Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moi nauczyciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moi nauczyciele. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 grudnia 2025

Monika

Dziś z kolei śniła mi się śp. Monika Takeuchi, która na studiach uczyła mnie angielskiego. Litowała się nad moją beznadziejną znajomością tego języka, byłem najgorszym studentem w grupie, ale lubiłem jej zajęcia bardziej niż wszystkie inne, nawet niż gramatykę grecką. Za jej dobroć dla mnie niech Bóg będzie jej łaskawy i obdarzy ją życiem wiecznym. R.I.P.

czwartek, 4 grudnia 2025

Eleonora

Sny bywają bardzo różne. Dziś mi się śniło, że miałem zorganizować schadzkę profesora Axera z jakąś Eleonorą. Profesora nie widziałem od kilkudziesięciu lat, a jedyna Eleonora, jaką znam, to z Jane Austen.

wtorek, 11 listopada 2025

Może chociaż tyle

W ankiecie, dotyczącej prowadzonych przeze mnie zajęć, jeden z nowicjuszy napisał: Panie Marcinie, z niecierpliwością czekam na każde Pana zajęcia. Może chociaż nauczycielem czy wykładowcą jestem dobrym. Bo w gruncie rzeczy to jest to, co najbardziej lubię robić. Tylko nie bardzo jest gdzie.

Na imieniny dostałem książkę o mitologii... chińskiej. Uznałem bowiem, że jej nie znam, więc warto się zapoznać z jej z bogactwem. Mam nadzieję, że mnie nie zniesmaczy.

Cieszę się, że mam za patrona św. Marcina z miasta Tours. Jak mi kiedyś powiedziała prof. Świderkówna, składając życzenia, to taki sympatyczny święty. Sympatyczny i potężny, i z pięknymi tekstami liturgicznymi.

środa, 18 czerwca 2025

Cztery momenty

Ludzie czasami mówią o jakichś ważnych czy nawet najważniejszych momentach, wydarzeniach w swoim życiu. Jeden z moich wykładowców np. mówił, że dla niego takim wydarzeniem był wybór Wojtyły na papieża. Ja tak wysoko nie sięgam; zastanawiałem się i doszedłem do wniosku, że w moim życiu były cztery bardzo ważne wydarzenia, które wpłynęły na moje postrzeganie wielu spraw i na to, co robię. Pamiętam je szczególnie.

Pierwsza taka rzecz, to kiedy zacząłem się uczyć greki w liceum, w trzeciej klasie. Język, który mnie od razu zachwycił swoją niesamowitą świeżością, z którą łacina nawet nie może się równać. I właściwie to dzięki grece dostawałem pracę.

Druga rzecz, też w trzeciej klasie liceum, to kiedy dostałem czterotomowy brewiarz. To było niezwykłe, i duchowo, i, że tak powiem, estetycznie, w porównaniu z używanym poprzednio jednotomowym brewiarzem dla świeckich, ale nie takim, jakie teraz znacie, jeszcze innym, z wydawnictwa bł. Jakuba Strzemię. Czterotomowy brewiarz był po prostu cudowny i dzięki niemu znam i kocham liturgię.

Trzecia rzecz, też w trzeciej klasie liceum, to kiedy poznałem ks. Jana Twardowskiego. To była spowiedź w pierwszy czwartek, pamiętam dokładnie. Potem się z nim czasami spotykałem, rozmawiałem, jego ciekawiło to, że uczę się greki... Ks. Twardowski bardzo wpłynął na moje życie religijne, chociaż po latach patrzę na jego nauki nieco krytycznie: jego pobożność była jednak bardzo 19-wieczna i skupiona na krzyżu i cierpieniu. Ale do jego wierszy wciąż wracam.

Wreszcie rzecz czwarta, późniejsza o trzy lata, kiedy byłem na trzecim roku studiów: poznałem wtedy prof. Annę Świderkównę, na zajęciach z lektury Nowego Testamentu. Pamiętam pierwsze spotkanie, chociaż nie pamiętam daty, i fragment z Listu do Filipian, który czytaliśmy. Bardzo się z profesor związałem, chociaż nie spełniłem pewnie jej marzeń o mojej karierze naukowej. Stała się dla mnie właściwie jak rodzina: odwiedzała w szpitalu psychiatrycznym, pożyczała pieniądze, kontaktowała się z moimi rodzicami, interesowała psem... To dzięki niej, mimo choroby, zrobiłem magisterium i dostałem pracę u dominikanów. Ona także wpłynęła na moje życie religijne i nie tylko, mniej lub bardziej świadomie ją naśladuję chociażby w tym, że zawsze mówię 'matka', a nie 'mama', albo do telefonu 'słucham', a nie 'halo'.

Jest pewnie jeszcze wiele innych rzeczy i osób w moim życiu, które na mnie wpłynęły, którym zawdzięczam wiele, ale te cztery wydarzenia są dla mnie najważniejsze, najbardziej mnie kształtujące.

niedziela, 13 kwietnia 2025

Jasna Góra jest najgorsza

Jeśli ktoś nie może uczestniczyć w Wigilii wielkanocnej w kościele, telewizja Polonia przygotowała dla niego transmisję tejże Wigilii z Jasnej Góry. Początek transmisji o 17:20. Tak, o 17:20. Wigilia zaczyna się o 17:30. Tak. I to jest publiczne zgorszenie, a więc i grzech ciężki, bo dokumenty Kościoła wyraźnie mówią, że ta święta Wigilia może się zacząć dopiero po zachodzie słońca, a ono w Wielką Sobotę tego roku, 19 kwietnia, zachodzi o 19:41. I od tego nie ma żadnej dyspensy.

Prof. Świderkówna opowiadała mi o swojej znajomej, która na wiele lat odeszła od Boga. Ale nawróciła się i postanowiła iść do spowiedzi. Wybrała na nią jednak najgorsze z możliwych, jak mówiła profesor, miejsce, a mianowicie Jasną Górę. Trafiła na spowiednika, który sprawił, że na więcej jeszcze lat odeszła od Boga i Kościoła.

Nie mówcie: Matka Boska Częstochowska, Matka Boska Częstochowska, bo to nie wystarczy.

sobota, 18 stycznia 2025

Deaths

Wczoraj się dowiedziałem, że w 2023 umarła moja nauczycielka angielskiego z czasów uniwersyteckich, Monika Takeuchi. Bardzo dobrze wspominam zajęcia z nią na drugim, a moim pierwszym, roku studiów, uważam nawet, że były to (dla mnie, pogrążonego wówczas po raz pierwszy w nocy choroby) najlepsze zajęcia, jakie w ciągu tego roku miałem, lepsze od gramatyki greckiej i łacińskiej, i literatury. Oczywiście, ja wtedy z angielskiego byłem beznadziejny, w szkole co roku mieliśmy jednego anglistę, i po czterech latach byłem co najwyżej w stanie dukać i mylić w wymowie uncle z ankle, o czytaniu tekstów nie wspominając. Mrs Takeuchi była jedną z dwóch najlepszych nauczycielek angielskiego, spośród sześciu, jakich miałem.

Drugą była Alicja Sieńska z II klasy liceum, o której kiedyś pisałem, ta, która czytała nam w oryginale Wordswortha i mówiła o bibliotece w British Council. Wiele lat po tym, jak opuściłem szkołę (spotykaliśmy się jeszcze, kiedy miałem tam praktyki, i dzieliliśmy się chrupkim pieczywem), popełniła samobójstwo. Kto może, niech wspomni ją w modlitwie, to był naprawdę wspaniały pedagog i bardzo sympatyczny człowiek. (Czy powinienem teraz napisać: pedagożka?) Pisaliśmy do niej listy po angielsku, opowiadania...

Pozostałych nauczycieli, trzech panów: Odlewanego, Rozmysłowskiego i Krasowskiego nie wspominam dobrze, bo więcej mówili po polsku niż po angielsku, metody dydaktyczne mieli beznadziejne, a do tego bywali niesprawiedliwi. Została jeszcze jedna nauczycielka, właściwie była OK, i to ona jako pierwsza mnie uczyła angielskiego, była bardzo dobra i wyrozumiała (cała klasa oprócz trzech osób już się gdzieś kiedyś uczyła angielskiego), chociaż nie miała tego charyzmatu, co panie Sieńska i Takeuchi. Z tej pierwszej klasy pamiętam, jak na klasówce ze słuchu napisałem: Openion your books. I chyba mi to nawet zaliczono. No i naukę Jingle bells.

czwartek, 26 września 2024

O granicach

Profesor Świderkówna mówiła mi, że, jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę do niej zawsze zadzwonić, nawet w środku nocy. Telefon miała przy łóżku. Staram się ją naśladować w moim podejściu do uczniów. Może na odbieranie telefonów w środku nocy nie jestem jeszcze gotowy, chociażby ze względu na leki, które przyjmuję, ale dla moich uczniów, dla ich pytań jestem zawsze dostępny w trakcie zajęć i po nich, nawet jeśli bardzo się spieszę. Nie stawiam tu żadnych granic, tak teraz modnych. Nie rozumiem ich nawet. Ani zasobów. Bo czego to są zasoby i granice? Człowieczeństwa? Miłości bliźniego? Jakiejś niesprecyzowanej energii?

poniedziałek, 6 maja 2024

Cicha nadzieja

Zakładając, że dostanę się do nieba, mam nadzieję, że nie będzie tam: szczurów, gołębi, pcheł, komarów, oraz pani R., która uczyła mnie w podstawówce matematyki, i pani O., która uczyła mnie w ramach nauczania początkowego. 

Ciekawe, czy w niebie trzeba będzie udawać, że się lubi takie osoby, albo zmuszać się do tego.

Ale mam też nadzieję, że będzie tam pani S., która w liceum uczyła mnie angielskiego, a która popełniła samobójstwo.

piątek, 1 marca 2024

Mobbing

Za moich czasów studenckich nie wiedzieliśmy, co to jest mobbing. Nazywaliśmy to gnojeniem i pomyślałem, że o tym właśnie napiszę teraz, napiszę o profesorze W., który niedawno umarł, a który przez cały okres moich studiów mobbingował mnie, czyli gnoił. To będzie moja swoista katharsis. Podejrzewam, iż robił to dlatego, że odmówiłem udziału w jego zajęciach dodatkowych, dla których on sam wybierał uczestników, i które były uważane za bardzo nobilitujące wśród studentów. Może stąd się wzięła jego nienawiść do mnie i chęć utrudniania mi życia na wszystkie możliwe sposoby. Może to była zemsta.

Podam tylko trzy przykłady. Najpierw proseminarium greckie, które mieliśmy na trzecim roku. Wezwał mnie do tablicy i kazał przetłumaczyć zdanie z polskiego na grekę; przetłumaczyłem całość, ale pomyliłem w jednym miejscu rodzajnik i on wtedy wydarł się na mnie przed całą grupą, że jak mogłem zrobić coś takiego, że to się powinno wiedzieć. Było to bardzo poniżające. Druga rzecz, to zdawanie u niego lektur. Pytałem, czy mogę przyjść na dyżur na przykład w środę, on mówił,  że jak najbardziej, a kiedy przychodziłem, oznajmiał mi, że niestety, nie może mnie przyjąć, bo już ma kilka innych osób. Kiedyś postanowiłem, że po prostu za jednym razem zdam dwie lektury, i uniknę w ten sposób jego złośliwości. Zdałem jedną lekturę, dostałem piątkę, wyciągam drugą książkę, na co on obwieszcza mi, że już mnie nie spyta, bo musi zjeść kanapkę. Rozumiem, że każdy może być głodny, ale dyżur ma się dla studentów. I wreszcie trzecia sytuacja, chyba najgorsza z tych wszystkich: to było na czwartym roku, kiedy mieliśmy metrykę starożytną, czyli naukę czytania metrycznego poezji greckiej i łacińskiej. Czytaliśmy jakiś fragment z Katullusa, pisany jedenastozgłoskowcem. Każdy miał z biblioteki pożyczone jakieś wydanie Katullusa, i z niego odczytywał wskazany przez profesora W. fragment. Ja miałem jakieś włoskie wydanie i przeczytałem przeznaczony mi fragment. W tym momencie profesor się na mnie wydarł, zaczął na mnie krzyczeć, jakbym mu, nie wiem, ubranie zalał kwasem siarkowym,
że źle przeczytałem jeden wyraz, bo on jest w innym rodzaju. Wyjaśniłem, cały drżąc xe strachu, że ja tak mam z moim wydaniu, na co on jeszcze bardziej zaczął wrzeszczeć, że mam złe wydanie, i że to w ogóle moja wina, że coś takiego się zdarzyło.

Takich sytuacji był więcej, czysta złośliwość, poniżanie wobec grupy, deprecjonowanie, po prostu mobbing. A jednocześnie profesor W. uważany był za wzór cnót chrześcijańskich, za gorliwego katolika, który był przez jakiś czas przełożonym polskiej grupy zakonu bożogrobców. Szkoda, że z tych wielbiących go osób nikt nie zauważył albo nie chciał zauważyć jego drugiej twarzy, jego drugiej strony. W moim odczuciu to nie był dobry człowiek, na pewno nie był to dobry chrześcijanin.

Niech Bóg się zmiłuje nad jego grzeszną duszą.

PS Może ktoś powiedzieć, że opisuję to teraz, kiedy profesor W. nie żyje, więc nie ma jak się bronić.  Ale wtedy, kiedy on mnie mobbingował, ja też nie miałem jak się bronić. The balance of the world has been restored.

czwartek, 23 listopada 2023

niedziela, 5 listopada 2023

Profesor Pąkcińska

Od kilku dni o niej myślę, bo nie potrafię znaleźć jej grobu na cmentarzu Bródnowskim. To była osoba po prostu dobra: życzliwa, otwarta, i wiele jeszcze można dodać, gdyż była niezwykłą postacią. Była uczennicą Krokiewicza, specjalistką od Platona i romansu greckiego; zdawaliśmy u niej poetów melicznych, Platona i historię literatury greckiej. Za młodu miała czarne włosy, była bardzo piękna, tak że wszyscy wykładowcy i studenci się w niej kochali. Za moich czasów była już o wiele starsza, ale też była ciągle bardzo ładną kobietą, ze stylem, z elegancją, z szykiem takim jeszcze przedwojennym. Wspominam ją bardzo dobrze, pamiętam naszą rozmowę przy zdawaniu Safony i później, przy literaturze greckiej, kiedy opowiadała o kazaniach w Katowicach, gdzie się przeprowadziła razem z mężem-wojskowym (do Warszawy przyjeżdżała tylko na zajęcia raz w tygodniu).

Niech raduje się, o Panie, Twoim obliczem na wieki. Amen.

niedziela, 21 sierpnia 2022

You stupid woman

Jak kiedyś wspominałem, matematyki w szkole podstawowej uczyła nas pani H. Przekona była, że jej przedmiot jest najważniejszy w świecie. Kiedyś w czerwcu powiedziała do nas: Odpoczywajcie sobie w wakacje do 15 sierpnia, a od 15 sierpnia zacznijcie powtarzać materiał z matematyki. Pomyślałem sobie wtedy: Ty głupia babo, nie będziesz mi mówiła, jak mam spędzać wakacje. O.

czwartek, 7 kwietnia 2022

Carissimo magistro et amico

W środę byłem na pogrzebie pana doktora Mańkowskiego, Jerzego Mańkowskiego. Pozostała pustka. To ostatni z wielkich wykładowców filologii, jakich miałem, ci, którzy zostali, nie są warci złamanego szeląga. Ostatni z wielkich nauczycieli. Czy przekażę dalej to, czego mnie nauczyli?

Powiedziałem jednemu z moich byłych dominikańskich uczniów, że jest pogrzeb pana Mańkowskiego, który w 2004 miał dla nich wykład na temat przebaczenia w literaturze greckiej. I ten mój uczeń, obecnie proboszcz dobrodziej, powiedział: Pamiętam, to było na przykładzie 'Iliady'. Jak silna musiała być osobowość nauczyciela, jego pasja przekazywania wiedzy, że po tylu latach pamięta o tym ktoś, kto z literaturą antyczną nie ma już do czynienia!

poniedziałek, 21 marca 2022

Zmarł dr Jerzy Mańkowski

Jeden z trzech nauczycieli akademickich, którym najwięcej zawdzięczam, a może nawet zawdzięczam wszystko, czego się nauczyłem na studiach. Jemu zawdzięczam znajomość greki (myślę, że całkiem dobrą) i znajomość literatury greckiej. Kiedyś już o nim pisałem na blogu, może jeszcze coś dodam później.

Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei cum sanctis tuis in aeternum, quia pius es.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Święty Paweł, Hetyci i babka od ruska

Nie przepadam za listami św. Pawła, niezależnie od tego, w jakim języku mam je czytać. Jako proza grecka są dosyć przeciętne. Urwane myśli, niedokończone zdania, składnia niezgrabna, ciężko się to czyta.

A dziś w nocy miałem sen hetycki, czyli kolejny z grupy snów indoeuropejskich. Byliśmy na wyjeździe w Anatolii, uczyliśmy się zwrotów hetyckich, poznawaliśmy archeologię. I otruliśmy babkę od rosyjskiego z mojego liceum, która jakimś dziwnym trafem się tam znalazła. Potem okazało się, że przeżyła, i że mieszka koło liceum; unikaliśmy jej, bo było nam głupio. I jeszcze we śnie było o kupowaniu gramatyki rosyjskiej, której nakład był już wyczerpany. Ot, takie dziwne obrazy senne.

piątek, 3 kwietnia 2020

A pod moimi oknami...

Edward i Anastazja, dwie kaczki krzyżówki. Dosyć daleko od wszelkich akwenów...

(W liceum miałem nauczycielkę, która mówiła akweny wodne.)

poniedziałek, 27 marca 2017

Demony i filolodzy

Czytam powtórnie wspomnienia prof. Lidii Winniczuk. Opisuje, bardzo ciekawie, swoje lata szkolne i studenckie. Po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego Anna Świderkówna opowiadała, że Winniczuk nie cierpiała jej, wręcz nienawidziła, już od czasów, kiedy Świderkówna była studentką. Co więcej, z lubością opowiadała, jaka nieszczęśliwa była Winniczuk, egzaminując ją z Ajschylosa. Ale wiem od innych moich wykładowców, że Winniczuk była doskonałym filologiem, i, co może nawet ważniejsze, wspaniałym pedagogiem. Owszem, krążą też opowieści, że była nieszczęśliwie zakochana w prof. Kumanieckim, i to wpływało na pewne jej działania, ale on był tak przystojny, że kochały się w nim wszystkie chyba współpracownice i studentki. Zresztą, czy złą rzeczą jest kochać?

Nie znałem prof. Winniczuk, była już na emeryturze, kiedy zaczynałem studia. Czy rzeczywiście była takim demonem, jak ją przedstawiała Świderkówna? W miarę upływu czasu od śmierci tej ostatniej zaczynam coraz bardziej wątpić. Prof. Świderkówna bardzo często przedstawiała się jako ofiara niechęci czy wręcz nienawiści ze strony innych profesorów, czy to Bieżuńskiej-Małowist, czy Taubenschlaga, czy nawet Jurewicza. Obraz pt. „Ja jestem święta i niewinna, a oni źli i chcą mnie zniszczyć” nie jest zbyt wiarygodny. Sam wprawdzie doświadczyłem wielkiej nieżyczliwości, a może nawet silnej niechęci, ze strony dwóch profesorów – w przypadku jednego z nich chyba wiem, dlaczego, co do drugiego, wychwalanego przez wszystkich pod niebiosa, nie wiem, bo nawet mnie nie znał – ale to raptem dwa przypadki, czy nawet jeden – ten drugi profesor to był ledwie epizod – a nie cała seria, cały tłum złych i niegodziwych wrogów, którzy bez powodu nienawidzą. Jakiś powód zawsze jest, i zwykle się okazuje, że dana osoba wcale taka niewinna nie jest. Sama Świderkówna bardzo źle się wyrażała o Szelestównie (sam byłem świadkiem), ale jaka historia za tym stoi, nie mam pojęcia. Równie niepochlebnie mówiła też o Cytowskiej i Niemirskiej-Pliszczyńskiej. Może projektowała na innych własną agresję?

Ale to takie tylko przemyślenia, jak było naprawdę, nie dowiemy się, bo wszyscy zainteresowani już nie żyją. Co ciekawe, większość opowieści prof. Świderkówny dotyczyło osób, które już nie żyły, jednostronność więc była zapewniona (jej opinia była jedyną słuszną?).

sobota, 4 lutego 2017

Spóźniona równowaga

Przypominając sobie dawny angielski serial Robin Hood (ten z muzyką Clannadu), przypomniałem sobie nauczyciela z liceum, doktora Tomasza Kowalczuka. Pisałem już kilka razy o jednym z moich uniwersyteckich wykładowców, doktorze Jerzy Mańkowskim, któremu bardzo dużo zawdzięczam z greki i z greckiej literatury, a nie pisałem o panu Kowalczuku, któremu równie wiele zawdzięczam, zatem piszę teraz, dla równowagi. 

Uczył nas literatury – tak należy to ująć, bo nazwanie go polonistą byłoby uwłaczające i pomniejszające jego wiedzę i nauczanie. Nie uczył nas przez cztery lata, przyszedł chyba w połowie drugiej klasy, kiedy poprzednia nauczycielka (nazywana Tą-która-obciąga-sweterki) odpłynęła na urlop macierzyński, a jego przyjście było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły spotkać naszą klasę. Owszem, uczyliśmy się głównie literatury polskiej, ale w szerszym ujęciu, na tle literatury europejskiej. (Na łacinie mieliśmy historię literatury rzymskiej, a na polskim światowej i polskiej: to były czasy!) To właściwie dzięki tym lekcjom poznawaliśmy różnice między egotyzmem a egoizmem, romantyzmem a romantycznością etc. To na lekcjach z panem Kowalczukiem, który miał też fakultet z filozofii, rozmawialiśmy o Kierkegaardzie czy Jungu. Od niego dowiedziałem się, kim byli poeci metafizyczni. W czwartej klasie, jako przygotowanie do matury, prowadził dodatkowe zajęcia (dla chętnych; jakże inaczej, niż koszmarna pani H., matematyczka z podstawówki, o której już kiedyś pisałem!), które właściwie były lekcjami o ludzkiej kulturze, literaturze i filozofii, wszystko zręcznie podane i wyjaśnione. Podał nam sposób podejścia do każdej epoki literackiej: otóż trzeba sobie zadać trzy pytania, które epokę określają i pozwalają zrozumieć. Trzeba zapytać, jaki stosunek miał człowiek w danej epoce do: samego siebie; Boga; świata. W maturalnej chyba klasie dał nam też listę różnych dzieł literatury światowej, od Platona po Eco, trzeba sobie było wybrać trzy pozycje i napisać z nich, samodzielnie, wypracowania.

Osobiście cieszę i z tego, że pan Kowalczuk nie zagłębiał się zbytnio w Oświecenie i pozytywizm, epoki nudne i duszne. Owszem, robiliśmy, co trzeba było (Oświecenie tylko w powtórzeniu, bo zdążyła je z nami omówić Ta-co-obciąga-sweterki).

Pamiętam jego zdjęcie z naszej studniówki: ktoś uchwycił go, jak stał przy stoliku z półmiskiem kanapek w ręku. Daliśmy mu to zdjęcie w prezencie, z napisanym z tyłu cytatem z Mrożka: W tym kraju każdy kelner jest filozofem, a filozof kelnerem. Pamiętam też, jak przy klasowym opłatku, w klasie chyba trzeciej, życzył mi ciągłego tworzenia neologizmów.

Tak, bardzo dużo mu zawdzięczam w kwestii znajomości i rozumienia literatury. Po liceum spotkałem go jeszcze dwa razy. Koło biura Rzecznika Praw Obywatelskich w pewien czwartek, gdy byłem studentem piątego roku filologii klasycznej, i kilka lat później, kiedy pracowałem na uniwersytecie, na jakichś wyborach Wydziału Polonistyki (filologia klasyczna w Warszawie podlegała polonistyce od czasów prof. Kumanieckiego, nie wiem, dlaczego tak było).

A co ma z panem Kowalczukiem wspólnego Robin Hood? Otóż wyjaśniał nam na przykładzie tego serialu, co to jest romantyczność.

wtorek, 4 października 2016

κρίνω, cerno itd.

W obecnym nowicjacie jest czterech Pawłów, dwóch Mateuszów i dwóch Krzysztofów. Jakoś ich muszę rozróżnić, w jakiś naturalny i neutralny sposób. W liceum uczyła nas fizyki pani B., która nie zadawała sobie trudu nauczenia się imion uczniów, tylko nazywała każdego tak, jak jej podobało: Ty będziesz Kasia, mówiła do pewnej Agnieszki, bo wyglądasz na Kasię. Koszmar. Na mnie mówiła 'Tomcio'. Na szczęście babsztyl zniknął po roku. (Tak, to ta sama, która układała wierszyki o Izaurze.) Z kolei w czasie studiów byliśmy kiedyś na pokazowej lekcji łaciny w żeńskiej szkole, tam nauczycielka nadała dziewczynom rzymskie imiona, i sprawdzanie listy było odczytywaniem: Iulia, Tullia, Fufia, Terentia, Cornelia... Też koszmar.