzyszą Mu rzesze wielbiące Boga i zwiastujące nadejście Jego królowania (cf. Mk 11:10).

Po raz drugi śpiewamy ten psalm w oficjum Wielkiej Soboty, z antyfoną: Unieście się, odwieczne podwoje, aby mógł wkroczyć Król chwały. Król przybywa do bram Otchłani, do bram podziemnego świata; w apokryficznych tekstach towarzyszy Mu orszak aniołów, którzy śpiewają podaną wyżej antyfonę. Odwieczne bramy, bramy śmierci, otwierają się przed Nim.

W homilii Bedy, i w poetyckich tekstach z Exeter Book, ten psalm towarzyszy Panu wstępującemu do nieba. Idzie z Nim rzesza odkupionych, których wyzwolił z więzów Otchłani, idzie też chór aniołów, z których jeden - jak niegdyś, w krainie śmierci - woła, tym razem przed bramą niebieskiego Jeruzalem: Otwórzcie bramy, a Król wiekuistego pokoju, Król chwały, wejdzie! A zza murów świętego Miasta słychać odpowiedź: Kim jest ów Król chwały, który może wejść w bramy nieba? I odpowiada anioł-herold: To potężny i mocny Pan, który w bitwie pokonał mrocznego księcia tego świata. A zatem, unieście się, bramy niebios wieczystych, aby mógł wejść Król chwały, Król mocy i łaski. Jak pisze Beda, mieszkańcy niebieskiego Jeruzalem znowu pytają, zdumieni, zza murów: Kimże jest ten Król chwały, Król tak wielkiej godzien chwały? Na to odpowiada anioł: On jest najwyższym Stwórcą wszystkich niebieskich mocy, On jaśnieje jako Król chwały. I wtedy Pan, Król chwały, ze swoim świetlistym orszakiem wkracza do Królestwa niebieskiego.

Poetycki to obraz, dla niektórych pewnie zbyt wydumany. Dla mnie bardzo piękny i głęboki, wydobywający z cienia tajemnicę Wniebowstąpienia, i łączący ją, jakże właściwie, z tajemnicą Zmartwychwstania. Bo jedna i druga tworzą razem, wraz z Krzyżem, tajemnicę wywyższenia Jezusa, o której On sam mówi w Ewangelii według św. Jana.

I jeszcze na zakończenie: kolekta dzisiejsza jest właściwie cytatem z jednej z homilii św. Augustyna, który, zdaje się, wciąż budzi wielkie emocje pośród czytelników blogów. (Może w końcu ktoś dokładnie przeczyta jego „Wyznania”, bez których trudno o Augustynie rozprawiać... W końcu to tekst źródłowy.)

wtorek, 19 maja 2009

Kody z brudnej wody

W metrze i na ulicach kolorowe reklamy zachęcają do obejrzenia „Aniołów i demonów”. Podobno jest tam o konklawe, kardynałach i Kościele. Fascynujące.

Przypomina mi się pewien dziennikarz II programu Polskiego Radia, czy raczej ze czcią trzeba powiedzieć: pan redaktor, magister muzykologii, który mnie kiedyś przekonywał, iż w „Kodzie Leonarda da Vinci” przedstawiona jest prawdziwa historia Kościoła, i że - jako osoba mająca dostęp do tekstów starożytnych - powinienem to najlepiej wiedzieć.

Przyznaję szczerze, nie czytałem książek pana Browna, i chyba nie będę. Nie wątpię, że przeprowadził on dogłębne studia, oparte o teksty źródłowe, dokonał ich odkrywczej interpretacji, i jeszcze potrafił to opisać w porywający (?) sposób. Oczywiście, unikanie jego książek świadczy o mojej ciasnocie umysłowej i życiu w zakłamaniu, które propaguje Kościół rzymski. Trudno. Już się nie zmienię.

poniedziałek, 18 maja 2009

Rogationes, czyli tam i z powrotem

Zrobiło się upiornie gorąco. (Pewnie dla większości jest to przyjemna, słoneczna pogoda, dla mnie jednak biomet jest zdecydowanie niekorzystny.) Na Służewie wyroiły się dzikie pszczoły: chmura wirujących owadów sięgała aż do trzeciego piętra. Natura w szczególny sposób o sobie przypomina w tych dniach.

A są to Dni krzyżowe, Rogationes. Trzy dni przed Wniebowstąpieniem, która to uroczystość w przyzwoitych kalendarzach przypada, jak Pan Bóg w Piśmie przykazał, 40. dnia po Wielkanocy, czyli w najbliższy czwartek. Tak jest np. w Watykanie, jak przypomniał rok temu papież; w Polsce, dzięki (tu brzydkie słowo na „i”) polskich biskupów, nie mamy za to VII Niedzieli Wielkanocnej, której miejsce zajęło właśnie Wniebowstąpienie. Bez komentarza.

Poniedziałek, wtorek i środa przed Wniebowstąpieniem to dni błagalnej modlitwy i błagalnych procesji. Często odbywały się one do krzyża, stojącego na polach, i z powrotem do kościoła, stąd nazwa Dni krzyżowych. Jeszcze wcześniej obejmowały one wszystkie pola, łąki i lasy danej miejscowości, i trwały od tercji do nony, czyli od 9.00 do 15.00. Niesiono w nich krzyż, Ewangeliarz, relikwie świętych; pola i łąki kropiono wodą święconą, błagając Boga, aby dał obfite plony i zachował lud swój od nieurodzaju i głodu. Autor listu o śmierci Bedy wspomina o takiej procesji (Beda umarł w wigilię Wniebowstąpienia).

Śpiewano w czasie procesji litanię do Wszystkich Świętych. W dawnych homiliach czytamy, że te dni były –  mimo okresu paschalnego – dniami pokuty i postu. Miały przypominać ludziom o konieczności nawrócenia, o niebezpieczeństwie trwania w grzechu, i o Bożym gniewie. Nawiązywały do postu Niniwitów, opisanego w Księdze Jonasza. Błagano Boga, aby powściągnął swój słuszny gniew i nie karał ziemi nieurodzajem.

Boże, Ty niespodziewanie karzesz winy bezbożnych, ale też nie odrzucasz płaczu żałujących za grzechy, tak że możemy odczuć Twoją miłosierną łaskę my, którzy doświadczyliśmy Twego surowego gniewu.

niedziela, 17 maja 2009

Dwie spośród kobiet mojego życia

Chociaż wiele jest kobiet w moim życiu, nie będą to wyznania w stylu św. Augustyna, więc proszę się nie gorszyć. Trudno mi ten tekst pisać, bo o jednej z pań muszę pisać w czasie przeszłym, o drugiej - w teraźniejszym, ale może uda mi się nie poplątać gramatycznie. Jedną widywałem często przez prawie 20 lat, drugą widziałem tylko raz i wymieniłem z nią kilka maili.

W tym momencie pewnie już wszyscy uważni i wierni czytelnicy się domyślają, o kogo chodzi: o prof. Annę Świderkównę i prof. Robertę Frank. Co jest wspólne dla nich obu, to filologia, chociaż dla jednej była to filologia klasyczna, dla drugiej zaś jest to filologia angielska i skandynawska.

Anna Świderkówna uczyła mnie czytać Biblię po grecku. Dawno temu, w pewien październikowy dzień, w jasno oświetlonej bibliotece Zakładu Papirologii, moje trzy koleżanki z roku i ja spotkaliśmy się z nią po raz pierwszy. Wszystko dzięki miniaturowemu ogłoszeniu (sekretarka naszego Instytutu, pieczętująca się jako „magister specjalista”, miała skłonność do wywieszania miniaturowych kartek z ogłoszeniami), które wypatrzyła moja przyjaciółka z ławki obok, Agnieszka. I tak się zaczęło... Najpierw były zajęcia na papirologii, potem, przez krótki czas, na filologii klasycznej, wreszcie w domu pani profesor, w którym wtedy jeszcze można było usiąść przy stole. W miarę upływu lat, stół zajmowały stosy książek, które potem gromadziły się i pod stołem, i na podłodze, i wreszcie na łóżku. Czytaliśmy Nowy Testament, trochę Septuaginty. Szybko się okazało, że oprócz filologii uczyła nas wielu jeszcze innych rzeczy: szukania Boga, zaufania Mu, miłości do Kościoła. W pewien sposób, staliśmy się rodziną. Nigdy nie zapomnę, jak w 1995 odwiedziła mnie w szpitalu, przynosząc żetony do telefonu, gdyż, jak stwierdziła, to jedna z najważniejszych rzeczy potrzebnych w szpitalu. Potem, kiedy wyjechała do Gniezna, często dzwoniła i pisała. Dwa dni po jej pogrzebie znalazłem przypadkiem jeden z tych listów w jakiejś książce; pisała w nim, że o mnie pamięta, i prosiła, żebym pamiętał o niej, bo tego potrzebuje. (W Gnieźnie, na prośbę arcybiskupa Muszyńskiego, głosiła radiowe pogadanki o Biblii w świecie greckim; z pewnych względów nie było to łatwe zadanie.)

Kiedy się do niej przychodziło, stała zawsze w otwartych drzwiach swojego mieszkania, i to w pewien sposób oddaje jej osobowość: to wyjście ku drugiej osobie. Dzieliła się wszystkim: wiedzą, doświadczeniem, historią swojego życia, nawet pieniędzmi. Kiedy dzwoniła, zawsze chętnie rozmawiała przez chwilę z moimi rodzicami, a kiedy zaszczekała Nessa, zawsze się o nią wypytywała. W ogóle kochała przyrodę. Pamiętam, jak kiedyś, zimą, nieco się spóźniła na zajęcia, gdyż po drodze chciała nakarmić kaczki w Parku Saskim. Opowiadała, jak ciężko jej było rozstać się z psem, kiedy szła do klasztoru w Żarnowcu. Owszem, bywała apodyktyczna, potrafiła być krytyczna, ale myślę, że miała ku temu prawo.

Robertę Frank poznałem poprzez jej artykuły. Najpierw był rozdział w The Cambridge Companion to Old English Literature; tekst o germańskim dziedzictwie staroangielskiej literatury był bardzo rzeczowy, świadczący o wielkiej wiedzy autorki, a jednocześnie bardzo jasno napisany, prostym językiem, i pełen humoru – rzecz, która rzadko się zdarza w tekstach naukowych. Wyobrażałem ją sobie wtedy jako starszą, siwą panią, o nieco męskim wyglądzie (to za sprawą imienia, jak sądzę). Jakież było moje zdumienie, kiedy zobaczyłem ją w Leeds w 2005! Można o niej powiedzieć tylko jedno: charming! To spojrzenie, ten uśmiech, ten sposób mówienia w doskonały sposób współgrają z jej pisarskim stylem. Teksty Roberty zawsze są porywające, zawsze pełne humoru, często polemiczno-ironiczne wobec kolegów po fachu, i zawsze bardzo rzeczowe: żadnego spłycania tematu, żadnych ogólnych i nieprecyzyjnych sformułowań. Każdy właściwie z jej artykułów ma przemyślnie skonstruowany, chwytliwy tytuł. (Nie wiem, na ile mi się to udaje, ale staram się w tym ją naśladować.) Przykłady? „Trzy puchary i jeden pogrzeb w Beowulfie”, „Dyskretny urok słabej formy przymiotników staroangielskich”, „Nieznośna lekkość bycia filologiem”, czy „Skandal w Toronto”. Ten ostatni tekst jest szczególnie fascynujący, mówi o datacji Beowulfa – problemie właściwie nie do rozwiązania; ogólnie rzecz ujmując, można podzielić filologów na tych, którzy datują ten poemat wcześnie (8. wiek), i późno (10-11. wiek). Dwóch profesorów, którzy ostatnio promowali powrót do wczesnego datowania, Roberta porównuje do dwóch projektantów mody, którzy wprowadzili ponownie na rynek pewien rodzaj butów, tzw. hush-puppies; a robi to w tak dowcipny i lekki sposób... Tylko ona to potrafi. Poza tym, i to jest dla mnie bardzo ważne, Roberta Frank jest prawdziwym filologiem, pewnie jednym z ostatnich wielkich filologów, bo to gatunek wymierający.

Obu paniom zawdzięczam wiele. Roberta Frank chętnie odpowiada na e-maile, służąc radą (ciekawe, rzadko się to zdarza wśród polskich uczonych, natomiast nie zdarzyło mi się, aby pozostał bez odpowiedzi mail wysłany do jakiegoś zagranicznego profesora). Anna Świderkówna kiedyś mi powiedziała, że zawsze mi chętnie pomoże, nawet wtedy, kiedy będzie już Tam, po Drugiej Stronie   „a nawet wtedy tym bardziej będę mogła ci pomóc”, stwierdziła. I w tym momencie czas przeszły łączy się z czasem teraźniejszym.

piątek, 15 maja 2009

Celny cytat

Kilka dni temu, rozmawiając (internetowo) ze znajomą, wspomniałem o pewnej bardzo wierzącej i bardzo pobożnej osobie.

Osoba ta jest bardzo miła, czy może raczej przymilna, wobec tych, którzy okazują jej zainteresowanie, przytakują jej, chwalą ją, mówią i działają po jej myśli. Tych, którzy tego nie robią, po prostu nie zauważa, a jeśli już zauważyć musi, to wyraźnie daje im odczuć, że nie żywi do nich zbytniej sympatii.

Znajoma na to powiedziała: Czyż i poganie tego nie czynią? (Mt 5:47) Zdumiała mnie wyjątkowa celność tego cytatu, który pokazuje, jak wciąż żywa jest Ewangelia.

czwartek, 14 maja 2009

Częste mycie – grzeszne życie

W biografii św. Hieronima, pióra J.N.D. Kelly’ego, przeczytać można o klasztorach, męskim i żeńskim, założonych w Betlejem przez Hieronima i towarzyszącą mu Paulę.

Kobiety nosiły żałobne szaty i zbytnio nie dbały o siebie, jak wspomina Hieronim w jednym z listów. Mimo że z arystokratycznych rodów, zajmowały się zamiataniem, obieraniem jarzyn, dbaniem o lampy, i innymi posługami, które zwykle wykonywały służące.

Kelly przytacza też interesujący cytat – niestety, nie podaje, czy pochodzi on od Hieronima, czy od Pauli: Czyste ciało i czyste szaty są znakiem nieczystych myśli.

Przeczytawszy to, pomyślałem, że jedna z moich sąsiadek, pani C., zwana popularnie naszą gwiazdą, musi być niezwykle cnotliwą niewiastą, nieskalaną żadną złą myślą...

wtorek, 12 maja 2009

Zawartość płynu: 0.2%

Płyny są nam do życia niezbędne. Ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że duża część katolików nauczyła się żyć bez płynów, a właściwie bez jednego z nich.

A płynem tym jest humor. Łacińskie słowo (h)umor oznacza bowiem płyn, wilgoć, coś płynnego. Lekarze starożytni wierzyli, że każdy ma w sobie cztery takie płyny: krew, flegmę, żółć i czarną żółć (ciekawy oksymoron, tak samo jak np. czerwony atrament). Jako wpływające na usposobienie człowieka, te cztery humory dały ostatecznie „nasz” humor, a więc umiejętność dostrzegania zabawnych stron życia, pogodny nastrój, wesołe usposobienie. (Tak definiuje humor „Słownik języka polskiego”.)

Niestety, poczucie humoru zdaje się być całkowicie obce znakomitej większości wierzących. Czyżby uważali je za grzech? Śmiertelna powaga - właśnie: śmiertelna - zdaje się być cechą rozpoznawczą wielu katolików. Humor jest dla nich zbyt przyziemny, gorszący nawet. Może bierze się to z ponurego spojrzenia na świat, który postrzegany jest jako wróg (i nie chodzi tu o ‘świat’ w rozumieniu listów apostolskich Nowego Testamentu, ale o świat po prostu, stworzony przez Boga)? Wszelkie dyskusje kościelne muszą być śmiertelnie poważne, albo przynajmniej smętne. (Pamiętam jakąś sesję na UKSW: po korytarzach snuły się tłumy pań, wyglądających niemal identycznie, ze zbolałymi minami w stylu pewnej pani polityk, która kiedyś była we władzach Sejmu czy Senatu.) Wszelki śmiech i dowcip są zdrożne; każdego, kto wykazuje poczucie humoru, należy omijać z daleka, gdyż humor bezcześci wszelkie poważne,  wzniosłe i pobożne myśli... Tak zdaje się myśleć wielu chrześcijan.

Na szczęście całkowita susza nam nie grozi. Tomasz More jest chyba najbardziej znanym świętym, który nie wstydził się poczucia humoru. Matka nasza, św. Teresa, także umiała się śmiać i żartować, w swoich klauzurowych klasztorach. Św. Dominik też, jeśli dobrze pamiętam, nie miał nic przeciwko śmiechowi. Franciszek z Asyżu potrafił się cieszyć z drobiazgów Bożego stworzenia. Ks. Twardowski miał wspaniałe poczucie humoru. Urszula Ledóchowska także pisała o uśmiechu i dobrym humorze. Kard. Ratzinger pisał o risus paschalis, barokowym zwyczaju opowiadania dowcipu w czasie mszy wielkanocnej, aby wszyscy mogli się roześmiać w tym „dniu wesołym”.

A na zakończenie współczesna fraszka, napisana przez karmelitankę z Gdyni; na szczęście siostry poczucie humoru wciąż zachowują, na wzór swej świętej Matki:

Miewam rozproszenia duże,
Kiedy chodzi żuk po chórze.
Może przecież wybrać drogę
Prowadzącą przez mą nogę!
Jest to bardzo trudna sztuka,
Modlić się i śledzić żuka!

niedziela, 10 maja 2009

Wspólnota mieszkaniowa i zagadki polskich biskupów

Tematy są dwa, a łączy je – liturgicznie – dzień dzisiejszy, czyli 10. maja 2009 roku, w kalendarzu liturgicznym: V Niedziela Wielkanocna. 

Najpierw o Ewangelii. Jan ma swoje ulubione słowa, które w jego Ewangelii pojawiają się szczególnie często. Jednym z nich jest czasownik meno, który w piętnastym rozdziale Ewangelii według Jana pojawia się – jeśli dobrze policzyłem – 11 razy. Tłumacze mają z tym czasownikiem sporo kłopotu, bo znaczeń ma dużo, aczkolwiek związane są wszystkie z przebywaniem w jakimś miejscu, wyrażają pewną statyczność. Stąd mamy w polskim przekładzie ‘trwać’ – chociaż w innym fragmencie Ewangelii przetłumaczono ten czasownik jako ‘mieszkać’. W piętnastym rozdziale Ewangelii bardzo by to pasowało: Zamieszkajcie we Mnie, a Ja zamieszkam w was. Lepiej to oddaje sens słów Jezusa.  

Teraz o biskupach. W epoce przedblogowej (ile to tysięcy słów temu...) napisałem tekst o próbach zrobienia 6. stycznia dniem wolnym. Pewnie gdzieś można to znaleźć w przepastnych otchłaniach cyberprzestrzeni. Wspominałem w tym tekście o polskich biskupach i ich (ciekawych) pomysłach liturgicznych. Dziś kolejny z nich...
Ponieważ matka moja ogląda telewizję raz dziennie, ale za to przez kilka godzin, mogłem dziś zobaczyć transmisję Mszy św. z Krakowa, koncelebrowanej przez liczne grono członków polskiego Episkopatu. Jest V Niedziela Wielkanocna. Msza celebrowana jest w czerwonych szatach liturgicznych, a jej teksty wzięte są z 8. maja, z dnia św. Stanisława. Będę wdzięczny, jeśli mi ktoś wytłumaczy, jak to możliwe. Wydaje mi się, że niedziele Wielkanocy, tak samo jak Adwentu i Wielkiego Postu, górują nad innymi uroczystościami; może jednak coś się zmieniło w kalendarzu, a ja, zacofany, o tym nie wiem... Kolejna zagadka polskiego Episkopatu.

Co poeta miał na myśli?

Napiszę o wierszu, który za mną chodzi, kiedy spacerujemy z Nessą pod drzewami, zastanawiając się, dlaczego szatan zaczął z Ewą rozmawiać, a nie z Adamem. Właściwie nie o wierszu napiszę, tylko wiersz wpiszę. Nie mój, bez obaw, katem nie jestem; wiersz jest Juliusza Słowackiego.

Na drzewie zawisł wąż,
    I rzekł szatan do Ewy:
    „Patrz, pod ciemnymi drzewy
We śnie leży twój mąż.

„Jemu mówił Jehowa
    Tajemnicę stworzenia
    Ze światła i z promienia,
Z miłości i ze słowa.

„Ja ci dam tajemnicę
    Duchów, Jehowy sług,
    Że Duch w Trójcy – to Bóg,
Słowo – trzy błyskawice.

„Zwycięż na ziemi zgon,
    Rozwesel cały Eden;
    Ja w was dwóch będę jeden,
A we mnie ty i on.

„Zdołaj duchy spłomienić,
    Spokojny ciała dom,
    Chwilę zamienić w grom!
Trójcę w jedność zamienić!

„Sama ogniami stlej,
    A gdy mąż się zamroczy,
    Patrz mu ogniście w oczy,
Usta z ustami zlej!

„Szepcząc do ucha wciąż,
    Czyń bez żalu i skruchy,
    Ty i on – to dwa duchy,
Z wami trzeci ja, wąż.

„Jeśli masz ognia mało,
    To ściągnij oto dłoni
    Po owoc tej jabłoni,
Jej duchem podkarm ciało.

„Ty będziesz świata panią!...”
    Lecz już z jabłkiem od drzewa
    Biegła w płomieniach Ewa,
A szatan poszedł z nią.

Oto z ziemią się stało,
    Co z gwiazdy trapionemi:
    Promienność poszła z ziemi,
A duch węża wziął ciało.

sobota, 9 maja 2009

Znad Północnego Morza wieje wciąż wiatr

Miałem o tym wcześniej napisać, ale inne tematy mnie zaabsorbowały. Niektórzy już wiedzą, że od kilku dni mamy nową książkę J. R. R. Tolkiena: „The Legend of Sigurd &Gudrún”. Pięknie wydana, opracowana przez Christophera Tolkiena.

Ale też niektórzy się rozczarują, bo książka nie jest o Śródziemiu, elfach, Valarach, hobbitach etc., etc. Co więcej, prozy w niej niewiele. „The Legend of Sigurd &Gudrún” to dwa poematy, pisane po angielsku, ale w metrum typowym dla staroislandzkiej poezji, jaką mamy chociażby w mojej ukochanej „Eddzie starszej”. Opowiadają historię rodu Völsungów, którą w bardzo zniekształconej wersji przedstawił Wagner w swojej tetralogii.

piątek, 8 maja 2009

Czy bogowie są (nie)śmiertelni?

Wspominałem jakiś czas temu, że często ostatnio słucham „Eddy poetyckiej”, zwanej też „Eddą starszą”, a przede wszystkim najciekawszej pieśni spośród zawartych w niej: Völuspy. Ciekawy to poemat, dający ogólny zarys nordyckiej mitologii od początków świata aż do jego końca. A mitologia także ciekawa, gdyż bogowie w niej są śmiertelni. (Jedyna taka znana mi mitologia – może ktoś zna inną, spoza Europy?) Tekst Völuspy ma w sobie niezwykłą moc, poetycką gwałtowność przeszywającą aż do szpiku kości czytelnika, którego nie przerażają zawarte w niej obrazy.

Śmiertelni bogowie. Pismo rzadko mówi o Bogu jako o nieśmiertelnym; pojawia się to określenie dopiero w greckich tekstach biblijnych, tzn. w Księdze Mądrości i niektórych listach św. Pawła. Dwa są tam słowa na nieśmiertelność: athanasia i aphtharsia. To drugie tak naprawdę nie ma nic ze śmiertelnością wspólnego, filologicznie, bo oznacza raczej niezniszczalność. Pochodzi od czasownika phtheiro (częściej używano od niego złożenia, diaphtheiro), który znaczy ‘niszczyć’, do którego dodano tzw. alpha privativum, czyli, doslownie, „alfa pozbawiające” [znaczenia wyraz po nim następujący]. Tak samo w athanasia thanatos, śmierć; athanatos ho thanatos, mówili Grecy. (Myślę, że po powyższych wywodach tłumaczyć tego nie trzeba; ho to rodzajnik.)

Ale jest inne jeszcze greckie słowo, które oznacza nieśmiertelność, a sam jego dźwięk daje niesłychaną przyjemność lingwistyczną (jeśli ktoś wierzy w teorię estetyki lingwistycznej i powiązania znaczenia słowa z jego dźwiękiem; ja wierzę): ambrosia. Kojarzy się głównie z pokarmem bogów, który przecież zapewniał im właśnie nieśmiertelność. (Wprawdzie Cyceron gdzieś pisze, że bogowie czerpali życie ze składanych im ofiar zwierzęcych, ale to zupełna głupota.) Ambrosia jest pokrewna z polską martwotą, chociaż pewnie tego nie widać. ‘A’ jest, oczywiście, zaprzeczeniem; co mamy dalej? W poezji greckiej pojawia się przymiotnik brotos, który oznacza śmiertelnego człowieka, a pochodzi z wcześniejszej formy *mbrotos, która z kolei pochodzi z *mrotos. Połączenie ‘mb’, bardzo eufoniczne, pojawia się w różnych językach, miłośnicy Quendich coś o tym wiedzą. W grece ‘b’ weszło między ‘m’ i ‘r’, i zachowało się, jeśli przed taką zbitką pojawiła się samogłoska jak w ambrosia. A od rdzenia *mrot- mamy w łacinie mort-, jak mors, mortis, czy polskie martwy.

Żeby było jeszcze ciekawiej: nie-śmiertelny także dokładnie odwzorowuje grecką ambrozję. Nasze ‘nie’ i greckie ‘a’ przeczące powstały z tego samego, tzn. z ‘n’. (Powinno pod tym ‘n’ być takie kółeczko, na oznaczenie sonantu, z którego może powstać samogłoska, ale chyba się nie da wstawić.) Co więcej, z tego ‘n’ pochodzi też łacińskie ‘in-’, jak w in-mortalis (> immortalis). Ten sam sposób mówienia o nieśmiertelności – zawsze przez zaprzeczenie. Czy da się inaczej? Ktoś ma pomysł? (Z owego ‘n’ pochodzi też germańskie un-, on-, ó-, ú-, czy celtyckie in-, an-.) I chodzi o nieśmiertelność, a nie o wieczność, to zupełnie różne pojęcia. Nieśmiertelność jest sobie w stanie człowiek wyobrazić, wieczności – już nie.

Śmiertelni bogowie z „Eddy” dbali jednak o młodość: jedli jabłka, których strzegła bogini Idun (jej imię znaczy ‘odmłodzicielka’). Niemały był kłopot, kiedy olbrzym Thjazi porwał Idun – bogini Freya ze zgrozą zauważyła u siebie pierwszy siwy włos. Ale wszystko dobrze się skończyło, Idun wróciła do Asgardu, siedziby bogów, którzy mogli się cieszyć swą młodością – do czasu.  Heim ríð þú, Óðinn, ok ver hróðigr! Do domu jedź, Odynie, i ciesz się – mówi inna volwa – dopóki Ragnarök (czyli Koniec) nie nadejdzie, a z nim ruina.

Jak napisał kiedyś Tolkien: „Władca Pierścieni” jest opowieścią o śmierci, i o pragnieniu nieśmiertelności. Jako że wiosna przypomina o przemijaniu i śmierci, warto nad tym pomyśleć. I zajrzeć do „Eddy”, bo warto.

„Ale Ty, Matko, nie myślisz źle o nas, zawsze tych, co się potkną obronić gotowa”

Jutro w Warszawie uroczystość Najświętszej Maryi Panny Łaskawej, patronki miasta. W hymnie brewiarzowym modlimy się: Tyś naszą twierdzą nigdy nie zdobytą przez wrogą przemoc (...) Ty zaś, miłosierna, łamiesz swą dłonią groty nieprzyjaciół Twojego ludu. Jej obraz, łamiącej strzały wrogów, znajduje się w kościele jezuitów na Starym Mieście.

Z osobistych względów ta uroczystość jest mi szczególnie bliska. Ale od obrazu Matki Bożej Łaskawej wolę ikonę Matki Bożej Dońskiej. Ze wszystkich ikon świętej Dziewicy ta mi jest najbliższa. Przypisywana Teofanowi Grekowi, mniej znana niż Włodzimierska, ale dla mnie piękniejsza.


Święta dziewczynko z zapałkami
chroń nas przed staruchami
co płaczą że wszędzie zło
martwią się że nas okłamują
nie mówiąc nam o tym


a nas cieszy pole różowe
kiedy wschodzi zboże
nagietek który przekwita w październiku
pszczoły dokładnie złote
leszczyna co wydaje jednocześnie kwiaty i orzechy
spotykamy się z Matką Boską w ogrodzie
żyjemy z kundlem na co dzień
czujemy niewidzialne ręce
widzimy dalej
        i więcej   
(ks. Jan Twardowski)

Thomas Merton pisał, że każdy nasz miesiąc należy do Matki Bożej. (Miał na myśli cystersów wprawdzie, ale myślę, że można to odnieść do nas wszystkich.) A ten miesiąc, w którym spotykamy Ją jako Pannę łaskawą, jest cały ogrodem.

czwartek, 7 maja 2009

Bóg, Horacy i stara szafa

Nie lubię Horacego, jak herezja musi to brzmieć. (Jednocześnie w poprzednim zdaniu bardzo wyraźnie napisałem, co LUBIĘ.) Owszem, jeden wiersz Horacego naprawdę  mi się podoba, ale mało znany i ciekawy tylko dla miłośników mitów. Niestety, czasami Horacym trzeba się zająć... Za moich czasów np. na egzamin magisterski składały się pytania – a właściwie, tłumaczenie i pytania z gramatyki historycznej głównie – z trzech przynajmniej pieśni „Iliady” i wszystkich czterech ksiąg „Pieśni” Horacego. A jednak... A jednak jest coś, za co Horacego cenię.

Motyw wiosny pojawia się w dwóch, często czytanych, wierszach Horacego: Solvitur acris hiems i Diffugere nives. Śniegi topnieją, potoki wzbierają, trawa się robi zielona, statki na morze są znowu spuszczane, liście na drzewach jak warkocze wyglądają, boginie na golasa tańczą przy księżycu, plecie się wianki z kwiatów i mirtu... Sielanka, rozkosz, słodycz, urocze obrazki. Tak jest przez pierwsze trzy zwrotki każdej z wymienionych pieśni. Ale już w następnych Horacy trzeźwo patrzy na rzeczywistość: Wiosna minie, moi kochani, przyjdzie lato, po nim jesień i zima. Blada śmierć każdego z nas w końcu dopadnie, niezależnie od tego, czy jesteśmy możnymi tego świata, czy biedakami. Pójdziemy tam, gdzie nasi przodkowie wspaniali już poszli.

I to jest piękne. Wiosna, wbrew pozorom, jest smutna. Spacerując z Nessą spojrzałem na wiśnie, które jeszcze kilkanaście dni temu okryte były białym kwieciem, miniaturkami kwiatów Telperiona, najstarszego z drzew. Teraz są na nich liście, po kwiatach ani śladu. Nawet nie zdążyłem się nimi nacieszyć... Przemijanie. Matka nasza, św. Teresa, pisała o tym w chyba najbardziej znanym ze swoich wierszy, który nosiła zawsze w brewiarzu: Todo se pasa, wszystko przemija. Ale zaraz w następnym wersie dodała: Dios no se muda, Bóg się nie zmienia.

Ty niegdyś założyłeś ziemię, i niebiosa są dziełem rąk Twoich. One przeminą, Ty zaś trwasz; wszystkie jak suknia się zestarzeją, jak szatę je zmieniasz i stają się odmienione. Ty zaś jesteś Ten sam i lata Twoje nie skończą się. (Ps 102:26-28) Jak stara szafa jest nasz świat, Boska garderoba.

sobota, 2 maja 2009

Po grecku w maju po Soborze

Ale nie chodzi tu o Sobór watykański II...

Chodzi o Sobór Florencki, i o tekst, który po nim powstał. Jest to pisany po grecku kanon ku czci św. Tomasza z Akwinu, a jego autorem jest biskup Methony, Jan Plousiadenos. Każda oda kanonu kończy się modlitwą do świętej Maryi, Matki Boga - jest to tzw. theotokion (Theotokos = Bogurodzica). Ponieważ w tym miesiącu w szczególny sposób „ze czcią wspominamy (...) pełną chwały Maryję, zawsze Dziewicę, Matkę Boga i Pana naszego Jezusa Chrystusa”, pomyślałem, że zbiorę tutaj theotokiony z tegoż właśnie kanonu.

W trzecim od końca (z podanych tutaj) theotokionie mamy cytat z Ewangelii według św. Łukasza - słowa, jakimi anioł Gabriel pozdrawia Maryję: Chaire, kecharitomene - raduj się, obdarowana łaską na zawsze (co niezbyt udolnie na łacinę przełożono jako Ave, gratia plena).

W tajemniczy sposób Boga poczęłaś, Matko Dziewico przeczysta,
bez ziemskiego ojca Go zrodziłaś, nie obejmie tego rozum.
Przed Syna zrodzeniem i w jego czasie
pozostałaś Dziewicą, nieskalana,
przeto Cię czcimy jako Bogurodzicę.


Swej natury nie zmieniając, Pan stał się podobny do śmiertelnych;
w niewysłowiony sposób ciało przyjął z Ciebie, Przeczysta,
cały w Tobie zamieszkał, Panno, rodzicielko dziewicza,
chrześcijan pewna ucieczko.


Dom czcigodny, Trójcy świętej przybytek,
w Tobie widzimy, Boża Oblubienico przeczysta.
Poczęłaś Słowo, które jak Ojciec nie ma początku,
niezmienione w swym łonie nosiłaś;
do śmiertelników się stało podobne
i dla nas widzialne się stało,
choć Panem jest z natury niewidzialnym.


Oto jest cud wielki: Niewidzialny jako dziecko ujrzeć się dał.
W ramionach Twoich obejmowałaś Tego, którego opisać nie sposób,
którego z drżeniem wielbią aniołów zastępy;
przeto głosimy, żeś Ty Bogurodzicą.

Wybaw mnie, o Dobra, któraś jako dziewica zrodziła Dobrego,
dóbr wszelkich wielkiego dawcę.
Jako wszechwładcy matka, o Pani, swobodnie i śmiało do Niego masz dostęp.


Któż z ludzi, o Dziewico, wyjaśni tajemnicę Twego zrodzenia Syna?
I umysł, i rozum milkną, bo jako Panna porodziłaś, i Panną wciąż jesteś.


O przeczysta Pani,
królów i biskupów bastionie, diademie świetlisty,
wybawienie nasze, pełna chwały czysta Dziewico, raduj się!

Tyś wyzwoleniem Adama z dawnego przekleństwa,
Tyś dla Ewy pomocą,
raduj się, na wieki błogosławiona,
obdarowana na zawsze łaską.


Zgodnie Cię błogosławimy, my, wierni,
jako pośredniczkę naszego zbawienia;
poczęłaś bowiem Boga wszechrzeczy, ku zdumieniu całej natury,
i w niepojęty sposób zrodziłaś, bez bólu rodzenia,
przed zrodzeniem Syna, i w jego czasie, i po nim,
przeczystą pozostałaś.

O najświętsza Władczyni, chlubo chrześcijan,
Tyś nadzieją i osłoną, i obroną naszego ludu.
Do Ciebie śpiesznie biegniemy:
Przybądź, wybaw nas od wszelkiego złego losu,
od zarazy, głodu, trzęsienia ziemi, burzy,
i od przyszłego potępienia.

piątek, 1 maja 2009

Na trzeźwo o rzeczpospolitej

W związku z natłokiem dni świątecznych, a właściwie narodowo-świątecznych, nasunęło mi się drobne liturgiczne, a właściwie filologiczno-liturgiczne skojarzenie. (Mimo żem apatryda z przekonania.)

W jutrzniach okresu wielkanocnego pojawia się hymn Chorus novae Ierusalem (polski przekład: Niech nowy naród wybrany). Jego autorem jest Fulbert z Chartres (+1028). W pierwszej zwrotce czytamy o sobriis gaudiis, trzeźwej radości, z jaką należy świętować paschale festum. W polskim przekładzie tego nie ma, mamy tylko radość paschalną i nowy hymn dla Chrystusa zmartwychwstałego, o którym to Chrystusie w pierwszej zwrotce oryginału nie ma wzmianki. W każdym razie, świętować trzeba na trzeźwo.

W czwartej zwrotce czytamy o Zbawicielu, który w jednej ojczyźnie połączył mieszkańców nieba i ziemi. Ta ojczyzna to w oryginale respublica, czyli – jak to przetłumaczyli dawni mieszkańcy kraju nad Wisłą – rzeczpospolita. Fulbert pisze, że Chrystus zrobił z ojczyzny niebieskiej i ojczyzny ziemskiej (jako Bóg i człowiek) jedną rzeczpospolitą.

A w kolejnej zwrotce, w oryginale, nazwani jesteśmy żołnierzami, których Król ma uszeregować w swoim świetlistym pałacu.

Unus est rex noster, Christus Dominus, alleluia.