poniedziałek, 8 lutego 2010

Sola, sola, sola

I nie chodzi o rybę.

Była już sola fide, sola Scriptura, a w dzisiejszej kolekcie mamy sola spe. Na której to nadziei się, dosłownie, opieramy, jako Boża rodzina.

Byłem dziś na mszy, na której czytanie ogłoszeń trwało tyle, ile modlitwa eucharystyczna. Ale nie ma się co dziwić, kiedy pomyśli się o proboszczu tejże parafii...

niedziela, 7 lutego 2010

I po psalmie

Kolekta, odmawiana po psalmie 141 (140), czyli pierwszym psalmie dzisiejszych nieszporów, w dwóch wersjach. Przekład na żywo, więc mało zręczny.

Africana series

Niech się wzniesie, Panie, przed obliczem Twoim nasza modlitwa jak kadzidło, i niech zstąpi na nas Twoje miłosierdzie; strzeż nas od wszelkich pułapek, z których wyniknąć może nieprawość; wszystkim udziel swej pociechy, wszystkimi kieruj, wszystkim nam daj doświadczyć Twego przebaczenia.

Romana series

Postaw, Panie, straż przy naszych ustach, abyśmy nie mówili próżnych rzeczy, ale, skarciwszy nas w Twoim miłosierdziu, strzeż nas od wszelkich pułapek niegodziwości.

Mowa jest złotem, a milczenie srebrem

W tekstach papieskich celebracji, przy nieszporach, które Benedykt XVI sprawuje o wiele częściej niż jego poprzednik, po psalmie czy też kantyku nowotestamentalnym można przeczytać: Pausa di silenzio per la preghiera personale, chwila milczenia na osobistą modlitwę.

Na czym ma polegać chwila milczenia w liturgii? Jak ją wymierzyć? Chwila bowiem dla każdego może trwać inaczej.*) Pięć sekund, osiem, trzydzieści, czterdzieści dwie sekundy, minuta? Mierzyć na oko czy z zegarkiem w ręku? Czy może liczyć w tym czasie do dziesięciu i wstecz? Przekonałem się, że przy liturgii godzin sprawowanej we wspólnocie, długość chwili milczenia między czytaniem a responsorium – bo tylko na takie można liczyć w tym kraju – zależy od osoby wykonującej responsorium.

Tak samo w czasie mszy: chwila milczenia między wezwaniem do pokuty a aktem pokuty może trwać od trzech sekund do trzydziestu. I mam wrażenie, że, jeśli milczenie trwa ponad piętnaście sekund (liczę na oko), ludzie zaczynają nerwowo przestępować z nogi na nogę i rozglądać się po kościele. W końcu to dla większości z nich coś dziwnego: jest cicho, nie gra żadna muzyka, nikt nic nie mówi – zupełnie inaczej niż w domu, w pracy, w sklepie... Krępujące milczenie – kto z nas go nie doświadczył przy jakimś spotkaniu? Milczenie jest dziwne dla współczesnego człowieka, budzi lęk. Jest nienaturalne, nienormalne. Dlaczego? Dlaczego zawsze, gdzieś w tle, musi brzęczeć radio, odtwarzacz, telewizor - przy pisaniu, czytaniu, sprzątaniu – każda czynność musi być w jakiś sposób zanurzona w dźwięku... Ja tak nie potrafię: czytać czy pisać z muzyką w tle. Rozmawiać z muzyką w tle. Albo się mówi, albo się słucha, albo się czyta... Chociaż, oczywiście, to zajmuje więcej czasu, którego, podobno, jest coraz mniej.

Milczenie w liturgii to kradzież cennego czasu. Dlaczego nikt za taką nie uzna nadmiernie długiego kazania czy idiotyzmów, którymi z radością karmią nas niektórzy księża na początku i na końcu mszy? Albo pieśń za pieśnią w czasie Komunii i po niej także, kiedy tak bardzo chce się chwili ciszy – właśnie na osobistą modlitwę...

A sama chwila to taka mała pożyczka od Germanów.
________________________
*) Ponoć minutę inaczej się mierzy w zależności od tego, po której stronie drzwi do toalety się człowiek znajduje.

piątek, 5 lutego 2010

Papież powiedział

W czasie nieszporów w bazylice św. Pawła za Murami, 25 stycznia tego roku:

Są także inne płaszczyzny, na których musimy odtąd dawać wspólne świadectwo: ochrona Stworzenia, rozpowszechnianie troski o wspólne dobro i pokój, obrona centralnej pozycji osoby ludzkiej, oddanie się walce z trudnościami naszych czasów, takimi jak głód, ubóstwo, brak wykształcenia i niesprawiedliwy podział dóbr.

Stworzenie zapisano wielką literą w tekście oryginalnym.

czwartek, 4 lutego 2010

Co zostało po Henryku Tudorze

Można zobaczyć tutaj.

Lustereczko, powiedz przecie...

Lubię dobrze zjeść. Wygląd mój kiedyś temu przeczył, i ówczesny mój lekarz wpadał w przerażenie, kiedy mówiłem, że ważę 54 kg (przy wzroście 178 cm). Niestety, to już przeszłość.

A zastanawiać się zacząłem nad jedzeniem w czasie zajęć z dominikańskimi nowicjuszami. Z moich wieloletnich już doświadczeń z drogimi młodymi dominikanami (jak się do nich kiedyś zwracał zaproszony przeze mnie dr Jerzy Mańkowski) wynika, że są wiecznie głodni. (A przecież nie są hobbitami, do żywienia których – jak wiadomo – potrzeba dużej ilości paszy.) Ciasto znika w ciągu kilku minut, ciastka trochę dłużej. Pamiętam, z jakim zapałem bracia zabierali ciasta po biesiadzie na Piwnej, po Akatyście w 2004 roku. Nie piszę tego z dezaprobatą, wręcz przeciwnie, z dużą sympatią, i to w pierwotnym znaczeniu tego greckiego słowa.

Bogu dzięki, rzadko było mi dane spożywać (czyli, w języku świeckim, jeść) śniadania w dominikańskich refektarzach, ale pozostało po nich wspomnienie mikroskopijnych wręcz ilości pożywienia, w stosunku do znacznej liczby braci. Z obiadami bywało lepiej, pod warunkiem, że był to piątek. Z dominikańską kolacją kojarzy mi się tylko kasza gryczana, która, jak kiedyś słyszałem w telewizji, była słynną ambrozją olimpijskich bogów. (Biedni, że też im się nie znudziła nieśmiertelność!) Moje doświadczenia refektarzowe są zatem dosyć skromne i mało reprezentatywne, niemniej jednak, wrażenie niedożywienia braci pozostaje. A za tydzień Tłusty Czwartek...

[Tu następuje przerwa, związana z udziałem w proteście przeciw usunięciu katedry paleografii w King’s College. Dużo szumu się zrobiło, i e-maile krążą wciąż i krążą, podpisy są zbierane pod petycją – już prawie dwa tysiące.]

Wracając do naszych baranków: popatrzyłem w lustro, i przyjrzałem się badawczo własnej twarzy. Nie dlatego, że zaczyna być na niej widoczne to, iż lubię dobrze zjeść. Nie, dlatego, że bracia wciąż się skarżą, iż pan się z nami nie śmieje, pan się złości, że my się śmiejemy, i mamy wyrzuty sumienia. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć wobec Boga i Jego aniołów, że ani razu nie złościłem się na braci z nowicjatu, których uczę. Uczenie ich jest jedną z niewielu radości, jakich doświadczam w tym życiu, i jestem za to wdzięczny naszemu Panu. A że się nie śmieję... No cóż, nie jestem Kasią Pakosińską, i nie umiem się tak pięknie śmiać, za to zdarzyło mi się kilka razy niemal zachłysnąć herbatą w czasie jakiegoś szczególnie wesołego momentu zajęć z nowicjuszami. Poza tym, może chociaż moje oczy się śmieją? Albo jest to radość franciszkańska, o której mówił mi kiedyś pewien brat mniejszy – że jest w środku, i nie widać jej na zewnątrz. W każdym razie, zapewniam uroczyście, że jestem – na swój sposób – wesoły w czasie zajęć w nowicjacie. Iż tego nie widać, wina mojej fizjonomii, pewnie operacja plastyczna by pomogła, ale mnie nie stać, musi zatem zostać tak, jak jest. Drodzy bracia (którzy raczej tych słów nie przeczytacie, chyba że ktoś wam je wydrukuje), wierzcie mi: pan się z wami cieszy, i nie złości z powodu waszego cieszenia się! Chociaż gołem okiem tego nie widać, w odróżnieniu od końcówek z dzisiejszego ćwiczenia z puzzlami.

I co im zawieźć na Tłusty Czwartek? Pączki pewnie będą w klasztorze (jeden na trzy osoby?), więc trzeba pomyśleć o czymś innym.

PS Co do tytułu tego wpisu: macocha Królewny Śnieżki to jedna z moich ulubionych postaci literackich. Śmieć się z pewnością potrafiła... I to głośno.

wtorek, 2 lutego 2010

I kto tu rządzi...

Święto Ofiarowania Pańskiego, czy raczej – Przedstawienia Pana w świątyni – w liturgii greckiej nazywa się Hypapante, Spotkaniem – Jezusa z Symeonem.

W Ewangelii według św. Łukasza czytamy, że Symeon wziął małego Jezusa na ręce. Antyfona, związana z dzisiejszym świętem, głosi: Senex puerum portabat, Puer autem senem regebat, starzec nosił Dziecię, Dziecię zaś starcem kierowało.

W swojej pieśni, która weszła do liturgii godzin, Symeon zwraca się do Boga jako do swego Pana, prosząc o pozwolenie odejścia – jak sługa, który czeka na słowa „możesz odejść”. W greckim tekście Bóg jest nazwany despotes. W polskim języku słowo despota ma pejoratywne znaczenie, którego nie musi mieć w grece. Etymologicznie despotes oznacza pana domu (< *dems-pot-).