niedziela, 8 sierpnia 2010

BeOP śledztwo

Nigdy przedtem nie zwróciłem na to uwagi, przynajmniej nie pamiętam, abym się nad tym zastanawiał, a przecież tę książkę wiele razy miałem w rękach. Dopiero wczoraj uświadomiłem sobie, że przy nazwisku jednego z współautorów jest OP.

The Dating of Beowulf, zbiór artykułów, rezultat słynnej (skandalicznej, jak z przymrużeniem oka ją nazwała Roberta Frank) sesji w Toronto. Autorem jednego z artykułów jest Leonard E. Boyle OP. Pamiętam, jak z dumą mówiła mi o nim któraś z grup w dominikańskim kolegium (chyba był w niej Wojtek Golubiewski... a może to była wcześniejsza grupa?) – że był Prefektem Biblioteki Watykańskiej. A tu się okazuje, że i o Bewoulfie miał coś do powiedzenia – jako chyba jedyny spośród braci kaznodziejów.

Sam artykuł jest czymś w rodzaju  śledztwa. Nie wiemy, i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, kiedy powstał Beowulf. Mamy tylko jeden rękopis tego poematu, datowany na ok. rok 1000 – jedyna data, jakiej możemy być w miarę pewni. Tekst poematu spisany jest przez dwóch skrybów, wyraźnie to widać w rękopisie, nazywanych po prostu A i B. O. Boyle docieka, w jaki sposób dzielili się oni swą pracą, zwracając uwagę na różną ilość wersów na kilku stronach manuskryptu. Wygląda na to, że skryba B swój fragment – końcówkę poematu – pisał równolegle ze skrybą A, a potem połączono te dwa fragmenty w jeden manuskrypt. Ale widać też wyraźnie, jak nagle przejął pióro od skryby A w środku wyrazu – dlaczego? Nie wiemy. Może skryba A po prostu zachorował, nie skończył swojej porcji przepisywanego tekstu...

O. Boyle zwraca uwagę, że taka analiza manuskryptu pozwala nam coś powiedzieć – aczkolwiek niewiele, niestety! – o egzemplarzu, z którego skrybowie kopiowali tekst: że był zupełnie inny, jeśli chodzi o rozmiary książki. Czy był to manuskrypt bardzo stary, czy współczesny skrybom – nie wiemy. Zagadka Beowulfa pozostaje...

Przy okazji, skoro pisałem o uczonym dominikaninie: dla wszystkich moich dominikańskich przyjaciół i uczniów, także dla tych, którzy dopiero stają się dominikanami – dzisiaj na mszy pamiętałem o was.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Skojarzenia pielgrzymkowe

Od kilku dni na Jasną Górę idzie dominikańska pielgrzymka, której hasło brzmi: Amen, amen.

Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, chyba w czerwcu jeszcze, pierwsze skojarzenie było – wstyd powiedzieć! – zupełnie błędne. Powinienem wszak błyskawicznie skojarzyć ten zwrot ze słowami Pana w Ewangelii: amen, amen powiadam wam, tłumaczone tradycyjnie na polski jako zaprawdę, zaprawdę powiadam wam. (Zapytajcie człowieka w kościele, co znaczy owo „zaprawdę”. A potem napiszcie, co wam odpowiedział. A potem zapytajcie kolejnego, etc. Ciekawym odpowiedzi.) Ja natomiast zapytałem: A dlaczego tylko dwa razy, a nie trzy? Pierwsze bowiem moje skojarzenie dotyczyło uroczystego zakończenia mszalnej anafory, właśnie przez potrójne ‘amen’.

Zanim do mnie dotarło (a dotarło raptem kilka dni temu), że w owym pielgrzymkowym haśle chodzi właśnie o słowa samego Pana w Ewangelii, miałem jeszcze kilka innych skojarzeń. Najpierw z hebrajskimi rdzeniami. Potem z Apokalipsą: To mówi Amen, świadek godny wiary i prawdziwy, początek stworzenia Bożego (Ap 3:14). Tak zwraca się Pan do Kościoła w Laodycei, i upomina: chciałbym, abyś był albo zimny, albo gorący, a ty jesteś letni! Potem ze słowami św. Pawła do Koryntian: że przez Chrystusa wypowiadamy nasze amen na chwałę Boga (2 Kor 1:20). Skoro sam Bóg nazywa się Amen – czyli jest pewny, można się na nim oprzeć, nie zawodzi – to i nasze amen nie może być letnie, ale musi być całkowitą odpowiedzią, pewną i trwałą.

Ciekawym, o czym w czasie tej pielgrzymki będą mówić.

Swoją drogą, nie potrafię zrozumieć fenomenu pielgrzymek. Dla mnie, sybaryty związanego dobrowolną i niedobrowolną stabilitas loci, to świat zupełnie obcy*). Pocieszam się zawsze słowami z Naśladowania, że kto odbywa wiele pielgrzymek, z trudem będzie zbawiony. Ale innym widać pielgrzymki służą – co daj, Panie Boże!

Czas odpocząć. Pogoda męczy, choroba męczy. Chociaż w ten sposób mogę się zjednoczyć z pielgrzymami – zmęczeniem. A dziś dzień św. króla i męczennika Oswalda, niech nas wspomaga.
_________________________
*) A mój ojciec w młodości chodził. Wspomina, jak na kolanach się wchodziło na Jasną Górę.

środa, 4 sierpnia 2010

Stopniowanie

W hymnie dzisiejszych nieszporów, wziętym z tekstów o pasterzach, święty kapłan nazwany jest kolejno: doctor, sacerdos, hostia.

Stopniowanie kapłańskiego życia – stopniowanie roli księdza w liturgii: nauczyciel, kapłan, ofiara. Staje się hostią złączoną z jedyną, świętą i niepokalaną Hostią. Do tego ma dążyć.

W gruncie rzeczy, każdy chrześcijanin ma do tego dążyć, na mocy chrzcielnego kapłaństwa.

Jakie to trudne.

Zagadka (nieliturgiczna)

Zabawna sytuacja, która mi się ostatnio przydarzyła, skłoniła mnie do umieszczenia na blogu zagadki.

Który z podanych niżej tekstów napisany jest w staroangielskim?

Wilt thou forgive that sin where I begun,
   Which is my sin, though it were done before?
Wilt thou forgive that sin, through which I run,
   And do run still: though still I do deplore?


--

Thow mayde and mooder, doghter of thy sone,
Thow welle of mercy, synful soules cure,
In whom that God for bountee chees to wone,
Thow humble, and heigh over every creature,
Thow nobledest so ferforth oure nature,
That no desdeyn the makere hadde of kynde
His sone in blood and flessh to clothe and wynde.

--

Musick to heare, why hear’st thou musick sadly,
Sweets with sweets warre not, ioy delights in ioy:
Why lou’st thou that which thou receaust not gladly,
Or else receau’st with pleasure thine annoy?

--

To pay þe Prince oþer sete saȝte
Hit is ful eþe to þe god Krystyin;
For I haf founden hym, boþe day and naȝte,
A God, a Lorde, a frende ful fyin.

Pro filiis tuis nati sunt tibi patres

My dearest children, now you are my fathers, of your old teacher now you are the teachers... Tak się zaczynał wiersz, który pisałem po święceniach moich pierwszych dominikańskich uczniów; gdzieś go potem porzuciłem, nie dokończyłem, i przepadł.

Niektórzy mnie pewnie nie pamiętają, tak jak nie pamiętają greckiego perfectum czy aorystu, a i ja nie pamiętam ich wszystkich. Trudno się dziwić, w końcu greka obowiązkowa była tylko przez jeden semestr. Zawsze jednak kilka osób wybierało ją na następny rok, i w rezultacie męczyli się ze mną przez trzy semestry, od alpha do, mniej więcej, omikron. Tych pamiętam lepiej, a niektórzy z nich pamiętają i o mnie.

Patrzyłem, jak rosną. Część z nich już dorosła. A właściwie, przerosła mnie. Ich dorastanie i dojrzewanie mogę obserwować w inny sposób niż ojciec, patrzący na swe dzieci. Stają się kimś, kim ja nigdy się nie stanę, bo nigdy nie stanę przy ołtarzu Pana, nie zasiądę w konfesjonale. Tak jak nigdy nie zostanę teologiem czy duszpasterzem, chociażby i bielanek. Stają się kimś więcej.

Ucząc ich, byłem dla nich w jakiś sposób autorytetem. Role się odwróciły: teraz oni są nauczycielami, oni stali się dla mnie autorytetem. Stali się ojcami, jakże dosłownie – to „o.” pojawiające się przed ich nazwiskiem... Nagle tak dziwnie mówić do nich po imieniu... Jestem przy nich tak mały i nic nie znaczący, nie mam już żadnej władzy.

Kiedy z nimi rozmawiam, kiedy czytam ich teksty, zdumiewa mnie ich wiedza, ich bystrość, ich dojrzałość. Kiedyś tajemnicą były dla nich reguły akcentowania greckich wyrazów, teraz tajemnicą jest dla mnie ich wiedza o Bogu, o Kościele, o ludzkiej duszy. Mają prawo mnie pouczać (gdyby tylko chcieli częściej z niego korzystać!) i nauczać. Et mihi est audiendum.

Zawsze chciałem mieć jakieś zdjęcie moich uczniów, wszystkich razem. Raczej niemożliwe do wykonania, bo wielu z nich rozproszyło się po świecie. Musi wystarczyć pamięć.

J 3:30

Dziękuję Bogu za Marcina, Krzysztofa i Dominika, za uczniów, którzy mnie przerośli.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Języki w kościołach i pustelniach

Jeśli zapytać moich uczniów, o czym najbardziej lubię mówić, odpowiedzieliby pewnie, że o etymologii. (Na drugim miejscu – KMN, na trzecim – House, dopiero na czwartym – Galadriela.)

Pobyt w Norwegii pełen był etymologicznych rozkoszy; nie sądzę, bym się kiedyś nauczył któregokolwiek z norweskich dialektów, ale samo patrzenie na słowa, i powstające przy tym skojarzenia z gockim i staroangielskim, wystarczająco są przyjemne. Ale nie o etymologii będę pisać, kogóż zresztą by ona interesowała na liturgicznych blogach...

Norwegowie*), jak się okazuje, całkiem bezproblemowo śpiewają na mszy części stałe po łacinie. Jak na niewielki i stosunkowo młody Kościół katolicki**), biją w tym na głowę jedyny prawdziwie katolicki naród polski.

Z drugiej strony, pustelnia trapistów, o której pisałem, to swoista wieża Babel. Mnisi (jest ich trzech) rozmawiają ze sobą po angielsku, jako że wspólnota jest międzynarodowa. Modlą się po norwesku, ale mszę mają po łacinie. Rozbawiło mnie trochę, kiedy w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu zaczęli śpiewać po norwesku najpierw Adoro te devote („Zbliżam się w pokorze”), a potem Przed tak wielkim Sakramentem. Po obiedzie jednak, ze względu na gości, zaśpiewali po łacinie antyfonę Ave, Regina caelorum, chociaż – jak wynika z refektarzowego modlitewnika – normalnie robią to po norwesku.
__________________________
*) A dokładniej, Norwegowie, Wietnamczycy, Filipińczycy, Anglicy, Kongijczycy etc., bo różne nacje składają się na przeciętną norweską parafię.
**) Młody po okresie dominacji protestanckiej, która zaczęła się w 16-17. wieku.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Niebezpieczne apteki, dziwne czasy i pluralis divinitatis

Słyszymy dziś w kościele, jak do bogacza Bóg mówi: Głupcze, tej nocy zażądają od ciebie twej duszy. W oryginale Bóg mówi: Głupcze, tej nocy żądają od ciebie twej duszy.

A jeszcze dokładniej: żądają zwrotu twej duszy. Czas teraźniejszy, nie przyszły. Jest jeszcze kilka takich miejsc w Ewangelii, gdzie zamiast użytego w polskim przekładzie czasu przyszłego, występuje teraźniejszy lub nawet przeszły. Żądają teraz, tutaj, w tej chwili – tym większa jest groza, tym mocniej brzmią te słowa. Tak też i Jan Chrzciciel mówił do tłumów: Każde drzewo, które nie przynosi owocu, jest wycinane i wrzucane w ogień (Mt 3:10). Do apostołów sam Pan mówi w czasie Ostatniej Wieczerzy: Jeśli ktoś we Mnie nie mieszka, został wyrzucony na zewnątrz jak gałązka, i usechł; i zbierają je, wrzucają w ogień – i palą się (J 15:6). Dla Boga zawsze jest TERAZ. Tej właśnie nocy żądają od ciebie duszy, duszy, którą dostałeś, a musisz ją oddać. Tej właśnie nocy. John Donne pisał: What if this present were the worlds last night? I odpowiadał sam sobie na to pytanie: Marke in my heart, O Soule, where thou dost dwell, / The picture of Christ crucified...

Kim są „oni”, ci, którzy żądają zwrotu duszy bogacza? Niektórzy tłumaczą tę nieokreśloną liczbę mnogą aramejską podkładką tekstu, próbą uniknięcia strony biernej (czyli zamiast „twoja dusza jest żądana od ciebie”). Ale jest też możliwe, że sam Bóg mówi o sobie w liczbie mnogiej, aby... uniknąć użycia własnego imienia! Mówi się wtedy o circumlocutio, zamiast wprost użyć Bożego, świętego Imienia, mówi się o nim w zawoalowany sposób. Na ogół w grece biblijnej taką rolę pełni strona bierna, tzw. passivum divinum, o którym pewnie kiedyś już pisałem. Jak jest tutaj? Trudno powiedzieć, wyjaśnienia są właściwie sprzeczne. Ja przychylam się do drugiego z nich, zwłaszcza że podobne sformułowania pojawiają się i gdzie indziej w Ewangelii według Łukasza (6:38; 12:48).

Zostały jeszcze niebezpieczne apteki – czyli spichlerze, w których bogacz chce zgromadzić swoje plony. Po grecku to apotheke, skład, miejsce, gdzie się coś odkłada, przechowuje – i stąd zarówno nasza apteka, jak i francuski boutique czy hiszpańska bodega. Ale to tak przy okazji.