niedziela, 7 czerwca 2009

Laudatio Andreae presbyteri

Magno cum gaudio sanctae intersum missae, quae a presbytero Andrea Filaber in sancti Martini episcopi ecclesia celebratur. Hodie quoque, cum mane ad ecclesiam advenissem, eum celebraturum conspexi, nam ad genuflexorium orabat, ad missam se praeparans.

Pius iste presbyter summa cum veneratione ad altare Dei altissimi semper accedit et, artis celebrationis diligens, curat, ut sacrosancta mysteria digne, attente ac devote persolvantur, sine festinatione indecora, omniaque secundum rubricas quae in missali sunt, exercet atque perficit. Sermones eius bene compositae sunt, veram doctrinam catholicam clare enuntiant et molestiam auditori numquam afferunt. Inclinationes eius atque omnes gestus motusque reverentiam exprimunt et dilectionem erga Sanctissimum Sacramentum, quod fidelium pietati bonum praestat exemplum. Quapropter velim complures sint tales sacerdotes, quorum caritate Dominus gregem suam erudiat atque ad aeternae gaudia patriae perducat.
Gratias tibi, pater Andrea, ago maximas, pro ministerio tuo!

sobota, 6 czerwca 2009

Triquetra na koniczynie

Kiedy wychodzimy z Nessą na spacer, jedną z pierwszych rzeczy, jakie widzimy na dworze, jest trawnik z mnóstwem koniczyny. Na jej potrójnych listkach delikatny wzorek tworzy trójkąt, a całość – może niezbyt słusznie, bo geometrycznie nie do końca się zgadza – kojarzy mi się z triquetrą, celtyckim symbolem Trójcy. A dzisiaj Trójcę szczególnie wspominamy (już po I nieszporach).


Podobno na koniczynie św. Patryk tłumaczył Irlandczykom tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. W angielskim brewiarzu, jako jeden z hymnów, znajduje się przypisywana Patrykowi modlitwa, tzw. lorica, modlitwa „obronna”, zaczynająca się wezwaniem błogosławionej Trójcy. Kiedyś w autobusie linii 107 próbowałem przetłumaczyć jej początek dla kogoś spośród moich znajomych:

Potężne Świętej Trójcy imię
Ze sobą dzisiaj wiążę mocno;
Wyznając moją wiarę, wzywam
W Jedności Trójcę, w Trójcy Jedność.


Franciszkanki Służebnice Krzyża mają własny śpiew o Trójcy Najświętszej, który właściwie mógłby być lorica, już nie dla jednej osoby, ale całego zgromadzenia:

Ojcze wieczny, daj skuteczny pokój temu domowi.
Chryste Panie, niech się stanie pokój temu domowi.
Duchu Święty, spraw nietknięty pokój temu domowi.


Tę pieśń skomponował Witold Friemann na imieniny Matki Czackiej, niedługo przed jej śmiercią. Melodia oparta jest na jednym z chorałów Bacha, a słowa napisała żona kompozytora.

Trójca jest oddechem liturgii. Pojawia się na końcu każdego psalmu, w doksologiach hymnów, w zakończeniu anafory; tak często, że łatwo przestać Ją dostrzegać. Tak jak oddech: jak często zastanawiamy się, czy oddychamy?

Wierzymy, żeś jednym jest Światłem,
A czcimy je przecież potrójnie;
Tyś Alfą jest, Tyś jest Omegą,
I wielbi Cię wszystko, co żyje
. (Durham Hymnal, 10. wiek; może kiedyś resztę przełożę...)

„W weselu chleb swój spożywaj!”

Denys Turner, angielski teolog, w jednym ze swoich wykładów zauważa, że Jezus lubił bywać na przyjęciach: One thing you can say about Jesus is that he was an enthusiastic party-goer. Rzeczywiście, opisy uczt pojawiają się w Ewangelii co jakiś czas, od wesela w Kanie poczynając, aż po ostatnie przyjęcie, urządzone dla Jezusa, na którym obecni byli Łazarz, Marta i wierna Maria (J 12:1-3). Także przed swoim odejściem do nieba, jak podają Dzieje Apostolskie, Jezus spożył z Apostołami posiłek.

Ciekawego słowa na oznaczenie owego posiłku używa Łukasz: sunalidzomai, dosłownie: jeść razem sól. Nie używano solniczki, ale pośrodku, w miseczce stała sól, w której każdy z biesiadników mógł zanurzyć kawałek chleba czy ryby. Takie wspólne korzystanie z jednego naczynia z solą wyrażało bliskość, jednoczyło mocniej tych, którzy wspólnie jedli: z jednej jedli miski, powiedzielibyśmy. (Nawiasem mówiąc, ciekawe są wszystkie słowa greckie, związane z ucztowaniem w Ewangelii, doskonale pokazują, w jaki sposób spożywano posiłki w tamtych czasach.)

Uświadomiłem sobie dzisiaj, patrząc na kawałki czekoladowego ciasta, że zapomniałem o czymś, o czym starałem się pamiętać przez ostatnie dwa miesiące: o przyniesieniu ciasta na ostatnie zajęcia z greki. Na pożegnanie. Wprawdzie bez soli, ale do wspólnego jedzenia. I tak, niestety, ostatnia lekcja greki w kolegium przeszła bardzo zwyczajnie, zupełnie jak nieostatnia. I mam przez to wyrzuty sumienia.

piątek, 5 czerwca 2009

Ex occidente lux

Zabito go nad brzegiem rzeki, w pobliżu Dokkum, kiedy miał udzielać bierzmowania. Miał już około osiemdziesiątki. Kiedyś, w Geismarze, ściął święty dąb, i nikt nie odważył się podnieść na niego ręki, a pogańscy bogowie go nie ukarali. Tym razem jednak polała się jego krew, dzięki której może teraz stać pośród aniołów przed tronem Baranka.

Chodzi o św. Bonifacego, którego Kościół wspomina 5 VI. Rodzice, zamieszkali w okolicach Crediton (Wessex), nadali mu imię Wynfrith, miłośnik pokoju. Spod jego pióra wyszła pierwsza łacińska gramatyka, napisana w Anglii. Był misjonarzem we Fryzji, Bawarii i Hesji. Założył klasztory w Fuldzie, Fritzlar, Holzkirchen i Tauberbischofsheim. Z Anglii sprowadzał książki, liturgiczne szaty, relikwie – oraz współpracowników i współpracownice. Jedną z nich była jego kuzynka Lioba, która została ksienią w Tauberbischofsheim, a która później została pochowana obok Bonifacego-Wynfritha w Fuldzie. Można powiedzieć, że dla swojej misji szukał wsparcia w klasztorach mniszek, w ich modlitwie, ale też w ich pracy, np. przy przepisywaniu ksiąg liturgicznych i dzieł teologicznych. Wiedział, że we Fryzji wciąż żyją pobratymcy Anglów i Jutów, którzy skolonizowali Wyspy, i na owe więzy krwi się powoływał, prosząc w swojej ojczyźnie o pomoc dla swoich misji.

Dużo można o nim jeszcze napisać: o jego kontaktach z papieżami i z władcami Franków, o jego listach, będących przykładem doskonałej łacińskiej prozy, o jego znajomości poezji, o jego szacunku dla Bedy i Aldhelma... Zapomniany trochę święty, a mający wielki wpływ na europejską kulturę, w ogóle na rozwój chrześcijaństwa w Europie.

czwartek, 4 czerwca 2009

Ckliwy i mdłego serca?

Zaczął się czerwiec, w kościołach można codziennie usłyszeć wezwanie: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego. Werset ten nawiązuje do Ewangelii według św. Mateusza (11:29), pierwsza jego część jest właściwie cytatem. Cichy – praus – można też przetłumaczyć: łagodny.

Łagodny i pokorny jest Jezus. Niestety, dla wielu Jego uczniów znaczy to raczej: ckliwy i mdły. I nie chodzi tylko o cukierkowe obrazki z Najśw. Sercem Jezusa, czy o ustawiane w kościołach kiczowate figury Zbawiciela, ukazującego swoje Serce. Chodzi też o sposób mówienia (i pisania), o zachowanie tak wielu chrześcijan... Wielu sądzi, że ckliwość i łagodność to jedno, że bycie mdłym to bycie pokornym. Na grunt kulinarny to przenosząc jeszcze wyraźniej: albo nadmiar cukru, albo całkowity brak jakichkolwiek przypraw. Albo nadmiernie słodzą, albo są doskonale byle jacy i nudni, pozbawieni jakichkolwiek żywszych emocji. I nie chodzi mi tylko o kazania, chociaż tam najłatwiej to zaobserwować.

A przy okazji słodyczy: przywołany na początku fragment Ewangelii mówi też o jarzmie, które jest – w polskim przekładzie – słodkie. Ten polski przekład opiera się na Wulgacie, gdzie mamy iugum suave. (Nawiasem mówiąc, łacińskie suavis jest z tego samego rdzenia, co polskie słodki, angielskie sweet, niemieckie süss, greckie hedus.) Suavis to, istotnie, słodki, ale nie tylko w sensie smakowym. Może też oznaczać, że ktoś lub coś jest miłe, przyjemne, drogie – tak samo jak po polsku, możemy powiedzieć: Jakie słodkie maleństwo! – niekoniecznie wczuwając się przy tym w głodną Babę Jagę.

Grecki tekst określa Chrystusowe jarzmo słowem khrestos – dobry, wygodny, przyjemny. Lepiej to pasuje do jarzma: jest wygodne, czyli dobrze, łatwo się je niesie. A samo jarzmo – dzugon – oznacza etymologicznie coś, co łączy; łączyło dwa woły, ciągnące wóz czy pług. Innymi słowy, Jezus mówi o jarzmie, w którym jesteśmy parą z Nim samym.

środa, 3 czerwca 2009

Botanika i zoologia, czyli papirus na pustyni, a gołąbek na ramieniu

Prof. Jerzy Manteuffel był prekursorem papirologii w tym kraju. Nie przepadał za nim prof. Krokiewicz, kiedy więc po wojnie obaj znaleźli się na Uniwersytecie Warszawskim, Krokiewicz nie chciał się zgodzić na obecność Manteuffla na filologii klasycznej. Papirus to roślina, argumentował, więc miejsce papirologii jest na wydziale biologii.

Istotnie, papirus jest rośliną, występującą w Egipcie, z której wykonywano materiał piśmienniczy, zwany również papirusem. Papirolodzy zajmują się badaniem tekstów greckich i rzymskich (i to niekoniecznie literackich), zachowanych na papirusach.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym amerykańskim baptystą, który twierdził, że cały Pięcioksiąg jest dziełem Mojżesza, pisanym w czasie wędrówki Izraela przez pustynię. Zapytałem, na czym Mojżesz miałby spisywać święte księgi: Na papirusie, który produkowano tylko w Egipcie? Na pergaminie, którego wytwarzanie wymagało ogromu specjalistycznej pracy? A może na glinianych lub kamiennych tabliczkach, do przenoszenia których potrzebne byłyby odpowiednio przystosowane pojazdy? Amerykanin spojrzał na mnie zdumiony i powiedział: Skoro Bóg mógł zsyłać Izraelitom mannę z nieba, to mógł im też zesłać z nieba papirus, a nawet papier! Na ten argument odpowiedzi dać nie umiałem...

Na średniowiecznych wyobrażeniach świętych Ewangelistów możemy zobaczyć, że na ramieniu każdego z nich siedzi gołąb, wyobrażający Ducha Świętego, z dziobem w uchu Ewangelisty –  dyktuje im, co mają napisać. Słowo po słowie.

Mam wrażenie, że takie podejście do Biblii, jak opisane powyżej, wciąż jest popularne. Niektórzy najchętniej przyjęliby, że Biblia po prostu spadła z nieba, od razu gotowa, od razu w całości, i najlepiej od razu na papierze, bo papirus zbyt kruchy. A skoro to niemożliwe, to nie ma innego wyjścia: Duch Święty dyktował każdemu autorowi słowo po słowie, co ma napisać na tym przecież ma polegać biblijne natchnienie. Nawet czasami udało Mu się tak sformułować zdania, aby wydawało się, że dany autor lepiej lub gorzej władał np. greką. Przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego, jak wszyscy w tym i piszący te słowa wierzymy.

wtorek, 2 czerwca 2009

Na zielono, czyli wpis pożegnalny

Zielona koszula, zielona teczka, zielona filiżanka, zielona herbata, zielony długopis-żabka. Tylko oprawki okularów niebieskie. Pożegnanie w kolorze zielonym.

Obiecałem braciom, z którymi miałem dziś ostatnie zajęcia z łaciny, że o nich napiszę. Przeczytaliśmy kawałek Lauda, Sion, porozmawialiśmy o Kościele i radiu (z Finlandii, nadaje wiadomości po łacinie), oraz o słowach na Q. Cicho bądź, bo znowu nas pan opisze na blogu – usłyszałem najpierw. A o mnie pan coś napisał? – Tak. – A kiedy, w którym wpisie? – W grudniu. Ale nie imiennie. – A dlaczego? W końcu stanęło na tym, że napiszę o dzisiejszych zajęciach, a o braciach tym razem będzie imiennie: Dima, Tomasz, Paweł M., Michał, Łukasz M., Łukasz Z., Jacek, Paweł P., Emil. Cała grupa, mieszana, bo i z I, i z II roku.

Wszyscy mają wielkie poczucie humoru – a to rzadkość w obecnych czasach, w Kościele zwłaszcza. I wszyscy są – jak to napisać? Pełni wigoru? Najlepsze określenie, jakie mi się nasuwa: nie są mdli, nie są ckliwi (a, niestety, bywają i tacy nawet wśród dominikanów). Mam nadzieję, że wszyscy dojdą do końca studiów, będą mogli wnieść do klasztorów dużo zdrowej radości, i nie będą mówić nudnych kazań.

I mam nadzieję, że ich jeszcze czasami zobaczę.

P.S. Przepraszam wszystkich, którzy z satysfakcją i/lub ulgą przeczytali tytuł tego wpisu, i rozczarowali się jego treścią...

P.P.S. Dziś są urodziny ks. Twardowskiego, który napisał, że Bóg nie chroni nas od rozczarowań.