środa, 31 października 2012

In vigilia Sanctorum omnium

Wielka szkoda, że najnowsze wydanie Mszału Rzymskiego, w którym przywrócono wigilie Objawienia i Wniebowstąpienia, nie przywróciło wigilii Wszystkich Świętych. Wtedy, obok wigilii Zaśnięcia i Wzięcia do nieba świętej Maryi, wigilii Narodzenia świętego Jana Chrzciciela, i wigilii świętych Apostołów Piotra i Pawła, byłaby jeszcze jedna wigilia ku czci świętych Bożych, obok wigilii uroczystości Pańskich: Narodzenia, Zmartwychwstania, Zesłania Ducha Świętego, i dwóch wspomnianych wyżej wigilii Objawienia i Wniebowstąpienia. A przecież wigilia Wszystkich Świętych zachowała się w nazwie Hallowe'en, czyli wieczór – wigilia, bo wigilia zaczyna się, zgodnie ze swą nazwą, z nadejściem nocy – świętych (staroangielskie halga, święty, i æfen, czyli even[ing]). Dzień, w którym dwa światy stają się sobie tak bardzo bliskie. (Nie wiem, czy Kościół zachodni specjalnie wybrał początek listopada na wspomnienie świętych i zmarłych ze względu na pogańskie obchody związane z tymi dniami. Kościół wschodni czci Wszystkich Świętych w niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego.)

Ciebie, Panie, otacza światło, które nigdy nie zgaśnie, i w nim odpoczywają dusze świętych, śpiewano wieki temu w wigilię Wszystkich Świętych. Właśnie światło, claritas, pojawia się w liturgii tego dnia. Przed Magnificat śpiewano: Szczęśliwi jesteście, wszyscy święci Boży, którzy zasłużyliście, aby stać się towarzyszami Mocy niebiańskich, i aby cieszyć się chwałą wiekuistego światła; przeto błagamy was, pamiętajcie o nas i zechciejcie się wstawiać za nami do Pana, Boga naszego.

wtorek, 30 października 2012

Pieśń o Wszystkich Świętych

Może ktoś kiedyś melodię napisze, a póki co, można pewnie zaśpiewać na jakąś melodię psalmu, np. z Niepojętej Trójcy? Refren nawiązuje do antyfony na wejście, Gaudeamus omnes in Domino, na 1. listopada. Strofy zaś to nieużywany od wieków początek hymnu, obecnie używanego w jutrzni.

W dzień Wszystkich Świętych radujmy się w Panu.

Na całej ziemi z weselem
dziś Wszystkich Świętych sławimy,
którzy królują na wieki,
z Tobą, o Jezu w niebiosach.

W dzień Wszystkich Świętych radujmy się w Panu.

Wzywamy Ciebie, o Zbawco,
i wszystkich błogosławionych;
przez nich do Ciebie wznosimy
nasze pokorne modlitwy.

W dzień Wszystkich Świętych radujmy się w Panu.

poniedziałek, 29 października 2012

Groźne piękno

Czy piękno może być groźne? Sam Gamgee porównuje Galadrielę do skały w rzece, o którą można się rozbić, ale ani skały, ani rzeki nie można o to winić.



Program telewizyjny, czyli o intrygach Marfil i bezpłodności Bartka

Chciałem napisać o serialu, od którego jestem uzależniony, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Póki co, nieco lżejszy temat, a mianowicie streszczenia seriali, podawane przez stacje telewizyjne. Ich lektura jest niezwykle pasjonująca. Weźmy sobie na przykład takie streszczenie: Bruna chce, aby córka pomogła jej uniknąć oskarżenia o porwanie. Marfil postanawia pozbyć się matki. Na jej prośbę Octavia zastrasza kobietę. Bruna dostaje udaru i umiera. I to wszystko w czasie niecałej godziny!

A tutaj opis dłuższy, więcej się dzieje, za to odcinek trwa o wiele krócej: Daniel zaprasza Sarę na degustację do hotelu, w którym pracuje. (Mogliby chociaż napisać, co będą degustować.) Marlena (ale nie Dietrich) dowiaduje się, że mężczyzna (czyli Daniel?) trafił do więzienia (to w końcu nie poszedł na degustację?) za pobicie żony. Namawia przyjaciółkę (czyli Sarę?), by z nim zerwała (w czasie degustacji, rzecz jasna). Marek sugeruje Marii, że Agata ma cukrzycę (może ujawniła się w czasie degustacji, jeśli na niej byli?). Okazuje się, że Seba, jego kolega z pracy, także cierpi na tę chorobę.

Ale wróćmy do Marfil: Intrygi Marfil sprawiają, że Diana i Max znów zaczynają się kłócić (widać śmierć matki nie zaspokoiła jej intryganckich żądzy) i wznawiają walkę o opiekę nad dzieckiem (pewnie okaże się, że to dziecko Marfil). Sędzia daje rozwód Gaby i Larry'emu (pewnie ten sam, który zajął się sprawą opieki nad dzieckiem, nie trzeba kolejnego aktora zatrudniać).

A teraz hit tygodnia, reklamowany tak: Uwaga. Nie przegap! Bartek jest bezpłodny! Jeśli Bartek nazywa się Miedzianowski, to ma kłopot, bo, jak czytamy, Miedzianowski odkrywa, że Śmiałek poinformował mieszkańców wsi o ciąży Emilki. Chyba rzeczywiście nazywa się Miedzianowski, bo dalej czytamy: Emilka prosi Bartka, by się nie martwił. (Biedna Emilka, teraz już nie tylko cała wieś, ale cały kraj nad Wisłą wie, że jest w ciąży.) Nigdy go nie opuści. Sugeruje, by zwrócili się po radę do Marka (który, jak podejrzewam, okaże się specjalistą od bezpłodności, a może już się nim okazał, uprzedzając prośbę o pomoc, i pomógł Emilce zajść w ciążę?).

Temat bezpłodności okazuje się bardzo popularny, bo w opisie odcinka kolejnego serialu czytamy: Zuza i Kamil zgłębiają tajniki sztucznego zapłodnienia. Potem Hoffer dostaje pojemniczek na spermę i pisma pornograficzne! (Niech zgadnę: od Marka?)

Skoro już jesteśmy przy 'tych' sprawach: Wojtek informuje Olę, że powiedział znajomym o ich związku. Następnie zaprasza ją do swojego lokalu (znaczy się, do garsoniery?).

Niestety, nic więcej o intrygach Marfil powiedzieć nie mogę, trzeba poczekać na program na kolejny tydzień. Ile to czasu można zaoszczędzić, czytając takie streszczenia: oglądać filmu nie trzeba, a i tak wiadomo, co się dzieje, i można wtrącić się do rozmowy w tramwaju: Przepraszam, ale ma pani błędne informacje, bo to Marta przyszła do sypialni Budzyńskiego, a nie on do niej.

niedziela, 28 października 2012

Czyim jest Synem?

Niewidomy syn Tymeusza wołał do Jezusa: Synu Dawida, zlituj się nade mną! (Mk 10:48; w dawnych przekładach było piękne Synu Dawidów, użył tej formy także Brandstaetter w swoim Jezusie z Nazarethu). Wzywał Go mesjańskim tytułem, tym samym, którym witały Jezusa tłumy, kiedy na osiołku wjeżdżał do Jerozolimy. W 12. rozdziale Ewangelii według św. Marka czytamy, że sam Jezus pytał uczonych w Piśmie: Dlaczego mówią, że Mesjasz jest synem Dawida? Sam Dawid mówił o Nim pod natchnieniem Ducha Świętego: Rzekł Pan do mojego Pana: Siądź po mojej prawicy, aż położę Twych wrogów pod Twoimi stopami (Mk 12:35-36). Jezus cytuje tu ten sam psalm 110., który cytuje też autor Listu do Hebrajczyków w dzisiaj czytanym fragmencie (Hbr 5:1-6); autor Listu cytuje inny fragment tego psalmu, mówiący o wiecznym kapłaństwie Mesjasza, dodaje jednak wers z innego mesjańskiego psalmu: Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził (Ps 2:7), tak mówi Bóg do Mesjasza, Jezusa.

Mesjasz, czyli Chrystus Jezus, jest Synem Boga, ale i Synem (czyli potomkiem) Dawida, bo jest i Bogiem, i człowiekiem.

Dzwony Europy, czyli papież o nadziei

Benedykt XVI w wywiadzie, jakiego udzielił telewizji watykańskiej, mówi o nadziei chrześcijaństwa w Europie. Jest ono prawdziwe, a prawda zawsze ma przyszłość, mówi papież. Ludzkie serce jest spragnione Boga, Ewangelia, jako prawda, nigdy się nie starzeje, ludzie młodzi tęsknią za Bogiem – to podstawy nadziei na wiosnę chrześcijaństwa w Europie.

Myślę, że zamiast biadać i odrzucać nadzieję, co robi także wielu arcykatolików, trzeba zaufać Bogu i podtrzymywać nadzieję, rozlaną przez Ducha Świętego w naszych sercach, jak pisał św. Paweł, jej płomień zaś podtrzymuje wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy, jak pisał Thomas Merton. I pamiętać, że Bóg wyprowadził swój lud na pustynię, pozwolił na jego wygnanie i w ten sposób nawracał go, kierował ku Sobie, co więcej – uwodził go, jak Oblubieniec oblubienicę, o czym świadczą prorocy. To, co ludziom wydaje się zgubną pustynią, dla Boga jest czasem działania, jak przypominali o tym Ozeasz, Izajasz i Jeremiasz.

Czy można być katolikiem i nie ufać Bogu?

sobota, 27 października 2012

Na litość boską, zapamiętajcie!

Rysunek w pewnym tygodniku: stół, przy stole wilk i Czerwony Kapturek, i napis: Nawet w naszej bajce babcia nie wyrobi tyrać do 67. roku życia. Na litość boską, w jakiej bajce??? Czerwony Kapturek to baśń, nie bajka!!!

Czemu jednak się dziwić, skoro nawet studenci nie wiedzą, jaka jest różnica między bajką i baśnią, i zapytani, czy Czerwony Kapturek albo Królewna Śnieżka to baśń, odpowiadają, że raczej bajka. (Jeszcze raz napiszę, tak na wszelki wypadek: to są baśnie, nie bajki. Czuję się jak pewien lekarz, któremu miano amputować lewą rękę, i przed zabiegiem napisał, na wszelki wypadek, na prawej: Nie ta ręka, kretynie.)

Kiedyś w szkole podstawowej uczono, jaka jest różnica między baśnią a bajką. Ja wiem, szkoła podstawowa to odległa przeszłość, w końcu nawet kobitka-lekarka, która mnie badała, nie wiedziała, dlaczego człowiek się poci, widać też zapomniała, bo uczono tego w podstawówce.

Kiedy już ustalimy, czym jest bajka, możemy się zacząć zastanawiać, czy w Biblii są jakieś bajki. Owszem, ale bajką nie jest opowieść o posyłaniu lisów z płonącymi pochodniami na pola Filistynów ani historia stada opętanych świń, które skoczyły do morza. Opowiadanie o synu marnotrawnym nie jest ani bajką, ani baśnią, tylko przypowieścią. (Dla ciekawych: bajka w Biblii jest w Księdze Sędziów, 9:7-15, z wyjaśnieniem dla mało pojętnych w 9:16-20.)

Ludzie mili i niemili, poczytajcie baśnie braci Grimm, bajki Ezopa, esej Tolkiena O baśniach... Naprawdę, nie jest trudno zapamiętać, czym baśń się różni od bajki. A jeśli nie jesteście w stanie zapamiętać, to unikajcie mówienia i pisania o baśniach czy bajkach, bo robicie z siebie idiotów, i w końcu ktoś napisze o was bajkę, w której wystąpicie jako osioł albo żuk gnojarz. A jeśli ktoś napisze o was baśń, to współczuję, bo nie będzie w niej dla was eukatastrophe.

piątek, 26 października 2012

Quaesivi vultum tuum

Różnie nazywają serbski klasztor na górze Atos, z którego pochodzi ikona Pantokratora: Chilander, Chilandar, Chilandari... takie przynajmniej nazwy wypluwa internet. Sama ikona jest najpiękniejszą ikoną Chrystusa, jaką w życiu widziałem, chociaż znam ją tylko z reprodukcji, i na każdej wygląda, jeśli chodzi o kolory, trochę inaczej.




Jeszcze inaczej wyglądają ikony, według niej pisane. Tak naprawdę, jak dla mnie, żadna z nich nie oddaje jej w pełni, jest w tej ikonie coś tak nieuchwytnego, że żadna kopia nie jest w stanie tego oddać. Jeden z moich angielskich przyjaciół, zobaczywszy kopię tej ikony, stwierdził, że Chrystus wygląda na niej brute. Czy to kwestia linii nad brwiami, czy nasady nosa, nie wiem, w każdym razie żadna kopia, żadna ikona wzorowana na tej serbskiej nie podoba mi się, nie zbliża się do jej piękna nawet odrobinę. W jej przypadku wolę reprodukcje.

czwartek, 25 października 2012

Tlot-tlot

To fragment z wiersza The Highway Man Alfreda Noyesa, taki kawałek poezji na dziś: historia nieszczęśliwej miłości, zakończona śmiercią obojga kochanków.

Tlot-tlot! Had they heard it? The horse-hoofs were ringing clear
Tlot-tlot, in the distance! Were they deaf that they did not hear?
Down the ribbon of moonlight, over the brow of the hill,
The highwayman came riding,
Riding, riding!
The red-coats looked to their priming! She stood up straight and still!

Tlot in the frosty silence! Tlot, in the echoing night!
Nearer he came and nearer! Her face was like a light!
Her eyes grew wide for a moment! She drew one last deep breath,
Then her finger moved in the moonlight,
Her musket shattered the moonlight,
Shattered her breast in the moonlight and warned him with her death.

środa, 24 października 2012

Artysta

Nie znam się na historii sztuki i niewiele mogę powiedzieć o różnych malarzach czy rzeźbiarzach poza tym, że to czy tamto dzieło mi się podoba. (Nie wiem, czy zdarza się, że komuś podobają się wszystkie obrazy artysty X albo wszystkie rzeźby artysty Y. Każdy chyba czasami stworzy coś gorszej nieco jakości, nawet o Homerze tak powiedział Horacy [chociaż tą opinią akurat bym się nie przejmował, gdzie Horacemu do oceniania Homera].)

Dzisiaj podoba mi się szczególnie krucyfiks, którego autorem jest Cimabue. Niezwykła delikatność, tak postaci, jak i barwy, budzi czysty zachwyt. Sztuka powstała pod Natchnieniem. Ciekawym, jak zadziałałoby na mnie zobaczenie oryginału: czy podobałby mi się tak samo, czy byłbym zawiedziony? Zdjęcie, reprodukcja, kopia zawsze fałszują, mniej lub bardziej, oryginał.


poniedziałek, 22 października 2012

Pedo mellon

Kto czytał Tolkiena, wie, co znaczy pedo mellon. Kto nie czytał, niech żałuje, że nie wie, i przeczyta.

A dziś jest dzień św. Mellona, Walijczyka z 4. wieku, który – według tradycji – był pierwszym biskupem Rouen.

niedziela, 21 października 2012

Królewną Śnieżką być

Młodsi pewnie już nie wiedzą, kim była Mae West, ale, mam nadzieję, wiedzą jeszcze, kim była Królewna Śnieżka. Czytając ostatnio baśnie braci Grimm z komentarzem i rozmaitymi cytatami, dotyczącymi baśni w ogóle, natrafiłem na taki uroczy cytat, autorstwa właśnie Mae West: I used to be Snow White, but I drifted.

A tutaj do obejrzenia Mae West krajowego wyrobu. Osoby wysoce bogobojne, z purytańskim nastawieniem do rzeczywistości, proszone są o nieoglądanie.

Święta Irokezka

Wśród kanonizowanych dzisiaj jest Kateri Tekakwitha, Indianka z 17.wieku. Jest coś wzruszającego w opisie jej prostego życia, które doprowadziło ją do świętości.

sobota, 20 października 2012

Ołtarz w trumnie

Św. Akka, którego dziś wspominamy, był biskupem pięknego Hexham i przyjacielem Bedy. Ten ostatni dedykował mu kilka swoich biblijnych komentarzy. Zmarł w roku 740. W 11. wieku otwarto jego grób, dla przeniesienia, często w średniowieczu praktykowanego, jego relikwii. W trumnie był przenośny ołtarz z dedykacją: Almae Trinitati, agiae Sophiae, sanctae Mariae – [ołtarz na cześć] błogosławionej Trójcy, świętej Mądrości i świętej Maryi.

piątek, 19 października 2012

Kanonizacja

Tutaj można zobaczyć, jak w niedzielę będzie wyglądała kanonizacja kilkorga świętych. Ryt nieco inny niż do tej pory: cały obrzęd jest przed mszą, oprócz litanii do Wszystkich Świętych śpiewa się też hymn do Ducha Świętego, a papież proszony jest trzy razy przez kardynała Amatto o dokonanie kanonizacji (tres petitiones), w swego rodzaju przynaglaniu, widocznym w stopniowaniu przysłówka: Święta Matka Kościół instanter postulat, instantius flagitat i wreszcie instantissime supplicat papieża o wpisanie błogosławionych do katalogu Świętych. Z coraz większą gwałtownością, gorliwością, skwapliwością, Kościół prosi o nowych świętych.

Czekolada z bazaru i konfitura z orzechów

Ucząc kogoś, mniej lub bardziej świadomie naśladuje się tych, którzy nas uczyli. Ich sposób tłumaczenia różnych zagadnień, czasami poczucie humoru. Ostatnio myślałem o moich nauczycielkach matematyki, w jaki sposób wpłynęły na moje nauczanie, chociaż z matematyką nie mam teraz nic wspólnego – poza liczeniem przypadków w różnych językach, bo nigdy nie pamiętam, który ile ma.

W szkole podstawowej matematyki uczyła pani H. Nazwiska nie podam, aby kobiecie wstydu nie robić. Czasami nazywaliśmy ją badylarką, córką badylarza, a to z powodu czekolady, ale takiej dobrej, zagranicznej, z bazaru, która pojawiała się niezwykle często w dyktowanych przez nią zadaniach: doszliśmy do wniosku, że nieszczęsna kobieta dorabia sobie na bazarze, sprzedając goździki, powszechnie niegdyś hodowane w szklarniach, często zatem ogląda, a może i kupuje, ową czekoladę, ale taką dobrą, zagraniczną, z bazaru. Nie lubiłem pani H. Po części dlatego, że wszyscy ją chwalili, a ja wolałem iść pod prąd. (Czy ją lubili, to osobna sprawa.) Fakt, uczyła dobrze, chociaż mało przyjemnie. Potrafiła podyktować temat lekcja głuptaków w klasie piątej. Podobno czasami biła linijką po rękach, chociaż tego nie widziałem, i potrafiła paznokciami rysować po czyjejś głowie. Pamiętam, jak kiedyś bardzo się zdziwiła, że przeczytałem tylko zadany do domu rozdział z podręcznika: A dalej nie czytałeś, następnego rozdziału? Nie ciekawiło cię, co tam będzie? Nie, nie ciekawiło mnie. Wolałem czytać Balladynę. W ostatniej klasie pani H. wprowadziła przymusowe szkolenie, w każdy czwartek, o 7:30, przed lekcjami, jako przygotowanie do liceum. Pomysł niewątpliwie bardzo dobry, ale dlaczego wprowadzany na siłę, pod przymusem? Przestałem przychodzić – jedyny w całej klasie – na te przed-lekcje, kłamiąc, że moi rodzice sobie tak życzą, i mimo to nie miałem żadnych problemów z egzaminem do liceum. Kiedyś nauczycielka historii powiedziała nam, że nikt nie chce mieć lekcji po pani H., jako że dzieci są wtedy rozdrażnione i niespokojne. Nie wiem, czy tak powinni się czuć uczniowie po lekcji z dobrym nauczycielem.

W liceum zaś matematyki uczyła nas pani Ponderowa. Zawsze w bluzkach z krótkim rękawem, typowa choleryczka, ze specyficznym poczuciem humoru, czasami lekko złośliwym – ale lubiłem ją. Miała pewne zdolności paranormalne, jestem pewien (trzy osoby wiedzą, skąd moja pewność). Uczyła wspaniale, dowcipnie tłumacząc rozmaite zawiłości matematyki. Pamiętam, jak wyjaśniała symbole używane w logice, pokazując, jak je mnemotechnicznie połączyć z 'lub', 'i', 'wtedy i tylko wtedy'. A 'nieprawda, że p' oznacza się ~p, bo każde kłamstwo jest pokręcone, mówiła. I pamiętam, jak kiedyś, zapytana zupełnie nagle o powiązania gier liczbowych z rozwojem matematyki – temat, który pojawił się na lekcji historii – od ręki podała historię kilku uczonych, którzy zajmowali się tymi zagadnieniami. W któryś Tłusty Czwartek, kiedy matematyka była na jednej z ostatnich lekcji, spytaliśmy jej, czy możemy zjeść pączki, których nie pozwolił nam jeść żaden inny nauczyciel. I tak cały dzień nosicie te pączki i nie możecie zjeść?! I zamiast matematyki jedliśmy pączki. W pewnym momencie zabrzmiał tubalny głos pani Ponderowej: Dowgielewicz, nie jedz tak łapczywie, wstydź się! A kiedyś, pod koniec roku, kiedy dała pewnej Wiśniewskiej warunkową tróję, kazała jej napisać specjalne oświadczenie: 'Ja, Wiśniewska, zobowiązuję się, że w przyszłym roku będę się uczyła matematyki, zaliczę każdą klasówkę', etc., po czym złożyła kartkę z tym tekstem na cztery i włożyła sobie do portfela: Wiśniewska, podpisane przy wszystkich, schowane przy pieniądzach, nie bój się, nie zapomnę. Od innych nauczycieli wiedzieliśmy, że pani Ponderowa gra na harmonii i pięknie śpiewa. I wreszcie, nauczyła nas robić konfiturę z orzechów włoskich! Ostatni raz widziałem się z nią, kiedy miałem w liceum praktyki. Marcin, powiedziała, nie ucz nigdy w szkole, jak już raz wejdziesz, nie zdołasz wyjść. Wiem, że było jej ciężko, zawsze uczyła klasy humanistyczne i klasyczne, gdzie orłów nie było, a matematyka była w wersji nieco okrojonej, i dla takiej, jak ona, choleryczki, było to naprawdę wielkie wyzwanie: podać wiedzę w formie zrozumiałej dla niezbyt ścisłych umysłów, i wytrzymać bez wybuchu gniewu, kiedy owe umysły zupełnie sobie nie poradzą. A przecież nigdy, nigdy nie nazwała nikogo głuptakiem czy idiotą.

I o to właściwie chodzi w nauczaniu: do każdego ucznia podejść z szacunkiem, żadnego nie poniżać i nie ośmieszać, i nie pozwalać na to innym.

czwartek, 18 października 2012

Trochę się niepokoję

Obecny nowicjat OP jest bardzo porządny, dziękują i przepraszają, kiedy trzeba, są dociekliwi i nie wstydzą się zadawać pytań, przed, po i w trakcie zajęć (chociaż nikt nie zadał pytania, w jaki sposób libenter jest pokrewne z love). Niepokoi mnie jednak ich brak poczucia humoru, którym odznaczały się poprzednie nowicjaty. Być może uważają, jak pewien mnich znany z literatury, ksiąg truciciel, że śmiech jest rzeczą bezbożną.

wtorek, 16 października 2012

The truth will set us free

To fragment z bardzo pięknej piosenki Loreeny McKennitt, Beneath a Phrygian Sky (można gdzieś w sieci znaleźć nagranie):

Our battles they may find us   
No choice may ours to be      
But hold the banner proudly   
The truth will set us free

My mind was called across the years
Of rages and of strife
Of all the human misery
And all the waste of life

We wondered where our God was
In the face of so much pain
I looked up to the stars above
To find you once again

We travelled the wide oceans
Heard many call your name
With sword and gun and hatred
It all seemed much the same

Some used your name for glory          
Some used it for their gain                 
Yet when liberty lay wanting
No lives were lost in vain

Zawsze są tacy, którzy use his name for glory or for their gain. Każdy z nas jest do tego zdolny, i dlatego tak bardzo trzeba na siebie uważać, żeby takim się nie stać. Każdy z nas chce tworzyć Boga na swój obraz i podobieństwo, i musi nieustannie walczyć z taką skłonnością: to my mamy być na obraz Boga, nie odwrotnie.

poniedziałek, 15 października 2012

Dwugłos w sprawie X-menów

Po obejrzeniu, na DVD, kolejnego filmu o X-menach, napisałem do Chrisa II: If you were an X-men, what powers would you like to have? (Tu napisałem, jakie ja chciałbym mieć, ale nie ma powodu dla oznajmiania tego wszem i wobec.) Odpowiedź: What are X-men? Zdumiony odpisałem: Haven't you seen the movies? With Patrick Stewart, Ian McKellen? X-men are mutants with special powers, like controlling the weather or walking through the walls. You need to update your movie knowledge. W środku nocy przyszła odpowiedź: From what you say, I think I'm quite happy in my ignorance.

niedziela, 14 października 2012

Czy kiedyś om(a)dlałeś w kościele?

Intencja mszy: za tych, którzy omadlali ten kościół. (Cokolwiek to znaczy.)

Autor Listu do Hebrajczyków pisze o Słowie Bożym, Logosie, że jest żywy i przenika wszystko (Hbr 4:12-13). Ten sam fragment, czytany dziś w czasie mszy, czytany jest też w oficjum Wielkiej Soboty, kiedy myśli nasze biegną ku Logosowi, który zstąpił do świata umarłych, w najgłębsze otchłanie, i przeniknął wszystko: z nieba wyszedł, zstąpił na ziemię, zstąpił do piekieł, do nieba powrócił. Przeniknął, żywy i skuteczny, wszystko, ostrzejszy niż miecz obosieczny, i nic się nie ukryło przed Jego wzrokiem.

Piękne to i przerażające zarazem.

sobota, 13 października 2012

Miesiąc numer osiem

Październik jest dziwnym miesiącem. Ania Shirley się nim zachwycała, uważała, że listopad nie powinien następować zaraz po wrześniu. Miłosz (Czesław) pisał o październikowym winie. Są kasztany, żołędzie, kolorowe liście... 

A jednak, jednak w październiku, jako w miesiącu, jest coś obcego... Chociaż właśnie w październiku wspominamy tak wielu northumbryjskich świętych, i matkę naszą, Teresę od Jezusa, i Pokrow, czyli Opiekę Maryi Bogurodzicy, wolę listopad, tak znienawidzony przez wielu.

Only in darkness the light... only in dying life?


piątek, 12 października 2012

11. października

Kilka lat temu, kiedy pisywałem jeszcze na liturgia.pl, czytałem czasami mniej lub bardziej triumfalne wypowiedzi tzw. tradycjonalistów, że Benedykt XVI wcale – prawie wcale – chyba wcale – bardzo rzadko (niepotrzebne skreślić) nie cytuje tekstów II Soboru Watykańskiego. (Tu podkreślam, że chodzi o teksty, gdyż właśnie do ich czytania nawołuje papież.) Już wtedy uważna lektura papieskich wypowiedzi mogła pokazać, że się mylili. Tzw. tradycjonalista bowiem chce stworzyć papieża, i na obraz własny go tworzy. Chce, aby ze skarbca wyjmował on tylko stare rzeczy, a nie stare i nowe. Jeśli już jednak tzw. tradycjonalista musi przyznać, że papież i stare, i nowe rzeczy wydobywa ze skarbca, stara się nie zwracać uwagi na te nowe, a widzieć tylko stare – tak jak Achilles pośród towarów wyłożonych przez Odyseusza zauważył tylko miecz. (Aczkolwiek porównanie tzw. tradycjonalisty z Achillesem jest dla tego ostatniego wielce krzywdzące.) Może warto, aby tzw. tradycjonaliści w Roku Wiary czytali częściej homilie i dokumenty Benedykta XVI, aby potem nie bawili się w papieskich stwórców. (Wychodzi potem z tego twórczość przez duże 'tfu'.)

Również kilka lat temu, i również pośród wypowiedzi na liturgia.pl, czytywałem i takie, a były to m. in. wypowiedzi osób z wykształceniem teologicznym, z których wynikało, że wielu na bakier jest z teologią Trójcy Świętej. I tu sięgnąć można do skarbca po rzecz starą, odmawianą niegdyś w brewiarzu w niedziele, a mianowicie po tzw. Symbol św. Atanazego, nazywany, od pierwszych słów łacińskiego tekstu, Quicumque. (I znowu chodzi o tekst, co znowu podkreślam.) Jest to wyznanie katolickiej wiary, szczególnie skoncentrowane właśnie na tajemnicy Trójcy Świętej: Taka bowiem jest wiara katolicka, czytamy, że cześć oddajemy Jednemu Bogu w Trójcy, i Trójcy w jedności. Św. Teresa od Jezusa wielkiej łaski poznania Trójcy Najświętszej doznała, odmawiając niegdyś to wyznanie wiary. Może w Roku Wiary warto czasami ten tekst przeczytać, żeby potem bzdur nie głosić.

Odniesienie się do dokumentów chroni przed skrajnościami anachronicznych nostalgii i gonienia do przodu, i pozwala na uchwycenie nowości w ciągłości, powiedział wczoraj Benedykt XVI w homilii. Równowaga, to jest coś, o czym powinni pamiętać wszyscy, którzy kochają Kościół. Skrajności nigdy i nigdzie nie są dobre.

czwartek, 11 października 2012

Homer i Ewangelia

8. października, na rozpoczęcie Synodu poświęconego nowej ewangelizacji, Benedykt XVI wspomniał o historii słowa εὐαγγέλιον, czyli ewangelia. Istotnie, pojawia się ono u Homera, czy może, jak niektórzy uczeni teraz przyjmują, u autora Odysei. Dwa razy pada to słowo w księdze 14. Odysei, w czasie rozmowy Odyseusza – wciąż będącego w przebraniu żebraka – ze świniopasem Eumajosem. Kiedy ten ostatni boleje, że Odyseusz już nigdy nie wróci na ojczystą Itakę, że zginął, wracając spod Troi, przebrany Odyseusz zapewnia pod przysięgą, że wie, gdzie przebywa Odyseusz (trudno, żeby nie wiedział), i że niebawem wróci on na Itakę. Wtedy, mówi do Eumajosa, dostanę εὐαγγέλιον (14:152), czyli nagrodę za tę dobrą wiadomość, jaką ci teraz przekazuję: dostanę chlajnę i chiton (czyli części odzienia). Eumajos, wciąż pewien, że Odys już nigdy nie wróci, odpowiada, że nigdy nie da swemu gościowi owego εὐαγγέλιον (14:166), nagrody za dobrą wiadomość, właśnie dlatego, że Odyseusz nigdy nie wróci.

Takie bowiem jest pierwotne znaczenie tego słowa: nagroda za przyniesienie dobrej wiadomości.

środa, 10 października 2012

Zdumienie

Zupełnie przypadkiem się dowiedziałem, że Terry Pratchett ma tytuł szlachecki, za zasługi dla literatury: Pratchett (...) was knighted for services to literature, można przeczytać na stronach anglojęzycznej Wikipedii. Innymi słowy, od kilku lat jest sir Terry Pratchett.

Dziwne. Dziwne, że Tolkien takiego tytułu nie otrzymał.

niedziela, 7 października 2012

Wrak albo ruiny

My mówimy, że czyjaś wiara legła w gruzach. Św. Paweł pisał, i dziś czytamy o tym w oficjum,  że czyjejś wierze przytrafiła się katastrofa morska (1 Tm 1:19).

Kiedyś ktoś napisał do mnie o swoim nawróceniu, przepraszając, że takie wynurzenia syna marnotrawnego mogą być nudne dla syna zawsze wiernego. Nigdy nie byłem tym dobrym synem z przypowieści, który przecież wcale taki dobry nie jest, a przypowieść jest nie tyle przypowieścią o synu marnotrawnym, ale o dwóch synach: obaj są równie nieszczęśliwi, i obaj potrzebują współczucia i miłości ojca. Co więcej, nie jest dobrze być owym synem, który nigdy ojca nie opuścił, nigdy nie głodował, nigdy nie musiał żebrać. Święta Dziewica bowiem mówi, że Pan głodnych nasyca (aoryst w Magnificat przyjmuję za aoryst gnomiczny) dobrami, a bogatych odsyła z niczym (Łk 1:53). Jak długo jesteśmy głodni i biedni, tak długo jest dla nas nadzieja na miłosierdzie Boże. Jeżeli uznamy się za bogatych i zawsze wiernych, zamykamy się w swej własnej doskonałości i ryzykujemy, że Pan zrzuci nas z tronu i odprawi z niczym, na tak długo, aż zgłodniejemy i uznamy, że tylko On nas może nasycić.

Wenancjusz Fortunatus pisał w jednym ze swoich hymnów, że to Krzyż jest żeglarzem, ratującym rozbitków, prowadzącym ich do portu. Zawsze jest nadzieja.

Jabłek ci u nas dostatek

Niemalże jak na Avalonie. 

Chociaż wiosną niewiele pszczół widać było.

sobota, 6 października 2012

Chcielibyśmy, ale czy chcemy?

Hunc Annum digne ac fecunde celebrare cupimus (z listu apostolskiego papieża Benedykta XVI Porta fidei, ogłaszającego rok wiary; punkt 8).

Chcielibyśmy obchodzić ten Rok Wiary w sposób godny i owocny. Taki jest przekład oficjalny, przynajmniej w internecie. Mój zaś przekład jest taki: Chcemy obchodzić ten Rok w sposób godny i owocny.

Komentarz:
cupimus: 1 osoba liczby mnogiej, indicativus (czyli tryb oznajmujący) praesentis (czyli czasu teraźniejszego) activi (czyli strony czynnej) od czasownika cupio, chcieć.

Innymi słowy, forma cupimus nie wyraża przypuszczenia, zastanawiania się, czy też życzenia.

piątek, 5 października 2012

Przyjąć na wiarę

Zawsze czekam na wyraz zaskoczenia na twarzach moich uczniów, kiedy dowiadują się, że polskie cena, łacińskie poena, i greckie ποινή są pokrewne. I że tak samo jest z łacińskim nunc i angielskim now. A wszystko to tłumaczy gramatyka historyczna, quae est delectatio animae meae.

środa, 3 października 2012

Biało-czarni

Nie chodzi o nowo poznanych dominikanów, ale o dwóch braci z Anglii, żyjących w 7. wieku. Beda nazywa ich Niger Heuuald i Albus Heuuald, a owe przydomki kolorystyczne odnosiły się do barwy ich włosów: mamy zatem blondyna i bruneta, czy, bardziej poetycko, jasnowłosego i ciemnowłosego. Nie wiadomo, czemu obaj otrzymali takie samo imię (nota bene, jego etymologia – a dokładniej, etymologia pierwszego członu, jest niejasna: czy pochodzi od staroangielskiego heah, wysoki, czy od hiew, barwa, czy od słów oznaczających ciosanie, jak czasownik heawan). W każdym razie, obaj byli kapłanami, i obaj wyruszyli na misje na kontynent, między Sasów. Beda podaje, że obaj byli tak samo pobożni, ale Hewald Czarny był bardziej uczony w, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, naukach biblijnych.

Bracia zatrzymali się u pewnego człowieka, i prosili, aby pomógł im dostać się do wodza (satrapy, jak nazywa go Beda) tej grupy plemiennej, na terenie której się zatrzymali. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że miejscowi podejrzeli obu Hewaldów, kiedy ci sprawowali liturgię. Spodziewając się, że misjonarze przekonają wodza do przyjęcia nowej religii, co doprowadzi do całkowitej zmiany obyczajów i sposobu życia, postanowili zabić obu braci. Hewald Biały zginął szybko od miecza. Hewalda Czarnego długo torturowano. Zabitych wrzucono do Renu. Dzięki Bożej Opatrzności ciała jednak znaleziono: promień światła, z ziemi aż do niebios sięgający, wskazywał miejsce, gdzie rzeka przyniosła ciała męczenników, a jeden z nich (Biały czy Czarny?) we śnie ukazał się jednemu ze swych towarzyszy (imieniem Tilmon; wiemy, że pochodził ze szlachetnego rodu, a zanim został mnichem, był żołnierzem) i nakazał szukać ciał tam, gdzie ów promień jaśniał. Ciała braci ze czcią pochowano, a dzień ich męki – 3. października – uroczyście obchodzono.

poniedziałek, 1 października 2012

U cioci na imieninach

Komentarz do piosenki Nic nie może przecież wiecznie trwać na Youtube: Śpiewane na imieninach cioci zamiast 'sto lat'.

Było sobie Eomerów trzech

U Bedy możemy przeczytać o pewnym Eomerze (w łacińskim tekście nazywany jest Eumerem), który próbował zamordować króla Edwina, 20 kwietnia 626 roku – w pierwszy dzień świąt wielkanocnych. Nie udało mu się, chociaż ranił króla, którego zasłonił własnym ciałem jeden z jego towarzyszy. Z takim impetem Eomer rzucił się na króla, że na wylot przebił owego królewskiego towarzysza, i ostrze dosięgnęło Edwina. Także w jednej z wersji Anglo-Saxon Chronicle czytamy o tym wydarzeniu.

Inny z kolei Eomer pojawia się w runicznej inskrypcji, pochodzącej najprawdopodobniej z ok. 700 roku.

Jeszcze inny Eomer to syn króla Offy, o którym wspomina autor Beowulfa (wers 1960).

Samo zaś imię można by przetłumaczyć, dosłownie, jako 'sławny koń', ale lepiej chyba: sławny z powodu koni (np. jako doskonały jeździec).