niedziela, 31 lipca 2011

Napoje-naboje, nie zawsze chłodzące

Kupujcie i spożywajcie, nuże, kupujcie wino i mleko bez pieniędzy, za darmo (Iz 55:1), słyszymy w dzisiejszym czytaniu.

Drugi Izajasz nie mógł znać powiedzenia post vinum lac – testamentum fac. Czy to tak działa, nie próbowałem, może znajdzie się ktoś odważny?

piątek, 29 lipca 2011

O braku obłudy w tym kraju

Pisałem niedawno o niezwykle „mądrych” opiniach prof. Tadeusza Zielińskiego co do szkaplerza i pobożności katolickiej. Dziś zacytuję fragment z jego „Religii Rzeczypospolitej rzymskiej”, równie „głęboki”, a mówiący o zwyczaju szczególnie stosownym (z punktu widzenia Zielińskiego) i stosowanym w tym kraju:

Przecież i u nas częstokroć człowiek, co już stracił wszelki związek z religią, pragnie jednak, żeby taki stanowczy krok w jego życiu [chodzi o zawarcie małżeństwa] nie był pozbawiony sankcji kościelnej – i nie ma tu żadnej „obłudy”, lecz tylko głos uczucia przy tolerancyjnym ustosunkowaniu się rozsądku.

Głos uczucia. Ani wiara, ani miłość nie są uczuciami, są czymś innym. Uczucie, jak ktoś ładnie powiedział, może być aureolą miłości, która swe oparcie ma w woli.

Po co komu sankcja kościelna, skoro nie ma już żadnego związku z religią? Czy chodzi tylko o tradycję, czy może jest to uleganie zabobonom – bez sankcji kościelnej, bez rytuału, w który wprawdzie nie wierzymy, nie poszczęści się nam w małżeństwie?

Niewątpliwie, nie ma tu żadnej obłudy.

niedziela, 24 lipca 2011

gm, ss, gu, ph

Jak wiele moich tekstów, tak i ten może okazać się gorszący dla świątobliwych osób... Opowiada bowiem o rozproszeniach w czasie mszy.

W Ewangelii dzisiejszej mowa o płaczu i zgrzytaniu zębów (Mt 13:50). Owo zgrzytanie to po grecku βρυγμός. A stąd mamy w medycynie bruksizm. Takie skojarzenie wywołała we mnie dzisiejsza Ewangelia. Skrzywienie zawodowe, i tyle. Gm, ks, ss, pierwsze w rzeczowniku, drugie też w rzeczowniku, trzecie w czasowniku, a powstało z *kj.

Drugie skojarzenie, połączone z gorączkowym przeszukiwaniem pamięci, wzięło się z rzutnika, podłączonego do komputera, z którego na ekranie pojawiały się teksty pieśni. Komputer skojarzył mi się z wydrukiem, o jaki jutro muszę poprosić, ale nie wiem, czy w punkcie kserograficznym, gdzie takie wydruki robią, będą mieli Open Office. Co z kolei przypomniało mi, że wszyscy studenci z radością witają greckie słowo oznaczające węża, ὄφις, gdyż kojarzy im się z angielskim office. A grecki pokrewny jest z łacińskim anguis, ale nie mogłem sobie przypomnieć żadnego innego przykładu, gdzie greckiemu ph odpowiadałoby łacińskie gu, i strasznie mnie to męczyło przez kilkanaście minut. Venio odpada, sequor też... Dopiero w domu sprawdziłem, że można dodać jeszcze ninguit.

Słowa, słowa, słowa...

Ks. Twardowski w Birmingham

Można tu przeczytać, w wakacyjnym poradniku, o kościołach, o których pisał.

sobota, 23 lipca 2011

Hebafrodyta

Wyszliśmy z psem na spacer po szóstej rano. Przechodziliśmy koło fitness klubu, jeszcze zamkniętego, o czym świadczyła metalowa żaluzja, spuszczona wciąż, od wieczora, na wejściowe drzwi. Nagle jednak w oknie coś się poruszyło: na bieżni jakaś kobieta zapamiętale ćwiczyła. Pewnie została na noc, pomyślałem, schowała się w szafce w szatni, a potem całą noc bezpłatnie ćwiczyła, dla zachowania młodości i piękna. Boskim uosobieniem młodości była dla Greków Hebe, nalewająca bogom, w czasie uczt na Olimpie, nektar (przynajmniej do czasu, kiedy Dzeus postanowił być poprawny politycznie i zatrudnił Ganimedesa). Afrodyta zaś, w otoczeniu boskich Charyt, to wcielone piękno i seksapil.

Nieśmiertelność bez wiecznej młodości, jak o tym pouczają liczne przykłady, jest przekleństwem. Niestety, źródła milczą na temat ciągłej młodości bez nieśmiertelności.

PS Kiedy przechodziłem koło fitness klubu po ósmej, kobiety już nie było. Pewnie schowała się w szafce w szatni, aby nikt z przychodzących rano pracowników jej nie przyłapał. Ciekawe, czy mają w środku kamery. Jeśli tak, to musiała je jakoś unieszkodliwić. Podobno dobrze jest zaklejać gumą do żucia, ale to bardzo dużo tej gumy trzeba. Nie zdążyłem się przyjrzeć, czy kobieta miała też żuchwę umięśnioną.

piątek, 22 lipca 2011

Dic nobis, Maria, quid vidisti in via

Nie wiem, czemu św. Maria Magdalena jest szczególną patronką dominikanów. W ich liturgii godzin są piękne antyfony o tej  świętej:

Celsi meriti Maria, quae Solem verum resurgentem*) videre meruisti mortalium prima, obtine ut nos visu gloriae suae tecum laetificet in caelis (ad Magnificat, I nieszpory).

O mundi lampas et margarita praefulgida, quae Resurrectionem Christi nuntiando apostolorum apostola fieri meruisti, Maria Magdalena, semper pia exoratrix pro nobis adsis ad Deum, qui te elegit (ad Benedictus).

I jeszcze na nucie prawosławnej: w gazecie opisują warszawską Pragę (hit: zniknie pomnik Czterech Śpiących!). Można zwiedzić, zachęcają, cerkiew pw. Marii Magdaleny i neogotycką katedrę św. Floriana i św. Michała Archanioła. Widać kobieta na 'św.' nie zasłużyła.
________________________
*) W jednym z wierszy ks. Pasierb pisze o aniele zmartwychwstania, tym, który odwalił kamień od grobu, że dwa razy widział wschód słońca w tamten poranek.

środa, 20 lipca 2011

Wracając do Eliasza

Ponieważ nie podobają mi się hymny na dzień proroka Eliasza, jakie znaleźć można w polskiej wersji karmelitańskiej liturgii godzin (albo są to bardzo niezgrabne przekłady z łaciny, albo – co wydaje mi się bardziej prawdopodobne – twórczość rodzima), postanowiłem napisać własny.

Święty Eliaszu, przez kruki żywiony,
woda z potoku napojem twym była,
kiedy niebiosa Pan zamknął nad ziemią,
Bóg Izraela.

Jego tyś chwały obrońcą gorliwym:
ogień wezwałeś modlitwą na ziemię,
lud cały poznał, że Bogu żywemu
służyć należy.

W drogę ruszyłeś, by uciec przed gniewem
grzesznej królowej, i anioł ci pomógł;
Boga słyszałeś na szczycie Horebu
w cichym powiewie.

Jezus cię wezwał na świadka z Mojżeszem,
kiedy zajaśniał przed swymi uczniami,
abyś potwierdził, że On jest Mesjaszem,
z nieba zesłanym.

Boga żywego, wiernego na wieki,
który króluje nad niebem i ziemią:
Ojca i Syna, i Ducha Świętego,
pieśnią chwalimy. Amen.

(Nawiasem mówiąc, burza, która dziś przeszła nad Warszawą, była bardzo odpowiednia na dzień św. Eliasza.)

Powstał Eliasz, prorok jak ogień

Dziś w Karmelu święto proroka Eliasza. Kościół zachodni, w odróżnieniu od wschodniego, nie wspomina właściwie świętych Pierwszego Przymierza, a szkoda.

Chwała niech będzie Dobroczyńcy i Opiekunowi, który, w swej niewysłowionej opatrzności, karmił wdowę i proroka. Wszyscy do Niego wołajmy: Tyś jest naszym Bogiem, i tylko Tyś jest święty, o Panie!

Pan i Stwórca wszechrzeczy objawił się nam, zgodnie z proroctwem twym, błogosławiony Eliaszu, i wezwał wszystkich ludzi, by Go poznali, On bowiem jest Miłośnikiem człowieka.

O przesławny Eliaszu, proroku, któryś widział możne dzieła Boże, ty słowem twoim zamknąłeś chmury, niosące obfitość deszczu: módl się za nami do jedynego Miłośnika człowieka.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Efekty

Tytuł spamowego mejla z reklamą: Udane życie seksualne. Trwałe efekty.

Dobrze, że nie stałe.

PS Mateuszu, nie pisz, że genialne, jeszcze komuś się przy czytaniu literka wstawi dodatkowa... O błędy łatwo. Sam niedawno w esemesie, bez polskich znaków, zamiast powtórny ślub przeczytałem potworny...

niedziela, 17 lipca 2011

Nalewamy czy gotujemy?

Pełni wiary, nadziei i miłości – tak w polskim przekładzie brzmi fragment dzisiejszej kolekty. Jak dzbanki czy szklanki napełnione mrożoną herbatą, w sam raz na obecne koszmarne upały.

Tekst łaciński mówi jednak coś zupełnie innego: spe, fide et caritate ferventes. Czasownik fervere o tyle jest użyteczny przy mrożonej herbacie, że najpierw trzeba na nią wodę zagotować – a to właśnie oznacza ten czasownik. Gotować się, wrzeć, kipieć, czasami nawet płonąć, czyli być bardzo gorącym. Nie wystarczy być napełnionym wiarą, nadzieją i miłością, które są w nas wlewane przez Ducha Świętego. One jeszcze muszą w nas wrzeć i kipieć, mamy być w nich gorący – gorliwi.

Przy okazji, można ten czasownik odnieść – obrazowo – do przypowieści o zaczynie. Wprawdzie zaczynu czy też, bardziej współcześnie, drożdży, gotować nie należy – w zbyt wysokiej temperaturze przestaną, jak to mawiają gospodynie, „chodzić” - ale przypomnijmy sobie, co się dzieje, kiedy robimy zaczyn z drożdży. On musi „zakipieć”, spienić się, kiedy rośnie. Potrzeba do tego odpowiedniego ciepła, inaczej ciasto drożdżowe nie wyrośnie. (Dlatego warto i mąkę, i jajka wcześniej lekko ogrzać, a nawet i miskę.)

A skoro już o przypowieściach: nieprzyjaciel zasiał kąkol i uciekł. Typowe działanie zła: zrobić coś niegodziwego, i uciec. Przypomina mi to trochę zachowanie różnych osób w internecie, chociażby przy moim poprzednim blogu. Zasiał ktoś zło i uciekł, co najwyżej przychodził tatuś, żeby wytłumaczyć, iż synek nic złego nie miał zamiaru zrobić, a zasiany kąkol ma przecież ładne kwiatki. No tak, ale mąki z nich nie będzie, zaczyn nie zakipi, będzie tylko jedna wielka klapa – jak z drożdżowym ciastem, które źle przygotowane, po prostu oklapnie. A za zakalcem chyba mało kto przepada.

Anioł śmierci

Na tej samej zielonej łące znów widzisz ten uśmiech, jak tyle lat temu, przypominają ci się brązowe oczy, czasami wesołe, czasami smutne, czasami zniecierpliwione... A potem znów widzisz agonię, słyszysz rzężący oddech, który nagle milknie, i nawet nie jesteś już w stanie płakać. A potem pamiętasz już tylko zwłoki, zimne i sztywne, i cmentarz. I budzenie się w nocy z krzykiem. I tak miesiąc za miesiącem przeszedł, i miesiąc za miesiącem przejdzie.

sobota, 16 lipca 2011

Karmelitańska Matka Szkaplerzna

Wielki filolog klasyczny, Tadeusz Zieliński, uważał, że prawdziwym Starym Testamentem chrześcijaństwa jest religia antyczna. Pogląd, można powiedzieć, dosyć bzdurny, z punktu widzenia biblistyki nie tylko współczesnej.

W swojej książce „Chrześcijaństwo antyczne”, ostatnim tomie serii omawiającej religię grecką i rzymską, Zieliński zamieszcza m.in. swoje uwagi o różańcu i szkaplerzu. Różaniec, według niego, jest w porządku, nie ma nic przeciwko, ale szkaplerz to po prostu zabobon, który Kościół popiera, ale go – na szczęście – nie zaleca. Zieliński chciałby jednak, aby Kościół nie tylko nie zalecał, ale też nie popierał szkaplerza.

Zdziwiłby się pewnie, że papież, przypadkowo pochodzący z tego samego kraju, od wczesnej młodości nosił i wielką czcią otaczał karmelitański szkaplerz.

Czasami nadmiar erudycji może być zgubny, nawet dla wielkich uczonych.

Mirabilis es, Virgo Maria, et facies tua speciosa.

piątek, 15 lipca 2011

Święte (śnięte?) krowy

Stoi taka krowa w bramce do metra i szuka w torebce biletu lub karty miejskiej. Nie pomyśli, że mogłaby odejść na bok, poszukać spokojnie biletu i nie blokować przejścia.

Albo stoi taka krowa przy kasie, z koszykiem pełnym zakupów, kasjerka mówi, ile trzeba zapłacić, a krowa dopiero zaczyna szukać w torebce portmonetki z pieniędzmi lub kartą płatniczą. Nie pomyśli, że mogłaby zrobić to wcześniej, stojąc w kolejce, zamiast ją blokować.

Na wszelki wypadek krowa ma zatyczki do uszu, w postaci chociażby słuchawek iPoda, aby móc udawać, że nie słyszy jakichkolwiek próśb czy uwag pod swoim adresem. Homer mówi o krowach, że są εἰλίποδες, tzn. powłóczące nogami; można uznać, że chodzi o ich powolność, co potwierdzają wyżej wymienione przykłady krowiego zachowania.

Same zaś krowy, te prawdziwe, z pastwiska, są całkiem miłymi zwierzętami, i mają piękne oczy: duże, z długimi rzęsami. Nie darmo sama małżonka Dzeusa nazywana jest βοῶπις, co może niezbyt zręcznie przełożyć można jako krowiooka, tłumacze z reguły piszą wolooka, albo o oczach jak młoda jałówka. Co mi przypomina rozmowę na zajęciach z greki, z jednym z roczników dominikańskich studentów, kiedy (z jakichś powodów, których zupełnie nie pamiętam) mówiliśmy o homeryckich epitetach, m.in. i o tym. Najpierw był szok: jak można przyrównywać oczy kobiety do oczu krowy? Po wyjaśnieniu, że chodzi o długie rzęsy, głębię spojrzenia etc., niektórzy wciąż wątpili (nie, to nie jest świadome nawiązanie do pewnego tekstu), i wtedy br. Arnold odwrócił się (z pierwszej ławki) i zapytał zdumiony: Nie widzieliście nigdy z bliska oczu krowy?

Co mi przypomina, jak znajoma opowiadała, że na studiach (matematyka) miała kolegę, który nigdy w życiu nie widział świni. Na żywo, znaczy się, takiej z chlewa, którą niedobrzy ludzie zabijają i przerabiają na świństwa, które potem jedzą. Świnie innego gatunku, czy właściwie podgatunku Homo sapiens, z pewnością widział, i to może nawet z bliska.

Losy najstarszej europejskiej książki

Czyli tzw. Ewangeliarza św. Cuthberta, z końca 7. wieku, zawierającego Ewangelię według św. Jana. Więcej tutaj.

czwartek, 14 lipca 2011

Jeszcze raz o mocy i gwiazdach

Jak się okazuje, Lucas „pożyczył” ideę Mocy z filmu niejakiego Arthura Lipsetta (1963). Rozmawiają ze sobą Warren S. McCulloch i Roman Kroitor, pierwszy z nich, zajmujący się tworzeniem sztucznej inteligencji, twierdzi, że istoty ludzkie to właściwie wysoce rozwinięte maszyny. Kroitor odpowiada, że jest coś więcej, że chociażby z kontemplacji natury można odczuć, że istnieje jakaś Siła (some kind of force), coś ukrytego za maską otaczającej nas rzeczywistości, a co niektórzy nazywają Bogiem.

Poza tym, mówi się np. o forces of nature, różnorodne terminy związane z fizyką określane są tym słowem – force – po angielsku, jak np. grawitacja, elektromagnetyzm. Wybór słowa leży zatem nie w etymologii, jak sądziłem, a w ideologii.

Można się jeszcze zastanawiać nad brzmieniem kolejnych słów: power, might, force. To ostatnie zdaje się brzmieć najmocniej, chociaż, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę staroangielską formę współczesnego mightmeaht, miht, z wyraźnie słyszalnym, ostrym wręcz 'h' – myślę, że brzmiałoby to jeszcze mocniej niż force.

wtorek, 12 lipca 2011

Jak zmienić płeć bez pomocy chirurga

Wciąż poczytuję „Królestwa Merowingów” Iana Wooda. Dziś natrafiłem na fragment, który rozbawił mnie do łez niemal. Oto on in extenso: Na przykład Saethrytha – pasierbica, i Aethelburha – córka Anny, królowej Wschodniej Anglii, zostały kolejno opatkami Faremoutiers w diecezji Meaux (strona 198). Pomijam zapis imion staroangielskich księżniczek i zrobienie z ksieni opatek. Chodzi o władcę Wschodniej Anglii. Otóż Anna to nie królowa, ale król. Beda w swojej „Historii” pisze: [Cenwalh] (…) secessit ad regem Orientalium Anglorum, cui nomen erat Anna; apud quem triennio exulans fidem cognovit ac suscepit veritatis (III.7). 

Choć może się to wydawać dziwne, w staroangielskim rzeczowniki rodzaju męskiego, należące do tzw. słabej deklinacji spółgłoskowej, kończą się na 'a': cnapa, chłopiec; tima, czas; guma, człowiek (pokrewne łacińskiemu homo); oxa, wół, etc.

Rozumiem, że tłumacz mógł się pomylić, ale książka ma też redaktora naukowego, który czuwać winien, aby takie wpadki się nie zdarzały...

poniedziałek, 11 lipca 2011

Chwalebny jesteś, wiekuisty Boże

Kiedyś pisałem, że greckie słowo δόξα, oznaczające m.in. chwałę, w tym chwałę Boską, niesie ze sobą inny obraz niż jego hebrajski odpowiednik. Δόξα wiąże się z blaskiem, ze światłem, i doskonałym odpowiednikiem greckiego czasownika δοξάζω jest łacińskie clarificare. W niektórych hymnach zamiast gloria pojawia się claritas, jak chociażby w hymnach ku czci św. Benedykta: Claritas Patri genitaeque Proli, etc. Obraz chwały Bożej, światła przenikającego, który pozwalają zrozumieć m.in. obrazy elfów z „Władcy Pierścieni”.

niedziela, 10 lipca 2011

Etymologia wśród gwiazd

Zastanawiam się, dlaczego w Star Wars Lucas na określenie siły, przenikającej wszechświat, użył słowa force. Nie power (tak jak force, ostateczne swe źródło ma w łacinie), nie piękne, germańskie might, ale akurat force. Czy raczej: the Force.

Jak coś wymyślę, to przyjdę i państwu opowiem.

sobota, 9 lipca 2011

Smutne oczy smutnych pań

Kupowałem kilka drobiazgów w drogerii Rossmann, i uderzyło mnie, że wszystkie pracujące tam panie (czy właściwie, dziewczęta) były przeraźliwie smutne. Może praca wśród półek z kosmetykami nie jest szczególnie satysfakcjonująca, i nikłe szanse, by któraś z nich skończyła jak bohaterka serialu „Pomoc domowa”. Może mało zarabiają, a ciężko pracują. A może, jak jeden z moich przyjaciół zauważył, panie są smutne, bo ciągle im jakieś nowości wprowadzają, jak w „Nie lubię poniedziałku”.

Trzeba się do tych pań uśmiechać, coś miłego powiedzieć, chociażby 'dobrego dnia', podziękować serdecznie, jeśli pomogą coś znaleźć na półce, nie traktować ich z góry jak robotów czy niewolnic. Trzeba się czasami pomodlić, aby Bóg obdarzył je choć odrobiną radości, On, który sprawia, że słyszymy radość i wesele.

piątek, 8 lipca 2011

Pokaż język

Talking on a new English translation of the missal, we agreed that English is better for spells than for liturgy. Though I must admit that many English hymns are wonderful, especially the Anglican ones.

PS Phoebe chases Huan through the flat, remember of Regina pacis!

PPS Dla zainteresowanych: angielskie tongue i łacińskie lingua są ze sobą spokrewnione, tego samego przodka mają. Lingua jest z *dingua, a reszta to już prawo Grimma. Po gocku: tuggo.

czwartek, 7 lipca 2011

Oratorium

Wczoraj przypomniano mi, że w Polsce, w Gostyniu, są oratorianie, czy, jak kto woli, filipianie, ci od św. Filipa Nereusza. Rzeczywiście, do p. Świderkówny, w czasie jej ostatniej choroby, przychodził czasami młody oratorianin.

O Matce Bożej z Gostynia pisał, jeśli dobrze pamiętam, ks. Twardowski.

O beata Virgo, Maria: tu gratiae mater, tu spes mundi, exaudi nos filios tuos clamantes ad te.

wtorek, 5 lipca 2011

Wesołe jest życie rencisty, czyli wyprawa do kina

Poszliśmy ze znajomym do kina (X-Men). Kiedyśmy już siedzieli w sali, musieliśmy, jak to zwykle bywa, wysłuchać masy idiotycznych reklam i zapowiedzi. Jedna z nich nas jednak zelektryzowała: otóż można wysłać 9-cyfrowy kod z kinowych biletów pod odpowiedni numer esemesowy, i wygrać wyjazd do Los Angeles, oraz, co więcej, wystąpić tam w teledysku jednej z dwóch polskich piosenkareczek-gwiazdeczek! Rzuciliśmy się zatem ze znajomym do szukania owego kodu na naszych biletach, niestety, znaleźliśmy tylko kod 8-cyfrowy. Dziewiąta cyfra została, niewątpliwie z premedytacją, urwana przez dziewczę, pełniące rolę bileterki. Pewnie chciała w ten sposób udaremnić wyjazd ewentualnym rywalom i rywalkom... Może w zmowie z innymi pracownikami kina przeszukuje nocą kosze na śmieci, i wydobywa z nich wyrzucone przez niebacznych widzów bilety, a potem dopasowuje do nich urwane przy sprawdzaniu kawałki z ową kluczową, dziewiątą cyfrą, i wysyła kod za kodem?*)

Ech, a znajomy miałby takie szanse, nazwisko ma identyczne z jedną z piosenkareczek...

__________________________
*) Nie ma się z czego śmiać, nie takie rzeczy się zdarzają! Kiedyś pobierano mi krew do badań, a obecna akurat w pokoju zabiegowym salowa patrzyła z wyraźną rozkoszą na powoli wypełniającą się strzykawkę, i powiedziała: Taka ciemna ta krew, to musi być dobra... Jestem przekonany, że pani ta zbierała przebadane już próbki krwi i wypijała nocą.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Historyjka jakich wiele

Jak wiadomo, w uniwersyteckich instytutach i dziekanatach najważniejsze są sekretarki, i dobre z nimi stosunki wielce ułatwiają życie zarówno studentom, jak i pracownikom naukowym. (Wyjątkiem jest tu przesławna pani Krystyna z IBI, która, niestety, nie jest najważniejsza – czy raczej, ważniejsza od władz IBI – co nie przeszkadza jej zajmować co roku pierwszego miejsca w mistrzostwach gnojenia i miażdżenia [a gabaryty kobieta ma odpowiednie, jak powiada o takich mój ojciec: kolumbryna]. Gdybym wierzył w wędrówkę dusz, nie miałbym wątpliwości, że była w poprzednim wcieleniu rottweilerem.)

Być może z tego powodu o sekretarkach krążą rozmaite zabawne opowieści, z których jedną przytoczę – skłoniła mnie do tego rozmowa z pewną znajomą, o pewnej znanej nam obojgu sekretarce, odchodzącej na zasłużoną emeryturę (masło maślane...).

Otóż w pewnym instytucie był kiedyś pewien doktorant, któremu niezbyt się z sekretarką układało. Ponoć kiedyś wyszedł z sekretariatu, krzycząc: Ja pani pokażę, pokaże pani! Po kilku miesiącach ów nieszczęśnik zniknął, a owa pani mówiła wszystkim: No i nie pokazał! Biedna kobieta, szeptano wówczas w instytucie, już miała nadzieję, że zobaczy...

Phulakes, czyli stróże

Sprawa jest delikatna i wymaga roztropnego podejścia. Trochę mnie przytłacza. Nie, więcej niż trochę: bardzo mnie przytłacza. Napisałem o tym do mojego byłego OP-ucznia, który teraz urzęduje w Krakowie. Odpisał: Pomódl się do Anioła Stróża.

No tak, pomyślałem, sam powinienem był na to wpaść. Inny z moich uczniów, o. Stanisław, opowiadał, jak się modlił do swojego Anioła Stróża, żeby porozmawiał z Aniołami tzw. trudnej młodzieży, którą miał uczyć, i poskutkowało – młodzież nie była aż tak trudna.

Pomódl się do Anioła Stróża, napisał Andrzej. Dzisiaj rozmawiałem przez telefon z kochaną siostrą Hieronimą z Lasek, o tejże właśnie delikatnej sprawie. Postaram się jutro zadzwonić do tego pana, o którym rozmawialiśmy, powinien jakoś pomóc, powiedziała. Tylko niech pan się pomodli do mojego Anioła Stróża, żebym nie zapomniała.

Będzie zebranie Aniołów Stróżów.

niedziela, 3 lipca 2011

Przerażający brak poprawności politycznej, czyli o biskupie-szowiniście

Z książki Iana Wooda Królestwa Merowingów, do czytania której zachęcił mnie jeden z tekstów Toma Shippeya, można się dowiedzieć, iż na synodzie w Mâcon (albo w 581, albo w 585, jako że dwa synody się tam odbyły, autor zaś nie precyzuje, o który z nich chodzi) omawiano kwestię teologiczną, podniesioną przez nieznanego z imienia biskupa. Otóż duchowny ten był przekonany, że słowo homo w tekście Pisma świętego nie odnosi się do kobiet, jeno do mężczyzn. Ile to łacina może zamieszania wprowadzić...

Silly-billy

Jedno słowo w dzisiejszej Ewangelii (Mt 11:25-30) sprawia wiele kłopotu tłumaczom. Chodzi o νήπιοι, przełożone jako prostaczkowie (Mt 11:25), chociaż można by równie dobrze przetłumaczyć jako głuptasy, głupole, idioci, niemowlęta, małe dzieci, małoletni, naiwniacy... Każde z tych znaczeń zawiera się bowiem w νήπιοι.

Pani Świderkówna sugerowała, żeby w tym fragmencie tłumaczyć 'ci, którzy są jak małe dzieci' – ufające rodzicom, od nich zależne (w pozytywnym znaczeniu), i tak chyba przełożyła w swoim tłumaczeniu Ewangelii. Ja powiedziałbym, że chodzi o takich, którzy są jak głuptaski, naiwni (znowu w pozytywnym znaczeniu), ufający i wierzący, tak po prostu, w to, co Bóg im powie. Doczytać sobie każdy może w jakimś poważniejszym komentarzu biblijnym, nie będziemy się zatem zbytnio nad tym rozwodzić. Dodam tylko, że dziś w kościele pewna bardzo pobożna pani bardzo się zgorszyła dziećmi, biegającymi w nawie bocznej, i bardzo surowo zgromiła za to ich rodziców. Do νήπιοι ta pani raczej się nie zalicza, raczej do takich, na widok których kwaśnieje świeżo udojone mleko, że zacytuję Tolkiena.

Wieloznaczność tego słowa można zobaczyć u Homera. Na samym początku „Odysei” towarzysze Odyseusza nazwani są νήπιοι, gdyż zjedli święte woły boga Heliosa, i z powodu jego gniewu nie wrócili do ojczystej ziemi, zginęli w odmętach morza. Niewątpliwie, towarzysze Odyseusza małymi dziećmi nie byli, natomiast postąpili bezmyślnie, czy wręcz idiotycznie, naruszając świętą własność syna Hyperiona. Tak samo mówi poeta w 2. księdze „Iliady” o Agamemnonie, który dał się zwieść sennemu podstępowi Dzeusa (naiwniak!). W księdze 7. Diomedes mówi, że nawet ktoś bardzo νήπιος, bardzo głupi, wie, że dzień zagłady Troi się zbliża nieuchronnie. W 22. księdze Andromacha przygotowuje kąpiel dla Hektora, nieświadoma, że ten zginął z ręki boskiego Achilla – prostoduszna, dobra żona, czy może głupia kobita?

W 2. księdze „Iliady” Agamemnon mówi o żonach Greków walczących pod Troją, i o νήπια τέκνα, małych dzieciach; zostały one w ojczyźnie i czekają na powrót Achajów. Ale w 9. księdze Fojniks mówi do swego wychowanka, Achillesa: Ojciec wysłał cię pod Troję νήπιον, nieznającego ani sztuki wojennej, ani sztuki przemawiania na zgromadzeniu (w obu się jednak Pelida wyćwiczył przez 9 lat walk pod Ilionem...). Peleus posłał syna νήπιον – nieświadomego, nieobeznanego z dorosłym życiem, czy po prostu młodego, niewiele lat liczącego sobie? Czy o wiek tu chodzi, czy o doświadczenie, czy o jedno i drugie?

Wreszcie, młode zwierząt to także νήπια. Na ileż sposobów można tłumaczyć jedno tylko słowo!

sobota, 2 lipca 2011

Suknie ślubne i apteka, czyli o (nie)znajomości mitów greckich

Znajomi opowiadali mi o salonie sukien ślubnych o wdzięcznej nazwie „Medea”. Sam widziałem aptekę o takiej samej nazwie. Cóż w tym dziwnego, może ktoś zapytać?

Medea, córka Ajetesa, syna Heliosa, bratanica Kirke, pomogła Jazonowi zdobyć złote runo. Porzuciwszy rodzinną Kolchidę (po drodze pokroiła na kawałki brata, i wrzucała je do morza, aby powstrzymać pościg), przybyła z Jazonem do Jolkos. Tu trzeba dodać, że, podobnie jak ciotka, Medea była czarodziejką (czarownicą, jak mówią nieżyczliwi). Według Owidiusza, dzięki swej sztuce i mocom przywróciła młodość ojcu Jazona, Ajsonowi, ale nie jest zbyt pewna ta wersja. Wiadomo natomiast, że córki Peliasa, który Jazona wysłał po złote runo, skłoniła do zabicia ojca: przygotowała w kotle magiczny wywar, i wrzuciła do niego poćwiartowanego tryka, który wyskoczył z kotła odmłodzony. Zachwycone córki Peliasa postanowiły wypróbować to lekarstwo na własnym ojcu, który jednak, niestety, z kotła już nie wyskoczył – pozostał w nim w zgrabnych kawałkach.

Później Medea i Jazon zamieszkali w Koryncie. Jazon, już nieco znudzony monotonią działań Medei (ile razy można kogoś kroić na kawałki?), postanowił poślubić Kreuzę, córkę władcy Koryntu. Medea, trzeba przyznać, zniosła to spokojnie, co więcej, podarowała nawet pannie młodej wspaniałą szatę ślubną. Zapomniała jednak dodać, że nasączyła ją, dzięki swym magicznym sztukom, jakąś tajemniczą substancją chemiczną, i szata zaczęła płonąć na Kreuzie. Ojciec, który przybył jej na pomoc, na próżno próbował zdjąć z córki płonącą szatę (zauważyliście, że zawsze tak jest – nigdy nie da się takiego stroju z nikogo zdjąć? Ciekawe, dlaczego...), w rezultacie sam zajął się ogniem, i oboje spłonęli. (Przynajmniej w jednym kawałku zeszli byli z tego świata, a że trochę zwęgleni...)

Ową cudowną szatę Medea posłała Kreuzie przez swoje dzieci, słodkie dziateczki, które zrobił jej po drodze z Kolchidy Jazon. Aby zatrzeć za sobą wszystkie ślady, Medea zabiła dzieciąteczka, i odleciała do Aten na rydwanie zaprzężonym w skrzydlate węże (inni mówią o rumakach, ale to zbyt banalne...) W Atenach, niestety, niezbyt się jej poszczęściło, musiała zatem wrócić do Kolchidy, gdzie, w czasie jej nieobecności, władzę przejął stryj, Perses. Medea pomogła mu pożegnać się z tym padołem łez, i na tron mógł wrócić jej ojciec, Ajetes, który wybaczył córce poćwiartowanie syna. Żyli długo i szczęśliwie, a może wciąż żyją, gdyż Medea, jako wnuczka Heliosa, jakieś prawa do nieśmiertelności pewnie miała. (However, Chris says that such kind of immortality isn't to be envied... I disagree.)

I jeszcze obrazki, takie sobie, jak na mój gust...


Anthologia*)









A te są od znajomego z Anglii:


jeden z najpiękniejszych kwiatów, jakie widziałem, przypomina o Valinorze

_________________
*) Znajomość greki pomoże zrozumieć...

piątek, 1 lipca 2011

Kogo można przelecieć?

Osoby świątobliwe i łatwo gorszące się proszone są o nieczytanie dalszego ciągu.

Moja przyjaciółka chciała kupić, na prezent, medalik z Matką Boską Częstochowską. Zapytała więc sprzedawczynię w sklepie z dewocjonaliami, czy takowy dostanie. Pani przeleci te Bozie, powiedziała sprzedawczyni.

Kiedy przyjaciółka opowiadała mi tę historię, przypomniało mi się, że, kiedy uczyłem w szkole nazaretanek, dyrektorka powiedziała mi: Na początku lekcji pan przeleci dziewczyny według listy.