niedziela, 22 lutego 2009

Ta ostatnia niedziela...

Ostatni raz kwiaty na ołtarzu. Ostatni raz „Chwała na wysokości”. Ostatni raz „alleluja”. Ostatni raz przed Wielkanocą.

Na zaprzestanie ‘alleluja’ (które kiedyś znikało z liturgii kilka tygodni wcześniej) jest piękny średniowieczny hymn – Alleluia, dulce carmen, vox perennis gaudii:

Alleluja, słodka pieśń, głos nieustannej radości,
alleluja, chórom niebieskim jak błogie jest pienie,
gdy śpiewają w domu Bożym mieszkający na wieki.

Alleluja, Jeruzalem matko śpiewasz wesoło,
alleluja, to dzieci twych głos cieszących się w tobie:
nam wygnańcom płakać trza nad Babilonu wodami.


‘Alleluja’ nie godniśmy teraz wznosić nieustannie,
‘alleluja’ winy nasze zamilknąć zmuszają;
czas nadszedł za grzechy nasze odprawiania żałoby.

Stąd też Cię pokornie błagamy, Trójco Przenajświętsza,
zezwól, byśmy Paschę Twoją oglądali w niebiosach
i tam już nieprzerwanie ‘alleluja’ śpiewali.
(tłum. ks. Janusz A. Ihnatowicz)

A jutro w kalendarzu kolejny zapomniany święty, którego bardzo kocham – Polikarp, biskup i męczennik ze Smyrny, według tradycji uczeń św. Jana Apostoła. Zachował się starożytny opis jego męczeństwa – Polikarp poniósł je, mając lat 86. Przed śmiercią modlił się:

Panie, Boże wszechmogący, Ojcze umiłowanego i błogosławionego Syna Twego, Jezusa Chrystusa, przez którego Ciebie poznaliśmy, Boże aniołów i mocy, i całego stworzenia, i wszystkich sprawiedliwych, którzy żyją przed obliczem Twoim: błogosławię Tobie, bo w tym dniu, w tej godzinie zechciałeś, abym pośród męczenników miał udział w kielichu Chrystusa Twojego, na zmartwychwstanie duszy i ciała do życia wiecznego, w nieskazitelności Ducha Świętego.

Do tej modlitwy nawiązuje też kolekta: abyśmy także mieli udział w kielichu Chrystusowym i zmartwychwstali do życia wiecznego. Dobre wprowadzenie do Wielkiego Postu.

sobota, 21 lutego 2009

Lady who dies not

Dominikanie dzielą się generalnie na dwie grupy: takich, którzy znają Tolkiena, i takich, którzy Tolkiena nie znają. Przekonałem się o tym, wykorzystując dwa fragmenty „Władcy Pierścieni”, mówiące o elfim fëa i hröa, przy tłumaczeniu znaczenia greckiego doksadzo w Ewangelii według Jana. Z reguły znajomość Tolkiena zmieniała się z rocznikami braci studentów: jeśli jeden znał „Władcę Pierścieni”, to kolejny nie znał, i tak na zmianę.

Uważny czytelnik „Władcy Pierścieni” pewnie się zastanawia, gdzie w książce pojawiają się jakieś fëa i hröa. Fakt, z imienia te określenia ducha i ciała nie są wymienione, aczkolwiek w dwóch przynajmniej scenach odgrywają dosyć ważną rolę, i są wyraźnie dostrzegalne (w znaczeniu jak najbardziej dosłownym). Powinienem właściwie napisać o znajomości „Władcy Pierścieni”, gdyż do tego na ogół ogranicza się znajomość Tolkiena. Niektórzy może czytali jeszcze „Silmarillion” czy „Hobbita”, co bardziej ambitni sięgnęli do „Listów”. W drugim roczniku, który uczyłem, było dwóch zapaleńców, którzy właśnie w „Silmarillionie” się rozczytywali, i zainteresowani byli tym, co tak ważne jest u Tolkiena – językami elfów. (Bo tak naprawdę nie można czytać Tolkiena bez odniesienia do tych języków, z których po części całe Śródziemie powstało.) Niestety, owi dwaj bracia po dwóch latach studiów opuścili zakon. (Teoria dwójkowa?)

A przecież Tolkien to nie tylko „Władca Pierścieni” i „Silmarillion”. Mamy jeszcze „Niedokończone Opowieści”, z której wiele się można dowiedzieć o historii chociażby Istarich, czy Galadrieli i Celeborna. Mamy całe dwanaście tomów „History of Middle-earth”, wydanych przez Christophera Tolkiena. I tak naprawdę, dopiero te tomy pozwalają nam głębiej zajrzeć w Ea, w ten świat tolkienowski, zrozumieć go lepiej, dostrzec ewolucję całej mitologii. To w 10. tomie „Historii Śródziemia” znajdziemy rozmowę Finroda – tego, który ocalił Berena w lochach Saurona, za cenę własnego życia – z Andreth, mądrą kobietą z rodu Bëora. Fragment tej rozmowy, dotyczącej życia i nieśmiertelności, jest szczególnie ciekawy. Poniżej podaję go w moim niezdarnym tłumaczeniu (prosząc jednocześnie wszystkich tolkienistów o wyrozumiałość; tekst tak naprawdę trzeba czytać po angielsku, żeby wszystkie jego niuanse wychwycić):

‘Czymże jest nadzieja?’, powiedziała [Andreth]. ‘Oczekiwaniem dobra, które, chociaż niepewne, opiera się na tym, co jest znane? W takim razie nie mamy żadnej nadziei.’
‘To jest jedna rzecz, którą Ludzie nazywają „nadzieją”’, powiedział Finrod. ‘My zwiemy ją amdir, „wyglądaniem” (dosł. patrzeniem w górę). Ale jest jeszcze inna, która ma głębsze podstawy. Zwiemy ją estel, to znaczy „ufność”. Nie może jej pokonać to, co się dzieje na świecie, gdyż nie pochodzi ona z doświadczenia, ale z samej naszej natury i najgłębszej istoty. Jeśli rzeczywiście jesteśmy Eruhin, Dziećmi Jedynego, to On nie da się pozbawić tego, co do Niego należy, ani przez Nieprzyjaciela, ani nawet przez nas samych. To jest ostateczna podstawa nadziei zwanej estel, ktorą zachowujemy nawet wtedy, kiedy myślimy o Końcu: wszystkie Jego zamiary muszą zmierzać ku radości Jego Dzieci.’


Kiedy pytano Tolkiena, o czym tak naprawdę jest „Władca Pierścieni”, odpowiadał, że o Śmierci i Nieśmiertelności, o pułapkach, jakie ze sobą niosą.

I na koniec jeden fragment, o owej tytułowej Pani (do której Tolkien miał, jak to określił Tom Shippey, wyraźną słabość):

Od wielu lat rozmyślam, czego bym dokazała, gdybym dostała w  swoje ręce Wielki Pierścień, i oto przyniosłeś go! Wystarczyłoby mi po niego sięgnąć! Zło, z dawna uknute, działa na rozmaite sposoby, niezależnie od tego, czy Sauron tryumfuje, czy upada. Przyznaj, że byłby to szlachetny czyn do policzenia między zasługi Pierścienia, gdybym go przemocą albo postrachem odebrała mojemu gościowi! Nareszcie się stało! Chcesz dobrowolnie oddać mi Pierścień! Na miejscu Czarnego Władcy postawić królową! A ja nie będę ponura, lecz piękna i straszna jak świt i jak noc. Czarodziejska jak morze, słońce i śnieg na szczytach. Groźna jak burza, jak grom. Potężniejsza niż fundamenty ziemi. Wszyscy kochaliby mnie z rozpaczą!

Podniosła ręce i od pierścienia, który miała na palcu, strzelił jasny blask, rozświetlając tylko jej postać, a wszystko inne pogrążając w ciemności. Wydała się teraz Frodowi wysoka ponad wszelką miarę i nieodparcie piękna, straszna i godna czci. Opuściła ramiona, światło przygasło, Galadriela zaśmiała się znowu i - o dziwo! - skurczyła się, zmalała; stała przed hobbitem znów smukła pani elfów, w prostej, białej sukni, a głos jej brzmiał łagodnie i smutno.

– Wytrzymałam próbę – rzekła. – Wyrzeknę się wielkości, odejdę na zachód, pozostanę Galadrielą.

(Tytuł tego wpisu jest cytatem z „Władcy Pierścieni”; są to słowa postaci, którą Tolkien szczególnie lubił, i z którą był w pewien sposób osobiście związany.)

czwartek, 19 lutego 2009

Dwugłos świętych, czyli o teraźniejszości w przeszłości

[Teologowie i kaznodzieje] z urzędu swego powinni żyć wśród ludzi i z ludźmi obcować, i nieraz w zewnętrznym zachowaniu stosować się do obyczajów świata. Czyż więc małej – córki moje – potrzeba im cnoty i mocy ducha, aby umieli przestawać ze światem i zajmować się sprawami świata, przy tym jednak być światu obcymi? (...) Świat ma bystre oko. Niczego im nie przepuści. Żadna ich niedoskonałość przed nim się nie ukryje. Na rzeczywiste zalety i cnoty świat nie zwróci uwagi, albo wprost za złe je poczyta. Nie ma jednak obawy, by nie dostrzegł uczynku złego lub niedoskonałego. Rzecz dziwna, skąd ludzie światowi biorą takie jasne i dokładne pojęcie o doskonałości chrześcijańskiej? Znają ją jednak nie po to, aby ją praktykować, ale by innych ganić. (św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości, rozdział 3)

+  +  +

Obecnie do wzywania Maryi nie zmuszają nas sprawy prywatne, ale bardzo ważne niebezpieczeństwa zagrażające wszystkim wiernym. Obecnie sam Kościół katolicki stał się przedmiotem ataków. Atakuje się jego prace, jego święte instytucje, jego głowę, jego naukę i karność. (...) Niech święta Dziewica pomaga nam wszystkim, abyśmy żyli przywiązani do nauki Kościoła, którego głową jest papież, zastępca Jezusa Chrystusa, i niech nam wyjedna łaskę wytrwania w świętej służbie Bożej na ziemi, byśmy mogli dojść do Niej w królestwie chwały w niebie. (św. Jan Bosko, Cuda Matki Bożej, wzywanej jako Wspomożycielka, rozdział 2)

środa, 18 lutego 2009

Völund, Tyestes i Psalmista, czyli do czego służy czaszka

Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, niech pominie ten wpis, pewne fragmenty są dosyć makabryczne. Pewnie jest to z mojej strony kolejne włożenie kija w mrowisko, a właściwie w Psałterz Liturgii Godzin, niemniej uważam, że temat warto poruszyć.

Jak wspomniałem w innym wpisie, w czasie reformy po Soborze Watykańskim II (nie mylić z reformą postulowaną przez Sobór), z brewiarza usunięto trzy psalmy złorzeczące, a z innych powycinano wersety, które – jak to ładnie określa wprowadzenie do Liturgii Godzin – mogą powodować „trudności psychologiczne”:

Pominięto w psałterzu psalmy 58, 83 i 109, tak zwane „złorzeczące”; opuszczono także kilka wierszy w niektórych psalmach, co zaznaczono w ich nagłówkach. Ma to zapobiec trudnościom natury psychologicznej: chociaż psalmy „złorzeczące” nie są obce pobożności Nowego Testamentu, czego przykład znajdujemy w Księdze Apokalipsy (6, 10), to przecież nie są one bynajmniej zachętą do złorzeczenia komukolwiek. (OWLG 131).

Może dlatego, że mam mentalność sprzed kilkunastu wieków, i że na co dzień zajmuję się tekstami z jeszcze odleglejszej przeszłości, nie jestem w stanie zrozumieć owych „trudności psychologicznych”. Nie odczuwali ich najwyraźniej ci, którzy przez stulecia modlili się psalmami w całym ich bogactwie, śpiewając je w czasie liturgii czy rozważając w milczeniu. Autorzy wprowadzenia sami zwracają uwagę, że i w Nowym Testamencie pojawiają się złorzeczenia – a mimo to usuwają z psalmów, dosyć arbitralnie, wszystko, co według nich jest niewłaściwe.

Popatrzmy np. na psalm 137 (będę podawał numerację według polskiej LG): Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy... Łatwo dostrzec, że brakuje w nim trzech ostatnich wersów: Przypomnij, Panie, synom Edomu dzień Jeruzalem, kiedy oni mówili: „Burzcie, burzcie aż do jej fundamentów!” Córo Babilonu, niszczycielko, szczęśliwy, kto ci odpłaci za zło, jakie nam wyrządziłaś! Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę twoje dzieci. Jak się domyślam, ten ostatni obraz powoduje owe „psychologiczne trudności”. Fakt, wizja dziecka rozbijanego o mur jest dosyć drastyczna... Ale podobnych przykładów w literaturze dawnych wieków znajdziemy dużo. (I tu pewnie zostanę oskarżony o nieczułość, okrucieństwo i brak humanitaryzmu, skoro o takich rzeczach czytam i opowiadam.) Wspomniany w tytule tajemniczy kowal Völund zabił dwóch synów króla Niduda – króla, który go przedtem okradł, okaleczył i uwięził – i z ich czaszek zrobił puchary, które podarował nieświadomemu niczego ojcu. Tyestesowi rodzony brat, Atreus, z zemsty podał na uczcie potrawę z dwóch jego synków. Astyanaksa, syna Hektora, zwycięzcy Grecy zrzucili z murów Troi. Może nam się to wydawać brutalne czy prymitywne – tak dalece posunięta zemsta. (Swoją drogą, nie uważam, że dawniej ludzie byli bardziej okrutni czy prymitywni niż współcześnie, jak to nieraz głoszą chwalcy współczesności.)

A jednak ten obraz dziecka babilońskiego, zabijanego w okrutny sposób, stał się częścią psalmu, częścią modlitwy. Co więcej, do tego właśnie fragmentu, usuniętego z obecnego brewiarza, odwołuje się w Prologu swej Reguły św. Benedykt: Człowiek prawy, powiada Benedykt, rodzące się pokusy rozbija o Chrystusa (jak o skałę) – parvulos cogitatus eius tenuit et adlisit ad Christum. (W psalmie mamy dokładnie te same słowa: beatus qui tenebit et adlidet parvulos tuos ad petram.)

C. S. Lewis poświęcił temu wersetowi kilka zdań w swojej książce Reflections on the Psalms. Pisze on, że w naszym wewnętrznym życiu zdarzają się takie „maleństwa” (to dokładnie znaczy łacińskie ‘parvulos’), niewinne początki pobłażania sobie, malutkie żale, które nas uwodzą i wydają się takie drobne, nieznaczące... Na takie „maleństwa”, powiada Lewis, psalm oferuje nam świetny sposób: Knock the little bastards’ brains out. And ‘blessed’ he who can, for it’s easier said than done.

Skoro już jesteśmy przy czaszkach... W psalmie 110, odmawianym w każdą niedzielę w nieszporach, reformatorzy wycięli jeden werset: [Pan] będzie sądził narody, wzniesie stosy trupów, zetrze głowy jak ziemia szeroka. Także ten werset poprzez wieki pojawiał się w modlitwie Kościoła, a tu nagle zaczął powodować „psychologiczne trudności”... A przecież podobne obrazy pojawiają się np. w pierwszym rozdziale Księgi Sofoniasza – która jest czytana w brewiarzu – czy w Apokalipsie, gdzie np. wszystkie ptaki niebieskie są zaproszone na ucztę z trupów władców, walczących z Bogiem. Tutaj żadnych trudności nie ma?

Jednocześnie – co za przeoczenie! – zostawiono w brewiarzu wersety 22. i 24. psalmu 68, gdzie czytamy o skruszeniu kudłatej głowy grzesznika, brodzeniu we krwi i psach, mających kąsek z wrogów Izraela. (Tu z kolei, przy polskim przekładzie, ja mam trudności natury estetyczno-lingwistycznej, bo nie lubię słowa „kąsek”.) W czym ten obraz jest lepszy od poprzednio wspomnianych? Na jakiej podstawie podjęto decyzję o zatrzymaniu go, a wycięciu innych? Mysterium emendatorum.

Być może owe „trudności psychologiczne” są bliźniaczym bratem „względów duszpasterskich”, i jak dwa widma nawiedzają liturgię od lat siedemdziesiątych 20. wieku. Czy można zatem mówić o szerszym otwarciu skarbca biblijnego, jak sobie tego życzył święty Sobór, jednocześnie pewne części tego skarbca ukrywając?

A może to tylko ja, zepsuty przez lekturę dawnej poezji greckiej, germańskiej i celtyckiej, nie mam psychologicznych problemów z całym Psałterzem...

wtorek, 17 lutego 2009

Sacrosanctum Concilium i szatkownica

Ponieważ liturgia godzin, jako publiczna modlitwa Kościoła, jest źródłem pobożności i pożywieniem dla modlitwy osobistej, najusilniej zachęca się w Panu kapłanów oraz wszystkich innych uczestników liturgii godzin, aby wypowiadając ją, swoje myśli uzgadniali z jej słowami. Dla lepszego osiągnięcia tego celu niech starają się o głębsze poznanie liturgii i Pisma świętego, a zwłaszcza psalmów.

To 90. punkt soborowej Konstytucji o liturgii. Można się zastanawiać, na ile spełniło się życzenie Ojców Soboru – aby kapłani i wszyscy odmawiający liturgię godzin starali się o głębsze poznanie Pisma Świętego – ale ni o tym chciałem napisać.

Dalsza część tego punktu konstytucji, i punkt następny brzmią następująco:

Przy dokonywaniu reformy należy ów czcigodny starodawny skarbiec rzymskiej modlitwy liturgicznej tak dostosować, aby wszyscy, którym się go powierza, mogli z niego korzystać obficiej i łatwiej.

91. Aby rzeczywiście można było zachować układ godzin przedstawiony w art. 89, psalmy należy rozłożyć nie na jeden tydzień, lecz na dłuższy okres. Pomyślnie rozpoczęte dzieło właściwego odczytywania psałterza należy jak najrychlej doprowadzić do końca, biorąc pod uwagę chrześcijańską łacinę, praktykę liturgiczną również w zakresie śpiewu oraz całą tradycję Kościoła łacińskiego.

Można powiedzieć, że częściowo wprowadzono w życie te zalecenia: psalmy podzielono na cztery tygodnie (chociaż nie zawsze udało się to zręcznie zrobić, zwłaszcza w tygodniu III i IV, gdzie pojawiają się powtórzenia), dokończono przekład Psałterza na łacinę Neowulgaty... No właśnie: czy Psałterz w tym przekładzie odzwierciedla praktykę liturgiczną i tradycję Kościoła łacińskiego? Chyba nie do końca. Pojawiły się np. różnice w tekstach antyfon, wziętych z psalmów, a samymi psalmami. Np. w psalmodii dodatkowej psalm 121 (122) ma antyfonę ze starej wersji: Laetatus sum in his quae dicta sunt mihi – ale zaczyna się według Neowulgaty: Laetatus sum in eo quod dixerunt mihi. Już nie fines terrae ujrzały zbawienie Boga naszego, ale termini terrae. Ks. Tronina we wstępie do swojego tłumaczenia Psałterza Septuaginty zwracał już uwagę, że wprowadzając do liturgii nowe przekłady – owszem, wierniejsze wobec tekstu hebrajskiego, według współczesnych norm naukowych – traci się wiele z chrystologicznego sensu psalmów. Częściowo naprawiają to tituli psalmorum, czyli cytaty z Nowego Testamentu lub Ojców, umieszczone przy każdym psalmie w brewiarzu – ale tylko częściowo.

Druga rzecz to tzw. psalmy złorzeczące. Trzy psalmy usunięto z liturgii godzin (58, 83 i 109 wg numeracji hebrajskiej, używanej w Biblii Tysiąclecia), a inne poszatkowano, usuwając te wersety, które rzekomo mają nie odpowiadać współczesnej mentalności. (A jeszcze w czasie ostatniej wojny spowiednicy dawali na pokutę tym, którzy wyznawali nienawiść względem Niemców, psalmy złorzeczące!) Anniblae Bugnini podaje, że w czasie prac Consilium, zajmującego się opracowaniem reformy liturgicznej, siedmiu Ojców (m. in. kardynałowie Bacci i Ruffini) naciskali, aby złorzeczące psalmy usunąć. Na jednym ze spotkań Consilium padło pytanie, czy rzeczywiście intencją Konstytucji soborowej, w wymienionym wyżej punkcie 91., było użycie całego Psałterza. Większość Ojców opowiedziała się za zatrzymaniem całego Psałterza, gdyż wszystkie psalmy należą do Słowa Bożego i nienaturalne byłoby usuwanie niektórych z nich. (Dodam od siebie, że przecież i Jezus, i Apostołowie, i Kościół przez dwa tysiąclecia tymi psalmami się modlił, także złorzeczącymi.) Kardynał Lercaro, przewodniczący komisji, zasugerował, że psalmy złorzeczące mogą być używane w pewnych okresach roku liturgicznego, interpretowane wtedy jako prorockie; zachowano by wtedy życzenie Soboru, dotyczące użycia całego Psałterza (konstytucja nie wspomina o usunięciu jakichkolwiek psalmów), a jednocześnie psalmy złorzeczące nie pojawiałyby się w „normalnym” kursie liturgii godzin. Kardynał Confalonieri zasugerował usunięcie z psalmów wersów złorzeczących, i zachowanie reszty. Ponoć jeden z Ojców, pochodzący z Europy Wschodniej, powiedział: „Szczególne warunki w naszym regionie wymagają użycia całego Psałterza, psalmy złorzeczące są doskonałe jako modlitwa contra diabolum, kiedy zdarzają się jakieś ekstremalne sytuacje”.

Ostatecznie, kanonik Martimort zauważył, że nie da się znaleźć obiektywnego kryterium co do zatrzymania czy usunięcia pewnych psalmów, że odmawia się je nie we własnej osobie, ale in persona Christi et Ecclesiae, a przesunięcie psalmów złorzeczących na pewne tylko okresy liturgiczne będzie tylko powiększeniem zamieszania. Ojcowie ilością głosów 21 przeciw 4, zdecydowali, że cały Psałterz ma być zachowany w brewiarzu. Ale Paweł VI zasugerował, że owe złorzeczące psalmy powinny być używane tylko w szczególnych okresach roku – i problem pozostał. Papież uważał, że należy zrobić wybór psalmów, bardziej odpowiadających chrześcijańskiej modlitwie, i usunąć z psałterza psalmy złorzeczące i historyczne (tzn. opisujące dzieje Izraela, chodzi tu głównie o długie psalmy mówiące o wyjściu z Egiptu) – tak przynajmniej przedstawia sprawę Bugnini.

Sprawa ciągnęła się jeszcze jakiś czas, był np. pomysł, aby te psalmy zachować tylko w oficjum odmawianym przez duchownych, a nie używać ich w publicznej celebracji. Ostatecznie, na kolejnych zebraniach komisji, Ojcowie uznali, że podporządkują się decyzji papieża. Czyli: usuwamy złorzeczenia z brewiarza. Ale, co ciekawe, złorzeczące wersety miały zostać w tekście, a tylko być graficznie oznaczone jako takie, które można pominąć; natomiast trzy wspomniane już psalmy – całkowicie złorzeczące – miały zostać usunięte.

W rezultacie mamy to, co mamy. Czy tak sobie to wyobrażali Ojcowie Soboru?

poniedziałek, 16 lutego 2009

Popycha czy nie popycha, czyli dlaczego będzie mi brakować kolegium

Dziś uczyłem braci łaciny, w tzw. grupie wyrównawczej. Mówiliśmy o zdaniach celowych i dopełnieniowych, czytaliśmy przykłady. Jedno ze zdań brzmiało: Natura impellit nos, ut iucunda appetamus, fugiamus contraria.

Co znaczy: Natura popycha nas, abyśmy szukali tego, co przyjemne, unikali tego, co szkodliwe. Może ładniej byłoby przetłumaczyć, że skłania, a nie popycha, ale przetłumaczyliśmy, że popycha. Jeden z braci zauważył, że to bardzo niechrześcijańskie zdanie. Zasugerowałem, że chodzi tu o naturę, a nie o to, co nad-naturalne, czyli nadprzyrodzone, i że jednak każdy (chyba – dodałem) woli coś, co jest przyjemne, np. dłużej pospać lub zjeść coś smacznego. Na to inny brat powiedział o jeszcze innym: „On to ma odwrót.” I kolejny brat dodał: „On albo nie ma natury, albo go nie popycha.”

I gdzie ja będę miał takie dyskusje, jak kolegium przestanie istnieć?

sobota, 14 lutego 2009

O dwóch takich, co lubią psy

Miałem zamiar zrobić sobie przerwę od pisania na blogu, który staje się coraz bardziej uzależniający (tak! mam duże skłonności do uzależnień, ostatnio np. zacząłem gromadzić gargulce), ale uznałem, że jeszcze ten jeden wpis muszę zrobić.

Dziś miałem w kolegium na Służewcu grekę z braćmi I roku. Pierwsze zajęcia. Niektórych z nich uczyłem już wcześniej łaciny, więc trochę się już znamy. I w tej grupie są dwaj bracia, którzy lubią psy. Kiedy w grudniu wspomniałem o chorobie mojej Nessy, przeżywali to ze mną, rozmawiali, pocieszali, opowiadali o swoich czworonogach. Regularnie pytali - i pytają - o stan zdrowia Nessy. Dobrzy bracia, oby takich więcej.

A skoro już piszę o kolegium: wczoraj się dowiedziałem, że odszedł brat z II roku. Smutno mi – był zdolny, inteligentny, no i – last, but not least – lubił Tolkiena. Pożyczał ode mnie książkę, w której były fragmenty „Władcy Pierścieni” tłumaczone na łacinę. Miałem wrażenie, że jest bardzo samotny, że mimo żartów z innymi braćmi, bycia z nimi etc., jednak czuł się osamotniony. Podchodził do mnie na przerwach i zagadywał, pytał o książki, o muzykę... Takie odejścia zawsze są smutne, a ja się zawsze zastanawiam, czy jako nauczyciel w jakiś sposób się do nich nie przyczyniam. To tylko dwie godziny w tygodniu, ale mogą kogoś jednak zrazić do studiowania w ogóle. W końcu z takich godzin składa się cały tydzień, są inne zajęcia, wszystko to razem może okazać się frustrujące. A może po prostu zbyt emocjonalnie podchodzę do nauczania?