wtorek, 8 grudnia 2009

Co mówił Anioł

W uroczystość Niepokalanego Poczęcia czytamy Ewangelię o Zwiastowaniu. Anioł Pański wita Maryję. Przez łacinę, po polsku to powitanie brzmi ‘zdrowaś’ lub ‘bądź pozdrowiona’. W greckim tekście Ewangelii, anioł mówi ‘raduj się, ciesz się’ – khaire.

Historia chrześcijaństwa zaczyna się od słowa khaire – raduj się. Jest to słowo, od którego, według Łukasza, Anioł rozpoczyna zwiastowanie Maryi narodzenia Jezusa (Łk 1:28). Słowo to, otwierające historię Jezusa, a tym samym chrześcijaństwa, i zawierające w sobie cały program oznacza to, czym dla Łukasza jest ono w swej istocie. Powtarza on ten początek, nadając mu jeszcze mocniejszy akcent, w opisie narodzenia Jezusa, kiedy anioł mówi do pasterzy: Zwiastuję wam radość wielką, kharan megalen. (Joseph Ratzinger, „Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej”)

Psalm dzisiejszej mszy jest także psalmem mszy bożonarodzeniowej.

W liturgii dzisiejszej pojawia się też Proto-ewangelia z Księgi Rodzaju, zapowiedź zwycięstwa nad wężem i jego potomstwem.

Pan stworzył Adama,
ojca wszystkich ludzi,
z niego Ewę matkę,
co zgrzeszyli jabłkiem.
Ale Tyś naprawiła,
czym Ewa zgrzeszyła.

Twoje zmiłowanie,

Jezu Chryste, Panie,
daj ludowi Twemu,
dziś tu zebranemu.
Przez zasługi Matki Twej
domieść w chwale wiecznej.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Per desertum ad Ierusalem

Liturgia stawia przed nami dwa obrazy: pustyni i miasta. Do pustyni jesteśmy przyzwyczajeni poprzez postać Jana Poprzednika, który był głosem wołającym na pustyni. To na pustyni są kręte drogi i wyboiste ścieżki, to na pustyni są spragnieni, którzy szukają źródeł wód, jak przypomina antyfona z jutrzni, ci, którzy osłabli w wędrówce. Pustynia jest jakże adwentowa: z niej się unosi roratnie wołanie o rosę z niebios, na które odpowiedzią jest Pan przychodzący na obłokach, jak przypomina nam z kolei antyfona z II nieszporów.

Ale liturgia przedstawia nam też obraz miasta, Syjonu: w I nieszporach słyszymy: Ciesz się i raduj, nowy Syjonie. Prorok Baruch i w czytaniu, i w komunijnej antyfonie przedstawia chwałę Jerozolimy, a jutrznia z triumfem głosi: Syjon jest naszą warownią, Zbawiciel będzie jego murem i przedmurzem. Powinno to kierować nasze pełne nadziei myśli ku Jeruzalem, które w Apokalipsie jawi się jako Oblubienica Tego, który przychodzi (responsorium jutrzni wyraźnie nawiązuje do tego określenia Boga z Ap 1:8). W mieście drogi są proste i równe; w Mieście opisanym w ostatnim rozdziale Apokalipsy znajduje się źródło żywej wody; do miasta przybywa Król, jak o tym mówią antyfony oficjum - greckie parousia, łacińskie adventus oznaczało przecież uroczyste przybycie władcy, cesarza, do miasta. Jeruzalem w liturgii jawi się zatem jako Oblubienica Króla, odziana w szaty chwały i sprawiedliwości - a do tego oblubieńczego znaku nawiązuje kolekta, która mówi o niebiańskiej mądrości, mającej nas przygotować na spotkanie z nadchodzącym Chrystusem - co natychmiast powinno kierować naszą myśl ku przypowieści o mądrych pannach, oczekujących oblubieńca, które weszły z nim na gody.

Sponse caelestis, Domine Iesu, erudi cor meum sapientia tua, illumina oculos meos, ne obdormiam in morte; intercedente sancto Ioanne Praecursore tuo deduc me per semitas rectas, ut ad Urbem sanctam tuam cum gaudio pervenire possim. Amen.

sobota, 5 grudnia 2009

Poranne mdłości

Przeglądałem dziś rano „Metro” (taka bezpłatna gazet[k]a), niemal cała poświęcona Mikołajowi, mikołajkom, prezentom – dla niego, dla niej, dla rodziców, dla dzieci... Zrobiło mi się niedobrze, wszystko to było tak banalne... Gadżetowe prezenty porażające swoją głupotą, miasteczko Mikołaja w centrum handlowym, spotkanie ze Śnieżynkami... Jakoś mi się to skojarzyło z męskimi szalikami w beżowe paseczki, które od zeszłego roku królują na ulicach: wszyscy niemal chcą wyglądać tak samo, bo... bo taka jest moda? Bo jakaś stylistka w gazecie napisała, że tak wypada? Kiedyś w tym kraju było jednolicie szaro i smutno. Teraz jest jednolicie kolorowo, i wciąż smutno. Smutno z powodu idealnej, masowej bylejakości.

Może niesłusznie się czepiam, może po prostu jestem za stary, może bywam w innych światach, może to wszystko skutek mojej dyskolii... A jednak wciąż mi niedobrze.

Sainte Nicolas, Godes druð, tymbre us faiere scoone hus.

Scoone hus, piękny, jaśniejący, świetlisty dom.

Trzy prefacje, sześć tygodni

Liczymy teraz adwentowe niedziele od pierwszej do czwartej. We wczesnym średniowieczu liczono odwrotnie: od czwartej – przed Narodzeniem Pańskim – do pierwszej.

W Mediolanie, w liturgii ambrozjańskiej, adwentowych niedziel jest sześć, a dni powszednie mają swoje własne prefacje. Piękna to i starożytna liturgia, związana ze św. Ambrożym, którego wspominać będziemy w poniedziałek.

W pierwszy adwentowy piątek tak się teraz modlą mediolańczycy:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze, tu i wszędzie składali Ci dziękczynienie, a zwłaszcza teraz, w tym czasie Adwentu, sławili Cię. Ojcze. Czekamy na święto Narodzenia Chrystusa, Twojego Syna: z radością wspominamy Jego pierwsze przyjście, abyśmy mogli z czujną nadzieją myśleć o Jego powtórnym przyjściu, w chwale.

A w pierwszą sobotę Adwentu jest taka prefacja, nawiązująca do ósmego rozdziału Listu do Rzymian:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie składali Tobie dzięki, Panie Boże. W Twojej nieskończonej miłości dałeś nam pierwsze dary Ducha, aby uczynić nas Twoimi przybranymi dziećmi w Chrystusie. Znosząc cierpliwie nasze utrapienia, możemy z nadzieją oczekiwać chwały, którą obiecałeś.

Ambrozjańska trzecia sobota Adwentu, która pokrywa się z naszą pierwszą, ma z kolei taką prefację:

Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Ciebie błogosławili i chwalili, wszechmogący i wieczny Boże, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, którego przyjścia gorliwie oczekujemy. On zechciał łaskawie w taki sposób zstąpić w łono Dziewicy, aby nam pokazać drogę zbawienia, a jednocześnie nigdy nie opuścić Twego Boskiego majestatu.

Ptokheia kai kenosis*)

Po drodze do kościoła spojrzałem na białe girlandy lampek, wiszące nad ulicą Piwną. W oknach sklepów choinkowe gałązki, bombki i bombeczki, i znowu lampki. Zdaje się, że całe miasto jest spowite kilometrami sznurów bożonarodzeniowych lampek, kolorowych i niekolorowych, migających i niemigających, grających i niegrających, etc., etc.

Ile na to prądu pójdzie, ile za ten prąd pieniędzy. Oczywiście, zaraz ktoś zacznie przekonywać, że wszystkie te światełka są potrzebne, bo jest zimno, szaro, szybko robi się ciemno, ludzie czują się przygnębieni, brak światła może wywoływać SAD (czyli sezonową depresję; nie wiem, jak to działa, bo pogoda akurat na mnie nie wpływa, a jeśli już, to gorzej czuję się latem, kiedy jest nadmiar słońca)... A poza tym, trzeba się świątecznie cieszyć, i dekoracje mają w tym pomóc. (Nie przeczę, ale do świętowania jeszcze sporo czasu zostało.)

A w kościele Duch mnie owionął swym tchnieniem, i pomyślałem, i poczułem w głębi mojego biednego, grzesznego serca: Ubóstwo i ogołocenie, ubóstwo i ogołocenie. Taki ma być twój Adwent.

Chociaż ogołocenie to nie jest dobre słowo: Pan więcej niż ogołocił samego siebie. Ogołocenie sugeruje coś zewnętrznego, a On dokonał tego także, i nade wszystko, w sobie, aż do głębi swej istoty.

O Rex gloriae, Domine Iesu, qui de caelis descendere dignatus es, ut carnem sumens teipsum humiliares, etiam magis, ut exinanires teipsum, cum Deus verus permaneres: da mihi imitari paupertatem et humilitatem, et exinanitatem tuam, ut tecum ad dexteram Patris consedere possim, cum in tuae veneris gloria maiestatis. Amen.
________________
*) Cf. 2 Kor 8:9 i Flp 2:7.

piątek, 4 grudnia 2009

czwartek, 3 grudnia 2009

Radioaktywnie, a z uśmiechem

Czekam na tomografię. Byłem zapisany na dziewiątą, ale pani w pracowni roześmiała mi się prosto w twarz i powiedziała, że o dziewiątej to ona ma innych pacjentów. Muszę zatem czekać, aż mnie łaskawie wywoła. Siedzę zatem, smętnie rozmyślając, że na House’a, jak kosa na kamień, raczej tu nie trafię. Na Cuddy też nie mam co liczyć.

W poczekalni ruch, bo obok jest punkt przyjęć pacjentów do szpitala, więc co jakiś czas przychodzi pani w czerwonej kamizelce, pytając: Kto do przebierania? Obok mnie siedzą trzy kobiety (niewiasty, jak to mówią dominikanie, babeczki, jak mówi moja przyjaciółka, Movena). Jedna z pań też czeka na badanie, co jakiś czas przynoszą jej plastykowy kubek z płynem, który ma wypić w ciągu 15 minut; dwie pozostałe jej towarzyszą. Babeczki-niewiasty zabawiają się rozmową na przeróżne tematy. Próbuję czytać Wykłady bawarskie Ratzingera, ale, nolens volens, dociera do mnie to, o czym niewiasty rozmawiają. Dowiedziałem się zatem, że kafelki na podłodze w poczekalni są chyba takie same, jak u jednej z nich w łazience („A ty nie masz terakoty?”, spytała druga. „Nie, kafelki; tylko nie wiem, czy moje nie są bardziej kwadratowe”.) Dowiedziałem się, że Ewa Błaszczyk („No wiecie, ta, co ma córkę w śpiączce.”) ma bardzo brzydką, okropną fryzurę, a w TVP mówili o najbrzydszym polskim aktorze („Ale to nie jest ten Maliniak z Czterdziestolatka, czekaj, kogo on grał... no wiesz, ten, jak on się nazywa.”)

Nagle drzwi się otwierają, i do poczekalni wchodzi kobieta w białych legginsach i białym kubraku, emanująca po prostu uśmiechem, ciepłem i macierzyńskością. Ktoś czeka na tomografię? - pyta. Nieśmiało mówię, że ja. No to idziemy. A pani jeszcze pije? - pada pytanie w kierunku jednej z babeczek, która skwapliwie potwierdza. Łobuzerski błysk w oku pani uśmiechniętej, ciepłej i macierzyńskiej: A lubi pani pić?

Idziemy zatem do pracowni, ktoś po drodze zwraca się do mojej towarzyszki per „szefowo”. Pani jest wciąż uśmiechnięta i serdeczna. Mierzy mi ciśnienie, pyta, jak się czuję, tłumaczy, co się może dziać, kiedy poda mi kontrast. Mówię jej, że jest bardzo miła, i że dzięki temu od razu lepiej się czuję. Pani chyba nie usłyszała, pewnie za cicho mówiłem. Ale naprawdę czuję się dobrze: jej serdeczność, jej dobry humor – w takim miejscu! – są po prostu pokrzepiające.

Po badaniu, czekając w poczekalni na wyjęcie wenflonu, dowiedziałem się, że pani to pielęgniarka. Pewnie nigdy nie przeczyta tego, co tu piszę, ale chcę jej bardzo, bardzo podziękować. Za jej podejście do pacjenta, za jej humor i za jej troskę. Nie zawsze można się z tym spotkać w szpitalu czy przychodni. Nie powinienem wprawdzie narzekać, bo jednak częściej mi się zdarza spotkać przyjaznych pracowników służby zdrowia niż tych niemiłych; ale ta bezimienna „pani z tomografii” zasługuje na z głębi serca płynące DZIĘKUJĘ. Za człowieczeństwo.

PS Gregory House, oczywiście, jest zupełnym przeciwnikiem takiego podejścia, ale i tak go lubię. Wbrew pozorom, podobieństwa się przyciągają. Chociaż ja nie umiem grać na fortepianie i nie jeżdżę na motorze.