niedziela, 31 października 2010

Feminizm świąteczny

Niektórzy uważają, że Kościół nie jest zbyt przyjazny kobietom. Trudno się dziwić: chociaż wiele jest wzniosłych haseł o godności, posłannictwie i roli kobiety, to po cichu tylko (przynajmniej na Zachodzie) nazywa się Marię Magdalenę isapostolos, równą Apostołom, a są i tacy, którzy chętnie odebraliby karmelitańskim Teresom i dominikańskiej Katarzynie tytuł doktora Kościoła. Wszak to tylko kobiety, gdzie im do Apostołów i czcigodnych teologów...

Warto jednak zauważyć – a wydaje się to tak oczywiste, że często nie zwracamy na to uwagi – że ilekroć wymieniani są święci Pańscy – chociażby w litanii do Wszystkich Świętych czy mszalnych modlitwach – zawsze jako pierwsza wzywana jest kobieta, która jest pierwszą wśród zbawionych: a na imię Jej Maryja. Jak pisał w jednym z hymnów św. Piotr Damiani: cuncta sanctorum merita / transcendit una femina.

sobota, 30 października 2010

Przygoda

Uważna lektura często pokazuje, że książki, uznawane za dziecięce, dla dzieci przeznaczone, lekkie i niepoważne, są tak naprawdę przeznaczone dla dorosłych i przekazują prawdy, na które dorośli często przestali już zwracać uwagę.

W jednej z takich książek – a w swej scenicznej wersji wywarła ona wielkie wrażenie na JRR Tolkienie1 – główny bohater mówi z radością: Umrzeć – to będzie niesamowicie wielka przygoda!

Warto tak czasami pomyśleć o śmierci: wielka przygoda – nie może być inna, w końcu to przygoda z samym Bogiem, którego wreszcie zobaczymy! Największa przygoda naszego życia.

PS Wspomniana książka od dawna kojarzy mi się z jednym z przepisów Małgorzaty Musierowiczowej. Pozwolę sobie go przytoczyć, może się komuś przyda na świąteczny dzień: 4 jajka ubić (najlepiej mikserem) ze szklanką cukru, dodać kostkę miękkiego masła lub margaryny. (Ja dodaję do jajek jeszcze szczyptę soli, ciasto ma potem ładniejszy kolor.) Dalej, dosypać 2 czubate szklanki mąki krupczatki (czasami trzeba trochę więcej, zależy od jajek i od samej mąki), ½ paczki proszku do pieczenia, filiżankę kwaśnej śmietany i cukier waniliowy. Wlewamy do tortownicy, wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Pieczemy w temperaturze ok. 180 stopni. Tu jest problem: Małgorzata podaje pół godziny, z moich doświadczeń wynika, że to za mało. Trzeba ciasto sprawdzać patyczkiem – zwykle z wierzchu szybko się rumieni, a w środku zostaje płynne, wtedy trzeba przykryć folią aluminiową. Po prostu, trzeba go pilnować – u mnie zwykle pieczenie zajmuje ok. godziny. Po wystygnięciu smarujemy ciasto roztopioną czekoladą, albo polewą czekoladową, a dobrze też użyć zielonego lukru (nigdy tego nie zrobiłem, z braku szpinaku; a może po prostu z miłości do czekolady...).
_______
1Ci, którzy lubią Tolkiena, wiedzą, jaka to książka. Inni mogą nad tym pomyśleć, dobrze im to zrobi.

czwartek, 28 października 2010

Z pamiętnika filologa, czyli zupełnie nie o liturgii, aczkolwiek z nut(k)ą dominikańską

Królowa Dydona, jak wiadomo, kiepsko skończyła. Zakochała się w Eneaszu, który jednak, na rozkaz bogów, musiał ją opuścić. Biedna kobieta popełniła samobójstwo, ale zdążyła jeszcze przedtem trochę się nagadać na pogrzebowym stosie, i przekląć Eneasza.

Okazało się, że imię tej biedaczki wywołuje salwy śmiechu wśród nowicjuszy. Jakież skojarzenia może wywoływać? Nie jestem pewien. A skojarzenia moich uczniów bywają różne. Pamiętam np. zajęcia, na których padło imię Dydyma Ślepego,  jednego z nauczycieli św. Hieronima. Jakaś dzieweczka, najwyraźniej mająca kłopoty ze słuchem, zapytała nagle zdumiona: Co on robił z tym Ślepym?

Jednemu z kolei z moich nauczycieli, wspominanemu tu już panu Mańkowskiemu, przytrafiło się kiedyś, w czasie zajęć ze studentami polonistyki UW, iż, kiedy mówił o twórczości Ajschylosa i podał tytuł jednej z jego tragedii – Prometeusz skowany – usłyszał z sali pytanie: Skąd? Niewątpliwie, miał przyzwoitszych studentów.

I jeszcze dodatek, dotyczący tłumaczenia. Pojawiło się na zajęciach zdanie: Flamma secreta animam eius penetrat, opis zakochania się, przynajmniej od czasów Safony obecny w literaturze europejskiej. Jak to przetłumaczyć współcześnie? Jeden z nowicjuszy stwierdził: To takie nasze 'motyle w brzuchu'!

środa, 27 października 2010

Realia

W Ewangelii czytamy często o celnikach: Jezus spotyka się z nimi, mówi do nich i o nich. W minioną niedzielę słuchaliśmy przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18:9-14).

Jeśli zapytać dzisiejszego człowieka o celnika, odpowie najpewniej, że to urzędnik, który pobiera opłaty celne na granicy. Celnicy, o których czytamy w Ewangelii, zajmowali się czym innym: telones, tak określa się taką osobę po grecku, zbierał podatki; pracował dla rzymskiego okupanta (jeśli można tak nazwać pozycję Rzymian w ówczesnej Palestynie). Lepiej zatem byłoby przetłumaczyć – poborca podatkowy. Może nawet lepiej dałoby się zrozumieć niechęć, jaką tacy urzędnicy budzili. (Aczkolwiek mam wrażenie, że zbieraniem podatków zajmują się teraz raczej kobiety - w urzędach podatkowych na ogół spotyka się mniej lub bardziej [nie]życzliwe panie. Czy pojawiałyby się one w przypowieściach, gdyby Jezus głosił je dzisiaj?)

Faryzeusz w świątyni chwali się, iż pości dwa razy w tygodniu. Z wczesnochrześcijańskiego pisma, Didache, wiemy, że post faryzeusze zachowywali w poniedziałki i czwartki – chrześcijanie wezwani są przez autora Didache do postu w środy i piątki.

Można powiedzieć, że współczesne realia różnią się od opisanych w Ewangelii: kim innym jest teraz celnik, w inne dni, w odróżnieniu od faryzeuszy, zachowuje się post. Jedno się nie zmieniło: stała zdolność do ufania we własną sprawiedliwość i uważania się za lepszego od innych. Jezus mówi tę przypowieść do tych, którzy innych uważają – dosłownie – za nic (Łk 18:9).

Z 9. wieku pochodzi sekwencja, od pierwszych słów nazywana Stans a longe, przeznaczona na 10. niedzielę po Zielonych Świętach, która jest niejako miniaturową homilią do tej Ewangelii. Celnik nie chciał spoglądać na wzniosłe gwiazdy na niebie (alta sidera caeli), ale modlił się ze łzami, bijąc w piersi. Sekwencja kończy się słowami: Naśladując jego [celnika] święty przykład, mówmy do Boga: Łaskawy Boże, zmiłuj się nad nami, z łagodnością uwolnij nas od naszych win, i obdarz nas sprawiedliwością.

Myślę, że św. Paweł, jeśli ją znał, bardzo lubił tę przypowieść.

poniedziałek, 18 października 2010

ΟΥΡΑΝΙΔΑΙ ΚΑΤΑ ΠΥΛΩΝ ΑΙΔΟΥ

Bóg żywy jest Bogiem żywych (Łk 20:38), a Jego Kościoła nigdy nie zwycięży świat umarłych (Mt 16:18). Najwyraźniej tego doświadczam przy litanii do Wszystkich Świętych, najpotężniejszej, jak kiedyś pisałem*), ze wszystkich litanii. Stają za nami mocno wszyscy święci Boży, nasza prawdziwa rodzina, mający moc niezwyciężoną.

Dziś ta litania rozbrzmiewała na Placu św. Piotra, gdy Kościół ogłaszał nowych świętych. Jeśli ktoś uważa, że Kościół się rozpada, że już jego koniec blisko, że już jest tak źle, iż gorzej być nie może, powinien posłuchać tej litanii i zobaczyć ten czcigodny orszak naszych niezwyciężonych braci i sióstr, którzy nieustannie nas wspomagają.

Chcę napisać jeszcze o trzech rzeczach, związanych z dzisiejszą liturgią papieską.

(i) Tempo. Msza papieska odprawia się bez pośpiechu, wystarczy spojrzeć na sposób, w jaki się poruszają posługujący przy ołtarzu czy niosący relikwie nowych świętych. Nie ma żadnego przyśpieszenia, nikt nigdzie nie biegnie, nikt się nie kołysze na obie strony, wszyscy idą równym, dostojnym krokiem. Pisałem już kiedyś, jak ważny jest sposób poruszania się przy ołtarzu, i jak mało kto o to dba w polskich kościołach.

(ii) Ewangelia. Śpiewana po łacinie i po grecku – to zawsze szczególne przeżycie. Nie wiem, czy ktoś zauważył, że w do papieża przy takich okazjach niosą zawsze Ewangeliarz grecki, a nie łaciński. Ot, taka mała (rzymska) ciekawostka.

(iii) Formuła kanonizacji. Zaczyna się od wezwania Sanctae et Individuae Trinitatis, a papież wygłasza ją na mocy władzy (auctoritate) samego Chrystusa Pana, świętych Apostołów Piotra i Pawła, oraz własnej – jako następca Piotra i namiestnik Chrystusa – ale mówi też o swoich braciach w biskupstwie. W jakiś sposób wyraża się tu natura Kościoła, owo połączenie następcy Piotra z następcami Apostołów, które wyjaśnia konstytucja Lumen Gentium (22), przy której opracowaniu, nota bene, brał udział m.in. Joseph Ratzinger.
__________________
*)W końcu każdy zaczyna się powtarzać...

niedziela, 17 października 2010

Kto dogoni króliczka?

Zachęca się autorów blogów do pisania o swoich lekturach. Jak już pisałem, mam zawsze trudności ze spełnieniem tej prośby. Jeśli wziąć pod uwagę gusta i predylekcje większości czytelników blogów (na liturgia.pl, gdzie ten wpis pojawił się po raz pierwszy), wypada, lub wręcz należy, czytać, a potem opisywać, pozycje tylko arcykatolickie, lub arcypolskie, a najlepiej połączenie jednych i drugich.

Nie powinienem zatem wspominać, iż czytam dramatopisarza, który, jak chcą niektórzy, przyczynił się do samobójstwa kilku osób. Pisać o szkockim poecie, antropologu i wydawcy Homera, który w krzywym zwierciadle przedstawił współczesną sobie – a niezmienioną aż do dzisiaj – cywilizację, krytykując przy okazji polityczne działania  misjonarzy  - też nie wypada. Mógłbym napisać o książkach Joachima Badeniego OP, które dostałem w prezencie od poprzedniego nowicjatu, ale Badeniego nie trawię. Dyskusje z Balthasarem? Nie ten okres liturgiczny.

Aby jednak coś napisać, i nie wyjść na osobę, która w ogóle nie czyta katolickich książek, wydobyłem spod stosu płyt, książek i pudełek z lekami wiersze Francisa Thompsona. Nie czytałem ich od dawna, ale coś jeszcze pamiętam, i napisać o nich mogę.

Thompson był zdecydowanie katolickim*) poetą, do wydania jego wierszy, które mam, przedmowę napisał sam G.K. Chesterton. Tomik ma tytuł zaczerpnięty z najbardziej chyba znanego wiersza Thompsona: The Hound of Heaven, Niebiański Ogar. Owym Ogarem jest zaś – sam Wszechmogący. Poeta ucieka przed Panem, pragnie się ukryć, jak wieki temu robił to Psalmista (cf. Ps 139), słysząc za sobą biegnącego dostojnie i bez pośpiechu Ogara: (...) with unhurrying chase, / And unperturbed pace, / Deliberate speed, majestic instancy, / Came on the following Feet (...). Szuka schronienia w całym stworzeniu, ale go nie znajduje, gdyż wszystko zdradza tego, kto zdradza Pana, wszystko ucieka przed tym, który ucieka przed Panem, nic nie może go zadowolić...

Ostatecznie, jak można się domyślać, polowanie się kończy, i poeta poznaje miłość Tego, który go ścigał. Podoba mi się ten wiersz nie tylko dlatego, że mam psa i generalnie kocham psy, ale i dlatego, że ów niebiański Ogar kojarzy mi się z innymi, tajemniczymi psami, które od wieków przypominały o istnieniu Innego Świata, który nie wszyscy chcą dostrzec. Francis Thompson w innym wierszu, The Kingdom of God, pisze o dostrzeganiu go wokół siebie: można wtedy zobaczyć Chrystusa chodzącego po wodach Tamizy i drabinę Jakubową nad Charing Cross.

Ten pościg Boga skojarzył mi się ze sztuką Margaret Edson, którą widziałem w filmowej adaptacji z doskonałą rolą Emmy Thompson (zbieżność nazwisk przypadkowa... jak sądzę). Tytuł sztuki jest właściwie nieprzetłumaczalny: Wit, nawiązuje do poezji metafizycznej 17. wieku, a głównie do wierszy Johna Donne’a. (Czy godzi się wymienić jego nazwisko? Wszak to anglikanin, który głosił kazania u św. Pawła, a i masę erotyków w życiu napisał...)

Bohaterka sztuki, Vivian Bearing, jest profesorem literatury angielskiej, specjalistką właśnie od poezji Donne’a. Dowiaduje się, że jest chora na raka, poddają ją eksperymentalnej, wyniszczającej terapii. W szpitalu stopniowo doświadcza ‘odczłowieczenia’ ze strony lekarzy (z których jeden nawet okazuje się być jej dawnym studentem). Vivian opowiada, w retrospekcji, o swoim życiu, spogląda na nie ‘filologicznie’, przez pryzmat poezji Donne’a.

Jedna scena szczególnie zapadła mi w pamięć: Vivian odwiedza jej dawna profesor, Evelyn Ashford, która czyta jej fragmenty książeczki dla dzieci o uciekającym króliku, The Runaway Bunny. Króliczek postanawia uciec, a jego matka mówi: Jeśli uciekniesz, ja pobiegnę za tobą. Dr Ashford, siedząc na łóżku obok umierającej Vivian, zauważa, że ta prosta książka zawiera w sobie to, o czym próbowali pisać poeci metafizyczni: o duszy, za którą podąża Bóg, która nie zdoła przed Bogiem nigdy uciec – On zawsze ją znajdzie.

Tyle o moich lekturach, a właściwie wspomnieniach lektur i oglądanych filmów.
___________________________
*)Aczkolwiek nie wiem, czy aby na pewno powinienem o nim pisać – był uzależniony od opium, a to może wywołać zgorszenie wszystkich nepioi.

czwartek, 14 października 2010

Socer w nowicjacie

Przypuszczam, że mało kto ze współczesnych ludzi uświadamia sobie, że słowa żyją, a w każdym razie, rzadko nad tym faktem się rozwodzi. Tymczasem one żyją: rodzą się, starzeją, umierają, niektóre dostępują reinkarnacji, inne nawet są w stanie się rozmnażać.

Zajęcia w nowicjacie są fascynujące, między innymi, z tego powodu, że można braciom pokazać owo tajemnicze życie wyrazów. Zdumienie np. budzi wiadomość, że słowo ‘maciora’ odnosiło się kiedyś także do samic gatunku Homo sapiens, a polski ‘wilk’ i łaciński lupus pochodzą z tego samego rdzenia.

Dziś pojawiło się na zajęciach słowo socer. Dla mnie oczywiste, na pierwszy rzut oka, że spokrewnione jest z polskim świekrem. Tymczasem, jak się okazało, słowo ‘świekr’ jest nowicjuszom zupełnie nieznane! Nawet nie byli pewni, czy to słowo polskie, a łacińskie z angielskim się bardziej kojarzyło... Zdziwiłem się, bo pamiętam to słowo całkiem dobrze z czasów mojej, powiedzmy, młodości. Z jątrewką się już nie spotkałem, ale świek(ie)r i świekra – dobrze znane słowa! Kiedym w końcu wyjaśnił, kto to jest świek(ie)r, zaczęło się zastanawianie, czy to jest ktoś, kogo potencjalnie żaden dominikanin mieć nie będzie. Ot, taka mała, miła zagadka, można się pogłowić.

Ostatnio wszędzie wszyscy mówią o (tzw.) dopalaczach. Bracia w nowicjacie bardzo przeżywają problemy młodzieży, borykającej się z uzależnieniem od różnego rodzaju substancji, i w rezultacie zdanie Pueri in horto herbam succendunt zostało przetłumaczone, jak najbardziej na czasie: W ogrodzie chłopcy palą zioło.

To może ja więcej nie będę opowiadał o tym, czego uczymy się na łacinie. Jeszcze sobie ktoś coś pomyśli, źle skojarzy, ot, np. takie zwykłe wykrzyknienie hui, które dźwiękowo tylko (zakładając, że ktoś nie rozróżnia w wymowie ‘h’ od ‘ch’) podobne jest do polskiego słowa, często widzianego na murach wielu miast. A lupa niekoniecznie musi znaczyć coś brzydkiego, podobnie jak polskie koleżanka.

PS Różnorodne mogą być uzależnienia. Np. do szkoły ze mną chodziła Ania K., która wąchała sól...