sobota, 28 lutego 2009

Traduttore traditore

Zboczenie filologiczne daje o sobie znać w różnych momentach. Niektórzy się na nie oburzają (vide niektóre blogi), inni zupełnie nie potrafią go pojąć (jak wyżej), a są i tacy, którzy się nim zachwycają (vide ten blog).

Weźmy chociażby I niedzielę Wielkiego Postu. W Ewangelii czytamy, że Duch wyprowadził Jezusa na pustynię (Mk 1:12). Przynajmniej tak jest w polskim przekładzie. W oryginale – i w wielu innych przekładach – Duch wypędza lub gna Jezusa na pustynię. W filologicznym komentarzu do Nowego Testamentu Zerwick wyjaśnia, że chodzi tu o działanie z siłą, z mocą. To nie jest wyprowadzenie dziecka z przedszkola, chyba że matka bardzo się śpieszy i dosyć gwałtownie dzieckiem steruje; to nie jest wyjście na spacerek niedzielny, kiedy można sobie pochodzić spokojnie po Starym Mieście. Moc Ducha, potężna moc, prowadzi Jezusa na pustynię.

Spójrzmy na prefację. Ta niedziela ma własną prefację, która mówi właśnie o kuszeniu Jezusa. W polskim przekładzie Jezus pościł na pustyni przez czterdzieści dni. W łacińskim oryginale – powstrzymywał się od ziemskiego pokarmu, terrenis abstinens alimentis, co odnieść można do pierwszej pokusy i odpowiedzi Jezusa na nią: nie samym chlebem – ziemskim pożywieniem – żyje człowiek.

W polskim mszale czytamy, że Jezus zniweczył wszystkie podstępy szatana. W łacińskim są to podstępy, a właściwie zasadzki, starodawnego węża, antiqui serpentis. To odniesienie do Ap 12:9, ale też do sceny kuszenia w raju, gdzie pierwsi rodzice ulegli podstępowi węża.

Wreszcie, w polskiej wersji Jezus „nauczył nas zwyciężać pokusy do grzechu”. Po łacinie nauczył nas fermentum malitiae superare, przezwyciężać kwas złośliwości. Przyznaję, trudno to dobrze oddać po polsku, ale jest to dosyć ważne skojarzenie z 1 Kor 5:8, tekstem czytanym w Niedzielę Wielkanocną. Święta paschalne to święta Przaśników, chleba niekwaszonego, wypiekanego bez zakwasu (kto dziś wie, co to był chleb na zakwasie...) Paweł nawołuje do usunięcia starego kwasu złości i przewrotności z naszych serc, abyśmy mogli obchodzić nasze święto – święto Paschy – na przaśnym chlebie szczerości i prawdy. I o tym też mówi prefacja: abyśmy mogli obchodzić święta wielkanocne z czystymi sercami, i dojść do wiecznego święta w niebie.

Szkoda, że polski przekład pozbawił tę prefację jej biblijnych korzeni.

czwartek, 26 lutego 2009

...where we are dressed for this short comedy...

To linijka z wiersza sir Waltera Raleigh, w którym zastanawia się, czym jest życie ludzkie. A jest, według niego, komedią; łono matki jest garderobą, w której ubieramy się do naszego krótkiego występu... I tylko umieramy na serio.

Myśl nie jest nowa, pojawia się już w starożytności; bardziej pewnie znana jest z Shakespeare’a.

W Ewangelii Środy Popielcowej Chrystus Pan ostrzega nas przed obłudą: nie bądźcie jak obłudnicy. W tekście greckim mamy słowo hypokrites. A jedno z jego podstawowych znaczeń to - ‘aktor’. Zatem: Nie bądźcie jak aktorzy.

W „Dialogach karmelitanek” Bernanosa umierająca matka przeorysza mówi:

Przezwyciężyć [swoją naturę], ale nie łamać, to rozróżnienie jest zobowiązujące. Chcąc zgwałcić naturę, dochodzi się tylko do braku naturalności, a Bóg nie żąda od swych dzieci, by codziennie odgrywały komedię przed Jego Majestatem, lecz aby Mu służyły.

wtorek, 24 lutego 2009

Wielki Post, czyli tam i z powrotem

W Wielką Sobotę, w modlitwie czytań Kościół rozważa fragment homilii, przypisywanej niegdyś św. Epifaniuszowi. Opowiada ta homilia o zejściu Pana do Otchłani, do krainy zmarłych, i spotkaniu z praojcem Adamem.

Chrystus Pan przypomina Adamowi pobyt w raju i wygnanie z niego, wskutek grzechu pierworodnego. W pięknych obrazach tłumaczy Adamowi, w jaki sposób Jego Męka powtórnie otwiera dla ludzi bramy raju: Dla ciebie, który porzuciłeś ogród rajski, Ja w ogrodzie oliwnym zostałem wydany Żydom, i ukrzyżowany w ogrodzie. Przypatrz się mojej twarzy dla ciebie oplutej, bym mógł ci przywrócić ducha, którego niegdyś tchnąłem w ciebie. (...) Obejrzyj moje ręce, tak mocno przybite do drzewa za ciebie, który niegdyś przewrotnie wyciągnąłeś swą rękę do drzewa.

Na początku Wielkiego Postu słyszymy słowa, które Pan wypowiedział do Adama w raju: Prochem jesteś i do prochu wrócisz, słowa, przypominające skutki grzechu: śmierć i wygnanie z rajskiego ogrodu. W późnym średniowieczu wyprowadzano w Popielec pokutników na zewnątrz kościoła, na zachód, i czytano fragment z Księgi Rodzaju, mówiący o pierwszych rodzicach, którzy musieli opuścić raj wskutek swojego grzechu. Wielki Post miał być dla nich drogą powrotu: ci, którzy wyszli z raju, do raju mają wrócić; już nie do ziemi, z której zostali wzięci (cf. Rdz 3:19), ale do raju.

Wielki Post jest drogą powrotu, drogą dla wygnańców. (Jeśli miałbym powiedzieć, co jest moją tożsamością, moim najgłębszym „ja”, powiedziałbym, że bycie wygnańcem.) Od Środy Popielcowej mamy dojść do Wielkiej Soboty, i razem z Panem powstać do nowego życia w Noc paschalną. Nad popiołem kapłan modli się: Boże, spraw, abyśmy (...) przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna.

Rzekł Pan, Bóg: Oto człowiek stał się taki jak My (...) niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki. (...) Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia. (Rdz 3:22.24)

Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano ci dostępu do drzewa, będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaję się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzegli, tak jak słudzy, teraz zaś sprawię, że będą ci oddawać cześć taką, jaka należy się Bogu. (Homilia na Wielką Sobotę)

niedziela, 22 lutego 2009

Ta ostatnia niedziela...

Ostatni raz kwiaty na ołtarzu. Ostatni raz „Chwała na wysokości”. Ostatni raz „alleluja”. Ostatni raz przed Wielkanocą.

Na zaprzestanie ‘alleluja’ (które kiedyś znikało z liturgii kilka tygodni wcześniej) jest piękny średniowieczny hymn – Alleluia, dulce carmen, vox perennis gaudii:

Alleluja, słodka pieśń, głos nieustannej radości,
alleluja, chórom niebieskim jak błogie jest pienie,
gdy śpiewają w domu Bożym mieszkający na wieki.

Alleluja, Jeruzalem matko śpiewasz wesoło,
alleluja, to dzieci twych głos cieszących się w tobie:
nam wygnańcom płakać trza nad Babilonu wodami.


‘Alleluja’ nie godniśmy teraz wznosić nieustannie,
‘alleluja’ winy nasze zamilknąć zmuszają;
czas nadszedł za grzechy nasze odprawiania żałoby.

Stąd też Cię pokornie błagamy, Trójco Przenajświętsza,
zezwól, byśmy Paschę Twoją oglądali w niebiosach
i tam już nieprzerwanie ‘alleluja’ śpiewali.
(tłum. ks. Janusz A. Ihnatowicz)

A jutro w kalendarzu kolejny zapomniany święty, którego bardzo kocham – Polikarp, biskup i męczennik ze Smyrny, według tradycji uczeń św. Jana Apostoła. Zachował się starożytny opis jego męczeństwa – Polikarp poniósł je, mając lat 86. Przed śmiercią modlił się:

Panie, Boże wszechmogący, Ojcze umiłowanego i błogosławionego Syna Twego, Jezusa Chrystusa, przez którego Ciebie poznaliśmy, Boże aniołów i mocy, i całego stworzenia, i wszystkich sprawiedliwych, którzy żyją przed obliczem Twoim: błogosławię Tobie, bo w tym dniu, w tej godzinie zechciałeś, abym pośród męczenników miał udział w kielichu Chrystusa Twojego, na zmartwychwstanie duszy i ciała do życia wiecznego, w nieskazitelności Ducha Świętego.

Do tej modlitwy nawiązuje też kolekta: abyśmy także mieli udział w kielichu Chrystusowym i zmartwychwstali do życia wiecznego. Dobre wprowadzenie do Wielkiego Postu.

sobota, 21 lutego 2009

Lady who dies not

Dominikanie dzielą się generalnie na dwie grupy: takich, którzy znają Tolkiena, i takich, którzy Tolkiena nie znają. Przekonałem się o tym, wykorzystując dwa fragmenty „Władcy Pierścieni”, mówiące o elfim fëa i hröa, przy tłumaczeniu znaczenia greckiego doksadzo w Ewangelii według Jana. Z reguły znajomość Tolkiena zmieniała się z rocznikami braci studentów: jeśli jeden znał „Władcę Pierścieni”, to kolejny nie znał, i tak na zmianę.

Uważny czytelnik „Władcy Pierścieni” pewnie się zastanawia, gdzie w książce pojawiają się jakieś fëa i hröa. Fakt, z imienia te określenia ducha i ciała nie są wymienione, aczkolwiek w dwóch przynajmniej scenach odgrywają dosyć ważną rolę, i są wyraźnie dostrzegalne (w znaczeniu jak najbardziej dosłownym). Powinienem właściwie napisać o znajomości „Władcy Pierścieni”, gdyż do tego na ogół ogranicza się znajomość Tolkiena. Niektórzy może czytali jeszcze „Silmarillion” czy „Hobbita”, co bardziej ambitni sięgnęli do „Listów”. W drugim roczniku, który uczyłem, było dwóch zapaleńców, którzy właśnie w „Silmarillionie” się rozczytywali, i zainteresowani byli tym, co tak ważne jest u Tolkiena – językami elfów. (Bo tak naprawdę nie można czytać Tolkiena bez odniesienia do tych języków, z których po części całe Śródziemie powstało.) Niestety, owi dwaj bracia po dwóch latach studiów opuścili zakon. (Teoria dwójkowa?)

A przecież Tolkien to nie tylko „Władca Pierścieni” i „Silmarillion”. Mamy jeszcze „Niedokończone Opowieści”, z której wiele się można dowiedzieć o historii chociażby Istarich, czy Galadrieli i Celeborna. Mamy całe dwanaście tomów „History of Middle-earth”, wydanych przez Christophera Tolkiena. I tak naprawdę, dopiero te tomy pozwalają nam głębiej zajrzeć w Ea, w ten świat tolkienowski, zrozumieć go lepiej, dostrzec ewolucję całej mitologii. To w 10. tomie „Historii Śródziemia” znajdziemy rozmowę Finroda – tego, który ocalił Berena w lochach Saurona, za cenę własnego życia – z Andreth, mądrą kobietą z rodu Bëora. Fragment tej rozmowy, dotyczącej życia i nieśmiertelności, jest szczególnie ciekawy. Poniżej podaję go w moim niezdarnym tłumaczeniu (prosząc jednocześnie wszystkich tolkienistów o wyrozumiałość; tekst tak naprawdę trzeba czytać po angielsku, żeby wszystkie jego niuanse wychwycić):

‘Czymże jest nadzieja?’, powiedziała [Andreth]. ‘Oczekiwaniem dobra, które, chociaż niepewne, opiera się na tym, co jest znane? W takim razie nie mamy żadnej nadziei.’
‘To jest jedna rzecz, którą Ludzie nazywają „nadzieją”’, powiedział Finrod. ‘My zwiemy ją amdir, „wyglądaniem” (dosł. patrzeniem w górę). Ale jest jeszcze inna, która ma głębsze podstawy. Zwiemy ją estel, to znaczy „ufność”. Nie może jej pokonać to, co się dzieje na świecie, gdyż nie pochodzi ona z doświadczenia, ale z samej naszej natury i najgłębszej istoty. Jeśli rzeczywiście jesteśmy Eruhin, Dziećmi Jedynego, to On nie da się pozbawić tego, co do Niego należy, ani przez Nieprzyjaciela, ani nawet przez nas samych. To jest ostateczna podstawa nadziei zwanej estel, ktorą zachowujemy nawet wtedy, kiedy myślimy o Końcu: wszystkie Jego zamiary muszą zmierzać ku radości Jego Dzieci.’


Kiedy pytano Tolkiena, o czym tak naprawdę jest „Władca Pierścieni”, odpowiadał, że o Śmierci i Nieśmiertelności, o pułapkach, jakie ze sobą niosą.

I na koniec jeden fragment, o owej tytułowej Pani (do której Tolkien miał, jak to określił Tom Shippey, wyraźną słabość):

Od wielu lat rozmyślam, czego bym dokazała, gdybym dostała w  swoje ręce Wielki Pierścień, i oto przyniosłeś go! Wystarczyłoby mi po niego sięgnąć! Zło, z dawna uknute, działa na rozmaite sposoby, niezależnie od tego, czy Sauron tryumfuje, czy upada. Przyznaj, że byłby to szlachetny czyn do policzenia między zasługi Pierścienia, gdybym go przemocą albo postrachem odebrała mojemu gościowi! Nareszcie się stało! Chcesz dobrowolnie oddać mi Pierścień! Na miejscu Czarnego Władcy postawić królową! A ja nie będę ponura, lecz piękna i straszna jak świt i jak noc. Czarodziejska jak morze, słońce i śnieg na szczytach. Groźna jak burza, jak grom. Potężniejsza niż fundamenty ziemi. Wszyscy kochaliby mnie z rozpaczą!

Podniosła ręce i od pierścienia, który miała na palcu, strzelił jasny blask, rozświetlając tylko jej postać, a wszystko inne pogrążając w ciemności. Wydała się teraz Frodowi wysoka ponad wszelką miarę i nieodparcie piękna, straszna i godna czci. Opuściła ramiona, światło przygasło, Galadriela zaśmiała się znowu i - o dziwo! - skurczyła się, zmalała; stała przed hobbitem znów smukła pani elfów, w prostej, białej sukni, a głos jej brzmiał łagodnie i smutno.

– Wytrzymałam próbę – rzekła. – Wyrzeknę się wielkości, odejdę na zachód, pozostanę Galadrielą.

(Tytuł tego wpisu jest cytatem z „Władcy Pierścieni”; są to słowa postaci, którą Tolkien szczególnie lubił, i z którą był w pewien sposób osobiście związany.)

czwartek, 19 lutego 2009

Dwugłos świętych, czyli o teraźniejszości w przeszłości

[Teologowie i kaznodzieje] z urzędu swego powinni żyć wśród ludzi i z ludźmi obcować, i nieraz w zewnętrznym zachowaniu stosować się do obyczajów świata. Czyż więc małej – córki moje – potrzeba im cnoty i mocy ducha, aby umieli przestawać ze światem i zajmować się sprawami świata, przy tym jednak być światu obcymi? (...) Świat ma bystre oko. Niczego im nie przepuści. Żadna ich niedoskonałość przed nim się nie ukryje. Na rzeczywiste zalety i cnoty świat nie zwróci uwagi, albo wprost za złe je poczyta. Nie ma jednak obawy, by nie dostrzegł uczynku złego lub niedoskonałego. Rzecz dziwna, skąd ludzie światowi biorą takie jasne i dokładne pojęcie o doskonałości chrześcijańskiej? Znają ją jednak nie po to, aby ją praktykować, ale by innych ganić. (św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości, rozdział 3)

+  +  +

Obecnie do wzywania Maryi nie zmuszają nas sprawy prywatne, ale bardzo ważne niebezpieczeństwa zagrażające wszystkim wiernym. Obecnie sam Kościół katolicki stał się przedmiotem ataków. Atakuje się jego prace, jego święte instytucje, jego głowę, jego naukę i karność. (...) Niech święta Dziewica pomaga nam wszystkim, abyśmy żyli przywiązani do nauki Kościoła, którego głową jest papież, zastępca Jezusa Chrystusa, i niech nam wyjedna łaskę wytrwania w świętej służbie Bożej na ziemi, byśmy mogli dojść do Niej w królestwie chwały w niebie. (św. Jan Bosko, Cuda Matki Bożej, wzywanej jako Wspomożycielka, rozdział 2)

środa, 18 lutego 2009

Völund, Tyestes i Psalmista, czyli do czego służy czaszka

Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, niech pominie ten wpis, pewne fragmenty są dosyć makabryczne. Pewnie jest to z mojej strony kolejne włożenie kija w mrowisko, a właściwie w Psałterz Liturgii Godzin, niemniej uważam, że temat warto poruszyć.

Jak wspomniałem w innym wpisie, w czasie reformy po Soborze Watykańskim II (nie mylić z reformą postulowaną przez Sobór), z brewiarza usunięto trzy psalmy złorzeczące, a z innych powycinano wersety, które – jak to ładnie określa wprowadzenie do Liturgii Godzin – mogą powodować „trudności psychologiczne”:

Pominięto w psałterzu psalmy 58, 83 i 109, tak zwane „złorzeczące”; opuszczono także kilka wierszy w niektórych psalmach, co zaznaczono w ich nagłówkach. Ma to zapobiec trudnościom natury psychologicznej: chociaż psalmy „złorzeczące” nie są obce pobożności Nowego Testamentu, czego przykład znajdujemy w Księdze Apokalipsy (6, 10), to przecież nie są one bynajmniej zachętą do złorzeczenia komukolwiek. (OWLG 131).

Może dlatego, że mam mentalność sprzed kilkunastu wieków, i że na co dzień zajmuję się tekstami z jeszcze odleglejszej przeszłości, nie jestem w stanie zrozumieć owych „trudności psychologicznych”. Nie odczuwali ich najwyraźniej ci, którzy przez stulecia modlili się psalmami w całym ich bogactwie, śpiewając je w czasie liturgii czy rozważając w milczeniu. Autorzy wprowadzenia sami zwracają uwagę, że i w Nowym Testamencie pojawiają się złorzeczenia – a mimo to usuwają z psalmów, dosyć arbitralnie, wszystko, co według nich jest niewłaściwe.

Popatrzmy np. na psalm 137 (będę podawał numerację według polskiej LG): Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy... Łatwo dostrzec, że brakuje w nim trzech ostatnich wersów: Przypomnij, Panie, synom Edomu dzień Jeruzalem, kiedy oni mówili: „Burzcie, burzcie aż do jej fundamentów!” Córo Babilonu, niszczycielko, szczęśliwy, kto ci odpłaci za zło, jakie nam wyrządziłaś! Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę twoje dzieci. Jak się domyślam, ten ostatni obraz powoduje owe „psychologiczne trudności”. Fakt, wizja dziecka rozbijanego o mur jest dosyć drastyczna... Ale podobnych przykładów w literaturze dawnych wieków znajdziemy dużo. (I tu pewnie zostanę oskarżony o nieczułość, okrucieństwo i brak humanitaryzmu, skoro o takich rzeczach czytam i opowiadam.) Wspomniany w tytule tajemniczy kowal Völund zabił dwóch synów króla Niduda – króla, który go przedtem okradł, okaleczył i uwięził – i z ich czaszek zrobił puchary, które podarował nieświadomemu niczego ojcu. Tyestesowi rodzony brat, Atreus, z zemsty podał na uczcie potrawę z dwóch jego synków. Astyanaksa, syna Hektora, zwycięzcy Grecy zrzucili z murów Troi. Może nam się to wydawać brutalne czy prymitywne – tak dalece posunięta zemsta. (Swoją drogą, nie uważam, że dawniej ludzie byli bardziej okrutni czy prymitywni niż współcześnie, jak to nieraz głoszą chwalcy współczesności.)

A jednak ten obraz dziecka babilońskiego, zabijanego w okrutny sposób, stał się częścią psalmu, częścią modlitwy. Co więcej, do tego właśnie fragmentu, usuniętego z obecnego brewiarza, odwołuje się w Prologu swej Reguły św. Benedykt: Człowiek prawy, powiada Benedykt, rodzące się pokusy rozbija o Chrystusa (jak o skałę) – parvulos cogitatus eius tenuit et adlisit ad Christum. (W psalmie mamy dokładnie te same słowa: beatus qui tenebit et adlidet parvulos tuos ad petram.)

C. S. Lewis poświęcił temu wersetowi kilka zdań w swojej książce Reflections on the Psalms. Pisze on, że w naszym wewnętrznym życiu zdarzają się takie „maleństwa” (to dokładnie znaczy łacińskie ‘parvulos’), niewinne początki pobłażania sobie, malutkie żale, które nas uwodzą i wydają się takie drobne, nieznaczące... Na takie „maleństwa”, powiada Lewis, psalm oferuje nam świetny sposób: Knock the little bastards’ brains out. And ‘blessed’ he who can, for it’s easier said than done.

Skoro już jesteśmy przy czaszkach... W psalmie 110, odmawianym w każdą niedzielę w nieszporach, reformatorzy wycięli jeden werset: [Pan] będzie sądził narody, wzniesie stosy trupów, zetrze głowy jak ziemia szeroka. Także ten werset poprzez wieki pojawiał się w modlitwie Kościoła, a tu nagle zaczął powodować „psychologiczne trudności”... A przecież podobne obrazy pojawiają się np. w pierwszym rozdziale Księgi Sofoniasza – która jest czytana w brewiarzu – czy w Apokalipsie, gdzie np. wszystkie ptaki niebieskie są zaproszone na ucztę z trupów władców, walczących z Bogiem. Tutaj żadnych trudności nie ma?

Jednocześnie – co za przeoczenie! – zostawiono w brewiarzu wersety 22. i 24. psalmu 68, gdzie czytamy o skruszeniu kudłatej głowy grzesznika, brodzeniu we krwi i psach, mających kąsek z wrogów Izraela. (Tu z kolei, przy polskim przekładzie, ja mam trudności natury estetyczno-lingwistycznej, bo nie lubię słowa „kąsek”.) W czym ten obraz jest lepszy od poprzednio wspomnianych? Na jakiej podstawie podjęto decyzję o zatrzymaniu go, a wycięciu innych? Mysterium emendatorum.

Być może owe „trudności psychologiczne” są bliźniaczym bratem „względów duszpasterskich”, i jak dwa widma nawiedzają liturgię od lat siedemdziesiątych 20. wieku. Czy można zatem mówić o szerszym otwarciu skarbca biblijnego, jak sobie tego życzył święty Sobór, jednocześnie pewne części tego skarbca ukrywając?

A może to tylko ja, zepsuty przez lekturę dawnej poezji greckiej, germańskiej i celtyckiej, nie mam psychologicznych problemów z całym Psałterzem...

wtorek, 17 lutego 2009

Sacrosanctum Concilium i szatkownica

Ponieważ liturgia godzin, jako publiczna modlitwa Kościoła, jest źródłem pobożności i pożywieniem dla modlitwy osobistej, najusilniej zachęca się w Panu kapłanów oraz wszystkich innych uczestników liturgii godzin, aby wypowiadając ją, swoje myśli uzgadniali z jej słowami. Dla lepszego osiągnięcia tego celu niech starają się o głębsze poznanie liturgii i Pisma świętego, a zwłaszcza psalmów.

To 90. punkt soborowej Konstytucji o liturgii. Można się zastanawiać, na ile spełniło się życzenie Ojców Soboru – aby kapłani i wszyscy odmawiający liturgię godzin starali się o głębsze poznanie Pisma Świętego – ale ni o tym chciałem napisać.

Dalsza część tego punktu konstytucji, i punkt następny brzmią następująco:

Przy dokonywaniu reformy należy ów czcigodny starodawny skarbiec rzymskiej modlitwy liturgicznej tak dostosować, aby wszyscy, którym się go powierza, mogli z niego korzystać obficiej i łatwiej.

91. Aby rzeczywiście można było zachować układ godzin przedstawiony w art. 89, psalmy należy rozłożyć nie na jeden tydzień, lecz na dłuższy okres. Pomyślnie rozpoczęte dzieło właściwego odczytywania psałterza należy jak najrychlej doprowadzić do końca, biorąc pod uwagę chrześcijańską łacinę, praktykę liturgiczną również w zakresie śpiewu oraz całą tradycję Kościoła łacińskiego.

Można powiedzieć, że częściowo wprowadzono w życie te zalecenia: psalmy podzielono na cztery tygodnie (chociaż nie zawsze udało się to zręcznie zrobić, zwłaszcza w tygodniu III i IV, gdzie pojawiają się powtórzenia), dokończono przekład Psałterza na łacinę Neowulgaty... No właśnie: czy Psałterz w tym przekładzie odzwierciedla praktykę liturgiczną i tradycję Kościoła łacińskiego? Chyba nie do końca. Pojawiły się np. różnice w tekstach antyfon, wziętych z psalmów, a samymi psalmami. Np. w psalmodii dodatkowej psalm 121 (122) ma antyfonę ze starej wersji: Laetatus sum in his quae dicta sunt mihi – ale zaczyna się według Neowulgaty: Laetatus sum in eo quod dixerunt mihi. Już nie fines terrae ujrzały zbawienie Boga naszego, ale termini terrae. Ks. Tronina we wstępie do swojego tłumaczenia Psałterza Septuaginty zwracał już uwagę, że wprowadzając do liturgii nowe przekłady – owszem, wierniejsze wobec tekstu hebrajskiego, według współczesnych norm naukowych – traci się wiele z chrystologicznego sensu psalmów. Częściowo naprawiają to tituli psalmorum, czyli cytaty z Nowego Testamentu lub Ojców, umieszczone przy każdym psalmie w brewiarzu – ale tylko częściowo.

Druga rzecz to tzw. psalmy złorzeczące. Trzy psalmy usunięto z liturgii godzin (58, 83 i 109 wg numeracji hebrajskiej, używanej w Biblii Tysiąclecia), a inne poszatkowano, usuwając te wersety, które rzekomo mają nie odpowiadać współczesnej mentalności. (A jeszcze w czasie ostatniej wojny spowiednicy dawali na pokutę tym, którzy wyznawali nienawiść względem Niemców, psalmy złorzeczące!) Anniblae Bugnini podaje, że w czasie prac Consilium, zajmującego się opracowaniem reformy liturgicznej, siedmiu Ojców (m. in. kardynałowie Bacci i Ruffini) naciskali, aby złorzeczące psalmy usunąć. Na jednym ze spotkań Consilium padło pytanie, czy rzeczywiście intencją Konstytucji soborowej, w wymienionym wyżej punkcie 91., było użycie całego Psałterza. Większość Ojców opowiedziała się za zatrzymaniem całego Psałterza, gdyż wszystkie psalmy należą do Słowa Bożego i nienaturalne byłoby usuwanie niektórych z nich. (Dodam od siebie, że przecież i Jezus, i Apostołowie, i Kościół przez dwa tysiąclecia tymi psalmami się modlił, także złorzeczącymi.) Kardynał Lercaro, przewodniczący komisji, zasugerował, że psalmy złorzeczące mogą być używane w pewnych okresach roku liturgicznego, interpretowane wtedy jako prorockie; zachowano by wtedy życzenie Soboru, dotyczące użycia całego Psałterza (konstytucja nie wspomina o usunięciu jakichkolwiek psalmów), a jednocześnie psalmy złorzeczące nie pojawiałyby się w „normalnym” kursie liturgii godzin. Kardynał Confalonieri zasugerował usunięcie z psalmów wersów złorzeczących, i zachowanie reszty. Ponoć jeden z Ojców, pochodzący z Europy Wschodniej, powiedział: „Szczególne warunki w naszym regionie wymagają użycia całego Psałterza, psalmy złorzeczące są doskonałe jako modlitwa contra diabolum, kiedy zdarzają się jakieś ekstremalne sytuacje”.

Ostatecznie, kanonik Martimort zauważył, że nie da się znaleźć obiektywnego kryterium co do zatrzymania czy usunięcia pewnych psalmów, że odmawia się je nie we własnej osobie, ale in persona Christi et Ecclesiae, a przesunięcie psalmów złorzeczących na pewne tylko okresy liturgiczne będzie tylko powiększeniem zamieszania. Ojcowie ilością głosów 21 przeciw 4, zdecydowali, że cały Psałterz ma być zachowany w brewiarzu. Ale Paweł VI zasugerował, że owe złorzeczące psalmy powinny być używane tylko w szczególnych okresach roku – i problem pozostał. Papież uważał, że należy zrobić wybór psalmów, bardziej odpowiadających chrześcijańskiej modlitwie, i usunąć z psałterza psalmy złorzeczące i historyczne (tzn. opisujące dzieje Izraela, chodzi tu głównie o długie psalmy mówiące o wyjściu z Egiptu) – tak przynajmniej przedstawia sprawę Bugnini.

Sprawa ciągnęła się jeszcze jakiś czas, był np. pomysł, aby te psalmy zachować tylko w oficjum odmawianym przez duchownych, a nie używać ich w publicznej celebracji. Ostatecznie, na kolejnych zebraniach komisji, Ojcowie uznali, że podporządkują się decyzji papieża. Czyli: usuwamy złorzeczenia z brewiarza. Ale, co ciekawe, złorzeczące wersety miały zostać w tekście, a tylko być graficznie oznaczone jako takie, które można pominąć; natomiast trzy wspomniane już psalmy – całkowicie złorzeczące – miały zostać usunięte.

W rezultacie mamy to, co mamy. Czy tak sobie to wyobrażali Ojcowie Soboru?

poniedziałek, 16 lutego 2009

Popycha czy nie popycha, czyli dlaczego będzie mi brakować kolegium

Dziś uczyłem braci łaciny, w tzw. grupie wyrównawczej. Mówiliśmy o zdaniach celowych i dopełnieniowych, czytaliśmy przykłady. Jedno ze zdań brzmiało: Natura impellit nos, ut iucunda appetamus, fugiamus contraria.

Co znaczy: Natura popycha nas, abyśmy szukali tego, co przyjemne, unikali tego, co szkodliwe. Może ładniej byłoby przetłumaczyć, że skłania, a nie popycha, ale przetłumaczyliśmy, że popycha. Jeden z braci zauważył, że to bardzo niechrześcijańskie zdanie. Zasugerowałem, że chodzi tu o naturę, a nie o to, co nad-naturalne, czyli nadprzyrodzone, i że jednak każdy (chyba – dodałem) woli coś, co jest przyjemne, np. dłużej pospać lub zjeść coś smacznego. Na to inny brat powiedział o jeszcze innym: „On to ma odwrót.” I kolejny brat dodał: „On albo nie ma natury, albo go nie popycha.”

I gdzie ja będę miał takie dyskusje, jak kolegium przestanie istnieć?

sobota, 14 lutego 2009

O dwóch takich, co lubią psy

Miałem zamiar zrobić sobie przerwę od pisania na blogu, który staje się coraz bardziej uzależniający (tak! mam duże skłonności do uzależnień, ostatnio np. zacząłem gromadzić gargulce), ale uznałem, że jeszcze ten jeden wpis muszę zrobić.

Dziś miałem w kolegium na Służewcu grekę z braćmi I roku. Pierwsze zajęcia. Niektórych z nich uczyłem już wcześniej łaciny, więc trochę się już znamy. I w tej grupie są dwaj bracia, którzy lubią psy. Kiedy w grudniu wspomniałem o chorobie mojej Nessy, przeżywali to ze mną, rozmawiali, pocieszali, opowiadali o swoich czworonogach. Regularnie pytali - i pytają - o stan zdrowia Nessy. Dobrzy bracia, oby takich więcej.

A skoro już piszę o kolegium: wczoraj się dowiedziałem, że odszedł brat z II roku. Smutno mi – był zdolny, inteligentny, no i – last, but not least – lubił Tolkiena. Pożyczał ode mnie książkę, w której były fragmenty „Władcy Pierścieni” tłumaczone na łacinę. Miałem wrażenie, że jest bardzo samotny, że mimo żartów z innymi braćmi, bycia z nimi etc., jednak czuł się osamotniony. Podchodził do mnie na przerwach i zagadywał, pytał o książki, o muzykę... Takie odejścia zawsze są smutne, a ja się zawsze zastanawiam, czy jako nauczyciel w jakiś sposób się do nich nie przyczyniam. To tylko dwie godziny w tygodniu, ale mogą kogoś jednak zrazić do studiowania w ogóle. W końcu z takich godzin składa się cały tydzień, są inne zajęcia, wszystko to razem może okazać się frustrujące. A może po prostu zbyt emocjonalnie podchodzę do nauczania?




piątek, 13 lutego 2009

Hej, przeleciał wróbel!

Jeżeli, królu, porównamy obecne życie człowieka na ziemi z czasem, o którym nic nie wiemy, okaże się, że jest ono podobne do szybkiego lotu samotnego wróbla przez salę, w której zimową porą siedzisz przy uczcie z dowódcami i sługami.

Na środku płonie ogień, w sali jest ciepło, na zewnątrz natomiast szaleje burza lub zawieja śnieżna. I oto w pewnym momencie przez jedne drzwi wlatuje wróbel i szybko wylatuje przez drugie. Otóż w tym momencie, kiedy był wewnątrz, nie czuje okropności zimowej pogody, jednakże ta króciutka  chwila ciepłej pogody w oka mgnieniu przemija, a wróbel z zimy wpada ponownie w zimę i znika z twoich oczu. Podobnie jest z życiem człowieka, który pojawia się na chwilę, ale my nic o tym nie wiemy, co będzie potem, ani co było przedtem. A zatem, jeśli ta nowa nauka przynosi nam coś pewniejszego w tej mierze, wydaje się jak najbardziej słuszne, aby iść za nią.
(Beda, Historia ecclesiastica II 13; przekł. A. Bober, z kilkoma moimi poprawkami)

Tak przemawiał jeden z możnych na dworze króla Edwina (+633) w Northumbrii, kiedy przybył tam, wraz z chrześcijańską małżonką króla, Æthelburgą z Kentu, Paulin, mnich wysłany do Anglii przez papieża Grzegorza, późniejszy arcybiskup Yorku.

środa, 11 lutego 2009

„A jednak masz mi coś zaśpiewać!”

W klasztorze tejże ksieni był też brat, łaską Bożą szczególnie naznaczony. Układał on pieśni, bardzo pomocne dla rozwijania pobożności. Czegokolwiek się nauczył z Pisma od tych, którzy mu je objaśniali, to w krótkim czasie przedstawiał w swoim języku ojczystym, poetyckimi słowami wyrażając. Były zaś to wiersze pełne słodyczy...

To fragment z IV księgi Historii kościelnej narodu angielskiego Bedy. Chodzi o klasztor w Whitby (Northumbria, północna Anglia), i o Hildę, która była w nim ksienią (zm. 680). Ów zaś brat nazywał się Cædmon (czyt. Kedmon), i właśnie dzisiaj obchodzono jego wspomnienie.

Początkowo był zwykłym pasterzem w opactwie. Beda opisuje, w jaki sposób otrzymał dar tworzenia poezji. Otóż Cædmon był wyjątkowo niemuzykalny; kiedy klasztorni robotnicy zbierali się wieczorem na uczcie – dziś pewnie nazwano by to imprezą, nie chodzi o wystawną ucztę, tylko spotkanie po pracy – zdarzało się, że zaczynali śpiewać przy wtórze harfy. Harfa wędrowała od jednego do drugiego, i każdy musiał jakiś kawałek, mniej lub bardziej poetycki, zaśpiewać. Przy jednej z takich okazji, Cædmon widząc, że harfa niebezpiecznie zbliża się do niego, opuścił towarzystwo i poszedł do stajni, w której pracował. Tam też zasnął. We śnie ujrzał jakiegoś człowieka, który mu powiedział: „Cædmonie, zaśpiewaj coś dla mnie!” Kiedy ten się wykręcał i tłumaczył, że przecież właśnie dlatego opuścił ucztę, bo nie umie śpiewać, usłyszał: „A jednak masz coś dla mnie zaśpiewać!” Spytał więc: „O czym mam śpiewać?” – „Zaśpiewaj mi o początkach wszechrzeczy!” I Cædmon zaczął śpiewać. Kiedy się obudził, pamiętał wciąż ową poetycką pieśń, poszedł więc do swojego przełożonego – zarządcy, który wyznaczał mu prace – i opowiedział całe zdarzenie. Ten zaprowadził go do ksieni Hildy; mądra ta kobieta rozpoznała w pasterzu dar Boży. Zwołani przez nią kapłani potwierdzili, że wszystko w pieśni Cædmona jest zgodne z Pismem świętym. Odtąd Cædmon przychodził na „lekcje”: kapłani opowiadali mu historie biblijne, a on je wyrażał poetycko w swoim ojczystym, czyli staroangielskim, języku. Beda podaje początek owej pierwszej, natchnionej we śnie, pieśni, w łacińskim przekładzie, dodając wielce słuszną uwagę, że nie da się poezji z jednego języka na drugi dosłownie przełożyć, zachowując przy tym cały jej urok i wzniosłe piękno. Na szczęście, w rękopisach Historii Bedy pojawiły się dopiski z owym hymnem w języku, w jakim został przez Cædmona stworzony.

Cædmon przyjął habit, i jako świecki brat żył w klasztorze, ujmując wszystkich swoją prostotą i pokorą. Przeczuł koniec swego życia; poprosił dzień wcześniej o pozwolenie na przejście do chaty, pełniącej rolę infirmerii. Tam poprosił o Eucharystię; przed jej przyjęciem prosił wszystkich o wybaczenie, jeśli mają cokolwiek przeciw niemu, i sam wszystkim wybaczył. Potem, trwając wraz z innymi na modlitwie, w nocy odszedł do Pana.

Tak wygląda hymn Cædmona w oryginalnej wersji, w dialekcie northumbryjskim:

Nu scylun hergan    hefaenricaes uard,
Metudæs maecti    end his modgidanc,
Uerc uuldurfadur    sue he uundra gihuaes,
Eci dryctin,    or astelidæ;
He aerist scop    aelda barnum
Heben til hrofe,    haleg scepen,
Tha middungeard    moncynnæs uard;
Eci dryctin    æfter tiadæ
Firum foldu,    frea allmectig.


Nie podejmę się tłumaczenia poetyckiego, chociażby z tego względu, że nie oddam typowej dla wczesnej poezji ludów germańskich aliteracji (czyli, w uproszczeniu, występowaniu w obu częściach wersu słów zaczynających się od tej samej spółgłoski, lub jakiejkolwiek samogłoski). Sens owych kilku wersetów jest taki:

Teraz powinniśmy chwalić Stróża niebieskiego królestwa, potęgę i zamysły Pana, dzieło Ojca chwały, jako że On, Pan wiekuisty, początek każdej cudownej rzeczy sprawił. Najpierw, dla synów ludzkich stworzył niebo jako dach, święty Stwórca. Później śródziemie, Opiekun rodzaju ludzkiego; Pan wiekuisty następnie stworzył ziemię dla ludzi, Władca wszechmogący.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Za natchnieniem Ducha Świętego

9 lutego przypadało kiedyś wspomnienie św. Apolonii, panny i męczennicy. Pochodziła z Aleksandrii, śmierć poniosła w 249, a mękę jej opisał biskup tego miasta, Dionizy.

Wiadomo, że Apolonia była diakonisą, dosyć już leciwą, kiedy została uwięziona. Wybito jej zęby i grożono spaleniem żywcem, jeśli nie wyrzeknie się wiary. Oto, jak to opisuje stary mszalik, z 1935 roku:

Św. Apolonja, dziewica z Aleksandrji, została uwięziona jako chrześcijanka w r. 249. Gdy wyrwano jej zęby, wskoczyła raźnie pod natchnieniem łaski Ducha Św. w przygotowany dla niej rozpalony piec.

Uroczy opis, zawsze mnie zachwyca to, iż „raźnie wskoczyła”. Wersja tu podana nosi już ślady pewnych zmian, jakim uległa historia św. Apolonii: zęby są wyrywane, a nie wybijane, zamiast stosu mamy piec. W późniejszych wersjach Apolonia staje się młodą dziewczyną, a wskakując w ogień obiecuje wszystkim, którzy się do niej będą uciekać, pomoc w chorobach zębów.

Podobno teologowie zastanawiali się nad owym skokiem św. Apolonii - skokiem właściwie samobójczym.

Niezależnie od tego, w jaki sposób pozbawiona została zębów, Apolonia jest czczona jako patronka w ich chorobach. Można znaleźć kliniki dentystyczne, nazwane od jej imienia, a zdaje się, że w Bostonie wydaje się kwartalnik poświęcony stomatologii, zatytułowany The Apollonian.

niedziela, 8 lutego 2009

Płonący gaz czy srebrna rosa?

– W naszym świecie – odezwał się Eustachy – gwiazda jest olbrzymią kulą płonącego gazu.

– Nawet w waszym świecie to, o czym mówisz, mój synu, nie jest gwiazdą, lecz jedynie tym, z czego jest zrobiona.

Tak odpowiada Eustachemu Ramandu, „emerytowana gwiazda”, w Podróży ‘Wędrowca do Świtu’ C.S. Lewisa. Przypomniały mi się te słowa wczoraj, w porze nieszporów, noctis exortu, jak pisze św. Ambroży (hymn nieszporów), czy też roscidae noctis principio, jak to sformułował Prudencjusz (hymn na zapalenie świateł wieczornych). Myślałem sobie, jak źle na mnie wpływa fakt, że coraz później robi się ciemno, gdyż dzień jest coraz dłuższy. Dostałem wtedy nuntium breve*) od przyjaciółki-tolkienistki, które pozwolę sobie zacytować: Niebo przybrało kolor labradorytu, a nad chmurami Earendil żegluje. Istotnie, tak było, kiedy wyjrzałem przez okno skierowane na Zachód. Uczeni powiedzą, że to planeta Wenus, podadzą jej gęstość, promień, odległość od Słońca etc., etc., ale dla mnie to jest wciąż Earendil, który z Silmarilem na czole żegluje w niebiosach: Valarowie (...) statek 'Vingilot' zabrali, pobłogosławili i zanieśli nad Valinorem aż na ostatnią krawędź świata. Tam 'Vingilot' przeszedł przez Bramę Nocy i został wzniesiony na oceany nieba. Przepiękny był ten cudowny statek, wypełniony teraz migoczącym, czystym i jasnym płomieniem. Earendil-żeglarz stał przy sterze lśniący od drogich kamieni elfów, z Silmarilem na czole. (J.R.R. Tolkien, Silmarillion) Blask Silmarila to ostatni już odblask światła Dwóch Drzew; ze srebrzystej rosy jednego z nich Varda utworzyła gwiazdy, jak to opisują pierwsze rozdziały Silmarillionu. Szczególnie piękny jest ten fragment: Wysoko zaś na północy, jako wyzwanie Melkorowi, zawiesiła koronę z siedmiu potężnych gwiazd, Valakirkę, Sierp Valarów, znak przeznaczenia. Chyba każdy miłośnik Śródziemia czuje dreszcz, czytając te słowa.

Wracając do Lewisa, od którego zacząłem: jakiś czas temu ukazała się książka Planet Narnia: The Seven Heavens in the Imagination of C.S. Lewis. Jej autor, Michael Ward, był kapelanem (anglikańskim) w Peterhouse, najstarszym college’u w Cambridge, gdzie studiował literaturę angielską i teologię. Książka wydaje się być ciekawa (może kiedyś uda mi się przeczytać). Dr Ward dostrzegł, iż kolejne tomy „Opowieści z Narnii” – a jest ich siedem – odzwierciedlają średniowieczną koncepcję kosmologiczną, którą Lewis, jak skądinąd wiadomo, był bardzo zainteresowany. Kolejne tomy cyklu mają odpowiadać poszczególnym planetom układu słonecznego, aczkolwiek kolejność książek nie pokrywa się z kolejnością planet. Tak np. Lew, Czarownica i Stara Szafa są pod wpływem Jowisza, ponieważ ta planeta, według średniowiecznych przekonań, przynosiła wiosnę, przełamywała panowanie zimy, związanej z Saturnem (moja planeta!!!), a taki właśnie temat wyraźnie pojawia się w pierwszym tomie „Opowieści z Narnii”. Księżyc jest związany ze Srebrnym Krzesłem, Wenus – z Siostrzeńcem Czarodzieja, etc.

Ramandu mówi do podróżników z Narnii: Każdego ranka ptak przynosi mi żar-jagodę z dolin na Słońcu, i każda taka żar-jagoda ujmuje mi nieco lat. A kiedy stanę się tak młody jak dziecko urodzone wczoraj, będę mógł znowu wzejść na niebo (jesteśmy bowiem we wschodniej części widnokręgu ziemi) i raz jeszcze znaleźć się w wielkim korowodzie. I to jest piękne, ten wielki korowód. W Perelandrze Lewis raz jeszcze pisze o wielkim korowodzie, ale o tym może kiedy indziej. I tylko myślę sobie, że to dawne, średniowieczne, po części mitologiczne spojrzenie na świat było o wiele ciekawsze i piękniejsze niż obecne.
______________________
*) nuntium breve = sms

sobota, 7 lutego 2009

Psalm Robinsona

Invoca me in die tribulationis et eruam te, et honorificabis me. Ten werset psalmu 50 (49), który pojawił się dziś w nocnym oficjum, zawsze kojarzy mi się z Robinsonem Crusoe.

Wzywaj mnie w dniu utrapienia, a wyzwolę ciebie, a ty Mnie uwielbisz. W powieści Daniela Defoe to są słowa, na których otworzyła się Robinsonowi Biblia, a on wtedy zapłakał. I te słowa były dla niego siłą, pomagały mu przetrwać na bezludnej wyspie.

Czytałem o tym, gdy byłem dzieckiem, nie znałem wtedy Psałterza, i trochę lat minęło, zanim udało mi się zlokalizować ten werset. Wzywaj mnie w dniu utrapienia, a wyzwolę ciebie. Robinson miał zapewne Biblię Króla Jakuba, i czytał: And call upon me in the day of trouble: I will deliver thee, and thou shalt glorify me. Muszę przyznać, że brzmi dla mnie nawet lepiej niż tekst łaciński.

Ciekawe, jak różne skojarzenia może wywoływać jeden werset biblijny.

Inny jest jeszcze wers w tym psalmie, który dzisiaj przykuł moją uwagę, są to słowa Boga do grzesznika. Po wymienieniu wszystkich złych czynów, Bóg mówi: Haec fecisti, et tacui. Existimasti quod eram tui similis – Zrobiłeś to, a Ja milczałem. Uznałeś, że jestem podobny do ciebie. Tak, zbyt często myślę, że Bóg jest podobny do mnie, a to ja mam być podobny do Niego.

czwartek, 5 lutego 2009

Co Bóg ma przeciw łydkom i kiltom, czyli historia pewnego przekładu

P. C. Craigie w przedmowie do swojego komentarza do Księgi Psalmów wspomina własne dzieciństwo: „Było zwyczajem w Szkocji, że w niedzielę do kościoła chłopcy zakładali kilt. Do dziś pamiętam, jak śpiewaliśmy słowa Psalmu 147:10, ‘nie znajduje On upodobania w nogach żadnego mężczyzny’. Zastanawiałem się wtedy, czy Pismo święte potępia noszenie kiltu.”

W polskich kościołach takich problemów nikt by nie miał. (Plus fakt, że w tym kraju kiltów do kościoła panowie raczej nie noszą.) Albowiem nasi świątobliwi tłumacze ksiąg liturgicznych gładko przełożyli rzeczony werset – co poświadczyć może każdy, kto po polsku odmawiał dziś jutrznię – jako „nie kocha się [Pan] w sile rumaka ani w potędze męża”. Ale już w łacińskiej Liturgia Horarum mamy, w wersji Neowulgaty: Non in fortitudine equi delectatur, nec in tibiis viri beneplacitum est ei. Czyli: nie znajduje upodobania w łydkach męża. Ewentualnie w goleniach, jeśli ktoś woli taką wersję przekładu. (W Wulgacie Hieronima jest tak samo, tyle że zamiast ‘est’ mamy ‘erit’.)

Łydki, golenie, uda, nogi pojawiają się w innych przekładach, od Septuaginty poczynając. W nowogreckim też są. I w islandzkim. I w niemieckim, rosyjskim, ukraińskim. Po włosku, jeśli dobrze zrozumiałem, Pan nie kocha się w biegu męża. Nie wiem, jak to jest po czesku, w każdym razie brzmi uroczo: aniž se kochá v lejtkách muže udatného. Nawet w Biblii Tysiąclecia czytamy: nie ma upodobania w goleniach męża.

W hebrajskim oryginale, według poważnych tłumaczeń i opracowań, też są nogi. Oczywiście, jako symbol siły, mocy; ten, kto szybko biegnie, kto w walce na własnych nogach stać może, jest silny i, w opinii psalmisty, może zacząć polegać sam na sobie, uznać, że Boża pomoc nie jest mu potrzebna, skoro jest tak silny i potężny. (Można porównać z Ps 73:4, chociaż tam raczej mamy do czynienia z siłą ciążenia...) Widać polscy tłumacze uznali, że nikt nie zrozumie biblijnego obrazowania... Szkoda. Ale piętę w innym psalmie (41) zachowali. Brak konsekwencji?

Aczkolwiek znalazłem jakiś polski przekład w sieci, w którym mamy taką wersję: Nie kocha się w mocy końskiej, ani się kocha w goleniach męskich. Może jednak tłumacze polskiej Liturgii Godzin mieli rację, nie zniżając się do poziomu łydek?

Starsza siostra

Orante sancta Lucia, apparuit ei beata Agatha, et consolabatur ancillam Christi: Soror mea, Lucia, virgo Deo devota, quid a me petis quod ipsa poteris praestare continuo matri tuae? Taka scena miała miejsce, kiedy Łucja modliła się przy grobie Agaty o zdrowie dla swojej matki.

Agata nazywa ją siostrą. Są siostrami w dziewictwie, a Agata wie już, że będą siostrami w męczeństwie. I można powiedzieć, że są też siostrami w tym sensie, że obie są z Sycylii.

Przyjaźnię się z Agatą, przyjaźnię i z Łucją. Zapomniane dziś święte. Generalnie lubię świętych niemodnych, zapomnianych, chociaż kiedyś byli bardzo popularni – w przypadku tych dwóch świętych męczennic Kanon rzymski o tej popularności kultu świadczy. Może każda epoka ma swoich ulubionych, modnych świętych, a ja, skoro jestem z innej epoki, innych świętych lubię? Oswalda i Edmunda, Tomasza Becketa, Johna Fishera i Tomasza More’a, Marię Magdalenę, Jana Damasceńskiego, Małgorzatę Szkocką, Joannę d’Arc, Jana Chrzciciela...

Agata poniosła mękę, osądzona i skazana na śmierć. Kiedyś, kiedy pisałem o śladach Boga,  ktoś pytał o Jego ślady w tym, co nie jest piękne (pamiętam sromotniki zwłaszcza, i komary). Ślad Boga w całym stworzeniu, ślad także w męce i śmierci męczenników. Znalazłem przypadkiem wiersz Kazimiery Iłłakowiczówny, który o tym właśnie mówi. Poniżej fragment.

Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie,
w każdym dziwnym i strasznym obrzędzie.
Wywołuje Go nie tylko modlitw kadzidlany kwiat,
ale szubienice, i topór, i kat.
Bóg jest w sędzi, który sądzi krzywo,
i w świadku, co przysięga na prawdę fałszywie,
nie może nie być. I to mnie przestrasza.
Bo jeśli – w świętym Piotrze, to także – w Judaszu;
jeśli w Żydzie zamęczonym niewinnie przez Niemców,
to także w Niemcach tych? ... I tak się kręcę
od prawdy do nieprawdy, od kary do zbrodni,
w każdej cząsteczce – Boga odnajdując co dnia.