sobota, 5 grudnia 2009

Trzy prefacje, sześć tygodni

Liczymy teraz adwentowe niedziele od pierwszej do czwartej. We wczesnym średniowieczu liczono odwrotnie: od czwartej – przed Narodzeniem Pańskim – do pierwszej.

W Mediolanie, w liturgii ambrozjańskiej, adwentowych niedziel jest sześć, a dni powszednie mają swoje własne prefacje. Piękna to i starożytna liturgia, związana ze św. Ambrożym, którego wspominać będziemy w poniedziałek.

W pierwszy adwentowy piątek tak się teraz modlą mediolańczycy:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze, tu i wszędzie składali Ci dziękczynienie, a zwłaszcza teraz, w tym czasie Adwentu, sławili Cię. Ojcze. Czekamy na święto Narodzenia Chrystusa, Twojego Syna: z radością wspominamy Jego pierwsze przyjście, abyśmy mogli z czujną nadzieją myśleć o Jego powtórnym przyjściu, w chwale.

A w pierwszą sobotę Adwentu jest taka prefacja, nawiązująca do ósmego rozdziału Listu do Rzymian:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie składali Tobie dzięki, Panie Boże. W Twojej nieskończonej miłości dałeś nam pierwsze dary Ducha, aby uczynić nas Twoimi przybranymi dziećmi w Chrystusie. Znosząc cierpliwie nasze utrapienia, możemy z nadzieją oczekiwać chwały, którą obiecałeś.

Ambrozjańska trzecia sobota Adwentu, która pokrywa się z naszą pierwszą, ma z kolei taką prefację:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Ciebie błogosławili i chwalili, wszechmogący i wieczny Boże, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, którego przyjścia gorliwie oczekujemy. On zechciał łaskawie w taki sposób zstąpić w łono Dziewicy, aby nam pokazać drogę zbawienia, a jednocześnie nigdy nie opuścić Twego Boskiego majestatu.

Ptokheia kai kenosis*)

Po drodze do kościoła spojrzałem na białe girlandy lampek, wiszące nad ulicą Piwną. W oknach sklepów choinkowe gałązki, bombki i bombeczki, i znowu lampki. Zdaje się, że całe miasto jest spowite kilometrami sznurów bożonarodzeniowych lampek, kolorowych i niekolorowych, migających i niemigających, grających i niegrających, etc., etc.

Ile na to prądu pójdzie, ile za ten prąd pieniędzy. Oczywiście, zaraz ktoś zacznie przekonywać, że wszystkie te światełka są potrzebne, bo jest zimno, szaro, szybko robi się ciemno, ludzie czują się przygnębieni, brak światła może wywoływać SAD (czyli sezonową depresję; nie wiem, jak to działa, bo pogoda akurat na mnie nie wpływa, a jeśli już, to gorzej czuję się latem, kiedy jest nadmiar słońca)... A poza tym, trzeba się świątecznie cieszyć, i dekoracje mają w tym pomóc. (Nie przeczę, ale do świętowania jeszcze sporo czasu zostało.)

A w kościele Duch mnie owionął swym tchnieniem, i pomyślałem, i poczułem w głębi mojego biednego, grzesznego serca: Ubóstwo i ogołocenie, ubóstwo i ogołocenie. Taki ma być twój Adwent.

Chociaż ogołocenie to nie jest dobre słowo: Pan więcej niż ogołocił samego siebie. Ogołocenie sugeruje coś zewnętrznego, a On dokonał tego także, i nade wszystko, w sobie, aż do głębi swej istoty.

O Rex gloriae, Domine Iesu, qui de caelis descendere dignatus es, ut carnem sumens teipsum humiliares, etiam magis, ut exinanires teipsum, cum Deus verus permaneres: da mihi imitari paupertatem et humilitatem, et exinanitatem tuam, ut tecum ad dexteram Patris consedere possim, cum in tuae veneris gloria maiestatis. Amen.
________________
*) Cf. 2 Kor 8:9 i Flp 2:7.

piątek, 4 grudnia 2009

czwartek, 3 grudnia 2009

Radioaktywnie, a z uśmiechem

Czekam na tomografię. Byłem zapisany na dziewiątą, ale pani w pracowni roześmiała mi się prosto w twarz i powiedziała, że o dziewiątej to ona ma innych pacjentów. Muszę zatem czekać, aż mnie łaskawie wywoła. Siedzę zatem, smętnie rozmyślając, że na House’a, jak kosa na kamień, raczej tu nie trafię. Na Cuddy też nie mam co liczyć.

W poczekalni ruch, bo obok jest punkt przyjęć pacjentów do szpitala, więc co jakiś czas przychodzi pani w czerwonej kamizelce, pytając: Kto do przebierania? Obok mnie siedzą trzy kobiety (niewiasty, jak to mówią dominikanie, babeczki, jak mówi moja przyjaciółka, Movena). Jedna z pań też czeka na badanie, co jakiś czas przynoszą jej plastykowy kubek z płynem, który ma wypić w ciągu 15 minut; dwie pozostałe jej towarzyszą. Babeczki-niewiasty zabawiają się rozmową na przeróżne tematy. Próbuję czytać Wykłady bawarskie Ratzingera, ale, nolens volens, dociera do mnie to, o czym niewiasty rozmawiają. Dowiedziałem się zatem, że kafelki na podłodze w poczekalni są chyba takie same, jak u jednej z nich w łazience („A ty nie masz terakoty?”, spytała druga. „Nie, kafelki; tylko nie wiem, czy moje nie są bardziej kwadratowe”.) Dowiedziałem się, że Ewa Błaszczyk („No wiecie, ta, co ma córkę w śpiączce.”) ma bardzo brzydką, okropną fryzurę, a w TVP mówili o najbrzydszym polskim aktorze („Ale to nie jest ten Maliniak z Czterdziestolatka, czekaj, kogo on grał... no wiesz, ten, jak on się nazywa.”)

Nagle drzwi się otwierają, i do poczekalni wchodzi kobieta w białych legginsach i białym kubraku, emanująca po prostu uśmiechem, ciepłem i macierzyńskością. Ktoś czeka na tomografię? - pyta. Nieśmiało mówię, że ja. No to idziemy. A pani jeszcze pije? - pada pytanie w kierunku jednej z babeczek, która skwapliwie potwierdza. Łobuzerski błysk w oku pani uśmiechniętej, ciepłej i macierzyńskiej: A lubi pani pić?

Idziemy zatem do pracowni, ktoś po drodze zwraca się do mojej towarzyszki per „szefowo”. Pani jest wciąż uśmiechnięta i serdeczna. Mierzy mi ciśnienie, pyta, jak się czuję, tłumaczy, co się może dziać, kiedy poda mi kontrast. Mówię jej, że jest bardzo miła, i że dzięki temu od razu lepiej się czuję. Pani chyba nie usłyszała, pewnie za cicho mówiłem. Ale naprawdę czuję się dobrze: jej serdeczność, jej dobry humor – w takim miejscu! – są po prostu pokrzepiające.

Po badaniu, czekając w poczekalni na wyjęcie wenflonu, dowiedziałem się, że pani to pielęgniarka. Pewnie nigdy nie przeczyta tego, co tu piszę, ale chcę jej bardzo, bardzo podziękować. Za jej podejście do pacjenta, za jej humor i za jej troskę. Nie zawsze można się z tym spotkać w szpitalu czy przychodni. Nie powinienem wprawdzie narzekać, bo jednak częściej mi się zdarza spotkać przyjaznych pracowników służby zdrowia niż tych niemiłych; ale ta bezimienna „pani z tomografii” zasługuje na z głębi serca płynące DZIĘKUJĘ. Za człowieczeństwo.

PS Gregory House, oczywiście, jest zupełnym przeciwnikiem takiego podejścia, ale i tak go lubię. Wbrew pozorom, podobieństwa się przyciągają. Chociaż ja nie umiem grać na fortepianie i nie jeżdżę na motorze.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Nomen omen

No nie, niech pan nie mówi, że moje imię odmienia się jak rodzaj żeński! Tak powiedział jeden z dominikańskich nowicjuszy. Na szczęście, dodał dwie sekundy później, znaczenie ma całkowicie przeciwne, niekobiece.

A chodzi o imię patrona dzisiejszego dnia, apostoła Andrzeja. Imię jest greckie: Andreas, i rzeczywiście odmienia się według wzoru odmiany rzeczowników rodzaju żeńskiego. (Tak jak w polszczyźnie wojewoda czy starosta.) Ale samo imię pochodzi od rzeczownika aner*) – mężczyzna, mąż. Andrzej zatem to ktoś mężny, męski, odważny, dzielny.

Niestety, takich coraz mniej, zwłaszcza w internecie. Odwagi brakuje, żeby się przedstawić, podać swoje imię i nazwisko. Łatwiej schować się za pseudonimem, nickiem, czy jak tam to zwać. Można anonimowo działać, krytykować, napadać, oczerniać, mieszać z błotem, wyśmiewać... Interrete non erubescit, czy, jak kto woli, klawiatura i monitor są cierpliwe.

Męstwo nie jest w cenie. Kiedy chodziłem do szkoły, uczono nas, co to jest cywilna odwaga. Teraz pewnie nie uczą, bo po co być odważnym. Teraz trzeba być anonimowym, i wtedy odwaga nie jest potrzebna.

Na szczęście, są jeszcze prawdziwi Andrzeje.

A św. Andrzej na rubieżach Europy pilnuje: od Wschodu w Konstantynopolu i na Rusi, od Zachodu – w Szkocji.
________________________________
*) Z tego samego rdzenia mamy też italskie słowo, oznaczające mężczyznę – nero.

niedziela, 29 listopada 2009

Pierwszy dzień nowego roku

Oddawanie się chorobie i poddawanie intensywniejszej terapii (czy raczej poddawanie się chorobie i oddawanie terapii) ma swoje dobre strony. Zamiast czytać durne blogi, można sobie spokojnie oglądać House’a, rozmyślać nad ilością przypadków w PIE, patrzeć na trawnik, pokryty spadającymi liśćmi, które tworzą morrisowski wzór, i zachwycać się prostotą i głębią tekstów niemieckiego teologa, który został papieżem. Niestety, nie udało mi się wrócić do Chaucera, a miałem zamiar...

I tak mijały tygodnie, rok dobiegł końca. Nowy rok zaczyna się wieczorem. O 17 Benedykt XVI odprawił nieszpory, pierwsze nieszpory nowego roku.

I niedziela Adwentu jest pierwszą niedzielą całego nowego roku. Liturgia tej niedzieli koncentruje się wokół „owego Dnia”, dies illa, na kilku płaszczyznach. Już w antyfonach jutrzni słyszymy o „owym dniu”, w którym góry wydadzą słodycz, a pagórki mleko i miód, i jest to zarówno zapowiedź Dnia Ostatniego, tak, jak opisują go prorocy: dnia obfitości i Bożego błogosławieństwa dla całego stworzenia [w I nieszporach antyfona głosi, że „wszelkie ciało Go ujrzy”], dnia wiecznego szczęścia jak i zapowiedź Bożego Narodzenia, kiedy to usłyszymy w responsorium nocnego oficjum: Dziś cały świat został napełniony niebiańską słodyczą.

Podobnie prorok Jeremiasz mówi o „owych dniach”, gdy Pan wzbudzi Dawidowi Odrośl sprawiedliwą, a Juda i Jerozolima doznają zbawienia: znowu mamy zapowiedź bożonarodzeniową, gdyż z rodu Dawida pochodzi według ciała Ten, którego narodzenie będziemy świętować (czytanie z Pasterki mówi: super solium David et super regnum eius sedebit in aeternum), a jednocześnie eschatologiczną, bo wciąż jeszcze czekamy na moment, gdy Jeruzalem Kościół Boży będzie mieszkać bezpiecznie w sprawiedliwości i prawie na całej ziemi.

Czytanie z Listu do Rzymian, w jutrzni, także wspomina o „owym dniu”, który jest już bliżej nas początek nowego roku liturgicznego uświadamia nam, że minął kolejny rok, jesteśmy bliżej i końca całego świata, i końca naszego życia - jeśli o tym zapomnieliśmy w ferworze doczesnych trosk, o których z kolei wspomina Ewangelia: uważajcie, aby wasze serca nie stały się ociężałe, by ten dzień nie przyszedł na was jak potrzask, jak pułapka. „Ten dzień”, tu już wyraźnie jawi się jako dzień przyjścia Syna Człowieczego, jak nam przypomina kolekta: ut Christo tuo advenienti occurrentes (...) regnum mereantur possidere caeleste. Dlatego hymn jutrzni przynosi błaganie: gdy Pan nadejdzie powtórnie, niech nas nie karze za błędy [a ileż mamy błędów ‘ukrytych’, jak mówi psalmista!], lecz przebaczeniem obdarzy. Amen.

sobota, 28 listopada 2009

Full Circle

Uton teolian we þonne þeos halige tid eft cume embe twelf monaþ, þe se lifge þæt he betre sy þonne he nu is, þurh Godes fultum, þe lyfað & rixað a buton ende.
Starajmy się, aby, kiedy ten święty czas powróci za dwanaście miesięcy, ten, kto [wciąż] będzie żył, był lepszy niż jest teraz, z pomocą Boga, który żyje i króluje na zawsze, bez końca. (Blickling Homilies XI)