czwartek, 30 września 2010

Święci zapoznani, święci nieznani (viii)

Czyli o tym, co może zagrażać zbawieniu.

Dużo o św. Wirgiliuszu (lub Wergiliuszu, bo i taką formę jego imienia można spotkać; po irlandzku: Ferghil) nie wiem, nie zdołałem go jeszcze dobrze poznać. Był irlandzkim mnichem, porządnie wykształconym, dotarł do Europy, został opatem klasztoru św. Piotra w Salzburgu, i, po 755, biskupem tego miasta. Wiadomo, że nie przepadał za nim inny święty, Winfrith Bonifacy, biskup Moguncji, który na kontynent przybył z Anglii i cieszył się poparciem Rzymu.

Bonifacy krytykował m.in. geograficzne poglądy Wirgiliusza. Dużo o nich nie wiemy, wzmianki pojawiają się tylko w korespondencji Bonifacego z papieżem Zachariaszem. Otóż Wirgiliusz wierzył, że pod naszym (w rozumieniu jego współczesnych)  światem istnieje drugi, z własnymi mieszkańcami, własnym słońcem i własnym księżycem. Zachariasz ostrzega, że takie poglądy groźne są dla zbawienia i samego Wirgiliusza, i tych, którzy będą go słuchać. Czy Wirgiliusz miał na myśli po prostu Antypody, czy może chodziło mu o Inny Świat, znany z irlandzkich mitów (cf. Sídhe) – nie wiadomo.

Kładę się, zasypiam, znowu się budzę, uczę w nowicjacie

Blog jest rodzajem internetowego dziennika lub pamiętnika. Taki napis pojawia się za każdym razem, gdy chcę dodać blogowy wpis. Pewnie dlatego, że tak wbiło się to zdanie w moją podświadomość, tyle piszę, chociaż do dziennika jeszcze mi trochę brakuje.

Początkowo chciałem opisać 24 godziny z życia filologa, ale byłoby to zbyt męczące, i dla mnie, i dla czytelników. Meandry myśli, szukającej etymologii, zastanawiającej się nad formami nazwisk mieszkańców służewieckiego klasztoru, przebijającej się przez słowniki w poszukiwaniu głosek laryngalnych... Będzie więc krótko.

Wczoraj, późnym wieczorem, rozmawiałem z moją przyjaciółką ze studiów, Emilią, na temat zdań łacińskich, które nadają się na początkowe zajęcia. W większości podręczników mamy miłe, proste zdania typu: Puellae in silva cantant et saltant. Tunicae puellarum albae sunt. Doszliśmy jednak do wniosku, w oparciu o własne, długoletnie doświadczenia nauczycielskie, że lepiej sprawdzają się w nauce zdania takie, jak np.: Casam ancillarum succendit puella. Matrona ridet et filiam occidit (z długim pierwszym ‘i’). Postea in silva eam sepelit.*) Nowicjatowi dzisiaj te zdania bardzo się podobały, być może nawet zaczynam dostrzegać w nich (rozbudzać?) poczucie humoru, jako że dotąd sprawiali wrażenie strasznie poważnych, zwłaszcza w porównaniu z poprzednikami, których serdecznie pozdrawiam. (Mam nadzieję, że w Krakowie żyje się dobrze, i że dwaj benedyktyni, studiujący wraz z wami, was nie zepsują.)

Kładąc się spać uświadomiłem sobie, że nie przeczytałem fragmentu z Listu do Rzymian, który mi przesłał Dominik. Zacząłem naprędce czytać, w rezultacie wysłałem esemes: Ten fragment jest strasznie trudny, nic nie rozumiem. Dobranoc. Chwilę potem dostałem odpowiedź: Nareszcie! Nie chodziło bynajmniej o to, że „nareszcie dobranoc”, ale o to, że nareszcie ja – nauczyciel – nie rozumiem. Fragment jest bowiem dosyć poplątany teologicznie, ale i językowo nie należy do najłatwiejszych, o czym jednak Dominikowi nie wspomniałem – byłaby to straszna kompromitacja. (Bogu dzięki, że nie ma czasu na czytanie blogów, więc się nie dowie.) Nic to, pomyślę nad nim dzisiaj. To tylko (aż?) sześć wersetów, z czego jakaś 1/5 to imiona własne.

Rano zaś, przed zajęciami w nowicjacie, czekając, aż ostygnie herbata z mlekiem, zajrzałem do „Iliady”, aby się przygotować na jutrzejsze zajęcia. Być może fakt, że na schodach spotkałem wcześniej Chaberka (dlaczego wszyscy mówią „Chaberek”, a nie „Michał”?), którego uczyłem greki biblijnej wieki temu, sprawił, że fragment z drugiej księgi skojarzył mi się z Magnificat. Otóż Agamemnon mówi o Dzeusie, że zburzył on cytadele wielu miast, i wiele jeszcze zburzy, bo moc jego, potęga, jest bardzo wielka: tou gar kratos esti megiston. W hymnie świętej Dziewicy nie ma wprawdzie mowy o burzeniu miast, tylko o zrzucaniu władców z tronu (nawiasem mówiąc, tron pojawił się dziś w nowicjacie), ale to samo greckie słowo, kratos, tam się pojawia, jako określenie działania Boga. (Wydaje mi się zresztą, że, jeśli poszukać dobrze w Starym Testamencie, znajdą się tam wzmianki o Panu, które miasta obraca wniwecz, np. Sodomę... Ktoś bystrzejszy ode mnie pewnie znajdzie. O, np. jest w psalmie 9:7!) Takie sobie językowe skojarzenia i myśli o potędze blogów. Pardon: bogów.

I to by było na tyle. Jak mi się jeszcze coś ciekawego, etc., etc.
__________________________
*)Przy omawianiu AA doskonałe są zdania: Filio canente mater ridet. Matre occisa puer ridet. Można je przetłumaczyć na wszystkie cztery sposoby.

wtorek, 28 września 2010

Owoc nieba, ziemi i pracy rąk ludzkich

Benedykt XVI w swoich homiliach często nawiązuje do liturgicznych tekstów i znaków, zarówno tych z dawnej liturgii, jak np. w homilii Niedzieli Palmowej roku 2007, kiedy mówił o procesji do drzwi kościoła, jak i z nowej*), jak np. w homilii Bożego Ciała 2006 roku.

Mówi w niej papież o chlebie, zrobionym z odrobiny mąki i wody, i zauważa, że w liturgii Kościół modli się, przeznaczając ten chleb na ofiarę dla Pana, nazywając go owocem ziemi i pracy rąk ludzkich.

Mamy tendencję do podkreślania znaczenia owej ludzkiej pracy, jej trudu: trudu rolnika i trudu piekarza (czy może, w przypadku hostii, zakonnic-piekarek). Ale, podkreśla Benedykt, chleb nie jest tylko naszym dziełem – jest też darem. To nie my sprawiamy, że ziemia wydaje plon: to dzieło Stwórcy. Nie możemy sami wytworzyć ziarna, nie możemy sami wytworzyć słonecznych promieni, nie możemy sami wytworzyć wody, potrzebnej i dla wzrostu ziarna, i dla zrobienia chleba. Wydaje się to takie oczywiste, że aż nie zdajemy sobie z tego sprawy: że są rzeczy, których nie możemy wytworzyć, nie możemy stworzyć, a korzystamy z nich codziennie.

Hostia staje się w pewien sposób syntezą całego stworzenia, owocem „współpracy” nieba, ziemi i człowieka. Papież zauważa, że w ten sposób całe stworzenie dąży do przebóstwienia, do udziału w owej uczcie weselnej nowego nieba i nowej ziemi, którą zapowiada Pismo. Całe stworzenie oczekuje wyzwolenia, udziału w wolności dzieci Bożych, jak naucza św. Paweł.

Szkoda, że ludzie tak rzadko o tym myślą.
______________________________
*) Na co jakoś rzadko zwracają uwagę ci, którzy rozwodzą się nad ukochaniem dawnej liturgii przez papieża. Cóż, każdy dostrzega to, co chce, szkoda tylko, że – w przeciwieństwie do papieża – jednostronnie. A może ich to gorszy?

poniedziałek, 27 września 2010

Bóg wszechmogący

Jak objawia się wszechmoc Boża? Pismo święte mówi nam o stwórczej wszechmocy Boga, o Jego władzy nad wszystkim, co istnieje: cokolwiek zechce, Pan czyni na niebie i na ziemi, na morzu i w świecie podziemnym (Ps 135:6).

Wczorajsza kolekta w zadziwiający sposób opisuje Bożą wszechmoc: otóż najbardziej, najpełniej objawia się ona w przebaczaniu i w miłosierdziu: omnipotentiam tuam parcendo maxime et miserando manifestas. Bóg miłosierny, który przebacza i odpuszcza ludzkie grzechy, jest Bogiem wszechmogącym.

Kiedy w konfesjonale słyszymy słowa kapłana: i ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ziemia się nie trzęsie, błyskawice nie rozświetlają nieba, gwiazdy nie spadają, wicher gwałtowny nie huczy, morze się nie burzy – a jednak właśnie wtedy Bóg objawia swoją wszechmoc, robi coś niesamowitego, coś naprawdę wielkiego i wspaniałego.

Wielkie i godne podziwu są Twoje dzieła, Panie, Boże wszechmogący! (Ap 15:3)

niedziela, 26 września 2010

Oczyszczanie Pisma zamiast oczyszczania serca

W drugim wieku niejaki Marcjon starał się oczyścić naukę chrześcijańską z niepotrzebnych, jego zdaniem, dodatków, mających swe źródło w Starym Testamencie. Ewangeliści bowiem, nauczał, połączyli prawdziwy przekaz Jezusa, dobrego zbawcy, z okrutnymi obrazami starotestamentalnego złego demiurga, czyli Jahwe.

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach znalazłoby się miejsce dla anty-Marcjona. Ileż to mamy w Ewangelii niepotrzebnych dodatków! Skalpel w dłoń i tnijmy żywe Słowo Boga!

Weźmy np. J 3:17: Bóg bowiem [nie] posłał swego Syna na świat po to, aby osądził świat, [ale po to, aby świat zbawił]. Wyciąć trzeba pierwsze [nie] i cały fragment od [ale]. Taka wersja jest przecież bardziej prawdopodobna.

Albo Mt 9:13: Zrozumiejcie, co znaczy: Chcę [miłosierdzia, a nie] ofiary; [nie] przyszedłem bowiem, aby wezwać sprawiedliwych, [lecz grzeszników]. Wycinamy [miłosierdzia, a nie], dalej drugie [nie] i [lecz grzeszników]. Jesteśmy wszak sprawiedliwi, do nas przyszedł Pan.

Czy chociażby Mt 7:1-5 – wyciąć cały fragment, zostanie nam piękne zdanie nie dawajcie psom tego, co święte,  i nie  rzucajcie pereł przed prosiaki. Od razu poczujemy się lepiej, bo przecież tego właśnie nie robimy, więc spełniamy nakaz samego Pana. A wezwanie, by nie sądzić innych, belki i drzazgi – kto by się przejmował...

A Mt 13:28-30? Przypowieść o kąkolu w pszenicy. Mówią mu niewolnicy: Czy chcesz, abyśmy poszli i zebrali kąkol? On zaś rzecze: [Nie, bo wyrywając kąkol, wyrwalibyście wraz z nim pszenicę. Pozwólcie obu rosnąć aż do żniwa, a w czasie żniwa powiem żeńcom:] Zbierzcie najpierw kąkol i powiążcie w pęczki, aby je spalić, pszenicę zaś zbierzcie do mojego spichlerza. Musimy wyciąć od [nie] aż do [żeńcom]. Po co czekać aż do żniw?

Jeszcze Łk 18:9-14: przypowieść o faryzeuszu i poborcy podatkowym (czyli, w polskim przekładzie, celniku). Ostatni werset mówi, że to celnik odszedł do domu usprawiedliwiony, nie faryzeusz. Wyciąć to! Jeszcze sobie ktoś pomyśli, że w bólu i żalu uniżając się przed Bogiem, uznając własną grzeszność, można uzyskać przebaczenie! Nie, powinnością człowieka jest stać przed Bogiem i wyliczać swoje dobre uczynki, jednocześnie opowiadając Mu o grzechach innych.

Uprzedzając prawdopodobną krytykę powiem, że nie zamierzam wycinać z Ewangelii fragmentów, które mówią o sądzie, o potępieniu, płaczu i zgrzytaniu zębów, nieugaszonym ogniu... Nie, one są ważną częścią Jezusowego przesłania, ale mają sens tylko wtedy, kiedy stoją obok słów mówiących o miłosierdziu, nawróceniu, szukaniu tego, co zginęło. Nawrócić się trzeba nie z lęku przed sądem Bożym, ale z miłości; kochać, bo jest się kochanym. Gdyby Bogu zależało - w obecnych czasach - bardziej na sądzie i potępieniu niż na miłosierdziu i przebaczeniu, czy posyłałby do ludzi św. Faustynę Kowalską? Jaki sens miałoby zapowiadanie Bożego gniewu, jeśli nie zapowiedziałoby się najpierw Jego miłosierdzia, które jest ocaleniem przed gniewem? Czy apostoł Jakub nie napisał, że miłosierdzie triumfuje nad sądem, chlubi się, okazuje swą dumę przed sądem (Jk 2:13)? Po co Ojciec posłał na świat Syna jako Zbawiciela – nie lepiej było posłać Go od razu jako Sędziego, który zmiótłby cały świat, może ze cztery osoby by się ostały?

Jacyż musimy być święci i doskonali, i sprawiedliwi, jeśli rościmy sobie prawo do sądzenia, w kategoriach tak śmiertelnie poważnych jak wieczne zbawienie lub wieczne potępienie, innych. Nawet Najświętsza Maryja, wolna od jakiegokolwiek grzechu, prawdziwie święta, doskonała i sprawiedliwa (dzięki łasce i miłosierdziu Boga), nie rości sobie takich praw. Jest zbyt pokorna.

Jeśli mówimy o sądzie, czy mamy pewność, że się wobec niego ostaniemy? Nie wchodź na sąd ze swym sługą, Panie, bo żaden żyjący człowiek nie ostoi się wobec Twego sądu, modlił się psalmista (Ps 143:2). Mówiąc o wiecznym potępieniu, czy jesteśmy pewni, że go unikniemy? Wszak Bóg nawet w aniołach i gwiazdach może znaleźć winę (cf. 2P 2:4; Hi 25:5) – jakimiż zatem świętymi powinniśmy być, jeśli oczekujemy przyjścia Pana na sąd, co więcej, jeśli pragniemy je przyśpieszyć (cf. 2P 3:11sq)! A może jesteśmy na tyle przebiegli, że tylko dla siebie zachowujemy słowa Pana o miłosierdziu, dla innych mamy tylko te o sądzie i potępieniu?

piątek, 24 września 2010

Na marginesach (iv)

Warto zwrócić uwagę na rozróżnienie między liczbą pojedynczą a mnogą w 21. punkcie Konstytucji o liturgii.

Liturgia składa się z części niezmiennej (parte immutabili), ustanowionej przez Boga, i z części podległych zmianom (partibus mutationi obnoxiis), które mogą lub nawet powinny się zmieniać w miarę upływu czasu (można też przetłumaczyć: kiedy zmieniają się okoliczności), jeśli wkradłyby się w nie przypadkiem rzeczy, które niezbyt dobrze odpowiadają najgłębszej naturze samej Liturgii, albo jeśli okazałyby się mniej stosowne.

Niby oczywiste, wszyscy to wiedzą, powtarzają w najrozmaitszych dyskusjach. A potem nagle słyszymy o „mszy wszechczasów”, w której ani jedna jota, ani jedna kreska nie może zostać zmieniona.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Romano Guardini pisał, że nie ma takiej ziemskiej władzy, nie ma takiej ludzkiej istoty, która byłaby w stanie dokonać takiego Ustanowienia jak to, którego dokonał Chrystus Pan, Bóg i człowiek prawdziwy: ustanowienia Eucharystii, kultu, który obejmuje nie jedno plemię czy jedną grupę, ale całą ludzkość, po wszystkie czasy. To jest owa pars immutabilis. Z kolei Pius XII mówił do liturgistów w 1956 roku, że w liturgii jest część niezmienna, święta, która przekracza czas, ale są w niej także elementy zmienne, przejściowe, czasami nawet wybrakowane (sic!). Te słowa odnieść trzeba i do idealizowanej tak często liturgii trydenckiej. Joseph Ratzinger pisał w czasie Vaticanum II, że Trydent odniósł połowiczny tylko sukces, reakcja na protestantyzm była całkowicie nieadekwatna do samego problemu. Liturgia potrydencka przestała być żywą historią, została niejako zabalsamowana i skazana na uwiąd. Im mniej było w niej prawdziwej pobożności, tym więcej zwracano uwagę na ścisłe przestrzeganie rubryk. Jako dowód tego niepełnego sukcesu potrydenckiej reformy liturgicznej Ratzinger podaje przykłady wielkich świętych okresu kontrreformacji: Teresę od Jezusa, Jana od Krzyża, Ignacego – który duchowość nie miała swych źródeł w liturgii, rozwijała się właściwie obok niej. (Warto też zauważyć, że Trydent bynajmniej nie zahamował rozwoju protestantyzmu – tu także trudno mówić o sukcesie tego Soboru.)

Można powiedzieć, że historia się powtórzyła, i sam kard. Ratzinger to zauważył: liturgia przestała być żywą historią i po Soborze Watykańskim II, ale w inny sposób. O ile po Trydencie została w pewien sposób zmumifikowana i zunifikowana, o tyle po Vaticanum II została zbyt gwałtownie wskrzeszona i wybujała (można sobie przypomnieć piękną metaforę kardynała o odnawianiu fresku, na który w ciągu wieków nałożyły się różne zanieczyszczenia i niepotrzebne dodatki). Jedno i drugie wynika z niewłaściwego zrozumienia owych partes mutationi obnoxiae. Myślę, że to, co stara się zrobić Benedykt XVI, ze swoją hermeneutyką ciągłości, to znalezienie jakiegoś wypośrodkowania między nadmierną idealizacją i nadmiernym potępianiem jednego i drugiego Soboru. A to bardzo trudne zadanie, chociaż trudno znaleźć do niego kogoś lepszego niż Joseph Ratzinger.

wtorek, 21 września 2010

Pasterze i książęta

Kto odmawia Boskie oficjum po polsku, dzisiaj w jutrzni śpiewał lub recytował responsorium z tekstów o Apostołach: Ustanowiłeś ich pasterzami * Na całej ziemi. Bardzo ładnie, Apostołowie są przecież jak najbardziej (dusz)pasterzami.

Tymczasem w oryginale responsorium to brzmi: Constitues eos principes * Super omnem terram. Każdy, kto choć trochę zna Wulgatę, wie od razu, że to werset z psalmu 45 (44):17. Natchniony poeta opiewa w tym psalmie zaślubiny króla, i kończy swą pieśń życzeniami licznego potomstwa: będziesz miał synów, i ustanowisz ich książętami nad całą ziemią. To właśnie znaczy dzisiejsze responsorium: Ustanowisz ich książętami * Nad całą ziemią. (Co do różnicy czasów, przeszły czy przyszły: Wulgata ma to do siebie, że różnie tłumaczy aspekty czasowników hebrajskich, które właściwie, ściśle rzecz biorąc, czasu jako takiego nie mają, wyrażają tylko aspekt czynności, dokonany lub niedokonany. W tym psalmie akurat treść wskazuje na przyszłość: jesteśmy na królewskim weselu, zatem dopiero spodziewamy się królewskich potomków [nie sądzę, aby ślub był przyśpieszony, jak to często ma miejsce w tym kraju]. W oderwaniu jednak od kontekstu biblijnego, a w odniesieniu do świętych Apostołów, można by przyjąć, że mamy już czynność dokonaną. Ale to tak tylko przy okazji.)

Książęta czy pasterze... W gruncie rzeczy, różnica niewielka, być może polscy tłumacze byli jej  świadomi. Wszak w tekstach bliskowschodnich, a poprzez nie także w literaturze greckiej, władca bywa nazywany pasterzem – pasterzem ludów, pasterzem swego ludu. Prowadzi swój lud jak pasterz, jak pasterz się nim opiekuje (przynajmniej w założeniu; może lepiej byłoby powiedzieć, że jak pasterz decyduje, kto ma iść na rzeź...)