piątek, 11 września 2009

Manufaktura mszalna

Dyskusje na temat reformy, formy i re-formy przypomniały mi o czymś, o czym chciałem napisać już dawno, a mianowicie o cudownym rozmnożeniu mszy w polskich kościołach, dla pożytku dusz, zwanego tajemniczo ‘względami duszpasterskimi’.

W większości polskich kościołów*) w niedzielę odprawia się kilka mszy: w niektórych cztery, w innych nawet dziewięć. Od świtu do nocy, kiedy właściwie zacząć już można liturgicznie następny dzień. Wszystko po to, aby wierni, lubiący w niedzielę pospać, albo wyjechać na całodniowy piknik (połączony np. z grzybobraniem i ucztą z rydzów – przy okazji, jak wiadomo, rydze bez wódki są szalenie niezdrowe), nie mogli się potem tłumaczyć w konfesjonale, że opuścili mszę niedzielną, bo na nią nie zdążyli.

Dziewięć mszy. Dobrze, jeśli między jedną a drugą jest chociaż pół godziny przerwy. Gorzej, jeśli ksiądz musi binować (czyli odprawić dwie msze jednego dnia). Przeżycie pobożne jednej mszy to wielki wysiłek duchowy i fizyczny, jeśli ksiądz jest rzeczywiście pobożny. A jeśli traktuje niedzielne msze po prostu jako pracę, którą trzeba wykonać, usługę dla wiernych, po której można sobie posiedzieć przed telewizorem, bo do następnej mszy, wieczornej, mamy jeszcze kilka godzin? A co z organistą, zakrystianem? Oni mają mszę za mszą; czy nie wpadną w rutynę? „OK, jeszcze tylko dwie godziny i fajrant, idziemy na obiad”?

Czy można się potem dziwić, że celebracja takich taśmowo odprawianych mszy jest byle jaka? Przecież nie na każdej będą posługujący, czytania odczyta więc znudzony kapłan lub kościelny, organista zagra dwie zwrotki psalmu, bo ludzie i tak nie zaśpiewają... Ot, obowiązek niedzielny, który trzeba wypełnić, a jak – to już nie jest ważne.

A gdyby tak zamiast dziewięciu odprawiać tylko trzy msze? W skupieniu, bez pośpiechu, z posługującymi, z koncelebrą... Może dzięki temu i biedne dusze świeckie zrozumiałyby, że msza niedzielna to nie tylko obowiązek do wypełnienia, ale najważniejszy moment całego tygodnia?
_____________________
*) Na tzw. Zachodzie mszy jest mniej. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że Zachód zgniły i zlaicyzowany, więc tam nawet nie ma dla kogo odprawiać mszy. Ale są wspólnoty – i mogą to potwierdzić ci, który na owym Zachodzie bywają – w których ta jedna msza niedzielna sprawowana jest naprawdę pięknie i godnie, bez pośpiechu, i naprawdę jest przeżyciem duchowym dla jej uczestników.

czwartek, 10 września 2009

Tak po prostu

Druga część mesjańskiego psalmu 89 (39-53), która pojawia się w dzisiejszym nocnym oficjum, jest właściwie lamentacją nad nieszczęściami, jakie spadły na dom Dawida: klęski wojenne, wzgarda ze strony sąsiadów, upadek, ruina, opuszczenie przez Boga, który zdaje się milczeć.

A po tych wszystkich lamentach i żalach pojawia się ostatni werset, kończący ten psalm, a jednocześnie jedną z części Psałterza: Benedictus Dominus in aeternum. Amen, amen. Tak po prostu: Błogosławiony Pan.

Rankiem poszliśmy z Nessą na spacer. Po drodze mijała nas pani z ratlerkopodobnym psem, który zaczął ujadać na nasz widok – Nessa się zatrzymała i tylko spojrzała na niego czujnie. Na ławce obok siedziało trzech robotników, chyba ze służb dbających o zieleń miejską, i jeden z nich ze wschodnim zaśpiewem powiedział: Takie małe, a jakie krzykliwe. I tak zwyczajnie się uśmiechnął – uśmiechnąłem się do niego także. Tak po prostu.

Szliśmy dalej, i na Ziemi Niczyjej śpiewaliśmy, pobrzękując nową piłeczką z dzwoneczkiem, Godzinki, o Pani świata, Królowej niebieskiej, która może nas wybawić od diabelskiej złości. Trawa była mokra od rosy, i przemokły mi buty, a Nessy łapy zrobiły się mokre aż po łokcie i kolana. Tak po prostu. Jak to rankiem bywa.

I Pan był w psalmie, i w uśmiechach, i w rosie, i w dźwięku dzwonka, i w spojrzeniu Nessy. Tak zwyczajnie, jak niegdyś w powiewie wiatru na Bożej górze Horeb.

Francis Thompson napisał wiersz, który pojawia się jako jeden z hymnów w angielskim brewiarzu, o dostrzeganiu obecności Bożej w świecie. Chrystus kroczył tam po falach Tamizy, Jakubowa drabina wznosiła się nad Charing Cross, a aniołowie zrywali się do lotu pośród kamieni polnych. Trzeba tylko otworzyć oczy.

Fratri Maximo in memoriam

Leżę i płaczę, myśląc o br. Maksymie. Inni pewnie znali go lepiej i więcej o nim mogą powiedzieć, ja go tylko greki uczyłem. Jakim go zapamiętałem?

Uśmiechnięty. Zawsze się uśmiechał. Był z Ukrainy, i mówił z tym miękkim, wschodnim zaśpiewem, który pamiętają jeszcze niektórzy. Był bibliotekarzem braci w lektorium, nawet dostał z tego powodu Służewskiego TOTUS-a. Kiedy zastanawialiśmy się nad jakimś trudniejszym ustępem Nowego Testamentu - trzech braci i ja - przynosił na przerwie laptop z Bible Works i sprawdzał w różnych przekładach, jak sobie tłumacze poradzili. Odpowiadał na moje pytania, dotyczące rosyjskiego. Zawsze wiedział, w jakiej formie greckie słowa zachowały się w słowiańskim prawosławiu. Czasami widać było, że jest niewyspany, ale nigdy nie robił z tego wymówki, kiedy trzeba było coś na zajęcia przygotować.

Nai, legei to pneuma, hina anapaesontai ek ton kopon auton, ta gar erga auton akolouthei met’ auton
(Ap 14:13)


IKEA rules!

Dziś zacząłem uczyć w nowicjacie, i chciałem zrobić radosny i kolorowy wpis. Ale w trakcie zajęć dowiedziałem się od jednego z byłych uczniów, że wczoraj na Krymie zmarł br. Maksym, którego jeszcze w zeszłym roku uczyłem. Ostatnio za często Śmierć wokół mnie krąży. Domine Iesu Christe, libera animam eius, ne cadat in obscura.

Nowicjat zajmuje teraz trzy sale, które do czerwca jeszcze były salami Domu Studiów dla braci z I i II roku. Ale gdyby mnie tam wprowadzono z opaską na oczach, i nagle ją zdjęto, nie uwierzyłbym, że to te same pomieszczenia. (Ponoć nie uległa zmianom toaleta, ale jej dzisiaj nie zwiedzałem.) Zupełnie inne kolory, przebite drzwi między dawnym pokojem wykładowców, w którym teraz jest kuchenka, a salą św. Dominika, w której teraz jest pomarańczowa salka rekreacyjna (z pluszowym pingwinem na półce). Meble z IKEI, właściwie tak jak i u mnie, więc powinienem się czuć jak w domu. (Wyróżnia się tylko w moim pokoju regał odziedziczony po bracie, i łóżko, w którym umarła moja babka.) Wszystko nowe w nowicjacie, i kolorowe, pełne życia. Oby tak zostało – chociaż miałem wrażenie, że łacina nieco zmroziła niektórych braci. Mam nadzieję, że nie na długo.

Zmęczony jestem krążeniem Śmierci.

wtorek, 8 września 2009

Przez ‘u’ czy przez ‘a’?

Wolę przez ‘u’. Bo starsze, ciekawsze i bardziej odpowiada mojemu poczuciu estetyki lingwistycznej.

Chodzi o Bogurodzicę. Bogu-rodzica, czyli rodzicielka dla Boga. Bogu, celownik, który poloniści nazywają celownikiem pożytku, a filolodzy – dativus commodi. Forma starsza, jak o tym świadczy znana wszystkim pieśń,*) do Bogarodzicy – czyli rodzicielki Boga. Tu jest tylko zwykły dopełniacz.

Bogurodzica jest tłumaczeniem greckiego Theotokos – Theos, Bóg, i cząstka tokos od czasownika tikto – rodzić. Ale uwaga na akcent! Theotókos a Theótokos to wielka różnica! Bogurodzica to Theotókos, z akcentem na drugą od końca sylabę. Jeśli jednak akcent przesuniemy na sylabę trzecią od końca – Theótokos – zmieni się znaczenie, takie słowo tłumaczymy bowiem jako zrodzony (-a) z Boga.


Po łacinie święta Dziewica określana jest Dei Genetrix, Bożą Rodzicielką: Ora pro nobis, sancta Dei Genetrix, módl się za nami, święta Boża Rodzicielko. Ale i łacina ma dokładne tłumaczenie greckiego Theotokos: Deipara, od Deus – Bóg, i czasownika pario – rodzić.

Z radością świętujmy Narodzenie błogosławionej Maryi, aby wstawiała się Ona za nami do Pana Jezusa Chrystusa (ant. z jutrzni).
__________________
*) Humor zeszytów: Rycerze polscy przed bitwą pod Grunwaldem zawsze śpiewali „Bogurodzicę”.

poniedziałek, 7 września 2009

Grupa specjalna

W seminariach, jak sądzę, uczą katechetyki. Na filologiach uczą metodyki nauczania. Ale czy to znaczy, że każdy ksiądz czy każdy absolwent kierunku filologicznego nadaje się na nauczyciela?

A tym bardziej, na nauczyciela grupy złożonej z dzieci chorych na ADHD (część jest leczona farmakologicznie), dzieci, które powtarzają po raz kolejny klasę, i dzieci z tzw. trudnych rodzin? Przecież tam trzeba kogoś, kto ma odpowiednie przygotowanie - albo chociaż specjalny charyzmat, dany przez Ducha Parakleta.

Ale władze oświatowe się tym nie przejmują. Posyła się do takiej grupy świeżo wyświęconego księdza, który zupełnie nie wie, jak sobie z tymi dziećmi poradzić. Na nic jego tłumaczenia, że brak mu przygotowania: władze wiedzą lepiej.

Z drugiej strony, może lepiej, że będzie te dzieci uczył ksiądz świadomy swoich braków i skory do szukania pomocy osoby doświadczonej, niż pani, która z dziećmi robić chce „ikiebanki” (sic!).

Przez nogę do serca, plus odrobina greki

Dzisiaj, klękając na Przeistoczenie, skręciłem nogę. Mało przyjemne doznanie, ale bardzo korzystne w czasie Mszy. Dlaczego? Bo pomaga uświadomić sobie, co we Mszy jest najważniejsze, i na czym polega jej właściwe przeżycie.

Składamy Ojcu niebieskiemu naszą ofiarę w zjednoczeniu z Ofiarą Ciała Pańskiego. Składamy ją przez Chrystusa, z Nim i w Nim, a więc w najgłębszym zjednoczeniu z Chrystusem Panem. Tu jest istota naszego uczestnictwa we Mszy świętej. Bez tego wszystko inne jest nieważne, wszystkie ceremonie, dbanie o zewnętrzne piękno i muzykę, przestrzeganie rubryk – wszystko to, chociaż ważne, jest puste, jeśli nie towarzyszy temu prawdziwy udział w Ofierze Chrystusa, ten dokonujący się w głębi naszego serca, gdzie przyjmujemy wolę Bożą i samych siebie oddajemy Ojcu. Całkowicie, z duszą i ciałem – a czasami sama nasza obecność w kościele jest ofiarą, kiedy serce oschłe, i tylko skręcona noga boli przy najlżejszym ruchu. Do zjednoczenia z Chrystusem mają prowadzić święte obrzędy, a nie jedynie do samego ich wypełnienia i drobiazgowego przestrzegania.

Tak myślałem, klęcząc ze skręconą nogą, i starając się zjednoczyć poprzez mój fizyczny ból z ofiarą Krzyża. Klęczałem w kościele św. Marcina, którym opiekują się franciszkanki służebnice Krzyża. Do tego zgromadzenia należała s. Nulla, która w jednym ze swoich wierszy pisała: Msza się skończyła – Msza się zaczyna – nawiązując do słów rozesłania (Ite, missa est). Nasze zjednoczenie z Chrystusem ma wyjść i poza kościół, między ludzi, z którymi się spotykamy w codzienności. Jak pisał mój czcigodny uczeń, o. Dominik, w jednym z wpisów na swoim blogu: Imitamini quod tractatis: naśladujcie to, czego dokonujecie – naśladujcie w życiu ofiarę Pańską, miłość Chrystusa do Ojca i do braci. Inaczej Msza święta jest tylko pustym obrzędem.

Pewnie to, co piszę, jest dla większości czytających banalne. Odnoszę czasami wrażenie, że etap troski o właściwe przeżycie Mszy, w zjednoczeniu z Chrystusem Panem, prawie wszyscy mają już za sobą, i mogą teraz zajmować się swobodnie troską o formę zewnętrzną, także ważną. Ja tylko wlokę się gdzieś z tyłu, nie umiejąc dobrze przeżyć Najświętszej Ofiary, i dążąc kulawo do zjednoczenia z naszym Panem. Taki los biednego grzesznika o ubogim życiu duchowym. Zazdroszczę tym, którzy ten etap mają już za sobą: Beati qui habitant in domo tua, Domine, in perpetuum laudabunt te, jak śpiewa Psalmista Pański.

Przy kościele św. Marcina jest klasztor pod wezwaniem Matki Bożej Pocieszenia. Dziś wieczorem ku Jej czci odśpiewany zostanie Akatyst, czyli hymn, w czasie którego nie wolno siadać. Greckie to słowo, akathistos. Początkowe ‘a’ wyraża zaprzeczenie, zaś druga część słowa pochodzi od czasownika kathidzo, siedzieć (Słowa oznaczające siedzenie są zmorą czytelników Homera, jest ich kilka, z przedrostkami i bez, i czasami trudno dostrzec, że pokrewne są naszemu ‘siedzieć’, czy łacińskiemu ‘sedeo’, bo nagłosowe ‘s’ w grece zanikło.) Lekarze znają określenie akatyzja, określające specyficzny niepokój i poruszenie, kiedy chory nie potrafi w spokoju usiedzieć.

W Akatyście powtarza się refren, w którym błogosławiona Maryja nazywana jest anumpheute numphe. Trudne to do przetłumaczenia. Numphe to młoda kobieta, dziewczę (stąd nimfy), ale też panna młoda. Anumpheute – znowu mamy zaprzeczające ‘a’ (ładnie się to nazywa alpha privativum; kiedy się zaczynałem uczyć greki wieki temu, mówiłem alpha privata...), czyli chodzi o pannę młodą, która nie jest mężatką. Trudne to do przetłumaczenia na polski, Francuzi mają Épouse inépousée; w najpowszechniejszym polskim przekładzie mamy Oblubienicę dziewiczą. Ona niech się modli za mnie, grzesznika, i za tych, co słowa te czytają. Amen.