środa, 31 grudnia 2008

Moja rodzina i inne zwierzęta

Przyznaję się: Ukradłem tytuł tego wpisu z książki Geralda Durrella. A chciałem napisać, może nie do końca liturgicznie, o zwierzętach i ostatnim dniu kalendarzowego roku.

Jak pisałem gdzie indziej, dla mnie rok się zaczyna w 1. niedzielę Adwentu. Zupełnie nie rozumiem sylwestrowego szaleństwa, całego tego szału, hałasu etc. (Nikt mi nigdy nie potrafił wytłumaczyć, skąd te wybuchy „radości”: czy dlatego, że stary rok się skończył, czy dlatego, że przyszedł nowy. Jeśli to drugie, to bardzo współczuję, jako urodzony pesymista, czy raczej melancholik, bo przecież nowy rok może się okazać gorszy niż stary, więc z czego tu się cieszyć?)

Wracając jednak do sylwestra: Kto z bawiących się na balach, prywatkach, imprezach etc. zdaje sobie sprawę, że nazwa tego dnia, tej zabawy, pochodzi od imienia świętego papieża z czasów Konstantyna? I że jest to przedostatni dzień oktawy Narodzenia naszego Pana?

Co mają z tym wspólnego zwierzęta? Dużo. Sylwestrowa noc to fajerwerki, hałas i błyski przez przynajmniej pół godziny. W miejscu, gdzie mieszkam, w centrum Warszawy, są one dosłownie naokoło: i od strony Wisły i Starego Miasta, i od strony Pałacu Kultury. Może to i ładnie wygląda, bardzo gandalfowato, ale psy ciężko znoszą takie atrakcje. Albo panicznie się boją, albo szaleją. O moją Nessę w tym roku szczególnie się boję – jak to zniesie po wylewie?

Co zaś do samych zwierząt, nie tylko tych dzikich, ale i domowych (a zwłaszcza psów) Zastanawiam się zawsze, czemu osoby duchowne, z nielicznymi wyjątkami, i osoby bardzo religijne, też z pewnymi wyjątkami, z takim lekceważeniem podchodzą do zwierząt? Kiedyś mówiłem pewnemu zakonnikowi w białym habicie, że mój pies jest chory, i usłyszałem lekceważące: „Aaa, pies?” Mieliśmy z prof. Świderkówną – wielką miłośniczką psów – własną teorię nt. stosunku ludzi do psów, ale nie będę tu o niej pisał, bo ktoś może się poczuć urażony. Tomasz z Akwinu gdzieś pisał, że Bóg dał nam „pieczę o całe stworzenie”, z której będziemy kiedyś rozliczeni. Matka nasza, św. Teresa, podobno gdzieś napisała czy powiedziała, że nasze psy przemówią za nami na Sądzie Ostatecznym. Św. Cuthbert był zaprzyjaźniony z wydrami. Św. Edmund, król i męczennik (nota bene, umęczony przez wikingów w rycie ‘krwawego orła’) – z wilkiem, który pilnował jego zmasakrowanego ciała. Św. Oswald, król i męczennik – przedstawiany jest z krukiem. (To dwaj spośród moich ukochanych świętych, Oswald z Northumbrii, Edmund ze wschodniej Anglii.) Beda w komentarzach do Księgi Rodzaju jawi się jako wielki miłośnik przyrody. O św. Franciszku nie będę wspominał, bo to oczywiste. W kolędach śpiewamy o bydlętach, które klękają, a wół i osioł się Narodzonemu kłaniają. Na krzyżu z Ruthwell mamy dwójkę zwierząt (coś pomiędzy borsukiem a psem i smokiem), które swoimi nosami dotykają i rozpoznają Chrystusa (dziękuję dr Annie Gannon za zwrócenie na to uwagi).

O fragmentach Pisma, w których nasz Pan się przedstawia jak Pan wszelkich stworzeń, już pisałem. W dzisiejszej lekcji brewiarzowej czytamy słowa Pawła o Ewangelii głoszonej pośród całego stworzenia (Kol 1:23), a prorok zapowiadała, że wszelkie ciało ujrzy Boże zbawienie (Iz 40:5). I wreszcie – List do Rzymian: Całe stworzenie oczekuje wyzwolenia z niewoli zepsucia, aby w chwale dzieci Bożych mieć swój udział (Rz 8:18-23).

Wszystko, co daje Mi Ojciec, do Mnie przyjdzie (J 6:37) Wszystko.

Najciemniejszy werset Psałterza

R. Tournay, w artykule w „Revue biblique” z 1960, nazwał werset trzeci psalmu 110. najbardziej niejasnym wersem w całym Psałterzu. W „Word Biblical Commentary” Leslie C. Allen podzielił ten werset na siedem części, każdą omawiając bardzo dokładnie, i przy każdej stwierdzając, że trudno dojść do pewnego znaczenia.

Ten werset pojawia się w liturgii bożonarodzeniowej, więc warto mu się przyjrzeć dokładniej. Niejasność jego dobrze oddają różne tłumaczenia, z których kilka podaję poniżej.

Neowulgata: Tecum principatus in die virtutis tuae, in splendoribus sanctis, ex utero ante luciferum genui te – Z Tobą władanie w dniu Twej mocy, w świętych blaskach, z łona Cię zrodziłem przed jutrzenką. (Ta wersja jest też w tekście psalmu w poprawionej „Liturgia horarum” z 1985.)
Wulgata:
a. w wersji gallikańskiej: Tecum principium in die virtutis tuae, in splendoribus sanctorum, ex utero ante luciferum genui te – Z Tobą początek/władza w dniu Twej mocy, w blaskach (kogo? czego?) świętych (ludzi lub rzeczy, bo może to być genetivus zarówno r. męskiego, jak i nijakiego), z łona Cię zrodziłem przed jutrzenką. (Ta wersja jako antyfona w „Liturgia horarum” z 1985; jak widać, nie zgadza się z tekstem psalmu w tymże samym wydaniu, który podałem wyżej.)
b. w wersji „iuxta Hebraeos”: Populi tui spontanei erunt in die fortitudinis tuae, in montibus sanctis quasi de vulva orietur tibi ros adulescentiae tuae – Ludy Twe chętne w dniu Twej siły, na świętych górach jakby z łona (dosł. z macicy) powstanie dla Ciebie rosa Twej młodości.
„Stara Wulgata”, czyli Itala – albo psałterz rzymski, sprzed Hieronima:  tak samo jak w psałterzu gallikańskim.
Przekład z czasów Piusa XII: Tecum principatus die ortus tui in splendore sanctitatis: ante luciferum, tamquam rorem, genui te – Z Tobą władanie w dniu Twego zrodzenia (dosł. wschodu) w blasku świętości: przed jutrzenką, jak rosę, zrodziłem ciebie.
Biblia Tysiąclecia: Przy Tobie panowanie w dniu Twej potęgi, w świętych szatach będziesz. Z łona jutrzenki jak rosę Cię zrodziłem.
Liturgia godzin: Przy Tobie panowanie w dniu Twego triumfu: w blasku świętości z łona jutrzenki zrodziłem Cię jak rosę.
Brandstaetter: Tobie przynależy godność królewska od dnia Twoich narodzin w świętej wspaniałości. Przed jutrzenką powstałeś jak rosa!
Miłosz: Tobie dano władać w dzień Twojej mocy, w majestacie świętości. Przed jutrzenką, jak rosę, począłem Ciebie.

Wersja z psałterza rzymskiego i gallikańskiego, używana dotąd jako antyfona w nieszporach Bożego Narodzenia, wiernie naśladuje Septuagintę (nic dziwnego, oba te łacińskie przekłady były właśnie z jej tekstu), z jej niejednoznacznym arche, oddanym jako principium, co może znaczyć zarówno początek, jak i panowanie. I bądź tu mądry...

Pisałem powyżej o poprawionym wydaniu „Liturgia horarum”, gdzie widać wyraźnie rozdźwięk między antyfoną, wziętą z przekładu Wulgaty, a tekstem psalmu, który pochodzi już z Neowulgaty. W pierwotnym wydaniu LH, jeśli dobrze pamiętam, była wersja zbliżona do tej z polskiej LG, czyli o zrodzeniu z łona jutrzenki. Takie tłumaczenie jest możliwe, niektórzy bibliści próbowali dostrzec w nim nawiązanie do kananejskiej mitologii (bogini jutrzenki etc.).

Inni próbują w całym wersecie dostrzec nawiązania do np. Joela (2:2) i innych psalmów (Ps 2 i Ps 97). Jeszcze inni zwracają uwagę na militarny kontekst całego psalmu: król-zwycięzca, przy nim jego armie (owe populi spontanei w przekładzie Hieronima). Ta armia ma być „podarunkiem” JHWH dla króla, a jej pomoc opisana w tradycyjnych obrazach, związanych ze świtem i nadejściem nowego dnia (czas szczególnej Bożej pomocy, jak w wielu psalmach).

P.S. A dla zainteresowanych: poetycki przekład szkocki P.H. Waddella:
Folk wi’ a will, sal be thine, / I’ the day o’ yer might an’ a’; / Wi’ braws sae meet, / The dewy weet, / O’ yer bairn-time sweet, / Frae the lap o’ the light sal fa’.

wtorek, 30 grudnia 2008

Złapany przez dominikanów

Dzisiaj mnie złapali bracia z kolegium w Warszawie na nieznajomości liturgii. A, dokładniej mówiąc, polskiego przekładu liturgicznych modlitw.

Uczyliśmy się użycia koniunktiwu w zdaniach głównych. W podręczniku był fragment modlitwy, odmawianej kiedyś przez kapłana w czasie puryfikacji: aby Ciało i Krew Pańska przylgnęły do jego wnętrzności, adhaereat visceribus. Powiedziałem, że zniknęła ta modlitwa z liturgii, bo pewnie była za długa, ale została druga, wciąż odmawiana po cichu przez kapłana. Następnie wyrecytowałem ją, i stwierdziwszy, że liturgia jest po to, aby znać ją na pamięć, a księgi mają być tylko pomocą, napisałem na tablicy: Quod ore sumpsimus, Domine, pura mente capiamus, et de munere temporali fiat nobis remedium sempiternum. Wspólnymi siłami przetłumaczyliśmy, jak najwierniej oryginałowi, a potem bezskutecznie próbowałem sobie przypomnieć, jak brzmi polski przekład w mszale. Poddałem się, powiedziałem, że nie pamiętam, na co usłyszałem: A mówił pan, że liturgię trzeba znać na pamięć... Ech. Dwa tygodnie temu musiałem się przyznać, że nie znam na pamięć Wulgaty, teraz znowu, że nie znam polskiego przekładu mszału rzymskiego... Wstyd.

niedziela, 28 grudnia 2008

Imitari quod colimus

Cytat z kolekty o św. Szczepanie, który umieściłem w tytule, nasunął mi się dzisiaj po drodze z kościoła do domu. Oto więc trzy obrazki, które to skojarzenie wywołały.

Msza się skończyła. Wąskim przejściem, między ławkami a ścianą nawy głównej, kierują się do wyjścia dwie osoby. W tym samym czasie wchodzi w owo wąskie przejście mężczyzna z dzieckiem na ręku, za nim kobieta. Mężczyzna sunie naprzód jak lodołamacz, niemal taranując wychodzącą parę, która zmuszona jest wcisnąć się między ławki. Mężczyzna jest zadowolony, na twarzy ma uśmiech – czy z powodu dziecka, które niesie, aby pokazać mu szopkę, czy  może dlatego, że udało mu się, bez niepotrzebnego czekania na wyjście dwóch osób, przedrzeć przez nawę? Dla jasności dodam, że szopka nie znajduje się w owej nawie bocznej; podejrzewam, że mężczyzna z rodziną wszedł do kościoła po mszy, i szukał szopki w nawie bocznej.

Ten sam kościół. Na drzwiach w kruchcie, jak co roku, wywieszki: „Kościół jest ogrzewany. Prosimy zamykać drzwi.” Wychodzi roześmiany chłopak z dziewczyną, zostawiają drzwi otwarte na oścież. A za nimi nikt nie idzie, więc nie można powiedzieć, że zostawili drzwi otwarte dla kogoś.

I wreszcie pasterka w Londynie, i mój, wspomniany już tutaj, angielski przyjaciel. Po Komunii idzie ze spuszczoną głową, i uderza – właśnie głową – o kant stojących w nawie organów. Płynie krew, ludzie patrzą, dzieci pokazują palcami i śmieją się, nikt nie reaguje. Clive idzie do drzwi, opatrując się chusteczką; dopiero tam jakiś mężczyzna uświadamia mu, że poważnie rozciął sobie głowę, i daje jeszcze kilka chusteczek na opatrunek. Po mszy mój przyjaciel wchodzi znowu do kościoła, przy drzwiach stoi celebrans, zgodnie z angielskim zwyczajem żegnając się z wychodzącymi wiernymi; ignoruje Clive’a; podchodzą do niego dwie osoby, życząc wesołego Bożego Narodzenia i ze śmiechem mówiąc, jak wielki huk spowodował, uderzając się w głowę.

„Imitari quod colimus” – naśladować to, co czcimy. A w Boże Narodzenie czcimy „dobroć i miłość Zbawiciela naszego, Boga, do ludzi” (Tt 3:4; w greckim tekście to, odpowiednio, chrestotes, co można przetłumaczyć też jako życzliwość, i philanthropia).

sobota, 27 grudnia 2008

O drzewach, winie i arytmii

Mój angielski przyjaciel powiedział, patrząc na niniejszą stronę: „You are their most prolific writer!” Aby więc nie mnożyć wpisów, postanowiłem zawrzeć trzy w jednym, i napisać krótko.

Najpierw o drzewach. W swojej homilii na nocnej mszy bożonarodzeniowej papież nawiązał do Psalmu 96:12sq, śpiewanego właśnie w czasie tej Eucharystii: Niech wszystkie drzewa w lasach wykrzykują z radości, przed obliczem Pana, który już się zbliża. I nawiązał do choinki na Placu św. Piotra i choinek w naszych domach – że one mają nam głosić i przypominać, że Pan nadszedł, i że to jest prawdziwy powód naszej radości.

Teraz o winie: dziś święto Jana Apostoła, i tradycyjnie w tym dniu błogosławi się wino, na pamiątkę zatrutego wina, nad którym św. Jan uczynił znak krzyża, a następnie je wypił, nie odnosząc żadnej szkody.

I o liturgicznej arytmii: chodzi o Świętą Rodzinę. Kiedyś to święto było poza oktawą Narodzenia Pańskiego, i według mnie było to bardzo dobre rozwiązanie. Obecnie rozbija ono oktawę, burzy jej rytm – przez swoje nieszpory. Przecież w dni po Bożym Narodzeniu, obchodząc święta Szczepana Protomartyra, Jana Apostoła, Młodzianków z Betlejem, nieszpory odprawia się zawsze z Narodzenia Pańskiego, i tak jest aż do 31 XII, kiedy mamy I nieszpory ku czci Maryi Matki Bożej. Nieszpory z Bożego Narodzenia dają poczucie ciągłości oktawy, jak przy Wielkanocy, więc po co ją rozbijać nieszporami Świętej Rodziny? I to jeszcze podwójnymi...

piątek, 26 grudnia 2008

Dobrze jest śpiewać psalmy Bogu

Nie przepadam za kolędami: na palcach jednej ręki można policzyć te, które lubię (przede wszystkim „Anioł pasterzom mówił”). Dlatego z Bożym Narodzeniem kojarzą mi się przede wszystkim psalmy.

Antyfona z nocnego oficjum – Dominus dixit ad me: Filius meus es tu, ego hodie genui te – jest jednocześnie introitem pasterki, i – dla mnie – najwyraźniejszym znakiem tej uroczystości. Jej dźwięk jest niesamowity, a psalm drugi, któremu towarzyszy, i z którego jest wzięta, to psalm, który śpiewamy zarówno w dniu narodzenia Jezusa, jak i w dniu Jego śmierci. Psalm mesjański, już takim jest w Dziejach Apostolskich.

Modląc się w nocy słowami psalmu 45: w szacie wzorzystej do Króla ją prowadzą – pomyślałem, że to stosowne określenie naszej ludzkiej natury, którą Pan zaślubia w swoim Wcieleniu, jak to Ojcowie Kościoła tłumaczyli. W szacie wzorzystej, po łacinie: in vestibus variegatis, w szatach różnorodnie tkanych, można przetłumaczyć. Bo przecież każdy z nas, jako człowiek, jest inny, natura ludzka jest tak różnorodna, wzorzysta radością i smutkiem, cierpieniem i szczęściem. I całą tę różnorodność Pan przyjmuje w swoim Wcieleniu.

Niestety, zginął nam z liturgii piękny wigilijny hymn św. Ambrożego Veni, Redemptor gentium [resztki jego mamy w hymnie godziny czytań od 17 do 24.xii]; w tym hymnie jest taka strofa, nawiązująca do psalmów śpiewanych w wigilii: Aequalis aeterno Patri / carnis tropaeo cingere - Równy wiecznemu Ojcu, przypasz sobie trofeum ciała – tak jak Król w psalmie 45. Wcielenie jest swego rodzaju „zdobyczą” Chrystusa, Jego „łupem”, a więc czymś, co uznał za wartościowe - czyż to nie przejmuje nas, śmiertelnych, trwogą Bożą? Więcej w tym hymnie odniesień do psalmodii, bo jest w nim i o Oblubieńcu, który wychodzi ze swej weselnej komnaty, i Jego biegu od krańca do krańca ziemi, jak olbrzyma geminae substantiae, Boskiej i ludzkiej natury.

Apparuit benignitas et humanitas salvatoris nostri Dei (Tt 3:4)

środa, 24 grudnia 2008

Nowalijki zimowe

Dowiedziałem się, że nowe wydanie pierwszego tomu „Liturgii Godzin” różni się znacznie od wydania pierwszego, z 1982, które posiadam.

Ponieważ w chwili obecnej nierealny jest dla mnie zakup owego nowego, poprawionego (jak się zdaje), wydania, zajrzałem na stronę Internetowej Liturgii Godzin. Rzeczywiście, zmiany są, głównie w tłumaczeniu tekstów, a także w antyfonach do pieśni z Ewangelii w niedziele (tzn. z podziałem na rok A, B i C, czego nie było w pierwszych wydaniach tak polskiej, jak i łacińskiej LG). Ale czy na lepsze?

Taka np. antyfona z dzisiejszych nieszporów: O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże. Dawna wersja brzmiała: O Emmanuelu, Królu nasz i Prawodawco, nadziejo i ratunku narodów; przyjdź nas wybawić, nasz Panie i Boże. I łaciński oryginał: O Emmanuel, Rex et legifer noster, exspectatio gentium et Salvator earum: veni ad salvandum nos, Domine Deus noster. Niby nowa wersja stara się oddać cały tekst łaciński: „oczekiwany Zbawiciel narodów” to „expectatio gentium et salvator earum”. Ale jednak... Pierwsza część to cytat z Rdz 49:10; zrobienie z „expectatio” przymiotnika do „Zbawiciel” zupełnie gubi to biblijne odniesienie. Poprzedni przekład nie był dokładny, chociaż oddawał chyba lepiej treść antyfony: „salvator”, zbawca, to ten, kto ratuje, wybawia; „exspectatio” to wyglądanie kogoś, wyczekiwanie, w jakiś sposób z nadzieją związane. Poza tym, tak całkiem prywatnie, lepiej dla mnie brzmi „Królu nasz i Prawodawco” niż „nasz Królu i Prawodawco”.

Albo antyfona z wczoraj: O Królu narodów, przez nie upragniony; Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka,  którego utworzyłeś z prochu ziemi. Skąd się tu wziął kamień węgielny Kościoła, nie mam pojęcia. W oryginale jest lapis angularis qui utraque facit unum: kamień węgielny, który z dwóch [części] robi jedno, znowu cytat, tym razem z Ef 2:14 i 2:20. Fakt, chodzi tu Pawłowi o Kościół, dla którego kamieniem węgielnym jest Pan; te dwie części, połączone w jedno, to żydzi i poganie, którzy tworzą jeden Kościół. Antyfona zaczyna się od wezwania do „Króla narodów”, a dokładniej: narodów pogańskich, bo takie znaczenie ma najczęściej w Biblii forma „gentes”. Czyli mamy obraz Króla, który jednoczy tych, którzy w Jedynego wierzyli, i tych, którzy Go nie znali. Wreszcie - owo stworzenie z prochu ziemi. W oryginale mamy de limo - dosłownie „z mułu”. Spora różnica między mułem a prochem. Dawny przekład miał „Kamień węgielny, który łączy wszystkie ludy w jedno” i człowieka utworzonego „z ziemi”; uważam, że całkiem dobrze dawni tłumacze umieli wybrnąć z trudności przekładu.

Popatrzmy na I nieszpory Narodzenia naszego Pana: tam z kolei polscy wydawcy (tłumacze? poprawiacze?) wykazali się własną inwencją, rozszerzając tekst responsorium krótkiego. Zamiast: Dziś się dowiecie, * że Pan przychodzi. Ujrzycie Jego chwałę i poznacie, * że Pan przychodzi (co wprawdzie też nie jest dokładnym przekładem łacińskiej wersji) mamy: Dzisiaj poznacie, że Pan przyjdzie, * Rano ujrzycie Jego chwałę. Bóg zesłał Syna swego zrodzonego z niewiasty. * Rano ujrzycie Jego chwałę. A po łacinie mamy od wieków (ale nie od zawsze, Dominiku ): Dziś się dowiecie, * że Pan przyjdzie. I rano zobaczycie Jego chwałę * Że Pan przyjdzie (mój przekład). Po co to wzbogacanie responsorium? (Swoją drogą, polska LG ma takich wzbogaceń, chociażby w hymnach i pieśniach z NT, sporo, a to chyba – jeśli się nie mylę – „zasługa” Tyńca...)

Jednocześnie poprawiacze LG przepuścili banalny błąd w antyfonie z jutrzni 24 XII: Nadszedł dla Maryi czas rozwiązania i porodziła swego pierworodnego Syna. Tak samo jest w wydaniu z 1982. Tymczasem po łacinie mamy: Completi sunt dies Mariae ut pareret Filium suum primogenitum – „wypełniły się dni Maryi, aby porodziła swego Syna pierworodnego”. To ut pareret jest wzięte z Łk 2:6; sens jest taki, że wypełniły się dni do/dla rodzenia, czyli: nadszedł czas porodu. (Tak też jest po grecku: tou tekein auten.) To dopiero wigilia rano, więc jeszcze nie porodziła...

I jeszcze o jednej nowalijce eksperymentalnej, która przez kilka lat odbywała się w moim kościele. Kiedyś było tak – i tak jest obecnie – że przed pasterką, o 23:15, ma miejsce oficjum czytań. Kilka lat temu ktoś wpadł na pomysł połączenia tego oficjum z mszą w – jak to powiedziano – jedną akcję liturgiczną. Jest to dozwolone, odsyłam do punktu 98. wprowadzenia do LG. Dozwolone swoją drogą, ale w praktyce wyszedł z tego koszmar. Po oficjum, zamiast „Te Deum”, należy wtedy, według przepisów, odmówić hymn „Chwała na wysokościach” – przejście do mszy następuje – a po nim już normalnie, kolektę etc. Tu było inaczej: po ostatnim responsorium z oficjum następowało czytanie z Martyrologium o dniu Narodzenia Pańskiego (wykonywane z reguły przez jakiegoś znanego aktora), potem, przy śpiewie „Bóg się rodzi”, procesja z figurką Dzieciątka, która w czasie oficjum spoczywała na ołtarzu, do szopki, okadzenie szopki, śpiew „Wśród nocnej ciszy”, tu zapalenie świateł w kościele (przedtem oświetlony był tylko ołtarz), powrót do prezbiterium... Uffffff. Bogu dzięki, że po kilku latach z tego zrezygnowano.

Tu mi się przypomniała zasłyszana historyjka, że w jakimś kościele, kiedy na pasterce czytano Ewangelię, na słowa „owinęła Go w pieluszki i złożyła w żłobie”, z taśmy puszczano krzyk/płacz niemowlęcia...

Strasznie się rozpisałem. Are you still with me?

wtorek, 23 grudnia 2008

Narodzenie Pańskie i piekarnik

Co może mieć wspólnego z liturgią bożonarodzeniową piec lub piekarnik? A może, może np. budzić skojarzenia, leksykalne, jak zwykle, z homilią Ælfrica na Narodzenie Pańskie, która zawiera testimonia prophetarum, świadectwa proroków, głoszących przyjście Chrystusa, Wcielonego Słowa.

Homilia była wygłoszona do ludu, zatem w języku wernakularnym, jak się to ładnie nazywa, czyli – w staroangielskim. Ælfric pisze o Dawidzie, Izajaszu, Danielu, nawiązuje też do Sybilli (to podwójne proroctwo, biblijne i pogańskie, to temat często się pojawiający w średniowiecznych tekstach bożonarodzeniowych, np. w sekwencji Laetabundus ładnie go widać), i na samym końcu przedstawia – jako „proroka”, zapowiadającego Wcielenie Pańskie – króla Nabuchodonozora. Poniżej zamieszczam fragment we własnym tłumaczeniu:

Podobnie pogański król Nabuchodonozor, zobaczył żywego Syna Bożego i Go rozpoznał. [Potem mamy historię trzech młodzieńców, Annaniasza, Azariasza i Miszaela, którzy nie chcieli oddawać pokłonu bałwanom.] Wtedy król bardzo się wściekł (dosł. napełnił się wściekłością), i kazał porządnie rozpalić w piecu (staroang. ofen = współczesne oven – stąd moje skojarzenia z piekarnikiem). Kazał związać ręce i nogi owych młodzieńców (cnihtas = knights), i wrzucić ich do płonącego pieca. [...] Wtedy przyszedł król do pieca i skwapliwie do niego zajrzał. Zobaczył tam czterech mężczyzn, chodzących wśród płomieni. I rzekł król do swoich sług: Wow! (dosł. hu la, co znaczy właściwie „jak zaiste”, ale ma wyrażać okrzyk zdziwienia) Czy nie wrzuciliśmy do ognia trzech młodzieńców? Odpowiedzieli mu: Prawdę mówisz, królu. Wtedy rzekł król: Widzę tam czterech mężczyzn, chodzących pośród ognia, nieuszkodzonych i niespalonych. A ten czwarty jest podobny do Syna Bożego. Tak zobaczył ów pogański król żywego Syna Bożego, i poznał Go dzięki Boskiemu objawieniu. Zbliżył się więc do pieca i rzekł do owych trzech młodzieńców, sług Boga: Moi dobrzy ludzie, Annaniaszu, Azariaszu i Miszaelu, wyjdźcie z pieca i chodźcie do mnie! Oni natychmiast wyszli z płonącego pieca, na oczach całego ludu.  (Ælfric, Catholic Homilies, The Second Series, I)

PS Miałem zamiar napisać też o moich doświadczeniach z piekarnikiem i zapachami z niego w domu, ale mi ktoś życzliwie zasugerował, że chyba by nie przeszło tutaj... Roberta Frank by napisała!

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Kwiecień w grudniu

Kilka dni temu antyfona do Benedictus głosiła, w nawiązaniu do psalmu 72, że Zbawiciel świata jak deszcz na trawę zstąpi w łono Dziewicy.

Ten obraz można też odnaleźć w anonimowym wierszu angielskim z początków 15. wieku: I sing of a maiden. (Benjamin Britten włączył go do swojej „Ceremony of Carols”.)

A to tłumaczenie Stanisława Barańczaka: 

Śpiewam cną Dziewicę,
Ona bo jedyna
Króla ponad króle
Wybrała na Syna.

Przyszedł ci bez słowa
Matce swej na sławę,
Jak rosa kwietniowa,
Wilżąca murawę.
 

Przyszedł ci bez słowa
W Matczyne komnaty,
Jak rosa kwietniowa,
Opadła na kwiaty.
 
Przyszedł ci bez słowa

Do swej Matki we śnie,
Jak rosa kwietniowa,
Padająca wcześnie.
 

Nikt jak Ona nie był
Matką, choć Dziewicą:
Mogłać taka Pani
Być Bogurodzicą.

niedziela, 21 grudnia 2008

Z Watykanu

Właśnie słuchałem papieża na „Anioł Pański”. Jak zwykle, Benedykt mówił fascynująco, klarownie, po prostu wspaniale.

A mówił, między innymi, o kosmicznym wymiarze Bożego Narodzenia, o jego powiązaniu z cyklem słonecznym, z zimowym przesileniem. Wspomniał o obelisku na Placu św. Piotra, który jest wskazówką słonecznego zegara – i według niego kiedyś oznaczano południe, czas modlitwy „Anioł Pański”. Modlitwy, w której wspominamy jeden z „zawiasów”, na których opiera się nasze zbawienie: Wcielenie naszego Pana. Drugim jest Jego śmierć i zmartwychwstanie. Co streszcza dzisiejsza kolekta, która jest jednocześnie modlitwą odmawianą przy „Anioł Pański”. (A była, jeśli dobrze pamiętam, modlitwą po Komunii na Zwiastowanie Pańskie; prof. O’Carragain uważa, że jej autorem mógł być Jan, praecantor bazyliki św. Piotra.)

Skoro o papieżu tu wspomniałem... Na blogu o. Pawła Kozackiego pojawił się tekst nt. rozumienia przez ludzi zwrotu „nasz papież”. Ośmieliłem się dopisać komentarz do rozważań o. Pawła, w którym wyraziłem mój zachwyt Benedyktem, i stwierdziłem, że Jan Paweł II tak na mnie nie działał. Innymi słowy: Benedykt jest mi bliższy jako człowiek, swoim stylem bycia, tym, co pisze, co mówi... Wobec Jana Pawła, przy całym szacunku dla niego, takich odczuć nie miałem. Co nie znaczy, że nie uważam go za wielkiego papieża. Napisałem też, że w tym kraju wielu ludzi wciąż postrzega jako papieża tylko Jana Pawła, jakby przez jego pryzmat patrzy wciąż na Kościół i urząd Następcy Piotra. A to, według mnie, nie jest właściwe. Duch Święty daje Kościołowi papieża, takiego, jaki jest w danym czasie potrzebny. Ale to nie znaczy, że dany papież – jeden z wielu w szeregu biskupów Rzymu – ma być jedynym wzorem, wzorcem wręcz, dla wszystkich innych papieży.

Moje opinie bardzo uraziły kogoś o pseudonimie ‘qbq’ – na blogu o. Pawła pojawił się komentarz pod moim adresem, w którym pochwalony zostałem za moje teksty na obecnym blogu, liturgicznym, i zganiony za „niedojrzałe i kompromitujące” wyznania nt. papieży. I jest mi przykro: a) bo kogoś najwyraźniej bardzo uraziłem; b) bo nie rozumiem, co złego było w moich opiniach.

sobota, 20 grudnia 2008

Troglodytes liturgicus

Miałem napisać o Dawidzie na ikonie Zstąpienia do Otchłani, na którego spoglądam przy Benedictus, i o „Zwiastowaniu” Duccia.

Ale spojrzałem na blogowe wpisy i pomyślałem: „Lómendilu*), ależ z ciebie troglodyta! Nie interesuje cię praktyka liturgiczna, nie dyskutujesz o palących problemach celebracji... Tylko słowa cię interesują, filologiczne zboczenie zawodowe wychodzi co chwila nawet w liturgii. Interesuje cię tylko to, co powiedziane, wypowiedziane, zaśpiewane, wyrecytowane lub napisane: słowa, słowa, słowa... Ich znaczenie, ich pochodzenie, ich głębia, skojarzenia z innymi słowami przez nie wywoływane. Ta jedna trzecia biblisty, która w tobie jest, też co chwila dochodzi do głosu: sprawia ci przyjemność kojarzenie antyfon z tekstami Pisma, wyłapywanie biblijnych aluzji w tekstach modlitw. Jedna trzecia mediewisty z kolei skłania cię do wertowania mszałów sprzed stuleci, czytania kazań zupełnie nieznanych autorów i fascynacji sybillińskimi wyroczniami, które pojawiały się w liturgii bożonarodzeniowej około tysiąca lat temu.

Zacofany troglodyta z ciebie; inni mają to już za sobą, mogą się skupić na zewnętrznej oprawie liturgii, dbać o jej piękno, bo już dawno wniknęli w znaczenie, w logos celebracji, już od dawna spełniają logiken latreian – a ty ciągle się wleczesz gdzieś z tyłu... Niby kochasz ikony, pisane przez twoją siostrę, dreszcz cię przechodzi przy Dominus dixit ad me z psalmu drugiego, zachwycają świece z prawdziwego wosku w fundacji karmelitanek, cieszysz się, gdy przy Magnificat ks. Sławek okadza ołtarz, lubisz patrzeć na papieskie ornaty i podziwiać kwiaty w kościele św. Marcina... ale ciągle o tych słowach myślisz, o sensie, ciągle się skupiasz na tym, co słyszysz, co mówisz. Słowa sprawiają ci radość – splendor gloriae; rzekł Pan do Pana mego; Spiritus Sancti luce repletur; iucundare, filia Sion; poślij Baranka, Władcę ziemi; iterum venturus est in gloria; lumen de lumine; błagam Najświętsza Maryję, zawsze Dziewicę... Słowa cię podniecają, sprawiają ci przyjemność wręcz fizyczną – nieładnie, nieładnie.”

Tak sobie myślałem, i przypomniało mi się, co pisał Augustyn: „Jan jest głosem; Chrystus Słowem.” I to Słowo stało się ciałem, pozostając wciąż Słowem: Verbum supernum prodiens nec Patris linquens dexteram (znowu to zawodowe zboczenie?).
____________________________
 *) moje drugie imię, używane głównie przez przyjaciół, do którego jestem bardzo przywiązany.

piątek, 19 grudnia 2008

Pamięć

Pisząc komentarze do „wielkich antyfon” dla Internetowej Liturgii Godzin uświadomiłem sobie, jak daleko jesteśmy od znajomości Biblii i liturgii.

Bo właściwie i jedną, i drugą, powinno się znać na pamięć, jak chociażby w moich czasach, czyli w Anglii wczesnośredniowiecznej (a dokładniej w Northumbrii). Takie np. „wielkie antyfony” powinny odruchowo wywoływać skojarzenia biblijno-liturgiczne, i to bez używania wyszukiwarek, konkordancji etc. Przy śpiewie oficjum w czasach Bedy księga liturgiczna była tylko pomocą: śpiewało się z pamięci. (Mnie się to czasami udaje, ale ciągle za mało. Może dlatego, że do niektórych psalmów jestem bardziej przywiązany niż do innych, co zdecydowanie zawęża pole pamięci. W poniedziałek moi uczniowie w kolegium dominikańskim bardzo się rozczarowali, kiedy powiedziałem, że nie znam na pamięć Wulgaty.) O Wilfridzie (+709) wiadomo, że nauczył się na pamięć dwóch wersji psałterza, gallikańskiej i rzymskiej, kiedy zmienił miejsce zamieszkania, a tym samym – użycie wersji psałterza.

Albo taki np. kanon po łacinie. Wyrecytować z pamięci nie umiem, ale kiedy słyszę go w czasie mszy, potrafię „przewidzieć”, jakie będą następne słowa. Czyli w jakiś sposób tkwi on w mojej pamięci. „Mój” profesor, JRR Tolkien, w jednym z listów do syna, Christophera, napisał, że dobrze jest znać na pamięć, między innymi, kanon mszalny, bo to wspaniała modlitwa.

I to w gruncie rzeczy nie chodzi o to, żeby siedzieć i wkuwać na pamięć. Takie rzeczy się zapamiętuje przez częste z nimi obcowanie. Przynajmniej takie jest moje doświadczenie, dotyczące nie tylko liturgii, ale i literatury. Ale we współczesnych czasach ludzie wolą ufać tonom papieru i dyskom (i jakimś innym rzeczom, których nawet użyć nie potrafię, jak np. pendrive; ja się zatrzymałem na etapie dyskietek, co i tak uważam za sukces; tak samo jak nauczenie się obsługi tego blogu). I dlatego bardzo mi się podoba to, co mówił o sobie i sobie podobnych CS Lewis: I am an Old Western Man, one of the few left (jeśli mnie moja pamięć nie zawodzi...)

środa, 17 grudnia 2008

Autobasileia

17 XII – zaczął się ostatni tydzień przed Narodzeniem naszego Pana. Specjalne antyfony, nowe hymny, w tym jeden niezwykle piękny, autorstwa św. Ambrożego.

I antyfona do Benedictus na dzisiaj: Scitote quia prope est regnum Dei; amen dico vobis quia non tardabit. Kiedyś pojawiała się też w nieszporach 24 XII. Blisko już jest królestwo Boże. Jak pisał Orygenes, tym królestwem jest sam Jezus, Jego osoba to królestwo Boże. Prope est iam Dominus, venite, adoremus.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Suche dni zimowe

Za dwa dni, w środę, zaczną się „suche dni” zimowe, czyli dni postu quattuor temporum, postu, który pojawiał się w środę, piątek i sobotę na początku każdej pory roku. Piękne powiązanie cyklu natury z kultem Kościoła.

Mszał Leofrica na każdy z tych dni podaje osobną prefację. I tak na środę mamy:

...przez Chrystusa, naszego Pana. Gabriel archanioł zapowiedział, że narodzi się On dla zbawienia ludzi. Dziewica Maryja poczęła Go mocą Ducha Świętego, aby to, co zwiastował wzniosły anioł, przez wiarę przyjęła dziewica czysta, a wypełnił [to dzieło] Bóg niewysłowiony. Błagamy zatem, Panie, abyśmy mogli –  za Twoją łaską – oglądać bez lęku oblicze Tego, którego Wcielenie z radością świętujemy. Obyśmy oczyszczeni postem, od wszelkich wad uwolnieni, zasłużyli na udział w uroczystościach Jego narodzenia!

Na piątek:

...wieczny Boże. Tu uświęcasz i ustanawiasz wstrzemięźliwość, która nie ma końca, której policzyć nie sposób. Błagamy, w tych dniach postu wylej na nas Ducha Twej zbawczej łaski, i od wszelkiego zamętu tego świata zachowaj nas i obroń, abyśmy, wspominając uroczyście przyjście Twego Syna, nieustannie doznawali Jego pomocy

niedziela, 14 grudnia 2008

Jak baranek został Barankiem

Antyfona do pieśni o kenozie Chrystusa (Flp 2) w nieszporach III niedzieli Adwentu mówi o Baranku, Władcy ziemi.

W polskim przekładzie: Ześlij, o Panie, Baranka, Władcę ziemi, z odległej pustyni aż na świętą górę. Łaciński oryginał w „Liturgia horarum” brzmi trochę inaczej: Emitte Agnum, Domine, dominatorem terrae, de Petra deserti, ad montem filiae Sion – Ześlij, o Panie, Baranka, Władcę ziemi, z Petry na pustyni, na górę Córy Syjonu. Jest to dokładny cytat z Księgi Izajasza 16:1 w wersji Hieronimowej Wulgaty. (Petra to miasto Nabatejczyków, w dzisiejszej Jordanii.)

W Neowulgacie, tłumaczeniu dokonanym na polecenie papieży 20. wieku, czytamy: Emittite agnum dominatori terrae, de Petra deserti ad montem filiae Sion. Czyli: Poślijcie baranka dla władcy ziemi, z Petry na pustyni do góry Córy Syjonu. W Biblii Tysiąclecia mamy zaś: Poślijcie baranka dla władcy krainy, drogą przez pustynię do góry Córy Syjonu. Biblia Jerozolimska w angielskiej wersji tłumaczy ten wers jeszcze inaczej: Send the lamb to the ruler of the land, from Sela by the desert, to the mountain of the daughter of Zion. Polska Biblia Jerozolimska podaje w przypisie, że wers jest trudny, niejasny, różnie tłumaczony, a Sela ma znaczyć ‘skała’, i z tego względu często utożsamiane było z Petrą (= skała, ale po grecku).

Niewątpliwie, Hieronim nadał temu wersowi sens mesjański. Za mało się uczyłem hebrajskiego, aby spojrzeć do oryginału i aparatu krytycznego przy nim. Septuaginta, grecki przekład ST z trzeciego do pierwszego wieku przed Chr. ma jeszcze inną wersję: Poślę jak pełzające stworzenia na ziemię; czy góra Syjon jest skałą pustynną? (Prawdopodobnie jest to kontynuacja poprzednich wersów, gdzie jest mowa o wypędzeniu Arabów i zniszczeniu potomków Moabitów.)

Widać więc wyraźnie, że wers jest bardzo niejasny. Ale dzięki Hieronimowi i jego przekładowi mamy jedną z piękniejszych antyfon adwentowych – poetycką i tajemniczą.

Gaudete in Domino semper

Introit dzisiejszej mszy, z 4. rozdziału Listu do Filipian, to pierwszy fragment Nowego Testamentu, który czytałem z prof. Świderkówną – wieki temu, w jasno oświetlonej bibliotece Zakładu papirologii UW.

Czytaliśmy to, bo zwykle każdy robi odruchowo błąd przy tłumaczeniu wersu szóstego – ja też zrobiłem. Chodzi o niedostrzeżenie różnic w rodzaju przymiotnika i rzeczownika, oba są w tym samym przypadku, i odruchowo chce się je połączyć w związek zgody.

Prefacja na III niedzielę Adwentu z mszału biskupa Leofrica:

... przez Chrystusa, naszego Pana. Przez Jego wcielenie na świat przyszła radość, przez Jego mękę dokonało się odkupienie człowieka, którego stworzył. Błagamy, aby On nas doprowadził do wiecznej nagrody, On, który nas odkupił z ciemności piekielnych. Niech nas także obdarzy swą sprawiedliwością, gdy przyjdzie powtórnie, skoro nas odkupił w czasie swego pierwszego przyjścia. I niech nas broni od zła wszelkiego Jego majestat, skoro Jego pokora nas podniosła [ze śmierci] do życia.

I myślę sobie jeszcze: wielka szkoda, że w polskim przekładzie brewiarza w prośbach z I nieszporów dwie połączyły się w jedną, a my straciliśmy piękne nawiązanie do psalmu 24.

sobota, 13 grudnia 2008

...wszystko złożyłam na ofiarę Bogu żywemu...

Łucja jest cichą świętą, pokorną i bardzo dobrą, sympatyczną (zgodnie z etymologią tego słowa: współ-czującą) dla takiego nędznika jak ja. Antyfona z jej wspomnienia, z której fragment zamieściłem w tytule tego wpisu, kieruje moje myśli ku karmelitankom bosym i naszej fundacji w Suchej Hucie (gmina Przywidz).

Piszę „naszej”, chociaż karmelitanką nie jestem, ale z tą fundacją czuję się związany od samego jej początku i bardzo ją przeżywam.

Jest to fundacja wspólnoty karmelitanek z Gdyni-Orłowa; Sucha jest na kompletnym odludziu, jak siostry mówią: na końcu świata. Założeniem tej fundacji było znalezienie miejsca, w którym cisza i kontemplacja spotkają się ze sobą, żeby sparafrazować słowa psalmu. Dlatego takie zupełne odludzie, pustynia i jednocześnie raj. Pustynia, bo trwa tutaj wciąż duchowa walka; raj, bo stąd wypływają, jak z raju cztery rzeki, strumienie łaski, dzięki modlitwom sióstr. Jest w tym coś przejmującego...

Fundacja na razie wygląda bardzo skromnie: cztery siostry w mieszkalnym kontenerze. Jest teren, ofiarowany przez dobrodzieja, są plany budowy – w przyszłym roku kalendarzowym, miejmy nadzieję, powstanie domek św. Andrzeja. Mieszkanie w kontenerze wymaga naprawdę wiele odwagi, tego złożenia wszystkiego w ofierze Bogu żywemu, jak mówi św. Łucja, całkowitego ogołocenia – i zaufania. Tak naprawdę siostry żyją – jak tego chciała nasza matka, św. Teresa – dzięki Bożemu miłosierdziu i miłosierdziu ludzkiemu. Piszą też ikony, starając się zarobić na własne utrzymanie. Ich modlitwa poprzez liturgię godzin wznosi się do Pana siedem razy na dzień, jak mówi psalmista. Modlą się za tych, którzy się nie modlą...

Siostry są zbyt pokorne, aby same prosiły o pomoc, dlatego robię to w ich imieniu. Jeśli ktoś zechciałby wspomóc ten nowy „klasztorek”, będą bardzo wdzięczne – przed Bogiem. Tu jest ich strona internetowa.

A gdy mi już nic nie pozostało, samą siebie złożyłam w dani”.

Błogosławione aniołów zastępy,
Które przed Panem trwacie nieustannie,
Ku naszym prośbom schylcie się łaskawie,
Przyjdźcie z pomocą.

Dom ten nazwany jest waszym imieniem,
Niechaj opieką waszą też się cieszy,
Byśmy w pokoju wraz z wami śpiewały
Bogu na chwałę.

Bóg przychodzi z Temanu

Być może to poprzez bliskość Bożego Narodzenia Adwent wydaje się bardzo łagodnym okresem. Zwiastowanie, roraty, Betlejem na horyzoncie...

Ale jeśli spojrzymy uważniej na teksty brewiarzowe, zobaczymy, że Adwent ciągle nam przypomina o tym, o czym nie pamiętamy, albo nawet nie chcemy pamiętać: o Drugim Przyjściu. W hymnach pojawia się ono wyraźnie, jako dzień, gdy świat ogarnie trwoga, gdy Pan odda każdemu według jego uczynków, gdy czas się skończy, a nadejdzie Sędzia. Te same idee pojawiają się w nowotestamentalnych czytaniach nieszporów: czekamy na dzień objawienia naszego Pana, który przyjdzie w blasku swej światłości, pisze św. Paweł; Sędzia stoi już przed drzwiami, napomina św. Jakub.

Oczywiście, z tym wszystkim łączy się nasza nadzieja i radość, bo przecież całe nasze chrześcijańskie życie jest czekaniem na przyjście Pana. Ale kto z nas żyje tak po chrześcijańsku, aby mógł bez lęku stanąć przed Tym, od którego oblicza uciekły niebo i ziemia? Kto z nas zdolny jest przetrwać dzień Jego nadejścia? Nie powinniśmy zapominać o tym świętym lęku, który nazywamy tradycyjnie bojaźnią Pańską, a nasza nadzieja przecież opiera się na Jego miłosierdziu, które może przeważyć nasze błędy, winy i długi.

...secundo venerit in suae gloria maiestatis... (prefacja adwentowa I)

czwartek, 11 grudnia 2008

Cisza i kardynał

Przeglądając książeczki z papieskich nabożeństw, a dokładniej, z papieskich nieszporów, można zobaczyć, że po każdym psalmie pojawia się zdanie: Pausa di silenzio per la preghiera personale.

Czyli: Chwila milczenia na osobistą modlitwę. Papież, jeszcze jako kardynał, o tych chwilach milczenia w liturgii, pisał. Wielka szkoda, że się o nich nie pamięta, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść w polskich kościołach.

I jeszcze cytat z innego kardynała, Christopha Schoenborna, z jego książki „Człowiek i Chrystus na obraz Boga”:

Wydarzyło się to niedaleko Mans, podczas kolokwium poświęconego sztuce sakralnej. (...) Przyszła niedziela. Dokąd pójść na mszę? Wskazano nam pewien nowoczesny kościół. (...) Liturgia mszalna: muzyka – oklepane zwrotki; styl – panujący od roku 1968; organy – z nagrań magnetofonowych. Krótko mówiąc, w środku sesji poświęconej sztuce sakralnej – wszystko, co mogło budzić obrzydzenie. Wysłuchujący naszych trochę sarkastycznych komentarzy tej liturgii Dominique Ponneau, ówczesny dyrektor Ecole du Louvre, w pewnej chwili przerywa nam tonem stanowczym i z nutą bólu: „to była msza!” Nigdy nie zapomnę tamtej chwili. Tak, pośród tego ubóstwa estetycznego, miernoty kulturalnej – to była msza. Dziękuję ci, przyjacielu, że jednym słowem przypomnialeś nam istotę rzeczy. Przypomniałeś Tajemnicę obecną w naszej nędzy.

To była msza, ofiara Chrystusa Pana, może nawet bardziej niż kiedykolwiek.

środa, 10 grudnia 2008

Tron Dawidowy

Dzisiejsza antyfona do pieśni Zachariasza w polskim przekładzie zupełnie nie wskazuje na swoje biblijne pochodzenie: Mesjasz zasiądzie na tronie Dawida i będzie panował na wieki, alleluja.

Tymczasem po łacinie jest to wyraźne nawiązanie do Księgi Izajasza 9:6, w wersji Wulgaty – jest to fragment czytany na nocnej mszy Bożego Narodzenia (czyli pasterce): Super solium David et super regnum eius sedebit in aeternum, alleluia. (Na tronie Dawida, nad jego królestwem, będzie zasiadał na wieki.) Lubię słowo solium (chociaż na to nie wygląda, pokrewne z czasownikiem sedere), pojawia się też w pieśni Anny, matki Samuela: Pan podnosi z prochu biedaka, aby zasiadał wraz z książętami i solium gloriae teneat, otrzymał stolicę chwały. Ten tekst jest też źródłem do antyfony nieszpornej z III niedzieli Adwentu.

Augustyn pisze, że Bóg nie zesłał dla naszego zbawienia jakiegoś anioła czy archanioła, ale Jedynego Syna. Akurat wczoraj przeglądałem homilie Ælfrica, i w jednej z nich dokładnie takie samo sformułowanie się pojawia. Co wskazuje na doskonałą znajomość Ojców w Anglii X wieku.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Między cierniem lilija

W Niepokalanym Poczęciu najważniejszy jest Bóg. Święta Dziewica, nawet gdy mówi – słowami liturgii – o sobie, mówi zawsze o Nim: to PAN odział Ją szatami zbawienia, to ON uczynił Jej wielkie rzeczy, to PAN Ją wybawił i nie pozwolił wrogom nad Nią triumfować, to BÓG wszechmogący przepasał Ją mocą i nieskalaną uczynił Jej drogę. Wreszcie, to ON wprowadził nieprzyjaźń między węża a niewiastę.

Wszystko, co ma Niepokalana, jest od Boga. A kiedy pozdrawia Ją anioł, mówi: kecharitomene, czyli nie tyle pełna łaski, co łaską obdarzona – strona bierna wskazuje nam znowu na sprawcę, czyli Boga. Maryja nic nie przypisuje sobie, za każdym razem, na każdym kroku wszystko odnosi i kieruje do Boga.

Jak pisał Dante, cytując św. Bernarda: wzniosłością nic Jej równego, lecz Jej pokora bez granic.

I jeszcze jedna rzecz: uśmiech. W hymnie nieszporów modlimy się: serpentis artes aemuli elude vindex inclita, zazdrosnego węża sztuczki wyśmiej, obrończyni przesławna [niestety, polski przekład zrobił z tego dziwactwo „przebiegłe węża zamiary zetrzyj swoimi stopami”]. Elude, wyśmiej – bo szatan to duch ponury, nie ma poczucia humoru, jak pisali święci... Święta Dziewica, uśmiech Najwyższego Boga wobec sztuczek szatana.

niedziela, 7 grudnia 2008

Wszystkie stworzenia Boże

Z różnych względów myślę dziś o zwierzętach.

Jan Chrzciciel żywił się szarańczą. Beda, w swoim dziełku „O miejscach świętych”, podaje przepis na taką szarańczę, „podawaną” na liściach z miodem.

Mój pies prawdopodobnie umiera. A jest napisane: wszelkie ciało ujrzy Boże zbawienie; ocalasz, Panie, ludzi i zwierzęta; całe stworzenie oczekuje wyzwolenia, by uczestniczyć w chwale i wolności dzieci Bożych; do Mnie należy cała zwierzyna, znam wszystkie ptaki na niebie, moim jest wszystko, co porusza się na polach.

Do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia.

Antysyjonizm?

Od lat zastanawia mnie, czemu w polskich przekładach wersy rozpoczynające II niedzielę Adwentu – antyfona z 1. nieszporów i mszalny introit – unikają słowa „Syjon”.

Populus Sion, ecce Dominus veniet – tak rozpoczyna się msza II niedzieli Adwentu w Mszale Rzymskim. W jego polskim przekładzie czytamy: Ludu Boży, oto Pan przyjdzie.

Z kolei w nieszporach: Gaude et laetare, nova Sion – Ciesz się i wesel, nowy Ludu Boży.

sobota, 6 grudnia 2008

Adwent w Śródziemiu

Do 21 XII jeszcze sporo czasu, a tego właśnie dnia śpiewa się w nieszporach antyfonę O Oriens. Pośrednio od niej pochodzi tolkienowskie Śródziemie.

Otóż na podstawie adwentowych „Wielkich antyfon” staroangielski poeta Cynewulf napisał poemat, nazywany zresztą przez wydawców ‘Advent Lyrics’. Piąta część zaczyna się:

Eala earendel,   engla beorhtast,
ofer middangeard   monnum sended


– co można przetłumaczyć: O blasku, z aniołów najjaśniejszy, ludziom zesłany do Śródziemia [= na ten świat, czyli świat środkowy]. Kiedy Tolkien studiował w Oksfordzie, te słowa wywarły na nim tak wielkie wrażenie, zachwyciły go swoją melodią, że od nich, można rzec, zaczęła się cała jego mitologia, w której zresztą pojawia się Earendil, żeglarz, który stał się gwiazdą.

‘Earendel’ z poematu Cynewulfa kojarzy się, ze względu na odniesienia tej części ‘Advent Lyrics’, z Chrystusem, Blaskiem zesłanym ludziom, najjaśniejszym z aniołów, czyli zwiastunów (w czytaniu na pasterce z Izajasza mamy „Wielkiej rady zwiastuna”, po łacinie: magni consilii angelus). Ale w staroangielskich homiliach owym ‘earendelem’ nazywany jest Jan Chrzciciel, ten „anioł posłany przez Pana” przed Jego obliczem.

piątek, 5 grudnia 2008

Czekając na jutrzenkę

Do świtu jeszcze sporo czasu, zasnąć raczej nie zdołam... więc wstawiam hymn o Niepokalanej, z dawnego brewiarza, na 11. lutego, dzień NMP z Lourdes, który kiedyś próbowałem tłumaczyć.

Jutrzenko, co słońce poprzedzasz,
Tyś łaski radosną zwiastunką.
W ciemnościach Twój lud, o Dziewico,
Z pokorą pomocy Twej wzywa.

Choć rzeka o falach wzburzonych
Swym nurtem zatrwożyć potrafi,
Gdy Arka Przymierza przechodzi,
W spokojny się strumień zamienia.

Spalona i zeschła jest ziemia,
Lecz łaską zroszona Ty jesteś;
Gdy mokre jest całe klepisko,
Nietknięta Ty jedna zostajesz.

Podnosi swój łeb wąż przebiegły,
Truciznę złowrogą wypluwa;
Zwycięska Ty zawsze, Dziewico,
Złość jego i pychę podepczesz.

O Matko łaskawa, spójrz na nas,
Modlitwę i łzy nasze przyjmij.
Przed Tobą, o Pani, drży piekło:
Od wrogów nas wybaw podstępnych.

Niech będzie Ci chwała, o Jezu,
Zrodzony przez Pannę przeczystą,
I Ojca wraz z Duchem ożywczym
Na wieki niech wielbi świat cały. Amen.

niedziela, 30 listopada 2008

Pierwszy dzień nowego roku, czyli „Ad te levavi animam meam”

Zastanawiałem się, co można napisać w 1. niedzielę Adwentu, ale umysł mam zbyt ociężały dzisiaj... Więc tylko jedna myśl o Ewangelii: „Nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem” (Mk 13,35).

Te określenia pór dnia i nocy przeszły częściowo do liturgii. Jeden z piękniejszych hymnów św. Ambrożego (którego, z niewiadomych względów, nie ma w polskim brewiarzu) – Aeterne rerum conditor – określany był często jako „hymnus ad galli cantum”, czyli właśnie „na pianie koguta”. W Liturgia Horarum pojawia się w jutrzni niedzielnej. Co więcej, bożonarodzeniowa pasterka, która nam się kojarzy z północą, w tzw. rycie z Sarum, czyli średniowiecznym rycie Kościoła z Salisbury, bardzo popularnym w Anglii jeszcze w epoce Tudorów [sic!], pasterka określona jest jako „missa ad galli cantum”. Północ raczej zastrzeżona była dla tego, co nazywamy teraz oficjum czytań.

A to prefacja na 1. niedzielę Adwentu, czyli 4. przed Narodzeniem Pańskim, z mojego ukochanego mszału biskupa Leofrica (10. wiek, Exeter):

Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Twoją własną, szczególną cechą jest to, żeś dobry i całkowicie niezmienny. Błagamy, łaskawy bądź naszym modlitwom, i okaż swemu Kościołowi miłosierdzie, o które prosimy. [Spraw to] objawiając Twemu ludowi tajemnicę wcielenia Twego Syna Jednorodzonego, i sakrament Jego cudownego powtórnego przyjścia*). Niech wszystkie narody poznają, że wypełniło się to, co niegdyś obiecałeś przez proroków, i niech otrzymają godność Twych przybranych dzieci ci, których ozdabia wyznanie wiary w prawdę.

I jeszcze na koniec jedna antyfona z pierwszych nieszporów: po polsku mamy w niej chwałę Pana, która napełnia cały świat – i zawsze nasuwał mi się tu obraz obłoku, napełniającego Namiot Spotkania czy świątynie Pańską. Ale w tekście łacińskim mamy ‘claritas’, a nie ‘gloria’. Wprawdzie w Wulgacie słowa te, w odniesieniu do Boga, są często wymiennie używane, to jednak ‘claritas’ wyraźniej kojarzy się ze światłem, z blaskiem. Czyli mamy obraz świata, rozjaśnianego blaskiem Przychodzącego z daleka.

Ecce nomen Domini venit de longinquo, et claritas eius replet orbem terrarum.
______________________
*) Prawdopodobnie tym sakramentem powtórnego przyjścia Chrystusa jest, w rozumieniu autora prefacji, Eucharystia.

Koniec roku

Śp. prof. Świderkówna kiedyś wspomniała, że liczy lata od października do października, według roku akademickiego, uniwersyteckiego. Niedawno to samo powiedział mi znajomy z Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego – być może większość pracowników naukowych, czy naukowo-dydaktycznych, a może nawet i studentów, tak liczy lata.

Zdecydowana większość zwykłych zjadaczy chleba odlicza rok od sylwestra do sylwestra. Taki układ, czyli od 1 I do 31 XII, mają kalendarze, nawet kościelne rubrycelle. Nawet papież 31 XII przewodniczy nieszporom dziękczynnym za miniony rok – ale są to przecież pierwsze nieszpory 1 I, uroczystości Maryi Bogurodzicy. Ale też – o czym nie wszyscy wiedzą – papież przewodniczy uroczystym nieszporom, które w liturgii Kościoła naprawdę otwierają nowy rok –  pierwsze nieszpory pierwszej niedzieli Adwentu.

Ten nowy rok przychodzi po cichu, niepostrzeżenie, bez fajerwerków, bez Gaudeamus, z dnia na dzień, w całkiem powszedni sposób. Ale dla mnie od wielu już lat to jest nowy rok, i kiedy myślę o roku minionym, sięgam pamięcią nie do 1 I, ale do grudnia jeszcze, do Adwentu i Niepokalanego Poczęcia, do św. Łucji i św. Jana od Krzyża, do Bożego Narodzenia (i własnych urodzin zaraz po nim). Żałuję, że nie wydaje się kalendarzy od 1. niedzieli Adwentu, takich ściśle liturgicznych. Może kiedyś...

W każdym razie, wszystkim czytającym ten tekst składam serdeczne życzenia dobrego nowego roku!

PS A tak przy okazji: w Anglii od XII wieku do 1752 rok prawniczy i kościelny zaczynał się 25 III. W mszałach sprzed XII wieku cykl liturgiczny zaczyna się od Bożego Narodzenia, wigilia tego święta to pierwsza msza nowego roku. I jeszcze jedna rzecz, która bardzo mi się podoba – niektórzy starsi księża ten zwyczaj znali, a początków jego szukać należy w późnym średniowieczu: w ostatnią sobotę przed Adwentem, czyli w ostatni dzień starego roku, odmawiano oficjum i odprawiano mszę o świętej Dziewicy (tak samo też było w ostatnią sobotę przed Popielcem) – jeśli, oczywiście, pozwalały na to liturgiczne przepisy, tzn. nie wypadało akurat jakieś święto (przy Adwencie może to być chociażby dzień Andrzeja Apostoła).

piątek, 28 listopada 2008

Ostatni tydzień roku

„Dies irae” kojarzy się głównie z „Requiem” Mozarta (gdzie, nota bene, muzyka doskonale pasuje do słów tej sekwencji), i z modlitwą za zmarłych. Tymczasem jest to tekst odnoszący się par excellance do Dnia sądu, do „owego Dnia”, o którym tak często mówili prorocy, Dnia, którego także wszyscy oczekujemy – aż zaświta w naszych sercach, jak pisze Piotr Apostoł.

Lubię „Dies irae”, lubię ten ostatni tydzień roku, kiedy sekwencja ta pojawia się jako hymn w Boskim oficjum. Bo pamiętając o miłosierdziu naszego Pana, pamiętać też trzeba o Jego sądzie, o nieuniknionym sądzie, o dniu ostatnim, który „solvet saeclum in favilla”, w popioły obróci cały nasz świat: niebo i ziemię, i wszystkie „elementy” (cf. 2 P 3:10). Ufność nasza i nadzieja jest w miłosierdziu Pana, spes mea apud eum, jak mówi Psalmista (Ps 39:8). Ale sąd naszego Pana nadejdzie, jest jak najbardziej realny, chociaż nie wszyscy w to wierzą (por. 2 P 3:3-7). I ten sąd powinien w nas budzić trwogę, świętą trwogę:

Quantus tremor est futurus,
Quando iudex est venturus,
Cuncta stricte discussurus!

czwartek, 27 listopada 2008

Wszyscy jesteśmy debilami, czyli filolog i brewiarz

Tytuł może brzmieć cokolwiek obraźliwie, jako że w potocznym języku słowo „debil” brzmi dosyć jednoznacznie, i raczej niezbyt pochlebnie. Dla filologa jednak słowo istnieje w dużej mierze poprzez swą etymologię.

Polski ‘debil’ pochodzi, mówiąc obrazowo, od łacińskiego „debilis” (forma ‘debil’ pojawia się tylko w archaicznej łacinie), co znaczy: słaby, bezsilny; kaleki, zwłaszcza kulawy (za „Słownikiem łacińsko-polskim” pod red. M. Plezi). Tymże właśnie uroczym słowem określa nas Liturgia Godzin, przynajmniej dwa razy.

W hymnie dziennym z oficjum czytań na poniedziałek I i III tygodnia, czytamy (lub śpiewamy):

Aeterna lux, divinitas,
in unitate Trinitas,
te confitemur debiles,
te deprecamur supplices.


Polski przekład oddaje słowo „debiles” przez „grzeszni” – nawet całkiem dobrze, bo naszą kondycję, po niefortunnej przygodzie w raju (tak sparafrazował zdanie Grzegorza Wielkiego pewien angielski profesor), można określić jako ułomną i słabą. Dosłowny przekład tej strofy brzmi tak: Wieczna światłości, Bóstwo, Trójco w jedności, Ciebie wyznajemy my, słabi, Ciebie błagamy, błagalnicy. Chociaż słabi, chociaż ułomni, jednak staramy się wyznawać wiarę w Trójcę. (Czasownik confiteri może też znaczyć ‘sławić’, tzn. wyznawać, że ktoś jest wielki, dobry i wspaniały – jak to się zdarza w wielu psalmach: Confitemini Domino, quoniam bonus – chociaż łączy się wtedy z innym przypadkiem.)

Inny hymn, w którym pojawia się słowo ‘debilis’, to hymn ad nonam, czyli na modlitwę popołudniową: Ternis horarum terminis, z czego w polskim przekładzie zrobiono „W hołdzie pokornej modlitwy” [???] (Wydaje mi się, że kiedyś widziałem bardziej wierny przekład: Trzy razy godzin potrójnych / przemija czas ustalony.) W polskim brewiarzu ten hymn jest zastrzeżony dla II tygodnia, w łacińskiej Liturgia horarum jest jednym z dwóch hymnów do wyboru, niezależnie od tygodnia psałterza. (Jeżeli dobrze pamiętam hymn ten znany był już Cezaremu z Arles. Chociaż... zajrzałem teraz do hymnarza z Durham, z 10. wieku, i ta strofa brzmi trochę inaczej, chociaż reszta hymnu jest niezmieniona.)

Hymn nawiązuje do sceny z trzeciego rozdziału Dziejów Apostolskich – do uzdrowienia przy bramie świątyni chromego od urodzenia. Stąd w hymnie pojawia się Piotr, który mocą Imienia Jezusa przywrócił władzę w nogach żebrakowi w jerozolimskiej świątyni. Trzecia strofa hymnu brzmi jak następuje:

Et nos psallamus spiritu,
haerentes sic apostolis,
ut plantas adhuc debiles
Christi virtute dirigant.


Dosłownie: I my śpiewajmy w duchu, tak przylgnąwszy do apostołów, aby nogi, dotąd kulawe/ułomne, mocą Chrystusa wyprostowali. W polskiej wersji mamy apostołów, którzy mocą Chrystusa wiodą nas bezpieczną drogą. Jakieś nawiązanie do poruszania się, chodzenia, zachowano (droga), ale jednak nie oddaje to dobrze idei oryginału. Oto jesteśmy ułomni, kulawi. (Augustyn pisze w jednym z kazań, że nogi nas bolą, i dlatego trudno nam iść do Światła.) Ale – wspominając wydarzenie spod bramy zwanej Piękną – mamy nadzieję, że święci apostołowie, mocą daną im przez Chrystusa Pana, uzdrowią nas, dadzą siłę naszym nogom, abyśmy mogli podążać ku naszemu Panu. Mamy nadzieję, że wyprostują nasze krzywe nogi, abyśmy pewnie i prosto stanęli przed obliczem Boga. Wezmą nas za rękę, jak chorego w Jerozolimie, i tak „przylgniemy” do nich.

Jeszcze raz nazywamy samych siebie ‘debiles’, aczkolwiek już poza łacińską Liturgią Godzin. W angielskiej wersji oficjum, jako jedna z antyfon do świętej Dziewicy, odmawianych po komplecie, pojawia się pieśń O sanctissima, O piissima, dulcis Virgo Maria. Trudno mi coś więcej o niej powiedzieć – dowiedziałem się tylko, że Beethoven skomponował do niej muzykę. W każdym razie, w jednej ze strof czytamy: Ecce debiles, perquam flebiles, salva nos, o Maria! Oto [jesteśmy] słabi/ułomni, w samej rzeczy, we łzach pogrążeni, ratuj nas, Maryjo! Tym razem wyznajemy naszą ułomność wobec Tej, która jedyna nie była jej poddana, dzięki swemu Niepokalanemu Poczęciu.

Tak, jesteśmy słabi, jesteśmy ułomni, kalecy, chromi...

piątek, 14 listopada 2008

Ubogie bogactwo

Żal mi hymnów. A dokładniej, hymnów z nocnego oficjum czytań, które zniknęły z polskiej Liturgii Godzin. Święty Sobór potwierdził, że oficjum, zwane teraz godziną czytań (a dawniej matutinum), zachowuje w chórze charakter godziny nocnej, to jednak pozwolił na takie przerobienie tejże godziny brewiarzowej, aby mogła być odprawiana o różnych porach dnia.

W związku z tym, łacińska Liturgia Godzin w okresie zwykłym zamieszcza po dwa hymny dla godziny czytań. Jeden przeznaczony jest na oficjum odmawiane w nocy, ewentualnie bardzo wcześnie rano, drugi zaś używany jest wtedy, kiedy godzina czytań odmawiana jest w ciągu dnia. Te hymny, przeznaczone na godziny nocne, są bardzo starożytne, i odwołują się do symboliki światła i nocy, do czuwania i oczekiwania. Dlaczego zniknęły one z polskiego brewiarza? W pierwszym i drugim tygodniu psałterza mamy hymny, które łacińskie wydanie przeznacza na dzień, a w trzecim i czwartym – rodzimą twórczość. Owszem, niektóre z tych hymnów są bardzo piękne, jak np. „Na początku było Słowo” z niedzieli czwartego tygodnia czy „Jak błyskawica znak Twój zajaśnieje” z czwartku trzeciego tygodnia. Nie zastąpią one jednak hymnów nocnych: taki np. „Mediae noctis tempus est”, na niedziele drugiego i czwartego tygodnia. Hymn, który wspomina paschalne wyjście z Egiptu i nawiązuje do wyjścia nowego Izraela, Kościoła, z ciemności grzechu. Druga część tego hymnu, przeznaczona na poniedziałek, mówi z kolei o pannach czekających na Oblubieńca. A hymny pierwszego i trzeciego tygodnia? Np. ze środy: ad confitendum surgimus / morasque noctis rumpimus, wstajemy, aby chwalić Boga, i przerywamy nocny spoczynek. Albo niedzielny hymn, w którym sławimy dzień pierwszy ze wszystkich dni, i kiedy modlimy się: surgamus omnse ocius / et nocte quaeramus pium, / sicut Prophetam novimus, powstańmy wszyscy szybciej, w nocy szukajmy łaskawego Boga, tak, jak wiemy, że czynił to Prorok – a tu możemy od razu mieć skojarzenia i do psalmisty (często zwanego prorokiem przez Ojców Kościoła), i do Izajasza. W psalmie 63 czytamy przecież: „myślę o Tobie na moim posłaniu i o Tobie rozważam w czasie moich czuwań”, a Izajasz pisze: „moja dusza jest spragniona Ciebie w nocy” (Iz 26:9).

Niestety, te hymny zginęły dla nas, tak jak i podział hymnów wszystkich godzin na dwie serie, jedną dla pierwszego i trzeciego tygodnia, drugą – dla drugiego i czwartego. Mamy za to nowe hymny, jak wspomniałem, niektóre naprawdę piękne, ale jednak... trochę szkoda.

Jeszcze jedna rzecz różni polski brewiarz od łacińskiego oryginału: nowotestamentalne pieśni w nieszporach. Tekst łaciński ma stały zestaw siedmiu kantyków z Nowego Testamentu, które różnią się tylko antyfonami – znowu mamy tu dwie serie, odpowiednio dla pierwszego i trzeciego oraz drugiego i czwartego tygodnia. W polskiej wersji tygodnie parzyste zyskały nowe kantyki (chociaż czy wszystkie z nich się na takie pieśni nadają?). Powie ktoś, że to wzbogaca modlitwę (a właściwie: ubogaca, bo to koszmarne słowo robi wielką karierę w kręgach kościelnych), czyni ją bardziej różnorodną. Pewnie tak, ale czyni ją także bardziej „rozedrganą”, szybko się nużącą, skoro potrzebuje wciąż nowych bodźców. O ile jest to zrozumiałe przy modlitwie prywatnej, to przy liturgicznej nie jest najlepszym rozwiązaniem. A poza tym, co zrobić z papieskimi katechezami-komentarzami do nieszpornej liturgii? Tam mamy zestaw kantyków zgodny z wersją łacińską, więc nie znajdziemy żadnego komentarza np. o pieśni z hymnem o miłości...

Trochę to wszystko nowinkarskie, a odcinające się od tradycji. Co by szkodziło w godzinie czytań dać do wyboru dwa hymny? W końcu są zgromadzenia, gdzie tę godzinę odmawia się w nocy, i hymny mówiące o czuwaniu, wstawaniu ze snu etc. byłyby bardzo na miejscu.

środa, 12 listopada 2008

Do biegu gotowi...

Wszyscy się śpieszą. Ja też. Czas zdaje się nam uciekać, albo przynajmniej pędzić tak szybko, że trzeba się nieźle natrudzić, żeby za nim nadążyć. Trochę jak Czerwona Królowa i Alicja po drugiej stronie lustra.

Śpieszymy się, żeby zdążyć ze wszystkim, a wcale nie mamy czasu więcej. Koszmar. I ten koszmar pojawia się także w liturgii. Nie będę się rozwodził nad długością celebracji, zastanawiał się, czy msza odprawiona w 20 minut jest gorsza od tej, na którą poświęcono pół godziny etc., etc.

Chciałbym zwrócić uwagę na kilka drobiazgów (drobiazgi są zawsze najprzyjemniejsze). Takie np. zapalanie świec. Wychodzi kościelny na pięć minut przed mszą i zapałką, ewentualnie zapalniczką,  zapala świece. Zapalają się łatwo, bo to przecież świece na olej. 30 sekund, świece zapalone. Jeszcze zapomniałem dodać, że kościelny truchcikiem przybiega do i odbiega od ołtarza, bo przecież trzeba się pośpieszyć, żeby zdążyć. Na szczęście nie wszędzie tak jest. W moim kościele, św. Marcina, świece są prawdziwe, a ich zapalanie zaczyna się jakiś kwadrans przed mszą. Siostra zakrystianka robi to powoli, do ołtarza podchodzi miarowym krokiem, zapala świece od tych najbliżej ołtarza stojącej zaczynając (a gasi w odwrotnej kolejności); każdą zapaloną świecę „oporządza”, dokładając kawałeczki wosku, żeby paliła się miarowo i nie za szybko. Żadnego biegania, żadnej próby zapalenia wszystkich świec jedną zapałką.

A taki np. celebrans... Sadzi do ołtarza susami jak na olimpiadzie (niestety, nie wiem, jako istota asportowa, jak się ta dziedzina sportu nazywa), tylko sutanna i alba poświstują. Czasami jeszcze kolebie się na boki, jak jakiś „ziom” (chyba tak się to nazywa...), kołyszący się w rytm muzyki słuchanej w czasie marszu.  W takim samym tempie podchodzi do rozdawania Komunii, a potem wraca do zakrystii. Byle szybciej. Oczywiście, rzadko się zdarzy, aby zadał sobie trud sprawdzenia w mszale przed mszą prefacji etc., to się robi w czasie mszy, nerwowo i głośno przewracając kartki. Ale przecież zawsze można improwizować, jak pewien amerykański ksiądz, we mszy przez którego odprawianej miałem nieszczęście uczestniczyć w Londynie. Poza słowami konsekracji wszystko było improwizacją i radosną twórczością (pardon, TFUrczością) kapłana, z pewnością zadowolonego ze swojej inwencji i wielkiej oszczędności czasu w niedzielny poranek. Oczywiście, zawsze można przyśpieszyć odmawianie modlitw, najlepiej na jednym oddechu i broń Boże bez żadnych chwil milczenia, bo po co to komu. Zawsze mnie zadziwia, jak można odmówić modlitwę ofiarowania „Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata” w trakcie uniesienia i natychmiastowego postawienia na ołtarzu pateny czy kielicha. W rezultacie można zaoszczędzić całkiem sporo minut, ofiarowanie chleba i wina plus modlitwa Azariasza, plus umycie rąk, trzy minuty.

Z drugiej strony, może jestem niesprawiedliwy, bo przecież często ksiądz się stara poświęcić Panu więcej czasu w czasie tzw. kazania. Dobrze, jeśli ktoś umie drzemać na siedząco, ja nie potrafię – nawet kiedy odczytywany jest kolejny list episkopatu... Ciekawe, że w czasie kazania celebrans na zegarek z reguły nie spogląda, ale po prefacji jest to gest obowiązkowy: „druga czy trzecia modlitwa eucharystyczna?”, bo na pierwszą, oczywiście, czasu nie ma.

Kochani księża, kościelni, organiści, posługujący etc. – zwolnijcie! Przynajmniej w czasie liturgii zapomnijcie o czasie; parafrazując słowa Najwyższego z Księgi Wyjścia: zdejmijcie buty codzienności, bo czas, w którym się znajdujecie, jest czasem świętym!