Pokazywanie postów oznaczonych etykietą całkowitej brak kultury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą całkowitej brak kultury. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2022

Trochę to chamskie

Kiedy papież Franciszek mówi: Dzięki odejściu Benedykta dokonało się wiele dobrych rzeczy.

Jak pisał ksiądz Twardowski, oczytany analfabeta chlapie językiem.
 
A poza tym, to chętnie bym się dowiedział, jakie to dobre rzeczy się dokonały za pontyfikatu Franciszka.  Ja z powodu choroby (typ II) częściej dostrzegam złe rzeczy w życiu, więc fajnie byłoby zobaczyć i te dobre.

środa, 28 lipca 2021

Gówniara na hulajnodze (a może gówniarz, trudno powiedzieć)

Idę z psem, nagle tą samą alejką jedzie gówniara na hulajnodze, przejeżdża tuż obok nas. Pies się denerwuje, szczeka i wyrywa się. Gówniara zawraca i jeszcze raz koło nas przejeżdża, i jeszcze raz, i coraz mniejsze koła robi. Wyraźnie sprawia jej przyjemność denerwowanie psa. 

Dlatego już po raz kolejny napiszę: uważam, że na hulajnogach powinno się jeździć po ulicy, a nie po chodniku czy alejce parkowej.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ceterum censeo: rowerzystów należy tępić!

Chodnik szeroki na jakieś półtora metra. Po jednej stronie jezdnia, po drugiej wąski pas trawy. Idę z psem. Nagle z tyłu wypada rowerzysta, wjeżdża na trawnik, aby nas wyminąć, pies warknął dosyć głośno. Rowerzysta rzucił w naszym kierunku jakieś słowo zaczynające się na 'q'. Rowerzysta miał do nas pretensję, że idziemy po chodniku i on nie mógł przejechać, musiał wjechać na trawnik! Wyobrażacie sobie państwo, przeszkadza komuś to, że pieszy idzie po chodniku! Mnie natomiast ciekawi, dlaczego Q-rowerzysta jechał z taką prędkością po chodniku, i dlaczego nie zadzwonił, nadjeżdżając z tyłu. Bóg nie obdarzył mnie, niestety, parą oczu na potylicy...

Będę powtarzał aż do znudzenia: rowerzystów należy tępić!

niedziela, 31 lipca 2016

Och i ach, czyli o pamięci medialnej

W swoim czasie oglądałem chętnie Kuchenne rewolucje Gesslerówki, głównie z nadzieją na jakieś ciekawe przepisy — niestety, okazało się, że ciągle proponuje golonkę lub dziczyznę. W każdym razie, w co drugim odcinku prowadząca mówiła, że nigdy jeszcze tak złej restauracji nie widziała, nie jadła tak niedobrego jedzenia i nie spotkała tak beznadziejnych właścicieli, ergo nigdy jeszcze tak trudnej rewolucji nie musiała przeprowadzać.

Podobnie zachowują się media w czasie wizyty papieża Franciszka. W radiu i w telewizji na okrągło mówią, że papież zrobił to, zrobił tamto, powiedział tak, powiedział inaczej, i jakie to wszystko jest niezwykłe, niesamowite, i że nikt tak jeszcze nie mówił, nie robił, etc., etc. Tak samo media się zachowywały przy wizytach Jana Pawła II i Benedykta XVI. No cóż, każdy człowiek jest inny, każdy papież jest inny, więc to, co robi czy mówi, jest jemu właściwie. A gdyby ludzie mediów sięgnęli do Pisma świętego, zobaczyliby, że wiele z tych „nowości”, przypisywanych papieżom, tak naprawdę ma swe źródło w Biblii. Ot, papież mówi o życiu małżeństw, że zdarzają się w nich kłótnie, że to normalne, ale trzeba pamiętać o pogodzeniu się przed nocą: Nigdy nie kończcie dnia bez zawarcia pokoju. Ale to nie jest jakaś jego szczególna mądrość, tylko zalecenie św. Pawła z Listu do Efezjan (4:26): Gniewajcie się, ale nie grzeszcie; słońce niech nie zachodzi nad waszym gniewem. To nauka nie tylko dla małżeństw, ale dla każdego z nas.

Pamięć medialna jest bardzo krótka, wybiórcza i niedouczona.

Chcę jeszcze zwrócić uwagę, nie po raz pierwszy, na brak szacunku papieża Franciszka wobec wiernych. Otóż msza dzisiejsza miała się rozpocząć o godzinie 10:00.

Kiedy włączyłem telewizor o 10:01, śpiewany był już psalm responsoryjny. Znowu papież mszę zaczął wcześniej. Rozumiem, że dla obecnych na miejscu celebracji nie miało to znaczenia, ale dla tych, którzy śledzą papieską pielgrzymkę poprzez media, ma to znaczenia jak najbardziej! Dlaczego tak się dzieje, i to wielokrotnie? Ja mam wrażenie, że obecny papież chce mieć liturgię jak najszybciej za sobą, chce mieć z nią kontakt minimalny, tylko tyle, ile jest konieczne, co widać chociażby przy używaniu stuły na błogosławieństwo Urbi et orbi. Może się mylę, to tylko moje domysły, niemniej jednak trudno ich uniknąć.

czwartek, 28 lipca 2016

Per

Ciekawa zmiana w kontaktach z kupującymi w internecie: dopóki wszystko było dobrze, byłem 'panem'; kiedy coś poszło nie po myśli kupującego, stałem się 'ty' i 'chłopcem'. Podejrzewam, że kupujący mógłby być nawet moim wnukiem. No, może tylko synem.

poniedziałek, 23 maja 2016

Między ludźmi a autobusem

Stoimy na przystanku, czekamy na autobus. Cztery osoby. Autobus podjechał, otwiera drzwi, podchodzimy, a w tym momencie dwójka rowerzystów (facet i babeczka) wjeżdża między nas a autobus. Jedna z wsiadających podniosła rękę, chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła.

Bezczelność i chamstwo rowerzystów. Nieznajomość przepisów. Dlatego będę wykładał moje ceterum censeo, że rowerzystów należy bezwzględnie tępić! Niech znikną z chodników, a najlepiej niech znikną z miast. I nie obchodzi mnie, że są niby ekologiczni. Są przede wszystkim niebezpieczni.

czwartek, 4 lutego 2016

„Gdyby Bóg chciał, żeby aktorzy myśleli, dałby im mózgi”

Będzie (nieco) zgryźliwie.

W poczekalni skusiłem się na przeglądanie kolorowych gazetek („czasopismo” brzmi zbyt poważnie jak na ten typ prasy). W niemal każdym relacje z życia pewnej polskiej aktorki, nazywanej jedną z najlepszych, najsłynniejszych i w ogóle naj... aktorek współczesnych. Kilka razy zdarzyło mi się ową babeczkę widzieć w różnych produkcjach. W każdej grała dokładnie w ten sam sposób (widać naśladuje Maję Komorowską), do tego ma ona bardzo charakterystyczny, wrzaskliwy głos. Więcej, nawet rysy jej twarzy są wrzaskliwe: znajdźcie w swoim otoczeniu kogoś wrzaskliwego i popatrzcie, jego oczy, usta, cała twarz są bardzo charakterystyczne. (Nauczyłem się rozpoznawać wrzaskliwe twarze już bardzo dawno, w szkole podstawowej, w której pracowała niejaka pani Rybak: wrzaskliwości okaz doskonały.) Jej pojawienie się na ekranie telewizyjnym sprawia, że mam ochotę przyciszyć telewizor albo zatkać uszy.

No cóż, może taki jest teraz ideał aktorki. Monotonnie wrzaskliwa.

A skoro już o aktorach: denerwuje mnie, kiedy aktorzy pretendują do roli wyroczni moralnych czy, nawet, kulturalnych. W końcu ich zawód opiera się ze swej natury na kłamstwie (aktor po grecku to hypokrites), przez stulecia postrzegany był z pogardą, a tu nagle aktorzy wyrastają na wzorce i na znawców każdej dziedziny życia. Ot, taka np. powinowata mojej ciotki, aktoreczka w wieku emerytalnym, pojawia się wszędzie, gdzie tylko może, jako specjalistka od wszystkiego. I na sądownictwie się zna, i na psychologii, i na polityce, a jestem pewien, że także na geografii, chirurgii, finansach, hodowli kur i całej masie innych rzeczy. Gdyby o gramatyce porównawczej mówiono w telewizji lub pisano w kolorowych tygodnikach, z pewnością też zabrałaby głos.

Denerwuje mnie także, kiedy aktorzy wykorzystują swoją pozycję dla zbierania pieniędzy na leczenie chorych kolegów. W czym lepszy jakiś aktor, który przeszedł udar albo walczy z rakiem, od zwykłego człowieka, którego takie choroby spotkały? Znajomi aktora zaraz zorganizują akcję zbiórki pieniędzy, pokażą się w telewizji, dadzą się usłyszeć w radio, ludzie będą płacić. Czy godzi się tak wykorzystywać własną popularność?

niedziela, 17 stycznia 2016

Wąchacze

Zadziwiające, że ludziom, którym przeszkadza na podwórzu zapach psów i kotów, nie przeszkadzają spaliny z własnych samochodów, dym z palonych papierosów, a czasami i własny smród, fizjologiczny. Także na podwórzu.

wtorek, 9 czerwca 2015

Piramida kół

Być może rowerzyści, prześladowani – podobno – przez kierowców, prześladują z tego powodu pieszych? Z moich rozmów ze znajomymi i sąsiadami wynika, że rowerzyści są prawdziwym utrapieniem dla pieszych. Chamscy, bezwzględni, nie zważają zupełnie na tych, którzy idą, a nie jadą. Nie zsiadają z roweru na przejściu dla pieszych, tylko brutalnie wjeżdżają pomiędzy stłoczonych ludzi. Wyjeżdżają nagle z tyłu, na chodniku (czy nie mogą jeździć po jezdni?), bez dzwonka, bez ostrzeżenia, nie przejmując się, że kogoś przy okazji trącają albo przerażają. Jeżdżą po chodnikach z taką prędkością, jakby to był wyścig. Etc., etc.

Kiedy więc prawie wszyscy popierają rowerzystów i chwalą poruszanie się na rowerze, ja zdecydowanie mówię NIE! Niech rowerzyści nauczą się najpierw szacunku wobec pieszych, niech przestaną ich terroryzować i zrozumieją, że wokół nich i ich dwóch kółek świat się nie kręci.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

piątek, 1 sierpnia 2014

Zamiast wiązanki

Szanowny rowerzysto, który nagle wyjechałeś z tyłu, kiedy stałem na chodniku z psem na smyczy! Może zamiast rzucać wiązankę pod naszym adresem (jako że pies zaczął szczekać), zadzwoniłbyś dzwonkiem, żebyśmy mogli się przygotować na twój najazd? To naprawdę nic przyjemnego, kiedy zupełnie nagle ktoś zza nas wyjeżdża czy wybiega, i nie ma się co dziwić, że pies się niepokoi, bo nie wie, co się dzieje, dlaczego nagle coś szybko się porusza i pojawia tuż obok nas. Naprawdę wystarczy zadzwonić, a zejdziemy na trawnik, będzie prościej.

Ale cóż, rowerzyści uważają, że do nich należy chodnik, że oni zawsze i wszędzie są najważniejsi, i oczekują chyba, że każdy ma oczy dookoła głowy i w każdej chwili widzi, że ktoś jedzie. A wystarczy zadzwonić, dać znak, że się nadjeżdża.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Jaśniepaństwo na rowerach

Dlaczego rowerzystom nie przyjdzie na myśl, żeby zadzwonić, kiedy mijają pieszego, idącego przed nimi? Oczu z tyłu pieszy nie ma. A jeszcze są oburzeni, że się im nie ustępuje miejsca na zwykłym chodniku.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Księżna yorka

Oni się separują, powiedziała właścicielka znajomej suczki o pani, która spaceruje z yorkiem. Bez smyczy, zawsze środkiem ścieżki, oczekując, że każdy jej i jej psu ustąpi. Nigdy nie rozmawia z nikim z innych psiarzy, widać nie jej poziom. Czasami radośnie rozmawia przez komórkę z kimś, jak sądzę, z wyższych, czyli jej właściwych, sfer. Słynna pani Barbara powiedziałaby bez ogródek: Madame (........) 21. wieku.

niedziela, 20 listopada 2011

Staroświeckie dyspozycje, czyli Ps 37:25a

Czasy się zmieniają. Podaję komuś mój mejlowy adres lub mój numer telefonu komórkowego, ktoś – bez mojej zgody! – podaje go dalej. Nie cierpię tego. Oczywistym wydaje mi się pytanie: Czy mogę podać twój adres temu a temu? Jednak nie jest ono oczywiste dla wszystkich.

Kiedyś, kiedy uczyłem greki w Ośrodku Badań nad Tradycją Antyczną, numer mojej komórki „wyciekł” i trafił do studentów. O różnych porach dnia i nocy dostawałem potem esemesy lub telefony z pytaniami o zaliczenia. Jestem dziwakiem i uważam, że moja komórka jest tylko dla moich przyjaciół i znajomych, ewentualnie współpracowników. Jeśli ktoś spoza tego grona chce się ze mną skontaktować, proszę, jest numer telefonu stacjonarnego, który jest dla wszystkich, a można go znaleźć w książce telefonicznej.

Tak samo z mejlem. Zaczynam dostawać wiadomości od nieznanych osób (kasuję od razu) czy różnego rodzaju zaproszenia. Po kolejnym zaproszeniu na Laboratorium Filologiczne zdenerwowałem się i spytałem, dlaczego je dostaję, skoro nigdy nie subskrybowałem się, nie zgłaszałem mojego adresu do żadnej listy. Co się okazało? Ktoś podał mój adres, ot, przecież może nim dysponować, skoro kiedyś ze mną korespondował.

Dla mnie to nadużywanie mojej prywatności. Sam decyduję, kogo do niej dopuścić. W gronie moich znajomych naturalnym jest pytanie o pozwolenie na podanie numeru lub adresu, nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Czasami ktoś chce być porządny i informuje po fakcie: Pozwoliłem sobie podać twój numer komórki i adres mejlowy temu a temu. Musztarda po obiedzie...

poniedziałek, 11 października 2010

Nie nadążam, nie rozumiem

Jestem już stary i tempo współczesnego świata nie dla mnie, pewnych rzeczy po prostu już nie rozumiem. Oczywiste np. wydawało mi się, że przy przechodzeniu na ‘ty’ pierwszy krok robi osoba starsza – w dzisiejszych czasach, jak się zdaje, zasada ta już nie obowiązuje.

Powszechne staje się zwracanie do nawet nieznanych lub oficjalnie wyżej stojących osób przez łączenie imienia z ‘pan’ lub ‘pani’. Tego nie lubię, ale toleruję: tak się rozpleniło, że trudno z tym walczyć. Miałem kiedyś studentkę, która mówiła do mnie ‘panie Marcinie’, lodowate spojrzenia z moje strony nie odnosiły skutku, w końcu – przymknąłem oko. Ale nie wyobrażam sobie, żebym ja do któregoś z moich wykładowców powiedział ‘pani Aniu’ czy ‘panie Jerzy’! Owszem, niektórzy z nich przeszli ze mną na ‘ty’, kiedy skończyłem studia, przy czym inicjatywa wyszła z ich strony. Do mnie, jako do studenta, zwracano się albo ‘panie Morawski’, albo ‘proszę pana... niech pan... czy może pan...’. Szczerze powiedziawszy, czułbym się głupio, gdyby ktoś z moich profesorów powiedział do mnie ‘panie Marcinie’. (A mieliśmy profesora, który do swoich ulubienic mówił ‘kotku’... ale to dosyć dziwny człowiek, jak kiedyś powiedziała pani Świderkówna: chyba lekko niezrównoważony.) Nigdy też nie używałem, i nie wymagano tego ode mnie, tytułów naukowych, w rozmowach z moimi wykładowcami. Ci ludzie znali swoją wartość, nie potrzebowali przypominania o niej przez powtarzanie tytułów... Owszem, w rozmowie o nich mówiło się np. ‘doktor Mańkowski’, ale – znowu – nie wyobrażam sobie powtarzania mu na zajęciach, przy każdym pytaniu, ‘panie doktorze’.

Wracając do ‘panie Marcinie’: naturalne mi się wydaje, że mówi tak do mnie ktoś, kto mnie dosyć długo zna, lub ze mną współpracuje. Taki zwrot wyraża jednak pewną zażyłość, i, moim zdaniem, nie powinien być nadużywany, bo trąci wtedy jakąś niemiłą poufałością. (W ogóle używanie czyjegoś imienia jest dla mnie szczególną sprawą; tu moje myślenie zatrzymało się kilka tysięcy lat temu.)

Zauważyłem natomiast, że w internecie modną formą jest używanie tylko inicjałów – pewnie tak szybciej, a czasu, jak wiadomo, nie ma, nie ma, nie ma... Dla mnie jest to – chamskie. Gdybym sam podpisywał się tylko inicjałami, moje imię i nazwisko byłyby nieznane – w porządku. Jeżeli jednak w blogu podane jest moje imię i nazwisko, które dodatkowo pojawia się przy każdym moim wpisie, naturalną rzeczą wydaje mi się zwracanie się do mnie przy jego użyciu.*) ‘Pan Morawski’, a jeśli już ktoś koniecznie chce, proszę bardzo, ‘pan Marcin’, przełknę jakoś. No, chyba że ktoś uważa mnie za komputerowy program, który można nazwać jakimś skrótem lub skrótowcem, albo ma specyficzny sposób postrzegania człowieka: miałem np. nauczyciela w liceum, który zwracał się do nas numerami (ja byłem trzynastką). Nie trzeba chyba nikomu przypominać, kto jeszcze w podobny sposób oznaczał ludzi...

Tu pojawia się inna jeszcze sprawa: podpisywanie się własnym nazwiskiem, zwłaszcza wtedy, kiedy się kogoś krytykuje (kiedyś już o tym pisałem). Użycie nicku, przezwiska, ksywki, jakiejś sentencji, etc., jako swojego podpisu, jest niewątpliwie wygodne, pozwala zachować anonimowość, a przede wszystkim – nie wymaga odwagi. Może dlatego jest takie popularne...

Pewnie to wszystko nudne i nie z tego świata, kogo dzisiaj obchodzą takie feudalne drobiazgi (jak mi kiedyś ktoś powiedział). Mnie obchodzą, i pewnie jeszcze kilka osób się znajdzie.
____________________
*)Aczkolwiek, użycie inicjału samego imienia jest dla mnie naturalne przy korespondencji – ale prywatnej! – z bliskimi mi osobami. Mogę napisać ‘droga M.’ czy ‘drogi C.’, podpisać się ‘M.’ Publicznie jednak nigdy bym tego nie zrobił.