poniedziałek, 6 grudnia 2010

Myśl kolorowo!

Gdy napisałem o moim zachwycie tańcami z czasów Jane Austen, ktoś (anonimowo, a jakże) próbował mi wmówić, że ubarwiam przeszłość. Bardzo mnie to zdziwiło, bo jestem przekonany, że przeszłość, jeśli ktoś umie patrzeć, jest bardzo kolorowa i żadnego ubarwiania nie potrzebuje. A jeśli ktoś kolorów nie dostrzega...

Przypomniał mi się stary dowcip: Dwaj koledzy rozmawiają o milicjancie. Jeden mówi: Ile on ma w domu książek! A drugi: A ile jeszcze nie pokolorowanych!

niedziela, 5 grudnia 2010

Dwie przypowieści, jedna kolekta

Starożytna kolekta, używana obecnie w II niedzielę Adwentu, jest esencjonalnym (jeśli ktoś lubi bulion) lub skondensowanym (jeśli ktoś woli mleko) komentarzem do dwóch ewangelicznych przypowieści.

Kościół prosi, aby ziemskie prace, ziemskie zajęcia (opera terreni actus) nie zatrzymywały tych, którzy śpieszą na spotkanie z Chrystusem. W przypowieści, zapisanej przez Mateusza (22:1-10) i, w trochę bardziej rozbudowanej wersji, przez Łukasza (14:15-24), czytamy o ludziach, zaproszonych na wspaniałą ucztę (u Mateusza jest to królewskie wesele), którzy jednak na nią nie przyszli. Dlaczego? Łukasz opowiada: jeden kupił pole, i koniecznie chciał je obejrzeć; inny kupił parę wołów, i koniecznie chciał wypróbować je przy orce; inny z kolei wykręcał się obowiązkami wobec własnej żony. U Mateusza zaproszeni, zamiast na ucztę, idą na pole i do handlu. Wszystko to są owe opera terreni actus; same w sobie nie są złe, dopóki nie stają się przeszkodą w spotkaniu z Przychodzącym, który wzywa nas na swoją weselną ucztę, zapowiedzianą przez Widzącego z Patmos (Ap 19:7-8).

Na weselną ucztę czekały też panny mądre i głupie. Jak wiemy, tylko mądre, które zabrały ze sobą oliwę do lamp, weszły z Panem na wesele. W kolekcie Kościół prosi o niebiańską mądrość, sapientia caelestis, dzięki której możemy się stać współuczestnikami (consortes) chwały Chrystusa, możemy uczestniczyć w Jego losie (takie jest dosłowne znaczenie słowa consors). A jaki jest los Chrystusa? Wstąpił do nieba, siedzi po prawicy Ojca. On sam mówi do nas o udziale w swoim losie: Zwycięzcy dam zasiąść razem ze Mną na tronie, jak i Ja zwyciężyłem, i zasiadłem razem z moim Ojcem na Jego tronie (Ap 3:21).

Mamy być consortes Christi; jeden z hymnów brewiarzowych nazywa Chrystusa Consors paterni luminis. Zjednoczenie z Chrystusem jest zjednoczeniem z Jego Ojcem, jak to poświadcza św. Jan w zacytowanym wersie z Apokalipsy, i w swoim Pierwszym Liście (1 J 1:3).

Nie mogę się oprzeć, aby nie napisać jeszcze o pewnym skojarzeniu, związanym z pierwszym czytaniem dzisiejszym: dziecko włoży rękę do jamy żmii, zapowiada prorok (Iz 11:8). W jednej z greckich homilii, z czasów Ojców Kościoła, ten obraz przedstawiony jest jako zapowiedź Zstąpienia Pana, niewinnego i bezbronnego, do Otchłani, gdzie czai się Wąż starodawny.

sobota, 4 grudnia 2010

Zstępuje czy nie zstępuje?

W pobożnych książkach można czasami przeczytać, że na słowa kapłana Pan Jezus zstępuje z nieba na ołtarz. 4 grudnia wspominamy św. Jana Damasceńskiego, doktora Kościoła. Oto, co pisał o Eucharystii w swoim dziele „O prawdziwej wierze”:

Jest to Ciało prawdziwie zjednoczone z Bóstwem, Ciało [wzięte] ze świętej Dziewicy.  Nie [należy rozumieć], że to Ciało, wzięte do nieba, z nieba zstępuje, ale że sam chleb i wino przemieniają się w Ciało i Krew Boga. Jeśli zaś zastanawiasz się, w jaki sposób się to dzieje, wystarczy, byś usłyszał, że przez Ducha Świętego. (PG 94,1145)

Jan Damasceński porównuje Przeistoczenie do Wcielenia Pańskiego – jedno i drugie dokonuje się mocą Ducha Świętego. W IV niedzielę Adwentu Kościół modli się: Altari tuo, Domine, superposita munera Spiritus ille sanctificet, qui beatae Mariae viscera sua virtute replevit – aby Ten sam Duch, który swą mocą wypełnił łono Maryi, uświęcił dary, złożone na ołtarzu.

piątek, 3 grudnia 2010

Dla przyjemności

Nowicjusze pytali mnie, dlaczego ludzie uczą się gockiego, po co im znajomość takiego języka. Trzeba by zapytać moich gockich studentów, ale podejrzewam, że odpowiedź brzmiałaby: Dla przyjemności. Gocki znamy tylko z przekładu Biblii i komentarzy do niej, plus kilka inskrypcji. Język, który właściwie nie ma swojej literatury. W którymś z listów Tolkien zwracał na to uwagę, pisząc o swojej miłości do tego języka – właśnie jako „czystego” języka, dla przyjemności, jaką daje sam język.

Można takie pytania zadawać przy różnych językach. Ludzie uczą się języka na ogół dlatego, że się im przyda, jest potrzebny w pracy, w kontaktach z ludźmi, w podróży. Przy językach starożytnych i średniowiecznych takich możliwości nie ma – chociaż... Nieprawda, są. W pracy może się komuś przydać, jeśli ktoś zajmuje się daną epoką. Ale też nauka takich języków tworzy, pomaga utrzymać kontakty z ludźmi, nie na zasadzie rozmawiania w tym języku (chociaż są i takie próby), ale tworzenia swego rodzaju „wspólnoty zainteresowanych”, jakby klubu czy tajemnego stowarzyszenia.

Dlaczego uczyłem się greki? Bo chciałem czytać Homera i Hezjoda, poznać mitologię w oryginale. A łaciny? Dla Wergiliusza. Staroangielskiego? Dla Dream of the Rood i Beowulfa. Wciąż próbuję nauczyć się średniowalijskiego, dla Preiddeu Annwn i Pa gur. Może kiedyś się nauczę. Jednocześnie, w trakcie nauki tych języków, porywało mnie ich piękno. Same dźwięki homeryckiej greki dają niesamowitą przyjemność, tajemnicze połączenie dźwięku i obrazu. Tak samo jest w tekstach „Eddy”: Fram sé ek lengra, um ragna rök römm, sigtíva. Sigtívar, bogowie zwycięstwa, zwycięscy bogowie, których jednak czeka nieunikniony koniec. To słowo po prostu brzmi cudownie. A tu pojawia się kolejna przyjemność, etymologia. Tívar pokrewne z deus. Z kolei god od dwóch rdzeni można wyprowadzić. A grecki theos z zupełnie innego rdzenia niż łaciński deus. Etc., etc.

 tak w rękopisie zaczyna się Beowulf

A dziś jest 87. rocznica śmierci wielkiego H. Bradleya, o którym niedawno pisałem.

czwartek, 2 grudnia 2010

Kto nie umie po łacinie, ten powinien pasać....

Ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o filologii, uważają czasami, że łacina jest językiem wzniosłym i świętym, nadającym się tylko do poważnych, głębokich i podniosłych tekstów. Złożyć to można na karb ich żałosnych braków wykształcenia – żyjemy w czasach, w których nie jest powodem do wstydu nieznajomość klasycznej literatury i kultury, i zdumienie budzi raczej ktoś, kto je zna. Katullus, Horacy, Plaut, Liwiusz czy nawet Cezar ze swoją wojną galijską – to obco brzmiące imiona. A nawet, jeśli ktoś wie, że Horacy był poetą rzymskim, i może nawet wie, kiedy żył, to żadnego z jego wierszy nie przeczytał w oryginale. Może gdzieś obiło mu się o uszy non omnis moriar czy exegi monumentum, to wszystko.

Tymczasem znajomość literatury rzymskiej pokazuje, że łacina była językiem, w którym wyrażać można nie tylko święte i wzniosłe treści, ale także te zupełnie zwyczajne i przyziemne, co więcej, że łacina zna też przekleństwa, brzydkie słowa, niesmaczne żarty, etc.

Co więcej, znajdziemy je nie tylko w łacinie klasycznej (ktoś mógłby powiedzieć, że była pogańska i niegodziwa, więc i takie słownictwo mogło w niej istnieć). W rozmówkach łacińskich, o których już kiedyś pisałem, autorstwa Ælfrica Baty, przeznaczonych dla chłopców w angielskich klasztorach 10. wieku, znaleźć można takie określenia jak: Tu scibalum equi! Tu scibalum haedi! Tu stercus porci! Tu gallinae stercus! Tu vecors et semicors! Tu scurra! Habe scibalum in barba tua et in ore tuo stercus! Ego vellem, ut totus esses caccatus et minctus pro his verbis tuis (niestety, życzenie niemożliwe do spełnienia...) Ubicumque ieris, sequatur te caccatio semper (a tu, przeciwnie, możliwe do spełnienia).

Jak widać, wzniosłości tu żadnej uświadczyć nie można, a jest to przecież wciąż łacina, do tego nauczana w średniowiecznych klasztorach.

*sneigwh-

Lubię zimę, śnieg i mróz. Kwestia genów i – być może – zimowych urodzin.

Dziś rano, czekając na tramwaj (jeden przepuściłem, bo był zbytnio zatłoczony), myślałem, jakie skojarzenia wywołuje we mnie taka pogoda. Kolejno pojawiały się: Beleriand; Ymir i Audhumla; staroangielskie elegie (chociaż tam jest raczej zimne morze i kra); Beda i Northumbria. Wszystkie skojarzenia bardzo przyjemne. Myślę, że zima i Adwent to doskonałe połączenie, które, mi przynajmniej, daje dużo radości.

I jeszcze okna malowane przez mróz w nowicjacie. Czytaliśmy rozmówki łacińskie z Anglii, z 10. wieku, można się było wczuć choć trochę w chłopców marznących w swoich dormitoriach (w jednej z rozmówek, wprawdzie dziś jej nie czytaliśmy, jest mowa właśnie o dokuczliwym zimnie rankiem, kiedy trzeba wstawać).

A tu można posłuchać o śniegu. W ostatnich sekundach słychać już Boże Narodzenie.

środa, 1 grudnia 2010

Już nie ma takich sal...

Wczoraj, ponieważ studenci odwołali gocki (trudności z dojazdem), obejrzałem sobie dwa odcinki „Dumy i uprzedzenia” (BBC). (Swoją drogą, w tym kraju trudno znaleźć miłośników Jane Austen, są tylko miłośniczki. Ale gdzie indziej też nie jest łatwo. Jedyny chyba, prawdziwy miłośnik panny Austen, jakiego spotkałem, to wspominany już kilkakrotnie mój przyjaciel, angielski ksiądz, Chris. Umiał czytać np. Persuasion na plaży w San Diego... ku zdumieniu znajomych.)

Ale wróćmy do „Dumy i uprzedzenia”: tańce. Po raz kolejny urzekły mnie tańce tamtych czasów, całe korowody, figury, ukłony, zmiany stron, szeregi, czwórki, etc., etc., w balowej sali. To było coś, a nie jakieś żałosne tango czy walc, o potrząsaniu głową i biodrami w rytm disco nawet nie wspomnę, bo tańcem trudno to nazwać. Cały towarzyski rytuał taneczny. Aż przyjemnie popatrzeć, i na sam taniec, i na stroje, wszystko na swoim miejscu. Ale te czasy już minęły...