sobota, 31 marca 2012

Twórczość przez duże 'tfu'

Piosenka z radia: A ja palę faję... palę faję za fają.

Nie wiem, jak się to ma do przepisów antynikotynowych, jeśli takowe istnieją (ale chyba tak, skoro na reklamach papierosów dodają, że palenie skraca życie), ale głębia i poziom artystyczny tekstu są porażające. Zwłaszcza że ten refren (?) powtarzał się w kółko. Nie wiem, czy jeszcze coś w tej piosence (?) było.

piątek, 30 marca 2012

Jeruzalem, Jeruzalem...

Przeczytałem opis liturgii świętego Triduum we Wspólnotach Jerozolimskich i... jestem zdumiony. Kilkoma przynajmniej rzeczami.

Wielki Czwartek – umywanie rąk (sic!). Chodzi o to, aby nie myć nóg dwunastu wybranym mężczyznom, ale aby obmyć wszystkich. W Ewangelii jednak Jezus wyraźnie mówi, że apostołowie są czyści, a wykąpani potrzebują tylko nogi umyć – nie ręce, nie głowę, jak domagał się Piotr (J 13:9-10). Poza tym, gest umywania rąk w Ewangelii o męce Pańskiej ma zupełnie inne znaczenie...

Wielki Piątek – jutrznia recytowana, chociaż przez cały rok śpiewana. A przecież jutrznia Wielkiego Piątku, jak i Wielkiej Soboty, to bardzo uroczyste oficja, jedyne śpiewane oficja w ciągu tych dni, cała reszta jest recytowana półgłosem.

Wielka Sobota – jutrzni nie ma. Jest w południe liturgia Zstąpienia do Otchłani. Temat mi bliski, nie wiem jednak, jak owa liturgia wygląda, z jakiej tradycji pochodzi, z czego się składa. Opuszczenie jutrzni jest dziwne, wszak Wielka Sobota to dzień, w którym tylko liturgię godzin się sprawuje.
--

This morning I read about Easter Triduum liturgy as celebrated in Monastic Fraternities of Jerusalem. I am, well... surprised. A bit.

Maundy Thursday – washing of hands (sic!). Since it's impossible to wash feet of more than twelve men, they decided to wash hands of all present in the church. But Jesus was clear about this: he said that his apostles were clean, and those who have taken a bath need only to have their feet washed, not hands or head (cf. John 13:9-10). Besides, washing one's hands has totally different meaning in the story of Christ's passion...

Good Friday – Morning Prayer is recited, not sung, as through the year. Odd, since Morning Prayer (connected with the Office of Readings) of Good Friday and Holy Saturday are solemn offices, the only sung offices on those days, all other prayers of the breviary are recited with low voice.

Holy Saturday – no Morning Prayer. At noon they have a liturgy of the Descent into Hell. I have no idea of what tradition is that liturgy, what parts it has. However, no Morning Prayer is really odd: Holy Saturday is a unique day, with only the Divine Office celebrated, no other liturgical action.

czwartek, 29 marca 2012

środa, 28 marca 2012

Co jest pośrodku

He is the image of the unseen God, On jest obrazem Boga niewidzialnego (Kol 1:15)


In him were created all things, w Nim wszystko zostało stworzone, everything visible, to, co widzialne... (Kol 1:16)


… and everything invisible, i to, co niewidzialne (Kol 1:16)


He is the first-born from the dead, On jest pierworodnym z umarłych (Kol 1:18)


God made peace through his death on the cross, Bóg wprowadził pokój przez krew Jego krzyża (Kol 1:20)

wtorek, 27 marca 2012

Ea and Eä

As one interested in antiquity and notably in the history of languages and 'writing', I knew and had read a good deal about Mesopotamia, wrote Tolkien to a Mr Rang (Letters, no. 297). In the same letter he explained that though Erech is a famous name (a city built by Nimrod, mentioned in the Book of Genesis), it was of no importance to The Lord of the Rings and there can't be deduced any connexions or intention in his mind between Mesopotamia and the Númenóreans.

Nicholas Birns in his The Stones and the Book: Tolkien, Mesopotamia, and Biblical Mythopoeia quotes what Tolkien wrote about his knowledge and reading about Mesopotamia, but is silent about the latter statement, that about no connexions between the ancient Near East and Middle-earth. Perhaps that's why he writes: Tolkien clearly knew or at least knew of 'Enuma elish'. Ea, the sea god in that story, fairly obviously inspired the word “Eä” for Tolkien's fictive universe and the divine fiat that brought it into being. Good Lord, how could Mr Birns deduce that Mesopotamian deity's name is the source of Tolkienian cosmos?! Does he have access to some unpublished Tolkien's texts or letters? I can hardly believe Tolkien would have looked for the name of his universe into such remote myths, so different from his beloved Northern world. It is, of course, possible, but can we say it is fairly obvious? 

Anyway, Birns continues: If asked, Tolkien might well have said that the word drew on Greek or Latin vocabulary for words having to do with being and the ontological, or was intended as a calque of them, but the context into which the idea of Eä is put, that of an unfolding creation story moving across time and involving different conjunctions of divine powers, is clearly that of 'Enuma elish'. Unfortunately, it is clearly not clear for me. (As for Greek or Latin vocabulary for words having to do with being, ancient – Homeric, actually – imperfect of the word 'to be' is ἦα, I was.)

Mr Birns finds more such clear and obvious correspondences and connexions between Mesopotamian culture and Middle-earth. I wish I knew how many people are convinced by his arguments.

Pity that his article is part of a not that bad book, edited by Jason Fisher, Tolkien and the Study of His Sources. Critical Essays. Instead of it there could be printed another, hopefully more critical, text.

poniedziałek, 26 marca 2012

Ta cholerna zmiana czasu

Podobno czas jest tylko sposobem myślenia. 

Dla Elfów czas płynie zarówno szybko, jak i wolno, według wyjaśnień Legolasa.

A zmiana czasu? Po co to? Podobno dla jakichś oszczędności, ale diabli wiedzą (i w tym miejscu jest to określenie jak najbardziej na miejscu), czy to prawda.

Harfa i przekleństwa techniki

Byliśmy wczoraj na koncercie Loreeny McKennitt. Dosyć dziwne przeżycie, usłyszeć na żywo, w dużej sali, to, co się zna na pamięć ze słuchania w domu. Może dlatego chwilami raziła mnie (nad)głośność... Ale usłyszeć na żywo Stolen Child, to było niesamowite, chociażby dla tej jednej piosenki warto było pójść. (Swoją drogą, ciekawe, że takie spokojne utwory ludzie jakby słabiej oklaskiwali.) Poza tym, pierwszy raz słyszałem Loreenę śpiewającą fragmenty niektórych piosenek w duecie z wiolonczelistką, Caroline Lavelle: wspaniały głęboki głos... Poza tym, po Caroline zawsze najbardziej widać, jak cieszy się muzyką, jak się w nią zagłębia.

Już nawet nie pamiętam, ile było bisów, chyba aż trzy, z niesamowitym Huron Beltane Fire Dance na końcu.

Loreena mówiła o swoich podróżach, o celtyckich śladach w Polsce, zachwycała się sufitem Sali Kongresowej, ktoś z sali zawołał 'Come closer', ktoś inny 'I love you'. W pewnym momencie Loreena poprosiła, żeby ludzie nie robili z sali zdjęć komórkami czy aparatami, wyjaśniła, jakie to przykre dla oczu tych, którzy są na scenie. (Nie dziwię się, mnie oślepiały błyski, które widziałem z boku lub z góry, co dopiero, kiedy lampa błyska 'twarzą w twarz', wszystko robi się czerwone.) Przez moment wydawało się, że ludzie posłuchali, ale cóż, potem znowu zaczęłi błyskać, może już nie tak często, ale jednak. Zastanawiam się, jak mogliby żyć ci ludzie kiedyś, kiedy nie było komórek... Większość z nich, jak sądzę, młodsza sporo ode mnie, pewnie nawet nie umie sobie wyobrazić takich czasów: no mobiles, no life, no world... (Pamiętam, kiedy uczyłem w szkole, dzieci były zdumione, że były książki z czarno-białymi ilustracjami. Jak szybko wszystko się zmienia...)

Come away, O human child
To the waters and the wild
With a faery, hand in hand
For the world's more full of weeping
Than you can understand.


PS Myśląc jeszcze o upływie czasu: pierwszy mój kontakt z muzyką Loreeny to przypadkowo widziany w TV teledysk do The Bonny Swans, po którym szybko zapisałem jej nazwisko. Potem usłyszałem tę samą muzykę na obiedzie u Małgorzaty Musierowiczowej, rozpoznałem, mimo że nie mam szczególnego ucha do zapamiętywania, spytałem o wykonawcę: Loreena. Małgorzata miała ją przegraną od jakiejś znajomej. To był chyba 1995 rok. A pierwsza kaseta, jaką kupiłem, Mask and Mirror... to było w przejściu podziemnym przy UW, tym zbudowanym przez PZU, które chciało uniknąć w ten sposób wypłaty odszkodowań za wypadki na trasie między główną bramą UW a przystankiem autobusowym po drugiej stronie. Teraz przejścia już nie ma. Drożdżówki tam można było też kupić, i chyba ksero było. Nie mam już tej kasety, kiedy kupiłem CD, oddałem ją jednemu ze studentów. Teraz trochę żałuję, byłaby to pamiątka...

PPS I jeszcze jedno: osobiście bardzo nie lubię, kiedy ludzie klaszczą w rytm piosenki, zagłuszając muzykę. Przy Santiago Loreena musiała pogrozić palcem, żeby ludzie przestali. Na chwilę podziałało...