niedziela, 5 lutego 2017

A gdyby ktoś kiedyś...

... zrobił płytę z różnymi nagraniami Greensleeves...
Alas, my love, you do me wrong
To cast me off discourteously,
And I have loved you oh, so long
Delighting in your company.

       Greensleeves was my delight,
       Greensleeves, my heart of gold,
       Greensleeves was my heart of joy
       And who but my Lady Greensleeves.

I have been ready at your hand
To grant whatever thou wouldst crave,
I have waged both life and land
Your love and goodwill for to have.

       Greensleeves was my delight,
       Greensleeves was my heart of gold,
       Greensleeves was my heart of joy
       And who but my Lady Greensleeves.

Between the Shadows

There is madness in my eyes,
Who can stand it?
There is magic in my heart,
Who dare meet it?
There is sadness in my smile,
Who can stop it?
There is fire on my lips,
Who dare kiss it?

If you can and if you dare,
If you know my secret ways,
Pursue me and run in haste
Till you catch me in a place
Where no mortal trod before:
You'll be mine and I'll be yours.
“Then an enchantment fell on him, and he stood still; and afar off beyond the voices of the lómelindi he heard the voice of Melian... and straightway a spell was laid on him” [from the Silmarillion]

sobota, 4 lutego 2017

Spóźniona równowaga

Przypominając sobie dawny angielski serial Robin Hood (ten z muzyką Clannadu), przypomniałem sobie nauczyciela z liceum, doktora Tomasza Kowalczuka. Pisałem już kilka razy o jednym z moich uniwersyteckich wykładowców, doktorze Jerzy Mańkowskim, któremu bardzo dużo zawdzięczam z greki i z greckiej literatury, a nie pisałem o panu Kowalczuku, któremu równie wiele zawdzięczam, zatem piszę teraz, dla równowagi. 

Uczył nas literatury – tak należy to ująć, bo nazwanie go polonistą byłoby uwłaczające i pomniejszające jego wiedzę i nauczanie. Nie uczył nas przez cztery lata, przyszedł chyba w połowie drugiej klasy, kiedy poprzednia nauczycielka (nazywana Tą-która-obciąga-sweterki) odpłynęła na urlop macierzyński, a jego przyjście było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły spotkać naszą klasę. Owszem, uczyliśmy się głównie literatury polskiej, ale w szerszym ujęciu, na tle literatury europejskiej. (Na łacinie mieliśmy historię literatury rzymskiej, a na polskim światowej i polskiej: to były czasy!) To właściwie dzięki tym lekcjom poznawaliśmy różnice między egotyzmem a egoizmem, romantyzmem a romantycznością etc. To na lekcjach z panem Kowalczukiem, który miał też fakultet z filozofii, rozmawialiśmy o Kierkegaardzie czy Jungu. Od niego dowiedziałem się, kim byli poeci metafizyczni. W czwartej klasie, jako przygotowanie do matury, prowadził dodatkowe zajęcia (dla chętnych; jakże inaczej, niż koszmarna pani H., matematyczka z podstawówki, o której już kiedyś pisałem!), które właściwie były lekcjami o ludzkiej kulturze, literaturze i filozofii, wszystko zręcznie podane i wyjaśnione. Podał nam sposób podejścia do każdej epoki literackiej: otóż trzeba sobie zadać trzy pytania, które epokę określają i pozwalają zrozumieć. Trzeba zapytać, jaki stosunek miał człowiek w danej epoce do: samego siebie; Boga; świata. W maturalnej chyba klasie dał nam też listę różnych dzieł literatury światowej, od Platona po Eco, trzeba sobie było wybrać trzy pozycje i napisać z nich, samodzielnie, wypracowania.

Osobiście cieszę i z tego, że pan Kowalczuk nie zagłębiał się zbytnio w Oświecenie i pozytywizm, epoki nudne i duszne. Owszem, robiliśmy, co trzeba było (Oświecenie tylko w powtórzeniu, bo zdążyła je z nami omówić Ta-co-obciąga-sweterki).

Pamiętam jego zdjęcie z naszej studniówki: ktoś uchwycił go, jak stał przy stoliku z półmiskiem kanapek w ręku. Daliśmy mu to zdjęcie w prezencie, z napisanym z tyłu cytatem z Mrożka: W tym kraju każdy kelner jest filozofem, a filozof kelnerem. Pamiętam też, jak przy klasowym opłatku, w klasie chyba trzeciej, życzył mi ciągłego tworzenia neologizmów.

Tak, bardzo dużo mu zawdzięczam w kwestii znajomości i rozumienia literatury. Po liceum spotkałem go jeszcze dwa razy. Koło biura Rzecznika Praw Obywatelskich w pewien czwartek, gdy byłem studentem piątego roku filologii klasycznej, i kilka lat później, kiedy pracowałem na uniwersytecie, na jakichś wyborach Wydziału Polonistyki (filologia klasyczna w Warszawie podlegała polonistyce od czasów prof. Kumanieckiego, nie wiem, dlaczego tak było).

A co ma z panem Kowalczukiem wspólnego Robin Hood? Otóż wyjaśniał nam na przykładzie tego serialu, co to jest romantyczność.

piątek, 3 lutego 2017

Nocne cytaty

Psalm 50[49], psalm nocnego oficjum, można by rzec, psalm eucharystyczny: mówi kilka razy o składaniu Bogu ofiary pochwalnej, która jest Mu miła.

Maryja (...) wzywa wierzących do swego Syna i Jego ofiary. (Lumen gentium 65)

Jeszcze raz o Boskim ogniu

Ciekawe, że Kościół wschodni, tradycja wschodnia łączy tak mocno Boski ogień z Eucharystią. Kościół zachodni najczęściej odnosi ogień do Ducha Bożego; czasami śpiewany jest w czasie Komunii hymn, w którym Chrystus jest porównany, jak w poniższym fragmencie, do Węgla, żarzącego się na ołtarzu, z wizji proroka Izajasza, ale hymn ten, jeśli dobrze pamiętam, wzięty jest z liturgii wschodniej. Chociaż, może się mylę, sprawdziłem, w Eucharystii pierwszych chrześcijan podane jest tylko, że hymn jest z 4. wieku, ale skąd, nie wiadomo.

Weźmy z Boskiego Węgla, aby ogień naszego pragnienia, przyjąwszy ognistość Węgla, spalił nasze grzechy i oświecił nasze serca, i abyśmy przez udział w Boskim ogniu zostali rozpaleni i przebóstwieni. (św. Jan Damasceński, „O wierze prawowiernej”)

czwartek, 2 lutego 2017

O poezji na drugi dzień lutego

Merie sungen ðe muneches binnen Ely
ða Cnut ching reu ðer by.
Roweþ cnites noer the lant
and here we þes muneches sæng.
Radośnie śpiewali mnisi w Ely, / kiedy król Kanut obok przepływał; / „Wiosłujcie, towarzysze, w stronę lądu / i posłuchajmy, jak ci mnisi śpiewają”.

A miało to miejsce 2. lutego, około roku Pańskiego 1020. Mnisi śpiewali oficjum ku czci Oczyszczenia błogosławionej Maryi. Śpiewali oficjum o świcie, nie mogli więc śpiewać pięknego hymnu, przeznaczonego na nieszpory tego dnia. Hymn ten trydencka reforma wyrzuciła z brewiarza, ale po Vaticanum II powrócił na należne mu miejsce. Oto on (przekład chętni znajdą w polskiej Liturgii Godzin):
Quod chorus vatum venerandus olim
Spiritu Sancto cecinit repletus,
in Dei factum genetrice constat
esse Maria.

Haec Deum caeli Dominumque terrae
virgo concepit peperitque virgo,
atque post partum meruit manere
inviolata.

Quem senex iustus Simeon in ulnis
in domo sumpsit Domini, gavisus
ob quod optatum proprio videret
lumine Christum.

Tu libens votis, petimus, precantum,
regis aeterni genetrix, faveto,
clara quae fundis Geniti benigni
munera lucis.
*   *   *
Skoro nie potrafimy naśladować wielkiej pokory Boga, niech Jego Matka będzie dla nas wzorem. Cześć chwalebnemu Ojcu, On, objawiając swego Syna poganom i własnemu swemu ludowi, przyłącza nas do Izraela. Cześć Synowi, On pojednał nas z Ojcem przez swą krew i przyłączył nas do mieszkańców nieba. Cześć także Duchowi Świętemu, przez wszystkie wieki. (z sekwencji na 2. lutego Notkera Jąkały)

środa, 1 lutego 2017

* * *

Wyrzekamy – się –
wypuszczamy z rąk
a ciągle – chcemy – błyszczeć

Błysk: z punktu widzenia przyjemności językowej to piękne słowo; tak samo jest z błyskać (się). Ale już błyszczeć takie nie jest, brzmi nieprzyjemnie, może z powodu zbitki 'szcz'. Brzmi nieprzyjemnie, i znaczenia ma nieprzyjemne. Słowo po prostu nieprzyjemne.