poniedziałek, 11 października 2010

Nie nadążam, nie rozumiem

Jestem już stary i tempo współczesnego świata nie dla mnie, pewnych rzeczy po prostu już nie rozumiem. Oczywiste np. wydawało mi się, że przy przechodzeniu na ‘ty’ pierwszy krok robi osoba starsza – w dzisiejszych czasach, jak się zdaje, zasada ta już nie obowiązuje.

Powszechne staje się zwracanie do nawet nieznanych lub oficjalnie wyżej stojących osób przez łączenie imienia z ‘pan’ lub ‘pani’. Tego nie lubię, ale toleruję: tak się rozpleniło, że trudno z tym walczyć. Miałem kiedyś studentkę, która mówiła do mnie ‘panie Marcinie’, lodowate spojrzenia z moje strony nie odnosiły skutku, w końcu – przymknąłem oko. Ale nie wyobrażam sobie, żebym ja do któregoś z moich wykładowców powiedział ‘pani Aniu’ czy ‘panie Jerzy’! Owszem, niektórzy z nich przeszli ze mną na ‘ty’, kiedy skończyłem studia, przy czym inicjatywa wyszła z ich strony. Do mnie, jako do studenta, zwracano się albo ‘panie Morawski’, albo ‘proszę pana... niech pan... czy może pan...’. Szczerze powiedziawszy, czułbym się głupio, gdyby ktoś z moich profesorów powiedział do mnie ‘panie Marcinie’. (A mieliśmy profesora, który do swoich ulubienic mówił ‘kotku’... ale to dosyć dziwny człowiek, jak kiedyś powiedziała pani Świderkówna: chyba lekko niezrównoważony.) Nigdy też nie używałem, i nie wymagano tego ode mnie, tytułów naukowych, w rozmowach z moimi wykładowcami. Ci ludzie znali swoją wartość, nie potrzebowali przypominania o niej przez powtarzanie tytułów... Owszem, w rozmowie o nich mówiło się np. ‘doktor Mańkowski’, ale – znowu – nie wyobrażam sobie powtarzania mu na zajęciach, przy każdym pytaniu, ‘panie doktorze’.

Wracając do ‘panie Marcinie’: naturalne mi się wydaje, że mówi tak do mnie ktoś, kto mnie dosyć długo zna, lub ze mną współpracuje. Taki zwrot wyraża jednak pewną zażyłość, i, moim zdaniem, nie powinien być nadużywany, bo trąci wtedy jakąś niemiłą poufałością. (W ogóle używanie czyjegoś imienia jest dla mnie szczególną sprawą; tu moje myślenie zatrzymało się kilka tysięcy lat temu.)

Zauważyłem natomiast, że w internecie modną formą jest używanie tylko inicjałów – pewnie tak szybciej, a czasu, jak wiadomo, nie ma, nie ma, nie ma... Dla mnie jest to – chamskie. Gdybym sam podpisywał się tylko inicjałami, moje imię i nazwisko byłyby nieznane – w porządku. Jeżeli jednak w blogu podane jest moje imię i nazwisko, które dodatkowo pojawia się przy każdym moim wpisie, naturalną rzeczą wydaje mi się zwracanie się do mnie przy jego użyciu.*) ‘Pan Morawski’, a jeśli już ktoś koniecznie chce, proszę bardzo, ‘pan Marcin’, przełknę jakoś. No, chyba że ktoś uważa mnie za komputerowy program, który można nazwać jakimś skrótem lub skrótowcem, albo ma specyficzny sposób postrzegania człowieka: miałem np. nauczyciela w liceum, który zwracał się do nas numerami (ja byłem trzynastką). Nie trzeba chyba nikomu przypominać, kto jeszcze w podobny sposób oznaczał ludzi...

Tu pojawia się inna jeszcze sprawa: podpisywanie się własnym nazwiskiem, zwłaszcza wtedy, kiedy się kogoś krytykuje (kiedyś już o tym pisałem). Użycie nicku, przezwiska, ksywki, jakiejś sentencji, etc., jako swojego podpisu, jest niewątpliwie wygodne, pozwala zachować anonimowość, a przede wszystkim – nie wymaga odwagi. Może dlatego jest takie popularne...

Pewnie to wszystko nudne i nie z tego świata, kogo dzisiaj obchodzą takie feudalne drobiazgi (jak mi kiedyś ktoś powiedział). Mnie obchodzą, i pewnie jeszcze kilka osób się znajdzie.
____________________
*)Aczkolwiek, użycie inicjału samego imienia jest dla mnie naturalne przy korespondencji – ale prywatnej! – z bliskimi mi osobami. Mogę napisać ‘droga M.’ czy ‘drogi C.’, podpisać się ‘M.’ Publicznie jednak nigdy bym tego nie zrobił.

sobota, 9 października 2010

Tempora mutantur, et vos mutamini in illis

Jesienne ekwinokcjum już dawno minęło, zauważone już chyba tylko przez wyznawców dawnych, pogańskich bóstw, chociaż i dla chrześcijańskiej liturgii nie było ono kiedyś całkiem obojętne.

Czy dla was, współczesnych ludzi, mają jeszcze jakieś znaczenie prastare symbole, zawarte w stronach świata, porach roku, ruchu gwiazd i Ziemi, tym podstawowym, pierwotnym rytmie świata? Czy ktoś jeszcze zwraca uwagę na pełnię księżyca, jak robili to w średniowieczu kapłani i mnisi, obliczający datę Wielkanocy? We wczesnośredniowiecznych mszałach można zaleźć tabele, tzw. computus, wersy dotyczące miesięcy i położenia Księżyca względem Ziemi, wszystko po to, aby bez zakłóceń mógł działać liturgiczny kalendarz – dodajmy, rzymski, w którym Wielkanoc powiązano z niedzielą. Benedykt XVI kiedyś wspomniał, w niedzielnej modlitwie Anioł Pański, o zimowym przesileniu i jego związkach z liturgią (i z samym Watykanem).

Czy ci, którzy walczą o pozycję kapłana przy ołtarzu – twarzą do ludu czy twarzą do ołtarza – myślą przy tym naprawdę o zwróceniu się ku Wschodowi? Czy chodzi raczej o spieranie się, że tak powiem, na powierzchni? Czy Wschód w ogóle ma jeszcze jakieś znaczenie dla chrześcijan? Czy ktoś modli się w domu, zwracając się ku stronie świata, z której przychodzą słoneczne promienie? Wiesza na wschodniej ścianie pokoju krzyż, ikony, religijne obrazy? A Północ? Czy ktoś w ogóle pamięta o czytaniu Ewangelii ku Północy?

Aquilonem et Austrum tu creasti, exitus Orientis et Occidentis delectabis, omnia enim  mundi elementa fecisti, et vices disposuisti temporum variari.

środa, 6 października 2010

Względy nieduszpasterskie

Zawsze mnie dziwiło, czemu bracia kaznodzieje, odmawiając rano godzinę czytań i jutrznię, używają tylko jednego hymnu dla obu tych godzin. (A może to już przeszłość, zmienili ten zwyczaj?)

To prawda, jest to dozwolone: Jeśli oficjum czytań odmawia się bezpośrednio przed inną godziną kanoniczną, wtedy można (potest) przed oficjum czytań użyć hymnu, odpowiadającego tej (następującej po nim) godzinie – tak czytamy w rubrykach.

Można – ale nie trzeba. Jakie za tym stoją względy? Duszpasterskie? Chyba nie, bo oficjum jest przede wszystkim dla zakonników, okazyjnie tylko uczestniczą w nim świeccy.

Tajemnicza kobieta, o której czytamy w dwunastym rozdziale Apokalipsy św. Jana, ucieka na pustynię, gdzie ma być żywiona przez czas, i czasy, i połowę czasu (Ap 12:14). Kobieta uosabia, jak zgadzają się egzegeci, cały Lud Boży obu Przymierzy, a więc i Kościół.

Można odnieść wrażenie, że obecnie żyjemy w owej połowie czasu. Taki pośpiech panuje wokół, na wszystko za mało czasu, ze wszystkim tak trudno zdążyć. Nawet w liturgii.

wtorek, 5 października 2010

Nowi mesjasze?

Chrystus Pan nazwał szczęśliwymi tych, którzy Go słuchali i na Niego patrzyli (cf. Mt 13:16; Łk 10:23). Obecnie coraz częściej pojawiają się, także w Kościele, tacy, którzy tak bardzo chcą Go naśladować, że aż (bardzo chętnie) zajmują miejsce naszego Pana.

Za nieszczęśliwych uważają tych, którzy ich nie słuchają. Jakże wspaniale byłoby i w Kościele, i na świecie, gdyby ich wszyscy słuchali!

Antikhristos po grecku znaczy, między innymi: ten, kto zajmuje miejsce Chrystusa.

poniedziałek, 4 października 2010

Tours i Asyż

Wspominanego dziś św. Franciszka z Asyżu i mojego czcigodnego patrona, św. Marcina z Tours, w liturgii coś łączy.

Otóż odejście św. Marcina opisał, w liście do swojej teściowej,  Sulpicjusz Sewer. W zakończeniu listu Sulpicjusz przedstawia triumfalne wejście świętego biskupa do nieba: Martinus hymnis caelestibus honoratur (...) pauper et modicus caelum dives ingreditur, Marcina sławią niebiańskie hymny, [gdy] ubogi i skromny wchodzi bogaty do nieba (Ep. ad Bassulam). Fragmenty tego opisu pojawiają się w czytaniu i w antyfonach 11 listopada.

O św. Franciszku z Asyżu podobnie śpiewa Kościół dzisiaj: Franciscus pauper et humilis caelum dives ingreditur, hymnis caelestibus honoratur (ant. do pieśni Zachariasza).

niedziela, 3 października 2010

W którą stronę?

Od jakiegoś czasu chciałem napisać o czytaniu Pisma, ale odkładałem to ad Kalendas Graecas. Trzy drobiazgi w końcu mnie skłoniły do napisania. Primo, Dominik przesłał mi nuntium breve: Gryź Słowo Boże konsekwentnie. Secundo, przeczytałem na liturgia.pl: Słowo Boże proklamowane w liturgii to nie jest coś, co mamy przede wszystkim w dyskursywny sposób „zrozumieć”, ale coś czym mamy dać się przesycić (mówienie o „stole Słowa” nie jest pustą metaforą). Tertio, wczorajsza kolekta, na dzień św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Człowiek podchodzi często do Słowa Bożego jak odkrywca, które chce zdobywać i podbijać, jak władca, który chce panować i decydować. Chce przeniknąć Słowo. Taką próbę można porównać do spuszczenia kropli wody na lniany obrus, z nadzieją, że ta kropla cały obrus zdoła sobą nasączyć i przeniknąć.

Tymczasem nasza lektura Słowa Bożego ma iść w drugą stronę: to ono ma nas przeniknąć. Mamy je gryźć, mamy się nim karmić, tak, ale właśnie po to, aby ono nas mogło napełnić i przeniknąć od środka, abyśmy się nim nasączyli, abyśmy się w nie przemieniali. Stół Słowa stoi obok stołu Eucharystii. Jutro, w 27. niedzielę zwykłą, Kościół będzie modlił się po Komunii, abyśmy przemienili się w to, co przyjmujemy (in id quod sumimus transeamus). [O, czwarty drobiazg nagle się pojawił, nawet nie myślałem, że to będzie jutrzejsza modlitwa, nawiązująca do myśli św. Augustyna.]

Słowo Boże ma działać – Słowo Boże to sam Chrystus, który jest Bogiem, a który w nas ma żyć i w nas działać. Nie łudźmy się, że zdołamy przeniknąć Słowo, którego głębokości może przeniknąć tylko Duch Święty (cf. 1 Kor 2:10), Duch, który może nam objawić znaczenie Słowa – On i tylko On, a nie my sami.

Jak się ma do tego kolekta ze wspomnienia św. Teresy? Otóż polski przekład reprezentuje takie właśnie ludzkie, zdobywczo-odkrywcze podejście: prosimy, abyśmy za wstawiennictwem św. Teresy (Bogu dzięki, że chociaż to zachowano) osiągnęli wieczną chwałę. My, my jesteśmy na pierwszym miejscu, my osiągniemy, my zdobędziemy. W łacińskim tekście jest zupełnie inaczej: użyta jest strona bierna, której źródeł można, jak sądzę, szukać w biblijnym passivum divinum: prosimy, aby wieczna chwała Boża nam została objawiona, za wstawiennictwem św. Teresy. To wielka różnica! Już nie my jesteśmy na pierwszym miejscu, ale Bóg. On może nam objawić swoją chwałę, my sami, mimo największych starań, mimo stawania na głowie, zaciskania zębów i napinania się do granic wytrzymałości, nie zobaczymy Jego chwały, nie osiągniemy jej. Tak samo jest z Pismem: Bóg może nam je objawić, objawić jego znaczenie, odsłonić, dać zrozumieć. Jeśli tylko pozwolimy, aby nas przeniknął, w swoim Słowie i w swoim Duchu. Inaczej będziemy tylko sobie schlebiać jak idioci, o których mówi psalmista Pański w 49. psalmie.

Pervade me, Deus, penetra cor meum, permane in visceribus meis. Albo, jeśli ktoś woli modlić się po polsku: usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.

sobota, 2 października 2010

Z ust do ust

Pewna znajoma z zachwytem podkreśla, jak dobrze jest czytać Homera w oryginale: widzi się wtedy, jak niedoskonałe – a czasami niebezpieczne – są tłumaczenia. W końcu to jest różnica, czy mamy do czynienia po prostu z wieścią (tak w oryginale), czy z dobrą wieścią (tak w jednym z przekładów).

Podobne pułapki czyhają i przy lekturze Biblii. Weźmy chociażby takie greckie słowo jak stoma. Może ono oznaczać usta, kiedy mówimy o człowieku, paszczę, kiedy mówimy ogólnie o zwierzęciu, pysk, kiedy mówimy np. o psie, etc. I tak np. w Apokalipsie to samo greckie słowo odnosi się do Syna Człowieczego (1:16), Smoka (12:15), Bestii (13:2.5sq), a nawet ziemi (12:16).  Wszędzie w greckim tekście pojawia się stoma, aczkolwiek w polskim przekładzie (Biblii Tysiąclecia, tłumaczem jest zatem nieoceniony, doskonały filolog i biblista, śp. o. Augustyn Jankowski OSB) mamy zróżnicowanie na usta, paszczę, gardziel. Tak np. w rozdziale 13 o Bestii jest raz powiedziane, że miała paszczę (13:2), a nieco dalej mowa jest o jej ustach (13:5). W greckim tekście jest to jednak wciąż to samo słowo – stoma. Ciekawie wygląda werset trzynasty szesnastego rozdziału, gdzie ropuchy wychodzą z paszczy Smoka, paszczy Bestii, i z ust Fałszywego Proroka, który właściwie też jest Bestią, czyli powinien mieć paszczę (cf. 13:11). I znowu, w greckim tekście mamy trzy razy użyte słowo stoma.

Uważam, że o. Augustyn bardzo dobrze zrobił, tłumacząc to samo słowo różnie, w zależności od kontekstu, stosownie do języka polskiego. (Wszak dobre tłumaczenie to takie, po którym nie widać, z jakiego języka zostało zrobione.) Niemniej jednak, opieranie interpretacji na samym przekładzie może doprowadzić do błędnych przekonań. Pamiętam, jak kiedyś przeglądałem jakiś polski komentarz do Apokalipsy, z którego wynikało, że specjalnie tekst podkreśla, iż Smok i Bestia mają paszcze, co ma wyrażać ich nieludzki, dziki, demoniczny charakter, w odróżnieniu od innych postaci, pojawiających się w Apokalipsie. A co z Fałszywym Prorokiem, który też jest bestią? Czemu zatem ma usta? Tymczasem w tekście oryginalnym takiego podkreślenia nie ma, można nawet interpretację poprowadzić w drugą stronę: zarówno ci, którzy stoją po stronie Boga, jak i Jego przeciwnicy, mają stoma, różnie jednak, do różnych celów je wykorzystują.

Inną pułapką jest słowo doulos, nagminnie tłumaczone w Biblii Tysiąclecia jako sługa. Tymczasem doulos to przede wszystkim niewolnik; sługa to dopiero dalsze znaczenie tego słowa (sługa to raczej diakonos, huperetes). Święta Maryja mówi o sobie: jestem doule kuriou, niewolnicą Pana. To coś więcej niż służebnica, podkreśla Jej całkowitą zależność od Pana, całkowite oddanie, czy raczej: poddanie się Jego woli. Trzeba zatem bardzo uważnie sprawdzać słowo po słowie, by unikać pomyłek w rozumieniu Słowa.